poniedziałek, 30 marca 2009

Dancing po włosku


Borko, a skoro mnie za dwie godziny zobaczysz, to nie muszę nic tu pisać do Ciebie:-)
Tak więc na zakończenie przeglądu piosenki lanserskiej udałyśmy się z Sylv na koncert (który zapowiadał się całkiem przyzwoicie: Mauro Gioia "Rendez-Vous Chez Nino Rota". Jak znacie filmy Felliniego albo Coppoli to wiecie o co chodzi, a jak nie to po jakiego grzyba mam Wam tłumaczyć:-). Tak czy inaczej, winnam mieć więcej dystansu emocjonalnego jeśli chodzi o oczekiwania, ale zwiodło mnie na manowce to, że śpiewającemu Włochowi (jego nazwisko nic mi nie mówiło) miały na scenie towarzyszyć trzy panie, które już mi obce nie są w sumie, bo chodziło o: Catherine Ringer, Martirio, Marie de Medeiros (i tu znów nadmienię: jak nic Wam to nie mówi, to nie ma se co strzępić ozora bo za późno:-). Dość tłumaczenia; spodziewałam się przyjemnego sobotniego włoskiego dancingu z elementami nostalgii śródziemnomorskiej, a to wszystko w dobrze skomponowanej panierce muzycznej. Mniam. Mniam. Kuwa. Było rzyg-rzyg.
Po pierwsze - pikolak z Italii nie dał rady. Wiele można o tym dość ładnym, smukłym chłopcu powiedzieć, ale nie to, że urodził się po to aby śpiewać. A panie? Hm, chyba można lepiej zaaranżować takie występy. Ja miałam wrażenie, że jestem na jakimś wydumanym dyplomowym przedstawieniu, gdzie główny "czeladnik" dostał bilet na loterię w postaci zaproszenia paru gwiazd, ale że one w sumie nie miały czasu, ani serca - to tak wbiegły przypadkiem na chwilę między jednym, a drugim projektem, papierosem, a kieliszkiem wina.
Ot, i tyle. Siedziałyśmy w zbyt dobrych miejscach żeby łatwo zwiać z Capitolu. Ale trudno - zobaczyłyśmy do końca, więc nie mam wyrzutów sumienia, żeby napisać: kiepsko było.
I ogólnie tak ten weekend szybko zleciał, i skok ciśnienia jakiś więc w głowie dzisiaj źle, a pogoda panie dzieju taka zjebana jak szmelc na złomie i nie podobamy się sobie wcale, oraz ubrania wiosenne frustrują swoją nieprzydatnością, książki zakupione podkurwiły masakrycznie, jeść się chce pizzy z rukolą i serem feta (nie wolno, nie wolno), a na dodatek bucik w sobotę nóżkę obtarł i nie mogę walizki na delegacyję spakować, a jutro jeszcze dentystka czeka (ale to akuratnie rzecz przyjemna, bo ja lubię chodzić do stomatologa).
O innych przyjemniejszych sprawach - koncercie Butthole Surfers - napisałam na 5W, więc wicie rozumicie, nie mam już pozytywnego mesydżu na dziś.

piątek, 27 marca 2009

Własny pierożek na wielkiej publicznej tacy


Borko, czy wkład twórczy w rzeczywistość powinien mieć charakter "poważnego" albo "ważnego" gestu? Albo, dla odmiany: czy rozkładając się na przeciwległym biegunie binarnej opozycji, może być tylko i wyłącznie żartem? Gdzie zatem znajdziemy limes, albo jak wypracować przewrotny "złoty środek"?
Osobnym tematem jest jeszcze inna kwestia, która mnie często "trapi" przy okazji "kreacji" - na ile nasze sugestie tak naprawdę są tylko powstałym na bazie fokusu gotowym produktem (spełnieniem niewypowiedzianych oczekiwań), a na ile narzucamy swój punkt widzenia, przemycamy swój koszyczek z wartościami? Kto jest więc właścicielem idei? Czy też w ogóle możemy mówić o prywatyzacji idei? Hm...
Z drugiej strony, nie ma nic bardziej pociągającego (oprócz twórczości sensu stricte autorskiej bądź reprodukcji DNA) nic zaszczepienie własnej "bakterii" na grunt obcy. Tyle, że wówczas nasze bakterie przestają być naszymi:-) zaczynają własne życie, zmieniają formy, rozwijają się itp itd... Czy potem ktoś wie jeszcze, że to my? Chyba nie.
Twórczość może miewać wielość form. Mało kto na przykład wie, że nie tylko projekty budynków czy plany zagospodarowania przestrzeni mogą być odzwierciedleniem indywidualności twórcy albo jego chwilowej pasji, nawet maszyna albo techniczne rozwiązanie bywa przestrzenią w której akt twórczy ma wiele miejsca do przekazania własnej wariacji. I tak, raz mnie Najlepszy z Braci pokazywał swoją maszynę, którą zbudował dla Chińczyków, zaprojektowaną w kształcie potężnego motyla - jak się okazało, instalacja wcale nie musiała tak akuratnie wyglądać - ale podczas projektowania skojarzyło się autorowi, że będzie to jej ideą - nawiązanie to kształtu motyla - który po hali przewozi na swoich skrzydłach urządzenie pozwalające utrzymać stałą temperaturę rozgrzanej surówki. Azja, motyl, ruch... prawie jak teoria chaosu:-). Był też inny projekt - bardziej frapujący - tym razem dla Niemców. Projekt dotyczył realizacji urządzeń, które na zawieszonych pod dachem hali suwnicach poruszały się swobodnie górą, nie zajmując miejsca na dole przeznaczonego do pracy, ani nie narażając na ewentualną styczność ludzi oraz innych urządzeń z transportowaną w obrębie hali substancją. rzecz wyglądała tak: na wielkie czworoboki do kadzi pakuje się zawartość na dole, urządzenie unosi taki czworobok do góry, a następnie na suwach pod dachem swobodnie cała zawartość wędruje do każdego stanowiska pracy. Mówimy tu przemyśle ciężkim - więc mamy do czynienia z wielkimi przestrzeniami stoczni oraz kawałem stalowego cielska. Więc gdzie tu miejsce na akt twórczy, skoro w takich sferach liczy się optymalizacja, dokładność i użyteczność? Ano, okazuje się, że jest... Jak mnie wyklarował Najlepszy z Braci - kończąc cały projekt, pozostała mu do rozwiązania jeszcze kwestia systemu hydraulicznego, który miał "coś" udogadniać i "coś" zabezpieczać od spodu (czyli podstawa czworoboku - tzw dno). System powstał, a jego ramiona zostały ułożone w kształt swastyki, kompletnie nie-widocznej na pierwszy rzut oka. Bo kto zagląda pod spód "garnka"? Ale, Najlepszy z Braci uznał za zabawne wyobrażenie sobie potężnej niemieckiej hali, w której tuż przy suficie, nad mrowiem pracujących robotników, poruszają się w równomiernych odstępach wielkie stalowe czworoboki opatrzone od spodu żelaznymi ramionami tego w końcu dość kontrowersyjnego znaku :-). I jak tu zarzucić inżynierom, że mają 0-1 wyobraźnię i brak im wrażliwości humanistów?:-) Poza tym - na szczęście - mało kto spogląda w górę pracując w takich warunkach.
Jeśli chodzi o priv - to "moja twórczość" - ma służyć ku rozbawieniu gawiedzi - zaś w przypadku pracy zarobkowej - czasem miewam wątpliwości... czy za tanio się nie sprzedajemy he he he:-). Ale raz od parady, zwłaszcza jak klient jest fajny, staramy się zostać na zawsze utrwalone w jakimś "tworze". Taka dodatkowa pieczęć rzemieślnika:-). Maszyny nie zaprojektujemy - no chyba, że mentalną:-) - ale możemy znaleźć inny sposób: ot, jak na tym zdjęciu*, gdzie przebrane za kucharki lepimy pierogi w jednym wzorcowym zakładzie i po "wieki" lud będzie to oglądał:-)))

