środa, 24 grudnia 2008

Saints are coming!


Borko w związku z tym, że Mała Pat jest lekko sponiewierana po wczorajszym wieczorze (wczesnym kuwa wieczorze) to ograniczy się do krótkich życzeń:
Kochani bądźcie zdrowi i zawsze piękni - jako egocentryczna estetka tego Wam życzę przede wszystkim, a i zadbajcie o resztę przyjemności bo żyje się tylko raz w tym stanie świadomości;-)

ps. chciałam tylko dodać, że do Novocainy już nie pójdę:-) i że wspaniale pije się z finansistami (zaskakujące normalnie, zaskakujące;-) i jeszcze o tym, że redaktor Sylvunia uratowała mi wczorajszej nocy życie, ale o tym to opowiem kiedy indziej;-)

poniedziałek, 22 grudnia 2008

Życie całkiem rodzinne:-)


Borko wczoraj próbowała na wszystkie sposoby wykręcić się od krępującego "związku", ale się nie udało;-) Wniosek z tego taki: jak chce się napić mleka to nie trzeba zaraz krowy kupować, a drugi: zawsze trzeba uważać do kogo się człowiek przytuli w chwili słabości bo może okazać się, że nie jest to miły flausz, a klasyczny twardy rzep mocno trzymający do tego.
Ale, ale - nastawiamy się mentalnie, że to jeszcze nie tragedia, a i koleżanka Borko należy do tych asertywnych pozytywnych i da sobie radę... no chyba, że jednak zdecyduje się na wesele, co z drugiej strony byłoby fajne bo mam dość bywania na pogrzebach i chętnie bym się w końcu zabawiła.
Ok - żartuję, nie życz komuś tego rodzaju złego co tobie nie miłe - trzymajmy się zasad, przynajmniej czasami;-)
A ja śpieszę Wam donieść, jak bardzo w weekend rozczuliło mnie życie rodzinno-domowe. Nic to: nażarłyśmy się z Sylv w sobotę wypasionym obiadem, a potem pomknęłam do Najlepszego z Braci obaczyć jak wygląda dekorowanie świąteczne ich gniazdka. Oczywiście nie muszę dodawać, że dekorowaniem musiał zająć się Johan (czyli tato) ponieważ syn, a i owszem jest zdolnym konstruktorem projektantem, ale jak zauważyłam najlepiej czuje się w sferze wirtualnej i nadzorze:-))))). Nic to, chatka została stylistycznie dopracowana, a atmosfera w domowych pieleszach panuje podejrzanie ciepła (pisze tak na przekór, bo jeszcze nie wiadomo co z kapelusza wyskoczy). Tak się składa, że Najlepszy z Braci zawsze potrafił zapewnić nam wszystkim sporo rozrywki w okolicach ważnych dni i nie będę tu wyliczać jego listy przebojów, ale wierzcie mi na słowo - byłyby to same hity;-). Dość, żeby wspomnieć, ze hasło "wyszedł na próbę" stało się już synonimem określającym nieplanowane zerwanie się na dni kilka w celach niewiadomych;-) Dobra, dość tej hipokryzji - piszącej te słowa "wyjścia na próbę" też się w życiu zdarzały...
Wróćmy do życia rodzinnego...jak ważną rolę pełni w stosunkach ogólno-ludzkich. Tak się złożyło, że po zakończeniu części dekoracyjno-sprzątaczo-jedzeniowej zalegliśmy na sofie, aby wymienić parę wnoszących wiele zdań w stylu: że dobrze byłoby wino otworzyć, ponieważ jak wiadomo trunek ten wspomaga trawienie i działa dobrze na krew. Jakoś tak się złożyło: nikomu wstawać się nie chciało. Po trzykrotnym wypowiedzeniu słowa wino, Najmłodsza z najmłodszych (w kwietniu 2009 - kończy 3 lata) zerwała się na swoje szczuplutkie nóżki, pobiegła do kuchni, bezbłędnie wiedząc gdzie stoi skrzynka z napojami i przyniosła strudzonym rodzicom oraz cioci - doskonałą półwytrawną kadarkę:-) I powiem Wam - są to takie chwile, w których z niekłamanym wzruszeniem myślę sobie: warto mieć dzieci, naprawdę warto :-)
To tyle przemyśleń przed-świątecznych. U nas w tym roku szykuje się wielka operacja logistyczna kryptonim: "nie spędzamy świąt sami, nie będziemy mogli się kłócić po swojemu". Jak widać, czas zmian dotarł i do naszej drogiej rodziny i pozostaje mieć tylko nadzieję, że mama Tobs będzie się dobrze czuła.

