poniedziałek, 28 kwietnia 2008

...tak sobie myślę o swoim "ho ho"


Borko nic tak czasem nie zaskakuje jak oglądanie wirtualnego świata w TV i konstatacja jak bardzo przedstawiany tam obraz odstaje od życia dnia codziennego.
Ostatnio "szklanej pułapki" nie znoszę. Miałam na nią chętkę jesienią i zimą, a teraz mam rzyga masakrycznego po 30 minutach patrzenia w ekran.
Wiadomości staram się programowo nie oglądać. Filmy - nawet na kablu - dają rzadko fajne, więc tu żalu też nie ma.
A do tego, prawda jest też taka: jak mi się Mała Blogerka za ścianę sprowadziła, to i w sumie czasu nie ma na oglądanie tele pudła :)
A po dniu jutrzejszym, jak łopatą da się odgarnąć kolejne zmurszałe stosy cegieł pracowych, ruszymy na Budapeszt i może gdzieś jeszcze ho ho;)
Ja tam w sumie wiem gdzie to moje "ho ho" się znajduje. W Transylwanii. Bo w Siedmiogrodzie zostawiłam serce swoje i nigdy już więcej go nie znalazłam więcej;)
Z Transylwanią kojarzą mi się wszystkie dobre rzeczy. A u mnie rzeczy dobre to też sprawy straszne. Bo dobre to nie jest na przykład leżenie i czekanie na cymesy dnia powszedniego, ale też sytuacje napięte, ekstremalny wysiłek, odkrywanie, zdobywanie, przechytrzanie, dyplomacja, poznawanie itd... A tam to wszystko było. Więc to moje "ho ho" leży sobie gdzieś na szczytach Karpat. Myślę sobie tak: a i oczywiście czasem żal i smutno wspominać coś co przeszło, mędzić się nad sprawami utraconymi, emocjami które nie wrócą, ludźmi których już nie ma, albo sobie poszli gdzieś daleko. Ale taka jest esencja naszego życia. Coś spotykamy, coś tracimy. Nikt niczego nie posiadł tu na stałe. Więc w sumie, cieszę się bo to coś miałam. Są ludzie, którzy nie mieli nic po za głodem nieustannym, że to COŚ istnieje i oni o tym wiedzą, a nie jest im dane tego zakosztować. Więc bilans nie jest taki zły. Choć by the way zła, czasem i ono miewało całkiem dość interesujący smak i refleksyjne doświadczenia.
Sumując - Panna Pat znów udaje się w podróż. A może odwrotnie: Panna Pat chwilowo była nie w podróży;)
Należałoby zakończyć ten wpis refleksją o "TV", wszak od tego wszystko się zaczęło. A jednak dali coś na szkle co mnie poruszyło do skrajności i do cholera z ręki po której się tego nie spodziewałam. A więc po raz pierwszy oglądnęłam film (nieznany wcześniej) Andrzeja Żuławskiego Najważniejsze to Kochać z Romy Schneider, piękną Austriaczką z Wiednia rodem;). I gosh ... Romy jest najpiękniejszą kobietą (moim zdaniem) jaką wiek XX wypuścił na swój kort.
Tak więc - nie tylko ze względu na Romy, ale na niesamowitość tego filmu jak też i rolę jaką gra tam Klaus Kinski (łoł, jeden z fajniejszych cytatów podczas bójki w knajpie do atakujących go chamów: jako że jestem homoseksualistą z dobrego domu...) - uczciwie polecam film Żuławskiego wszystkim popaprańcom tego świata:)

wtorek, 22 kwietnia 2008

Marzy mi się bankiet filozoficzny:)