* gwoli wyjaśnienia: środkowa "załogantka" to prawdziwy fachowiec, a nie przedstawicielka agentury:-)

czwartek, 26 marca 2009

Biblioteka czyli wszechświat


Borko, o swojej top liście bibliotek napisałam niegdyś na MySpace w blogu, więc nie chce mnie się tu strzępić języka drugi raz. Wczoraj motyw biblioteki pojawił się jednak nagle, choć wcale w nie zaskakującym miejscu bo w księgarni:-) Na poprawę lekkiej chandry należy czynić dwie rzeczy: kupować ciuchy albo książki. Ciuchom mówimy NIE - bo się odchudzamy tradycyjnie i należy sobie jakieś kary nałożyć (buuu), ale na szczęście książeczek to nie dotyczy:-)
Tako więc idąc mym ulubionym szlakiem z naszej secesyjnej nory na plac odjazdów karet w kierunku domowych pieleszy, zahaczam se chętnie o księgarnię na Ruskiej "co by" wygrzebać ze stert wszystkiego jakieś jedyne niepowtarzalne egzemplum. Wczoraj kupiłam jedną zamierzoną, jedną dla rozeznania, a jedną ot tak sobie bo była o bibliotece. Chodzi o esej Umberto Eco Biblioteka. Błyskotka i zabawka - ładnie wydane maleństwo, przewodnik po idei biblioteki idealnej w postaci zaprzeczeń. Eco nie napisałby tego bez Borgesa Fikcji. W końcu też Go cytuje na początku obszernie, a tam jest to słynne zdanie: Ty, który mnie czytasz, czy jesteś pewien, że rozumiesz mój język?
No właśnie.
Czasem mnie się zdaje, że to wszystko nie do końca takie pewne jest. Czasem to mnie zaskakuje zmienność życiowego łeju. Ale podobno tylko idioci się nie dziwią - tak przynajmniej uważał Kartezjusz:-).

Nie opuszczaj mnie
ja wymyślę ci
słowa, których sens
pojmiesz tylko ty...

ale, ale Ty, który mnie czytasz, czy jesteś pewien, że rozumiesz mój język?

poniedziałek, 23 marca 2009

Intensywne zagęszczenie eksperymentu


Borko, wróciłam przed oblicze blogosfery jeszcze zafiksowana po wczorajszym koncercie Bang On A Can i Ivy Bittovej:-) Łoł, mimo zmęczenia, deszczu i lekkiego przeczołgania przez drogą Sylv - która "wyprowadziła mnie" na tzw. przegląd piosenki lanserskiej, a ja spóźniłam się dziesięć minut, co w sumie z racji mego zamotania i tak nie było jakimś rekordem:-) Zresztą - czy ja w życiu coś szybko zrobiłam? Nie, no może przesadzam. Ale nevermind(e).
Jaaaa jaki to był fajny koncert - zwłaszcza jego pierwsza część - choć sądząc po publiczności to jednak na Bitovą przyszli, ale ja prosty odbiorca więc uznajmy, że się mnie jednak amerykański ansambl trafił prosto w serce. Tak zajefajnego połączenia jazzu, awangardy i eksperymentu dawno na żywo nie słyszałam - niemęczącego i konstrukcyjnie powalającego na kolana, albo na kark;-) Gitara i perkusja rozwalają, a do tego kompozycje - ten koncert warto było zobaczyć i posłuchać dla samej refleksji albo traktatu o komponowaniu i strukturze - takie rzeczy panie i panowie to już nie przypadek ani jarmarczne sztuczki, to trzeba już mieć łeb na karku i geniusz w wyobraźni, nie mówiąc już o wrażliwości. Osobiście rozwalił mnie przedostatni numer - z doskonale "deathmetalową" konstrukcją i werwą. Niesamowity Team.
A Ive - widziałam po raz pierwszy w życiu - i wszystko co zdążyłam przeczytać teraz o niej sprawdza się. Trudno uwierzyć, że ona to sama, tak sama śpiewa, gra i jeszcze aranżuje. Fajne kawałki o miłości he he oraz piosenka czarownicy (o czym mnie czeska znawczyni Sylv poinformowała). Jakoś mnie te numery o czarach prześladują w życiu ha ha. Ale jak pisze Phil Hine nie można dopuścić w życiu do paranoi numerologicznych skojarzeń, symbolicznych znaczeń i zagęszczenia przestrzeni światów - bo to idzie panie zwariować, a do tego łatwo pomylić ściemę z olśnieniem ;-)
Zostańmy przy intensywnym zagęszczeniu eksperymentu muzycznego:-)
A dzisiaj my na Edycie Geppert, a co:-)
mniam