Miałam się zastanowić nad sukcesami/porażkami 2008 roku. Nie chce mi się jednak wyliczać tego typu bzdur. Najgorszą sprawą jaka przytrafiła się w tym kończącym się roku była śmierć Sylwii i wszystko na ten temat. W jeden dzień bezpowrotnie skończyło się dzieciństwo, skończyło się beztroskie myślenie o tym, że choć bardzo rzadko się widzimy, to w pewnym małym pokoiku w małym miasteczku pali się światełko i zawsze i można tam przyjechać, porozmawiać, napić się i dojść do ciekawych wniosków - a wierzcie mi, to już nie-często się zdarza w zalewie szarej zwyczajności i mamonowych problemów, które mają wszyscy - niezależnie od tego ile na ich konto wpada. Choroba Tobsa - to trwa dłużej, więc trudno zaliczyć to coś do roku 2008.
Sukcesy: każdy miarą swoją wewnętrzną. Sukcesem to ja myślę, jest świadomość tego, że bez egoizmu, fanatyzmu czy innych takich, a z ironicznym spokojem dochodzę do wniosku, że jakoś tak mi się w życiu ułożyło, że nie powinnam narzekać (mimo wszystko, choć jestem defetystką pieprzoną), a to, że nikt we mnie się nigdy nie zakochał, ani nie chciał "skoczyć z trampoliny", ani inne takie niezwykłości, które się zdarzają podobno, to może nie jest przyczynek do szczęścia, ale też powiedzmy szczerze - do tragedii też nie :-) Ot, właśnie to największe osiągnięcie tego roku, sympatyczny spokój z jakim mogę to dzisiaj napisać. Tak lajf:-) Co wcale nie oznacza, że musi być zły. I tak miałam szczęście bo czasem bywało jak w Reportażach Zagranicznych Wańkowicza, chwilami orbitowałam Pod Wulkanem albo szukałam Utraconego Czasu lub poznałam cały Zwrotnik Koziorożca - a to wszystko jest naprawdę cenne:-)
Ah, no i Tiamat zagra w roku przyszłym w Polsze - to akurat fajna wróżba na 2009 rok:-)

piątek, 19 grudnia 2008

Bigos


Borko, ostatnie dni to jakaś ponura tragifarsa deszczu i braku słońca, która niebywale sprzyja piciu i wydawaniu pieniędzy w nadmiarze. Sprzyja też żarciu, co już przyjemne jest przez moment, a potem to już różnie bywa. Najlepszy z Braci ma swoją teorię na temat "snów kiełbasianych" - czyli tego rodzaju koszmarów, które śnią się nam po przeżarciu totalnym jakie uczyniliśmy w godzinach późnych - czyli od 22 i powyżej. Kiełbasy w nocy, ani w ogóle to nie pamiętam kiedy jadłam (nawet tej z soi), więc życie oszczędziło mi tego rodzaju mar sennych, ale ostatnio pod pretekstem świąt, każdy zawziął się aby wtłoczyć we mnie dóbr spożywczych w jakiś niebywałych ilościach. A to trzeba przetestować bigos czy aby nie za kwaśny, a to uszczknąć góry czekoladek, które mimo protestów wszyscy zawzięli się przynosić (dziś jeszcze pojawił się u mnie na biurku chlebek marcepanowy - ja jebię, to już jawna dywersja), a to egzekwuje się zjedzenie smażonych pierogów.... A wszystko to powoduje, że tak a i owszem ciasno mi w staniku (co akuratnie ma swe zalety), ale też może być zagrożeniem dla odwiedzin w moim ulubionym sklepie, gdzie rozmiar L bywa rozmiarem dość wąskim, a powyżej już nic ta firma nie szyje;-). Oczywista - jedyną dobrą stroną tej sytuacji może być to, że nie będę w tym sklepie wydawać pieniędzy, a dzięki temu może w końcu dorobię się jakiś oszczędności a nie tylko rezerwy na nie-zapowiedziane hulanki.
Wróćmy do grudniowego szaleństwa zakupów. Oczywiście są ludzie, którzy kompletnie nie poddają się zakupoholizmowi i prędzej im ręka uschnie niż złotówę wydadzą w sposób nieprzewidziany (znam osobiście takich mocarzy - zazwyczaj też wiąże się ta cecha z inna cechą, że nader chętnie tacy bohaterowie czerpią od innych apanaże, a potem jako pierwsi oburzają się, że nie jesteśmy w stanie wystarczających funduszy uciułać na lokacie:). Jednak zdecydowana większość znanych mi osób lubi sobie z mamoną pofolgować. Osobiście w tym roku postawiłam sobie za punkt honoru - kupić tylko i wyłącznie kilka niezbędnych i wyjątkowych rzeczy moim bliskim, bez wdawania się w jakieś zbędne ceregiele w postaci ton dóbr, które zostaną zżarte, przemielone, ciśnięte kij wie gdzie do szafy. Zobaczymy jak będzie. Wczoraj jak przytaszczyłam do chaty zastaw rodziny kucyków z przyborami do czesania i innymi takimi duperelami do zabawy - to już ogarnęły mnie wątpliwości czy to aby małej Olce na pewno jest niezbędne, pociesza mnie tylko, że mały pasożyt to by najchętniej chciał "laptopa cioci" więc i tak nie dałam się złamać bo jednak rodzina kucyków to jednak rzecz nie tak komercyjnie spektakularna jak nabycie kompa do zabawy dla małego szczyla :-)
Gorzej, że myślę sobie... To rośnie i To będzie miało coraz większe oczekiwania. He he he, na koniec to już chyba pozostanie mi tylko podarowanie udziałów w firmie (o ile oczywista ta będzie przynosić zyski, bo jakoś w inną opcję nie wierzę). Ale jeszcze tylko dwa tygodnie tej masakry zwieńczonej końco/nowo-rocznym upadkiem gastronomicznym i czas się zabierać do roboty i zacząć się zastanawiać jak to będzie w 2009 roku? Na pewno będzie to rok diety... mam nadzieję, że tylko spożywczej, a nie pracowej czy finansowej, nie mówić już o wyższych rzeczach.