Borko od czasu do czasu zastanawiam się czy nie porzucić jednak prywatnego blogowania. Czasu "niet", albo znów nie wiadomo jak ugryźć pewne tematy żeby je opisać przystępnie albo zabawnie. To bardzo trudna rzecz. Im dłużej tu jestem tym bardziej zdarza mi się myśleć o świecie jak o zbiorze oczywistości. Tak jak byśmy przez tysiąclecia nie zmienili się zupełnie, nie wykształcili żadnych nowych narzędzi poznawczych ani komunikacyjnych, nie nauczyli się niczego mniej ani więcej niż mieliśmy na początku - tym mitycznym początku, o którym nikt nic nie wie po za śmieszną (czasem) wiarą w to, że był w ogóle. Mogłabym powiedzieć tak: zarówno mądrość jak i głupota mają się dobrze i w tych samych proporcjach co choćby sto lat temu:)
Kręcimy się wokół tych samych koryt i namiętności co trzysta lat temu. Hołdujemy tym samym przesądom (tylko ubranym w fatałaszki nowoczesności) co tysiąc lat temu. I wszyscy bez wyjątku wiemy o celu życia dokładnie tyle ile jesteśmy w stanie uwierzyć, zawierzyć, wyśnić, marzyć bądź zamamrotać w jakimś widzie.
W zasadzie świat prawie się nie porusza jeśli chodzi o rzeczy dla nas najważniejsze - w istocie ważne, bo ta cała reszta "ułatwiająca nam byt" to po prostu didaskalia. Oczywiście muszę dodać - czasem bardzo miłe didaskalia, ale bycie miłym do miłości na przykład ma się tak nijako jak zjadanie tortu (współczesnego tortu) Sachera do kawiarnianego mitu związanego z tą nazwą :)
Choć moja droga Borko, całkiem miło było poimprezować w Świdnicy, całkiem miło pospacerować pod zamkiem Grodno - ale jak wspominam te rozjechane żaby to rwie mnie na rzyganie jak cholera.
O prywatnych sprawach i plotkach - chwilowo nie chce mi się pisać. A przed nami długi weekend majowy i może warto popłynąć gdzieś daleko w jakieś cieplutkie miejsce - bo wiosna made by Polsza - jak widać za oknem dokładnie taka o jakiej pisałam.
By the way pocieszeń - nieoceniona w swej drogości redaktor Sylvunia zwiozła swojej zrzędliwej (już prawie dicensowskiej) przyjaciółce absynta z Barcy - dobrego jak należy zaznaczyć w tym momencie, więc łącząc siły z trunkami z tańszego centralnego południa można pomyśleć o jakimś bankiecie filozoficznym ;)

środa, 16 kwietnia 2008

Absyntowe notatki z podróży panny Pat


Borko droga Borko - wiosna w Wiedniu to poranek na piątym piętrze z widokiem na dach św. Stefana i słuchanie dzwonów narastających uderzeniami z sekundy na sekundę...
:) Viena to bombonierka architektoniczna. Paczka ze słodyczami, którą obiecywałam sobie od lat długich i w końcu zaliczyłam. Było fajnie i nie ma nic lepszego jak pozytywnie rozczarować się finałem oczekiwania.
Mogę powtarzać jak mantrę, że w podróżowaniu najlepsza jest sama podróż, a nie cel. Sam punkt dotarcia to tylko jeden z aspektów podróży - jej pik chwilowy, opróżnienie na czas jakiś szklanki, którą niebawem ponownie napełnimy.
Podróżuję - więc jestem. Od chwili gdy mając lat kilka zerwałam się z domowego ogrodu aby przekonać się "co takiego znajduje się za skwerem z fontanną" do dnia dzisiejszego, myślę sobie, że możliwość wałęsania się jest jedyną w stu procentach czystą formą radości i afirmacji życia. Reszta się nie liczy. Pozostałe rzeczy są złudne, rozpadają się, kończą, zawodzą okazują się marną protezą emocjonalną. A podróż na tym tle od lat wypada tak samo - świetnie.
Tym razem oczywiście również było mnóstwo złych rzeczy. Wszak zanim zjechałyśmy z Demanovskiej Doliny w kierunku Bratysławy, a dalej Wiednia, a na koniec Pragi wydarzyło się wiele cierpkich spraw, które należą do kanonu zdobywania doświadczeń "w trasie". Jednym słowem - najpierw była praca, a potem przyjemności.
Klinem na pracowe udręki był absynt, którego moc czasem przydaje się w skutecznym znieczuleniu na ludzkie idiotyzmy :) Ostatnia wizyta w "demanovskiej" to dla mnie refleksja, że są ludzie, którzy pod żadnym pozorem nie powinni ruszać się z domu z własnej zagrody. Co więcej można się przekonać, że słowacki choć język dla Polaków zrozumiały, dla niektórych był formą łaciny nie do przejścia :) Gosh - aż strach pomyśleć cóż by się działo jak ten event miałby miejsce w Budapeszcie ha ha ha.
Ale dość obgadywania pracy - bo wszak to nudne.

Nie pisałam nic długo i jakoś dziwnie mi powrócić do tej formy komunikacji. Zawieszenia w pisaniu następują zazwyczaj z dwóch powodów: albo nie ma nic ciekawego do napisania, albo wie/doświadcza się zbyt wielu rzeczy aby móc się przezwyciężyć i napisać o tym albo owym. I ja myślę sobie tak właśnie. Od miesiąca nachodzi mnie tyle za dużo, może właśnie nazbyt dużo i pisanie o tym nie jest najłatwiejsze.
Lekkości żartów więc nie będzie, ani ironii. Jedno mogę napisać tylko szczerze - warto odwiedzić Wiedeń :) I omijajcie hotel Sachera bo to taki post cesarski McDonald i torcik do tego wcale nie smaczny, a drogi jak cholera :)