piątek, 20 marca 2009

Oum - le dauphin blanc


Borko - kiedyś od Darsego dostałam na Mp3 w wersji studyjnej ten numer, jako wspomnienie najbardziej ulubionej bajki wszech-czasów, ale przepadł plik gdzieś w sytuacji odnawiania żywotów komputerowych. Dzisiaj sobie tak o tym myślałam, że przynajmniej pewne "rzeczy" niezależnie od naszej wiedzy, doświadczenia, rozgoryczenia oraz innych kataklizmów wiekowych - ciągle pozostają takie same i nieustannie potrafią przywołać ciepłe wspomnienia.

poniedziałek, 16 marca 2009

Bohaterowie po godzinach bywają samotni


Borko, co miałam Tobie do powiedzenia to zdaje się oznajmiłam w sobotę w Salvadorze, więc teraz pozostaje tylko poukładać nieco plany i wielkie zamiary przechodząc finalnie na level realizacji:-) Wszystko będzie dobrze... no, może nie tak kolorowo jak w paczce żelek Haribo.
Dość mam dzisiaj mentalnego ADHD związanego z wiekopomnymi zadaniami oraz wielkomocarstwowymi planami... jak to szło, czekajcie...zima wasza...wiosna nasza ha ha. Zobaczymy. Na szczęście na tym blogu nie trzeba zajmować się polityczkowaniem ani innymi takimi ważnymi i mądrymi zdaniami, od których ta druga część mojej osobowości dostaje świra i dla przeciwwagi albo otrzeźwiającego siarczystego policzka mogę ponarzekać na wiele przyziemnych spraw w tym na takie, że nie mogę się zdecydować ciągle na rodzaj i kolor szalu na wiosnę i cholernie mnie to wkurza, ale jak się okazuje - zima ma chwilowo wrócić, więc problem sam, że tak powiem, się oddalił.
By the way dyrdymałów - jakoby miałam napisać coś o ekranizacji "Strażników" - tu znalazłam po trosze niegłupią recenzję choć ciągle pozostająca w tradycyjnym dyskursie dekonstrukcji dzieła filmowego będącego adaptacją he he he. Co ja mogę dodać? Mało kiedy ostatnio zdarza się mnie wyjść z kina i zapragnąć spaceru niezależnie od pogody. A po tym filmie tak było. Jasne - złożoność całej historii, jej gorycz i przesłanie - robi swoje, ale chodziło jeszcze o coś innego. O rok 85. Ten cały "strażnikowy" bajzel to przewrotny powrót gorzkiej dorosłości do czasów dzieciństwa. Cholernie dobrze "Strażnicy" rekonstruują cały ten bajzel. Jasne - poza kwestią komiksową - "historię w tej historii" zmodyfikowano poprzez inne rozstrzygnięcia kluczowych zgrzytów naszych dziejów - ale nie do tego zmierzam. Przeszłość to nie tylko to co "tak naprawdę" się wydarzyło i martwy zapis faktów, to również wszystkie możliwe spekulacje, nadinterpretacje, marzenia, fantazje i nocne koszmary te miłe (bywają takie) i nie-miłe. I mi taki mesydż z tego obrazka wyszedł. I nie zgodzę się z olinkowaną recką, że można było zdynamizować, przyciąć... oj nieee, cała magia tej historii polega na jej snuciu i syceniu się oraz dokładnym obrazowaniu. No i muzyka - nieprzypadkowa - to temat na osobne pogadanki, ale w sumie po co łopatologicznie klepać coś co każdy zainteresowany dobrze sobie połączy i zinterpretuje jak mu się podoba. Wiele scen z tego smakowitego tortu obraz/dźwięk wyszło jazzy he he, ale zapamiętam dwie - tą z 99 LuftBaloons - Neny oraz All Along The Watchtower - Dylana w wersji Ognistego Mańkuta, ehhhhhhhhhhhhh.

Musi być stąd jakieś wyjście
powiedział błazen do złodzieja
jest za duże zamieszanie
(...)
nie mówmy kłamstw
zapada już noc
naokoło wieży
królewna patrzy i wie
że kobiety przychodzą i odchodzą
bosonogie sługi też
gdzieś daleko stąd
zawarczał dziki ryś
dwaj podróżni nadjeżdżali
i wiatr zaczynał wyć


tia, i to powinno robić za podsumowanie:-)