środa, 17 grudnia 2008

Koniec roku tak sobie powoli lezie


Borko, a więc koniec roku, grudzień, święta, czas rozliczeń dla skarbówki, zaległych faktur oraz innego rodzaju zwiastuny dekadencji upadku 12 miesiąca to najlepszy czas na refleksję.
W tym roku zrobię sobie ranking osiągnięć i upadków 2008, ale zanim to nastąpi (bo muszę jeszcze to i owo przemyśleć sobie) dzisiaj naszły mnie innego rodzaju refleksje.
Otóż przez ostatnie pół roku niepokoiła mnie jedna myśl: kiedy to przeczytałam maila od zony mojego kuzyna do mojej matki, w którym ta oto pisała, że córkę właśnie wysyłają do kraju (mieszkają za morzami) bo powinna iść na studia. Podrapałam się po głowie. Cholera pamiętam jak z Najlepszym z Braci bawiliśmy się jako szczyle na ich weselu i ta córka to wtedy była schowana pod powłoką brzuszka i ślubnej sukni. Dość żeby pamiętać, że zatruliśmy się wtedy bimbrem koszmarnym do nieprzytomności (wole nie pamiętać ile ja wtedy lat miałam;-). I teraz, normalnie teraz, kiedy zdaje mi się niewiele się w moim życiu zmieniło, to ta rzeczona córka idzie na studia. I to cholera mnie zaskoczyło. A może właściwie to powinno mnie zaskoczyć, że brak szczególnych zmian w moim życiu, albo w stylu jego przeżywania. Prawda jest taka, że jedyną instytucją charytatywną, którą wspomagałam przez całe życie to było nasze ministerstwo skarbu z powodu wpływów z najróżniejszych akcyz, więc może w przyszłym roku czas zmienić odbiorcę naszej dobroczynności? ;-).
Eh, prawda jest taka, że to wszystko wina otoczenia i źle dobranej lektury za młodu. Wiadomo: czym skorupka za młodu nasiąknie tym na starość trąci:-). Aczkolwiek nie powinniśmy też demonizować własnych słabości, nikt z nas nie rodzi się doskonały, a i ta ostatnia jest w zasadzie abstrakcyjnie uzyskanym destylatem nie-realnych pragnień naszego super ego. Nie żebym zaraz was tu do upadku namawiała, ale może zgodnie z zasadą co boskie Bogu, co cesarskie Cesarzowi - niech każdy czyni w życiu to do czego został stworzony i do czego przede wszystkim CZUJE się stworzony:-)

ps. i tylko dodam, że wczorajszy odcinek California... był zajefajny;-)