Ps. a dlaczego kot z butami? - bo to taka nadinterpretacja baśni w krzywym zwierciadle oraz rodzaj komentarza do czynności strażniczych:-)

piątek, 13 marca 2009

Piątek 13 albo Kocie Noce


Borko, ja tej korporacji to Ci nie zazdroszczę, choć uwielbiam opowieści o programie SAP, więc gdybyś tam nie pracowała to byłabym wielce niepocieszona brakiem tak wielu prześwietnych anegdot, informacji oraz wiecznie zadziwiających case z życia ludzkich mrówek. Złotym określeniem Borko, które pokochałam od pierwszego zastosowania było: "piesek z tylnej półki samochodu". Zdaniem inżynieryjnej Borko, to typ antyszambrujący w okolicach gabinetu prezesów, którego głównym komunikatem jest wydawanie szczeknięć "tak, tak" z towarzyszącym im charakterystycznym kiwnięciem główką. Dokładnie jak te prywaciarskie pieski z flauszu, które umieszczało się dawniej (teraz wróciła na to moda) za tylną szybą auta, żeby drgały radośnie łebkiem podczas jazdy, wkurwiając do spodu kierowcę siedzącego w następnym samochodzie. Więc dla przykładu prezes wychodzi i mówi: ten wazon jest biały - wskazując na czarny, korporacyjny wyrzutek-idiota zakrzyknie: ależ nie, pan się myli. Ale dobrze rozeznany w rzeczywistości piesek nie da się złapać w tak głupi sposób i szybko pokiwa wdzięcznie główką: "tak, tak". W gruncie rzeczy nie ma z czego się śmiać. Nie rozstrzygalne są powody, dla których życie pisze nam takie, a nie inne scenariusze. W gruncie rzeczy, dla oddania sprawiedliwości, Borko mawia, że nie wyobraża sobie pracy poza korporacjami, ponieważ jako szachistka świetnie czuje się w takiej rzeczywistości. Z innej beczki: pamiętam taki żart rysunkowy z New Yorkera. W barze na Manhattanie, przy kieliszku siedzi dwóch facetów w rozpiętych koszulach, marynarki walają się na fotelach. Obaj mają lekko w czubie. Jeden mówi do drugiego: wiesz, uwielbiam walkę, tą wieczną niepewność, strategię, ukrywanie się i pościgi, a do tego ryzyko, gdzie twoje życie wisi na włosku... Dlatego rozumiesz, zostałem księgowym :-) - żart był na fali afery z Enronem i Arthurem Andersenem. I w pewien sposób mógłby robić za motto wszystkich ludzi, którzy prowadzą jakieś działania rynkowe. Po dzisiejszym dniu i młócce tygodnia - jestem tego pewna:-)))
Tak czy inaczej nie chciałam dziś pisać o takich sentymentalnych sprawach, ale Borko zadzwoniła umówić się na jutro i jakoś tak wyszło.
Ale w związku z tym, że dzisiaj piątek po południu i dość może tego jęczenia nad robotą, to w związku z kawowo-czekoladowo wizytą Najlepszego z Braci przypomniał mi się taki jeden numer, co zimą mi po głowie chodził. A, że padał dziś śnieg o płatkach wielkości wróbla, jest zimno, a wiosna ciągle w poczekalni, to akuratnie się nada. Lubię Ozzy'ego w tym numerze. Lubię kiczowate zdjęcia Roba Zombie. Lubię tą łzawą solówkę zagraną na Gibsonie i sekcje jednego z bardziej interesujących perkusistów ostatnich 2 dekad. No i tytuł piękny: Dreamer.

A druga rzecz też stara - starsza nawet od poprzedniej. 1989 rok - jeden z lepszych i ciekawszych, ale i burzliwych. Panna Kate Bush wydaje płytę. Bardzo ciekawą płytę. Nie jest już młódką, ale jej uroda po latach - po znudzeniu gładkością kolejnych wdrożeń narzędzi CS2, a potem 3 - zachwyca. Poza tym, moim zdaniem, sukienka Kate to jedno z bardziej udanych przedsięwzięć krawieckich muzyki rozrywkowej. Najlepszy z Braci twierdzi, że to numer o czarownicy, ja tam uważam, że to kawałek o miłości.

W każdym bądź razie - wszystkie trzy grafiki/wizualia dzisiaj utrzymane są w jednej tonacji baśni braci Grimm. Tak adekwatnie do dnia i nastroju. Choć w sumie miałam dzisiaj wpis zrobić o Strażnikach, których ja wczoraj widziała i zachwycała się i filmem i muzyką - ultra fajny obraz. I jaki sentymentalny:-)

środa, 11 marca 2009

Estetyka i wina


Borko droga, właśnie zastanawiam się jak przekazać Księżniczce Graficzce uwagi o jej projektach, które właśnie otrzymałyśmy od naszych szanownych kontrahentów. Tiaaa. W grupie licznych, tak prześwietnie żrących rynkowo kursów w stylu: jak najlepiej zarządzać, jak być asertywnym, jak konstruować idealny biznes plan, jak zwalniać w sposób pozytywny, jak wykorzystywać cycki w nawiązywaniu relacji handlowych... (to już poleciałam:-) - odczuwam gorącą potrzebę konsumencką przebycia kursu pt.: w jaki sposób przekazywać negatywne i aroganckie oceny pracy swoim współpracownikom bez narażania się na pobicie i histerię. Jak wiadomo z Księżniczkami należy się liczyć i całować w rąbek sukni. Inna sprawa: wszystkie te kursy są o kant tyłka do rozwalenia, a jedyną ich wartością jest to, że są i się sprzedają i w związku z tym ktoś może czerpać z tego korzyść majątkową czyli po prostu żyć za to. Żadna praca wszak nie hańbi, a jako osoba, która musiała przełknąć kiedyś taką sugestię: kto nie pracuje, ten nie je - wiem co mówię i czasy "gestów Jakubowskiej" chyba już nie wrócą (choć rzucanie pracy o 1 nad ranem w jednej redakcji wspominam czasem z łezką w oku;-). Nevermind(e). Nie o księżniczkach to wpis, ani o mojej pracy. Co innego mnie w tym wszystkim frapuje. Gust a la złoty szpros i lśniące szkło w stalowej oprawie. Bu. Zadziwiające, że kiedy wychodzą z naszej manufaktury projekty fajne, z których jesteśmy zadowolone, nie-banalne, nie-naśladujące (i inne ohy i ahy) - wszystko jest do kitu. Właściwym miernikiem rynkowej estetyki jest nasza niechęć - im mniej zadowolone jesteśmy z projektu tym większe szanse są na jego szybką akceptację. W zasadzie jest to spór nierozstrzygalny - bo wszak nie będziemy na siłę zmuszać kogoś aby nagle przerzucił się z przysłowiowego złotego szprosa i drapowanych firan na oszczędny i grający trójwymiarem przestrzeni design. Zresztą czy to ważne? Przypomina mi się jak to Mo poszła ubiegłej jesieni przymierzać he he sztuczne futerka do tzw. "pasażu grunwaldzkiego". W jednym butiku najpierw szarpała wyeksponowane futerka, w których stwierdziła "wyglądała jak rodząca niedźwiedzica", więc je odłożyła mimo zdziwienia ekspedientek, następnie podbiegła do niej pani, która stwierdziła: "mam dla pani coś naprawdę świetnego!" i wytaszczyła jej radośnie ostro fioletowe kuse futereczko. Mo ubrała włochate giezło i powiedziała: "no nieee, to za krzykliwy kolor i krój", pani w odpowiedzi wzruszyła tylko ramionami i zawołała z rozpaczą: "ale to się wszystkim podoba!!!". A skoro się wszystkim podoba to stul pysk i noś... nawet jeśli będziesz wtedy podobna bardziej do tłustej końskiej muchy niż do apetycznej dojrzałej śliwki;-)))) Wielkie szczęście być czasem demode he he.