wtorek, 16 grudnia 2008

Suki Styksu


Borko jak łatwo zgadnąć tytuł zaczerpnęłam sobie z pewnej powieści wrocławianina co teraz sobie wałkuję:-) Bardzo zabawny jest kryminalno-demoniczny cykl Marka Krajewskiego. W sumie dopiero teraz rzuciłam się na całość historyjek o Mocku, ale ja tak chyba muszę na przekór poczekać, bo jak coś jest na topie to mnie nie kręci. Zresztą lubię sobie zaglądnąć na stronę pisarza Krajewskiego - choć szkoda mi trochę, że ta część blogowa i dyskusyjna jakaś taka drętwa i sztywna w prowadzeniu dialogów. Kompletnie mi nie pasuje do temperatury książek ani poczucia humoru autora.
No więc wracając do tego cudnego określenia "Suki Styksu" to mnie ono bardzo przypadło do gustu bo świetnie pasuje do dwóch okoliczności: pierwsza - to skutki kaca - piękna nazwa na dolegliwości związane z tym wydarzeniem; druga - sąsiedzi wkurzający nas bezwzględnie. I o sąsiadach dziś będzie he he he.
Tak więc, powiedzmy sobie szczerze ja to zawsze do sąsiadów miałam nie-szczęście. A to jak z mamą i tatą mieszkałam i poświęcałam czas na kształcenie się naukowe to miałam piętro niżej jakąś społeczną stajnię Augiasza, gdzie albo trwała nieustanna impreza, albo seksualne wyczyny w stylu niemieckich porno z lat 70. albo napierniczanie muzyką - wróć łupanką - nie podobną do niczego. Oczywiście zdarzało się, że mściłam się z lubością mordując ich w wolnych chwilach choćby NIN albo Paradise Lost czy Dead Kennedys a Najlepszy z Braci to już w ogóle ich nie oszczędzał he he he, zwłaszcza jak naszła go nocna chętka na granie na gitarze. Jednak w ogólnym rozrachunku uważam, że i tak to my byliśmy bardziej poszkodowani. A to z prostej przyczyny, bo my chcieliśmy "nosić teczki", a tam na dole jednak "woreczki" - jeśli wiecie co chcę powiedzieć. Tak czy siak, chcąc zakończyć swoją wiekopomną pracę o katharsis, przeżytkach i Eliadem musiałam z domu się wynieść i tak trafiłam na ukochany Biskupin (wiadomo że nie tylko z powodów pracy...). W moim magicznym domku z najpiękniejszym widokiem na dziki sad było cudnie oprócz... sąsiedztwa. To co i kto tam zamieszkiwał te przepiękne modernistyczne klatki to cała patologia ludzkiej wredoty. Dość, żeby skutecznie wykończyć człowieka. Jeden sąsiad chciał nawet kiedyś do nas strzelać :-) Nie posiadali ci ludzie zrozumienia, że muzyka nie kończy się na "Rozszumiały się wierzby płaczące" i Maryli Rodowicz... oj nie rozumieli. Kompletnie obca wydawała się im wolność twórcza i wena, która nakazywała pożywanie z komputerem w cudnych godzinach nocnych, albo nerw kreacji co wyganiał do kiosku na pętli bo pilsnera albo włóczęgi nad Odrę. Nie wspomnę już, że cała ta zgraja była kompletnie przeciwna intelektualnym spotkaniom w niewielkim gronie przyjaciół, którzy lubili czasami zapalić co innego niż korporacyjny tytoń. Eh. Więc po 8 latach walecznych zmagań z kołtuństwem, perturbacjach związanych z innymi emocjonalnymi wydarzeniami najpierw wróciłam pod skrzydło rodziców (na szczęście wówczas stare sąsiedztwo już ustatkowało się i zaczęło hodować młode), a potem to ja zamieszkała w swym wirtualnym niby domku na ulicy Żytniej. Eh, tam to już była jeszcze zupełnie inna jazda. A to ktoś nocą podpalił drzwi sąsiadce, a to nagle w mieszkaniu gdzie jakoby mieszkała starownika nagle odbywała się biba fest do 3 nad ranem... a to przedstawiciele dorastającego pokolenia okolicznych podwórek zajmowali się wiece interesującymi rozmowami akurat pod oknem mojej sypialni... ale w sumie strasznie nie było, gorzej, że depresyjnie co zauważam teraz kiedy już tam nie mieszkam. No więc przejdźmy do sedna... w nowej norce, do której przygarnęła mnie droga Sylv, nie jest depresyjnie, a nawet bym powiedziała, że wprost proporcjonalnie odwrotnie, ale... najlepszą wisienką na torcie są kuwa sąsiedzi z bramy obok. przez kilka nocy poważnie zastanawiałam się czy czasem nie gwałcą tam za ścianą swojej suczki Saby, potem analizowałam możliwości ich zatrudnienia. Bo, jakoś dziwnie mi się robi jak ktoś po wielu, wielu godzinach ciszy w środku tygodnia nagle włącza na full muzykę, albo TV w wersji dla posiadających wadę słuchu. I tak ci nowi sąsiedzi działają z zaskoczenia - dostarczając wielu interesujących obserwacji socjologicznych. Nic to - wczoraj jak sobie właśnie po północy dogorywałam z książką Krajewskiego nagle zaczął grać na full telewizor. Właśnie znalazłam to zdanie z określeniem "Suki Styksu". Odłożyłam książkę, załadowałam w uszy zatyczki, pokręciłam się w swym trzy-osobowym łóżeczku, zaklęłam i spróbowałam zasnąć, ale kuwa była pełnia jeszcze i nie było prosto :-) Jednym słowem: Suki Styksu są winne temu.

czwartek, 11 grudnia 2008

Setka dobrego humoru


Borko: krówko bankietowa - a więc jutro Twoje urodziny, a po-jutrze Monique. Ha, mam nadzieję, że ten karnawał uda nam się razem obskoczyć i upodlić do spodu, bylebym na sobotę drogie panie była składna i ładna:-)
A to zanim przyjdzie mi opisać piątkowo-weekendowe szaleństwa spieszę rzucić jeszcze garść uwag z mijającego tygodnia.
Wczoraj tak się nam ułożyło, że poszłyśmy na bankiet z okazji inwestycji Sheratona we Wro. Ja kurwa pierdolę takie imprezy. Nie dość, ze nudno i drętwo to jeszcze brak treści, na którą liczyłam. Ja rozumiem, że my tu na prowincji mieszkamy, ale co mnie obchodzi oferta hotelów Sheraton w Nowym Jorku czy Rzymie albo jeszcze gdzieś tam - skoro moi klienci chcą kłaść tyłki tu i jeszcze po atrakcyjnych cenach. Ale widać może podtrzymywanie biznesowych kontaktów polega na tym, że się zarzuca i powala wizją Wielkiego Świata maluczkich, aby z wrażenia zastygli przed wielkością korporacji he he he.
Tako my jednak nie zamarły i po 3 kwadransach spłynęłyśmy z tej zacnej imprezy (choć z żalem, że nie doczekałyśmy otwarcia bufetów - bo to była jedyna chyba atrakcja tego wieczoru).
A potem powlokłam się na browara do jednej takiej ciemnej rynkowej nory (z której zawsze jak wracam to myślę sobie: jak, no jak kuwa mój smak estetyczny znosi to istne pandemonium tandety i smrodu;-). Człowiek to jednak niska istota skoro przyzwyczaja się do takich norek. Ale w sumie nie liczą się okoliczności tylko przyczyny meetingów, a rzeczywiście czas wtedy płynie szybko:-) I choć wracałam sobie długo i lekko nostalgicznie wspominając drzewiej bywałe szaleństwa, to jednak wstałam rano z setką dobrego humoru i bardzo bardzo miłą perspektywą weekendową. Czego sobie szalenie mocno życzę bo mi się należy i basta;-)
I jeszcze jedno: gówno prawda, że życie to nie bajka... właśnie, że życie jest bajką... którą piszą bracia Grimm - jeśli wiecie co chcę powiedzieć.

środa, 10 grudnia 2008

Kocia księżniczka


Borko, a więc chyba tak to wszystko się układa, że są na świecie sprawy i ludzie dla których nie warto wykrajać z siebie kawałka empatii bo to energia kompletnie stracona. Kwestia do rozstrzygnięcia pozostaje tylko taka: jak umiejętnie oddzielić ziarna od plew nie tracąc przy tym zbyt dużej ilości czasu? I chyba to jest największa sztuka. Zazwyczaj jesteśmy silniejsi niż nam to się wydaje. Wystarczy tylko obrócić się w transgresywny "tył" i rzucić okiem - jakie korowody emocji, ludzi, miłości i nienawiści przewinęły się przez nasze "marne jak pył" i "kruche jak zmrożona azotem róża" życia... mnóstwo, i ileż razy było nam ciężko, bezkreśnie radośnie albo rozpaczliwie strasznie. I co? Jakoś idzie to wszystko dalej. Choć wiadomo, że są sprawy i przeżycia, które już się zdarzyły, działy i raczej to "stało się" i nie powróci raczej raz jeszcze. Tego szkoda :-) Ale gdybyż to nieustannie się powtarzało, to chyba nie dostrzeglibyśmy wyjątkowości tematu, którym piszę.
I chyba przekroczenie wiekowego Rubikonu to jest dla mnie ten moment jak dziś w ładny lekko mroźny grudniowy dzień: że szkoda mi czasu na siedzenie w dołku i narzekanie (choć to bardzo trendy;-) skoro tak jakoś tyle innej energii wokół, tyle rzeczy do zrobienia, tyle miejsc do zobaczenia oraz tyle innych emocji do ogarnięcia. I niech tak będzie. Piekło jeszcze chwilę musi poczekać ha ha - to tak by the way uwagi o tym, gdzie na pewno trafię w przeświadczeniu niektórych znajomych;). Ja tam jednak uważam, że nie jest ze mną tak źle, ale zawsze macie prawo mieć inne zdanie:-)