ps. butelka wina jest na przykład szalenie estetycznym przedmiotem, zwłaszcza pełna. Najgorzej, że dochodzę do takich wniosków zawsze w chwilach, kiedy przebywam na porządnej drodze życia i pracy:-)

poniedziałek, 9 marca 2009

"7" dla Stu czyli blogując zamiast pracować

W odpowiedzi na "postulat" Stu, tak się sprawy mają z tymi 7 płytami:


Closer - Joy Division (1980)
W pewnym momencie stało się "modne" mówienie o życzeniach w stylu "na moim pogrzebie zagrajcie"...
Pozostawmy na boku żarty ze śmierci w myśl mej ulubionej maksymy: śmierć jest tajemnicą, a pogrzeb sekretem - zostańmy przy muzyce. To ja mówię wam w takim razie: jak umrę to na pogrzebie chcę mieć Joy Division Decades...
Tak to jest - nie można się oprzeć słuchając Closer. Kompakt zajechałam, analog wyłudziłam podstępem, artykuły o smutnych chłopakach i książki z pieczołowitością przechowuję do dziś, podobnie jak narysowany własnoręcznie portret Iana Curtisa (takie rzeczy się robiło dla muzyki:-). I jak dla mnie: najpiękniejsza okładka płyty jaka powstała w historii posępnego rocka. Właściwie wszystko czego później szukałam od czasu infekcji zarazą Joy Division w wieku lat 15 niespełna było poszukiwaniem utraconych dźwięków, które odeszły wraz z Curtisem. Eh, ale to zabrzmiało egzaltowanie. Igła do góry, zmieńmy stronę płyty, zmieńmy nastrój, jeszcze noc przed nami...
Jeden mój barbarzyński kolega perkusista black metalowy powiedział po przesłuchaniu tej płyty, że nie wiedział, że już wtedy "blastami" lecieć ktoś potrafił, to się rozumie samo przez się:-)



13 Songs - Fugazi (1989)
Mało kto wie, ale waszyngtoński team pod wodzą Iana McKaye to jedyny zespół, na którego koncerty jeździłam zawsze kiedy tylko zawitał do Europy. W Polsce pierwszy raz Fugazi zobaczyłam w 1990 roku na żywo w Zgorzelcu w przepięknym domu kultury. Emo cory i poruszający poetycki, społeczny stawiający do pionu rozbestwione ego przekaz. Dojrzała muzyka, która wytrzymuje każdą próbę czasu, sample, obrazoburstwo, nowoczesny sposób realizacji. I pomyśleć, że tyle energii czai się w czwórce chłopaków w trampkach i powyciąganych bluzach z kapturami. ZEN core'a. Choć teraz dwie moje ulubione kompozycje: Waiting Room oraz Suggestion brzmią mi w mózgu bardzo smutno:-(. Ale, żeby nie było pesymistycznie: ta płyta to mi się z Brzegiem Dolnym (liceum time) nieodłącznie kojarzy i fajnymi party oraz z tym, że ktoś mi jedną kasetę Fugazi rąbnął na takiej "miłej imprezce" - jednak jest pesymizm he he na koniec.



Raw Power - The Stooges (1973)
Chyba każdy o zdrowych zmysłach, kto pisze w wieku "starczym", że lubi punk rocka nie może nie lubić tej płyty. Wykop, energia, awangarda i witalność połączona z dekadencką postawą: a my gramy tak i ch... z waszymi oczekiwaniami. Po pierwsze: kamień milowy dla punkowych kompozycji. Po drugie: zadziwiające ile potem można znaleźć z Raw Power w szybkich hard core'owych kawałkach z dziecięcych lat stylu.
Image - Iggy i jego sceniczne szaleństwa, potem to ja moi drodzy takie rzeczy widziałam tylko na taśmach z przedstawień u Jerzego Grotowskiego:-). na otwarcie: amok w przekazie czyli Search and Destroy - 3 minuty, 29 sekund aby rozwalić układ cywilizacyjnych zahamowań:-). Wizerunek Iggy'ego z koncertu gdzie idzie po publiczności mam na T-shircie, jedyny wykonawca (poza zespołem Najlepszego z Braci), którego koszulkę ubieram. Choć z wiekiem coraz bardziej "szukaj i niszcz" zamieniam na "zostań w domu i czytaj książki" (przetłumaczcie sobie na angielski brzmi zabawnie), ale od czasu do czasu ma się taki dzień, że...