ps. a na focie - moja mała kocia księżniczka:-)

wtorek, 9 grudnia 2008

Jak dobrze grają to i biała gitara przejdzie;-)))


Borko, a więc starość starością, lenistwo lenistwem, smuteczki smuteczkami, kasa kasą, inne problemy innymi problemami, ale... ale raz na jakiś czas trzeba dupę ruszyć z zastanych torów i pójść na koncert :-). Ba i to na jaki.
tak się ładnie złożyło, że do mojej wioseczki wrocławskiej zajechał ponownie Satyricon:)))) Jako, że dwa lata temu, kiedy grali pójść nie mogłam bo działy się u mnie dantejskie życiowe sceny i w sumie żałuję, że zamiast iść na koncert zamartwiałam się jakimiś bzdurami, których już nawet nie pamiętam. Potem jeszcze nie pojechałam na "śląskie metalowe spędy" i normalnie nie-wiele już brakowało, a osiwiałabym bez zobaczenia pana Satyra, kolegów i koleżanki (na klawiszach) na żywo. Więc, mimo zagrożenia chorobą, poboru antybiotyków przez Najlepszego z Braci - zebraliśmy się organizacyjnie w garść, wdzialiśmy dresiki, wskoczyliśmy z "megankę" i pojechaliśmy przepuścić nieco gotówki z klubu WZ. I było warto.
Satyricon to taki zespół, który wie o co chodzi w muzyce i w byciu na scenie. To jest ten rodzaj dźwięków, energii i hałasu, który podnosi w ludziku poziom zadowolenia do maksimum i jeszcze od wczoraj mnie trzyma. Zaczęli od We are Possessed... a potem było coraz lepiej:-) Hiciory z Volcano, Rebel E... i Now, Diabolical, blackmetalowe starsze wycieczki oraz w końcu Mother North i wiele, wiele innych nie pomijając zajawki nowego albumu The Age of Nero. Sigurd Wongraven czyli Satyr z zaczesanymi "na brylantynę" do tyłu przyciętymi włosami i w koszuli wyglądał jak krzyżówka Nicka Cave'a z Petrem Murphym - co akurat mnie urzeka bo mam słabość cholerną do takiej estetyki ha ha ha. Cool! A, że jest poziom fajności w którym ludzikowi morda się cieszy i wszystko odpowiada to niech świadczą o tym słowa Najlepszego z Braci, który podsumował występ "S" w ten sposób: "zobacz, jak muza zajebista to nikt z radykalistów i na brak fryzury nie narzeka ani na gitarę w kolorze białym...":-))))
Yeah :-)