After the rain...The soft sounds of Erik Satie - Performed by Pascal Rogé (1995)
Kompozytor Satie to nieprzypadkowy przypadek na mojej drodze. Mimo ukończonej prześwietnym egzaminem "wiedzy o muzyce" długo nie znaliśmy się. Być może dlatego, że i moi wykładowcy uznają Erika za błazna muzyki:-), a mnie samej ufność w "uniwersytety" przesłania horyzont własnej ścieżki. I taki stan rzeczy trwa do pewnego jesiennego dnia XXI wieku. Oto siedzę w cudzym samochodzie. Za oknem deszcz, w odtwarzaczu "szaleje" Captain Beefheart czyli Donald Van Vliet, a ja kłócę się z jednym wariatem o Hermesa Trismegista. Nie jesteś w stanie nawet ogarnąć 16 poziomu świadomości, na którym się moje JA znajduje - mówi do mnie wariat. Boli mnie głowa i dochodzę do wniosku, że rozmowa z ułomnymi uzurpatorami do kalekiej boskości nie wniesie nic w moje życie prócz niesmaku. Żegnam się tradycyjnym: "spierdalaj i obyś się nie rozmnożył" i szybko zabieram swoje rzeczy (w tym płyty) bo nie wiem czy mój rozmówca nie zechce mnie w swym gniewie przerobić na kościane elementy okultystycznych amuletów:-) Wracam do chatki, rozpakowuję torbę, a z niej uśmiecha się płyta z kompozycjami Erika Satie. Żeglujemy sobie razem w nokturalne krainy, a ja dochodzę do wniosku, że od pewnych ludzi nawet przedmioty uciekają, nie mówiąc już o muzyce. Satie to najpiękniejszy i najsmutniejszy widok na łagodne wzgórza niekończących się sadów jabłkowych i najbardziej sensualne muśnięcie karku o jakim możecie sobie śnić:-)



Autumn in New York - Chet Baker
Co tu dużo mówić: NYC, trąbka, przesadnie aksamitny głos Bakera, kawa, papierosy, ciasne sukienki, tupot obcasów na chodnikach, pisk opon zatrzymywanych taksówek, tona tuszu na sztucznych rzęsach, fioletowy cień na powiekach i gruba warstwa szminki na ustach. Zrzucona szpilka (but - gwoli wyjaśnienia dla laików;-) pod barem i dyskretne poluzowanie podwiązki pończochy, która rozgrzana ciepłem ciała wpija się chciwie w udo zabierając skórze ostatni oddech. I pierwsze takty When I Fall In Love - właśnie, przecież od tego wszystko się zaczyna:-) Pościelówa jazzu.



Liberty And Justice For... - Agnostic Front (1987)
Przekornie, jak się czasem zdaje niektórym, pisze o sobie, że ja prosta dziewczyna jestem. I tak w sumie to prawda w jakiejś tam części:-). Lubienie muzyki co pozbawia humoru sąsiadów zawsze należało do dobrego zwyczaju. A wierzcie mi - puszczenie na full tej płyty pozbawia złudzeń. I o to chodzi. To jest CB/GB, a nie piknik korporacyjny i jakieś wyjce w stylu pokaż na co cię stać... Pokaż kurwa na co cię stać to jest to o czym śpiewa Miret, a przygrywa mu na gitarze Stigma. Metal, punk, HC, crossover yeah, bejb to jest muzyka dla prawdziwych kobiet, a nie jakiś tam Feel ha ha. No - i tatuaże zawodników z AF - można powiedzieć ikony gatunku albo stylu jak to się mówi teraz:-). Lansiarsko nie mogę ominąć tej płyty, wszak przed laty na koncercie w Poznaniu panowie z AF zadedykowali mi utwór Lost, a to chyba nie często się zdarza jak się nie jest małą kicią czy groupie:-)


Machine Head - Deep Purple
So, prawda jest taka: gdybym nie usłyszała tej płyty...to nie byłabym kim jestem. Trudno mi nawet zdefiniować w czasie kiedy to było, bo chyba słyszałam już ją w dość wczesnym dzieciństwie (młodszy brat mamy był hard rockowcem). Tak czy inaczej od pieluchy przeszkolono mnie na taką oto okoliczność (wujek i brat), że Deep Purple to najlepszy zespół wszech-czasów, fajne chłopaki noszą długie włosy i grają w zespołach, reszta to mieszczuchy, a Smoke on The Water to ciekawszy kawałek niż piosenki o Misiu Uszatku...no i tak już zostało:-)

niedziela, 8 marca 2009

Oczy mojego ducha nie mają ust mojego ducha*


Borko, tak więc wczoraj w pogodę ni jak mającą się do optymizmu, pławiłam się z Sylv w celuloidzie:-). Ale zanim "pójdziemy" do kina i w inne rejony sztuk wizualnych, powiem na marginesie, że rozpoczęłyśmy sobotni rajd w Blue na Solniaku i ja to miejsce bardzo lubię przed południem. Mogłabym tam siedzieć cały poranek, mniej więcej do południa właśnie, podglądać innych gości, robiąc sobie ich szkice w pamięci, śledzić barmanki, analizując po raz nie wiem który zalety menu i zachwycając się nad niezdrowym francuskim zestawem śniadaniowym. Nie wiem na czym to polega, to miejsce nigdy mi się nie kojarzy z piwem, wódą, paleniem czy przesiadywaniem wieczorem - zawsze tylko dzień, i raczej śniadania albo lekkie lunche. W gruncie rzeczy od kilku lat mało co mnie jest w stanie poruszyć w gastronomi we Wro, bo właściwie wszystko orbituje wokół kilku obytych tematów i sieciowych klimatów. Blue to nie jest żaden ekstra unikat, w zasadzie nie ma tam nic artystowskiego, klimatycznego ani zbyt luksusowego. Po prostu jakoś ta knajpka wlepiła się w takie zakrzywienie przestrzenne, że dostało się jej coś dobrej gastro-aury i zawsze podglądnę w niej coś/kogoś ciekawego, taki kamyczek, który uruchomi lawinę skojarzeń, a z tej uda mi się wysupłać w końcu jakąś refleksję wartą uwagi. I siedząc wczoraj w Blue - przyszło mi "coś" do głowy odnośnie oglądania zdjęć, ale o tym za chwileczkę.
Bo teraz czym innym - w końcu trafiłam na zajawkę ekranizacji Znowu w Brideshead - Evelyn Waugh. To książka, którą lubię sobie wymienić jednym tchem z wszystkimi najważniejszymi, bez których umarłabym z żalu prawdziwego, a nie egzaltowanego:-). Jestem małą gówniarą i w TV leci sobie właśnie serial na podstawie Waugha. Nikt u mnie go nie ogląda. A ja wieczorem jak trusia siadam sobie przed czarno-białym odbiornikiem i z napięciem oglądam każdy odcinek. Jeszcze nie bardzo wiem dlaczego, ale ta historia ma dla mnie cholernie duże znaczenie i żywię głęboką niechęć do jakiegokolwiek zainteresowania tym filmem przez innych. Dopiero kilka lat później kupuję książkę i w ogóle "łaskawie" zapoznaję się z pisarzem. I do tej pory emocjonalny związek z tą całą historią mi nie przeszedł - inna sprawa, nie mogę napisać dlaczego. W ogóle - dopiero po latach - zrozumiem, że ta niechęć do "dzielenia" się opisami ukochanych książek, odkryć, filozofii oraz innych okruchów sztuki wynika z tego, że pisanie o tym co mnie konstruuje i porusza jest ostatnią i małą próbą zachowania czegoś "swojego" - gdybym to zrobiła nie zostałoby już zupełnie nic, co pozwoliłoby mi na poczucie bycia mną samą w rzeczy samej:-) Dlatego nigdy nie będę pisać o tym co przeżyłam przed laty na materacu z Ikea (własność Sylv) podczas czytania Auto da fé, nie potrafię nawet ująć tajemnicy (świadomości że ją zaraz spotkam) kiedy dostał się w moje ręce Traktat o historii religii, albo do czego (i dlaczego) skłoniły mnie eseje Ireneusza Kani, czy Dziennik z Păltinişu lub jakiego rodzaju poezję obrazu niesie ze sobą Księga rozkoszy. Koniec i kropka. Stąd czekam sobie na początek astronomicznej wiosny aby pobyć Znowu w Brideshead i sprawdzić czy ta dziwna "magia" tej zagadki wyjdzie z tej próby niespieprzona potrzebą "sukcesu oglądalności".
Więc... szukając spinki dla motywu z początku tego posta, dumałam sobie właśnie w Blue nad niemożnością wypowiedzenia, albo w zasadzie: niechęcią wypowiedzenia. Gapiłam się na obrazki i przyszło mi do głowy, że opisywanie zdjęć bywa złudne - albo przeinterpretujemy je w kierunku zupełnie oderwanym od pierwotnej intencji, albo umniejszymy ich bagaż zamiaru, lub dodamy im wartości i posypiemy dobrem z aksjologicznego koszyczka na jaki nie zasługują. Ja tam żaden "specjalist", ku rozbawieniu gawiedzi i własnemu sobie gaworzę, fotografię zawsze lubiłam - mogąc godzinami przyglądać się jakimś przypadkowym zdjęciom, którym dopisywałam w wyobraźni całe wielowątkowe historie. Różnych tuzów foto-sztuki przez lata lubiłam i za różne rzeczy. Nieszczególnie gustowałam się w fotkach emocji dla emocji - dla technicznego uchwycenia ludzkiego emo. Najlepsze "emo slajdy" wychodzą przypadkiem, często o ich wartości decyduje kontekst, wszystko co wokół o nich da się opowiedzieć. Foto - to dla mnie właśnie takie poćwiartowanie - kawałek "mięska" rzucony węszącej zwierzynie - skąd pochodzi, dlaczego został tak wycięty, czy będzie smaczny, czy nudny swą przewidywalnością smaku? Idąc do "mamowej zagrody" wyliczałam sobie zdjęcia, które lubię i dlaczego od razu przychodzą mi one do głowy, kiedy myślę o tych setkach, a może już tysiącach nagromadzonych analogicznie i cyfrowo "obrazków". Nie liczę tych z dzieciństwa ani z nastoletnich czasów - to kraina, na którą zarzucamy zawsze kolorowy (i bardzo fałszywy;-) woal imaginacji i tęsknot. Ale jest parę takich zrobionych przeze mnie i przez innych, które "łapią tajemnicę" właśnie w tym danym momencie i kiedy patrzę się na nie po dniach/miesiącach/latach - potrafią mnie wciągnąć do środka, przypomnieć myśli, smaki, emocje (dobre i złe), decyzje i manifestację jakiegoś konkretnego przekazu. W pierwszym wyborze chciałam napisać o tych zdjęciach, ale sprawa z nimi ma się dokładnie tak jak tymi książkami:-) Poza tym są to zdjęcia konkretnych żyjących lub czasem też nie-żyjących już osób, ba nawet też czytających te moje blogopity, więc nie wiem czy byliby zadowoleni z moich interpretacji;-)))
Finiszując to niedzielne popołudnie - najbardziej lubię (ze swoich) zdjęcie kiedy płynę łódką na klasztorną wyspę na jeziorze Snagov. Jest to ten klik, w którym zawarło się wszystko co dla mnie konstruktywne: poszukiwanie/determinacja/emocje/wysiłek/ironia/przekór i pewność, że intelektualna przygoda wymaga smagnięcia biczem po rzeczywistości, a nie siedzenia i dywagowania z ciepłego fotela. Jest to fotka full-color, w zbliżeniu do połowy sylwetki. Widać dokładnie zarys łódki, niespokojną toń jeziora, chylący się ku powolnemu zmierzchowi dzień, moje kompletne dyletanctwo w kwestiach wiosłowania i upór oraz bezczelność połączone z determinacją, że wszystko da się ogarnąć, bo tam gdzieś czeka konfrontacja z "zagadką". Z zagadką, która czasem potrafi nas zjeść:-)
Uff, dość tego idę stąd w cholerę.