piątek, 5 grudnia 2008

Zanim nadejdzie przesilenie


Borko, a więc chyba ten czas przed 13. kiedy to słońce pokona ciemność jakiś rozlazły się zrobił. To chyba standard, że jak tylko wpadnie się w lekkie rozprężenie to powrót do trybów pracy na wyższych obrotach jest dość ciężki. Nie mówiąc już o zaprzyjaźnieniu się na nowo z weną twórczą. Ale pozostaje mieć pewność, że wszystko po czasie wróci do normy, tak jak i uda się małymi kopniakami wywalić "chuja" z agentury - co również opornie, ale jakoś do przodu idzie. Eh, grudzień, grudzień... lepiej byłoby go przemierzać np. po zaśnieżonych stokach rumuńskich Karpat, pić gorące wino w Braszowie, albo choćby spoglądać na Fiordy, ale nie ma co narzekać. Nie tym razem to kiedy indziej. A wywołując dobrego wilka z lasu - sprawdziłam dziś połączenia Wro-Barca-Rzym-Katowice i nawet można to wszystko zgrabnie połączyć i wcale nie po tak strasznych kosztach. Wiadomo jeszcze hotele, wyszynk i zakupy, ale to nie ma co martwić się na zapas.
Wczoraj poszłam do Mamy Tobs i oprócz prozaicznych plotek i innych takich, trafiłam na mój "ulubiony" tygodnik kolorowy, a w nim swój he he horoskop co nie wróży mi nic fajnego oprócz własnego zadowolenia. Cóż, takie to czasy rozwrzeszczanego onanizmu - więc chyba pozostaje tylko lekko wzruszyć ramionami i zaakceptować to "co dają" i basta. Oczywista, jeśli ogólnie brać na poważnie bzdury z kolorowych gazet. Choć co tu dużo mówić, czasem lekka infantylność pozwala nam przetrwać burze i napory liczne ;-) grunt to nie dać się wrzucić do studni pt. śmiertelnie poważne traktowanie lajfu.
Szukałam na dziś jakiegoś fajnego kawałka do poczytania, wprost w opozycji do lektury jaką przeczytałam w ostatnim tygodniu (o rozrywkowym życiu socjety w NYC) i znalazłam to:
Fragment wiersza Emily Dickinson (wszak niebawem jej urodziny - 10 grudnia)

Gdy uda Ci się, błagam powiedz mi
Bym mogła od razu zacząć!
Śpiesz się! Bo gdy Ty zwlekasz
Ja o nim pamiętam wciąż!

środa, 3 grudnia 2008

Californication


Borko, a ja dzisiaj o serialu Californication, na który długo czekałam w "polskiej TV".
Ha - czasem jest tak, że nastawiamy się na fajerwerki, a dostajemy szita. Tym bardziej fajniej mi donieść, że w przypadku tego serialu negatywnego zaskoczenia nie odnotowałam.
Jest taka pula bohaterów i kodów pop-kulturowych, które działają na mnie jak dobrze schłodzone martini z wódką i dodatkami - jednym słowem: pociągająco. Do tego zestawu mogę dorzucić właśnie ten anty-serialik z Davidem D. Oto bohaterem jest postać pisarza-w-nie-mocy twórczej, coś w stylu podstarzałej grunge'owej wersji postaci stworzonej wiele lat temu przez Ch. Bukowskiego. To żadna nowość zresztą - bo ten kontekst jest jasny jak świnia hodowana całe życie w oborze. O czym to jest? Ano wiadomo: o kłopotach z weną, celem życia, kobietami, mężczyznami i nałogami. Standard wątków aktualnych mniej więcej od początków XX wieku. Taki też trochę klimat "Pod wulkanem" Lowry'ego panuje w tym filmie. Zapijana dekadencja ciekawych lotów intelektualnych połączona z frajdą wulgarnej wędrówki po alternatywnych tropach literatury i stylów życia. Dość powiedzieć, że para głównych bohaterów wspomina, że poznała się na koncercie w nowojorskim klubie CBGB (nie istnieje już), a ich nastoletnia córka wzoruje się na słynnej komiksowej Dziwnej Emilce. Trudno było mi przejść wobec tego tematu obojętnie, wszak sama posiadam podobiznę "małej strasznej kociary" w pokoiku, co zważywszy na mój podeszły wiek, wskazuje na rodzaj traumy-tęsknoty związanej z wirtualną chęcią posiadania takiej córeczki :-)
Biorąc więc w garść wszystkie te popaprane wątki połamanych małych indywidualności nie bez pewnych zalet - lubię ten serial za to, że jest rodzajem historii która pasuje do moich odczuć, uczynków i życiowych pyskatych poglądów... nie wspominając już o decyzjach:-)
Gorąco polecam.

wtorek, 2 grudnia 2008

Bez skazy:-)


Borko, a więc w grupie moich ulubionych seriali zawsze będzie amerykańska seria "Bez skazy". To urocza historyjka o dwóch kumplach lekarzach, którzy założyli sobie własną klinikę chirurgii plastycznej. Zrozumienie sedna zagadnienia dążenia do wiecznej piękności i młodości to zagadka na miarę tej z Eleusis:-) (ba, a jaki serial to był! Miodzio. Choć małą dziewczynką byłam, to "Stowarzyszenie z Eleusis" chyba wystarczająco skaziło mą duszę - jeśli takową posiadam). Więc, właśnie te sprawy walki z biologiczno-genetycznym determinizmem cholernie mnie pociągały. A to wyczyny Pani Orland, a to nowinki z zakresu estetycznych rozwiązań bądź możliwych zmian i interwencji w stały organizm. Pewnie stąd mi zostało upodobanie do de Sade'a, który jak dla mnie nie tyle piewcą bezeceństw jest (to cholernie prostackie i niskie uogólnienie) co właśnie wielkiego bojkotu natury i tabu z niej płynącego. Dobra wróćmy do teamatów pięknych he he.
W życiu każdej dziewczyny przychodzi taki moment, że stwierdza: kurwa, nie mogę się na siebie patrzeć. A to ze względu na twarz świadczącą o przebalowaniu całej poprzedniej nocy, a to z powodu syndromu "z jakim ja palantem byłam...", "nie mam w co się ubrać", "jestem za gruba, a mój tyłek ciągnie się po ziemi jak żabi odwłok", "włosy są do ciula nie podobne", "normalnie postarzałam się!!!".
To ostatnie stwierdzenie w naszej rzeczywistości pojawia się zazwyczaj tuż po 30. urodzinach. Pocieszam Was, że są mocno rozwinięte kultury zachodnie, gdzie do takich wniosków dochodzą np 23 latki, które jak się okazuje zrobią wszystko aby przez kolejne 20 lat utrzymywać, że nieustannie mają ćwierć-wieku:-)
Popaprane to wszystko, ale jak ktoś mi tu powie, że nie martwi się swoim wyglądem NIGDY, to może spalić się ze wstydu na to wierutne kłamstwo. Bo w życiu każdego człowieka jest taki moment, w którym zatrzymujemy się przed lustrem i krytycznym okiem oceniamy całość całokształtu:-)
Hm, sama miałam chłopaka co tracił 15 kwadransów na analizę elementów garderoby przed lustrem. Inny mój bliski - analizował swój styl i opracowywał jednorodną linię estetyczną z zacięciem faszysty:-) Mój najlepszy z braci nie założy na dupę niczego co nie jest związane marką z pokłosiem subkultury z jakiej się wywodzi oraz hobby jakiemu hołduje. Można powiedzieć: kto nosi się byle jak, to i osobowość ma byle jaką. Nawet estetyka skłotersa jest sumą dobrze zmiksowanych elementów ulicznych. Jakoś nie widziałam nigdy na skłotach chłopaków i dziewczyn ubranych w przysłowiowy tani dres z bazaru :-)
Dobra, ustaliliśmy jedno: trzeba się sobie podobać od czasu do czasu. Oczywista bez popadania w klimy z cyklu "zerżnę się sam/sama" - bo to już kurwa patologia może się włączyć, a wiadomo każda patologia prowadzi do upadku.
Jako, że osobiście i z premedytacją doprowadziłam do tego, aby w swojej szafie nie trzymać żadnych kaszalotów (jak to się niegdyś zdarzało) i doprowadziłam ten plan do zadowalającego poziomu, na jaki może pozwolić sobie samokrytyczny osobnik o mentalności pruskiego junkra, postanowiłam wyrównać rachunki z przypadłościami biologicznymi.
Otóż skierowano mnie na coś takiego co zamyka naczynka krwionośne za pomocą lasera, wyrównując tym samym koloryt skóry. Ba, oczywista w oczekiwaniu na te przyjemności, nie zniechęciła mnie kolejka w przychodni dermatologicznej, godziny oczekiwań, piekący ból towarzyszący zabiegowi, opuchlizna na pysku, po której jeszcze dziś wyglądam jak przysłowiowa bohaterka kampanii "Bo zupa była za słona". Po otrzymaniu tony recept na środki, które mają czynić mnie lepszą, lżejszą, subtelniejszą i kurwa prawie chyba świętą (może) pocieszam się tylko, że jeszcze tylko dwa działania i suma moich niedoskonałości spędzających mi sen z powiek zmniejszy się do maleńkich frustracji związanych z wieczornymi sesjami żywieniowymi a to z drogą Sylv, a to z niezastąpioną Borko, co klepie kurczaka na noc tak, że hej ja hej.
Dość, żeby powiedzieć jedno: jak sobie jechałam dziś do Jabłonkowni w ciemnych okularach na pól twarzy zrozumiałam kwestię filozoficzną związaną z świadomością czasu i nie-akceptacji tego "teraz dzieje się teraz i już". Kuwa, prawda jest taka jest czas na pierwszy rumieniec, pierwszą szminkę i puder, a jest czas na pierwszego dermatologa kosmetycznego (podobno to lepsze niż terapia u psychoanalityka).