Poćwiartowany unoszę się w otchłani,
ponakłuwany śmiercią jak woda
śmierci.


* ... nie mogłam się oprzeć kiedy na ostatniej stronie Europy zobaczyłam All my love z miasta absyntu, gotyku i awangardy - jednym słowem Juan Eduardo Cirlot z Barcelony rodem w tłumaczeniu Piotra Sobolczyka.

piątek, 6 marca 2009

Dla dzewczynek i chłopaków:-)


Borko, a to dzisiaj miałam coś o dziewczynach dla moich drogich koleżanek napisać (z okazji tzw. 8 marca). Ale co można ciekawego jeszcze dorzucić do kwestii kobiecej? Stara zasada, że im mniej tym lepiej bo przynajmniej mały margines do manipulacji zostaje, sprawdza się w tym wypadku jak nic:-) Więc sprawy dziewcząt zostawmy na boku, a zajmijmy się choć raz chłopakami, których zazwyczaj marginalizuję w swych dyrdymałach blogerskich. A więc...
Więc wszystko zaczęło się od wizyty Najlepszego z Braci w naszej agenturze. Mo zauważyła, że jego godzinna obecność (przychodzi w porze lunchu na kawę i czekoladę bo jego biuro jest po drugiej stronie Rynku, a "po co wydawać kasę w barach, skoro u was można tak przyjemnie godzinę spędzić"). Swoją drogą ta iście rynkowa postawa skutkuje tym, że on jest bajkową mrówką, a ja świerszczem :-). Najlepszy z Braci jest więc typem przyzwyczajonym do pełnej obsługi. Właściwie to nie wynika z jakiś aroganckich nagabywań. O, nie. Wystarczy, że siądzie i zaraz jakoś tak wszystkie kobity wiedzą, że trzeba mu zrobić kawę, dać czekoladkę, wytłumaczyć się z braku mleka czy innych niedogodności. Nigdy też Najlepszy z Braci nie mówi: "proszę", albo "czy mógłbym dostać...", nie... zanim zdąży odtworzyć paszczę zostaje zasypany pytaniami: "kawy? cukierka? ciasteczka?", w odpowiedzi pytająca usłyszy zaś: "możesz dać". Eureka! W krótki i zwięzły sposób przechodzimy więc do wniosku: uf, zgodził się napić naszej kawy i zjeść naszego cukierka:-) Jak dla mnie - taktyka rewelacyjna!
Innym typem osobowościowym są chłopaki co zawsze przepraszają. I tak, kolejny nas odwiedzający, w krótkich przerwach od kapitalistycznego wyzysku mas pracujących, zanim przyjdzie, wysyła maila: "przepraszam, czy mogę wpaść do was na jakiś kwadransik. Mam nadzieję, że nie będę przeszkadzał". Te wizyty wyglądają zupełnie inaczej. Kawę też serwujemy, czasem coś i do przekąszenia. Jednak w tym wypadku za każdym razem jest to połączone setką podziękowań, przynoszeniem gadżetów, prezencików, przysyłaniem kwiatów na urodziny itp itd. W zamian za to zawsze i cierpliwie należy wysłuchać wszystkich opowieści spod znaku łzy krokodylej, które bywają dość zabawne - pewnie wbrew intencji rozmówcy :-). Następne w kolejce typy to chłopaki w stylu "jedynie moje życie jest fascynujące, więc słuchaj mnie mała". To już grubszy kaliber. O ile przy pierwszym typie "możesz dać" - z przymrużeniem oka można poczuć się jak w jakieś orientalnej bajce (he he), a przy drugim jak z tymi mniej zaradnymi bohaterami Jane Austen, to typ trzeci jest zdecydowanie trudniejszym przeciwnikiem. Początkowo - bywa zabawnie. Tokowanie głuszców nie bez powodu wzbudza zainteresowanie przyrodników. Jednak nawet najwytrwalszy obserwator, w którymś momencie chce podzielić się swoimi uwagami... nic z tego, zanim znajdziemy się w połowie naszego krótkiego wywodu, interlokutor przerywa z irytacją i wtrąca swoje trzy grosze: "...wiem co chcesz powiedzieć, ale ja miałem lepszy przypadek...". I bach, po godzinie należy się upić do nieprzytomności, albo uciec pod pozorem nawału pracy. Inaczej się nie da:-). Na osobne wyróżnienie zasługują chłopaki: "znowu w życiu mnie nie wyszło" - nie, nie są to żadne ofiary losu... bynajmniej. Po prostu to taki typ osobowości (spotykany również u kobit) co żeby było dobre samopoczucie musi być źle, chorobowo, smutno itp itd. Kiedy na przykład miewa się urodziny (:-) nasz gość oprócz życzeń zapyta się: "...i jak sobie radzisz z tą datą?" - ano reakcja może być dwojaka, albo wpadniesz w furię, albo wejdziesz do dołu i posypiesz się jeszcze ziemią, żeby nie zapomnieli czasem zakopać. Dla przeciwwagi osobną kategorią gości są "pożeracze" - przybywają zazwyczaj w nasze skromne progi pod pozorem najbardziej tajemniczych interesów i przekazywania teorii spiskowych. Pochłaniają góry ciasteczek, kaw, herbat i hektolitry wina (czasem bardzo szlachetnego, które o zgrozo chłeptają ze szklanek) - szczęśliwie jest to typ "meteorów" co błyskiem zaistnieją na nieboskłonie i znikną na kolejne wieki z pola widzenia :-). Skrajnie odmienną postawą charakteryzują się natomiast "nieustannie zatroskani" - to znaczy tacy, którzy zwracają się do nas zawsze zdrobnieniem i pytaniem: "jak się dzisiaj czujesz?" - taktyka podprogowa - bowiem po którymś takim pytaniu na poważnie zaczynasz się zastanawiać czy coś ci nie dolega :-)
Eh, sporo by jeszcze wymieniać. Zastrzegam: piszę wszak o kolegach. Osobnym tematem są opisy relacji damsko-męskich, ale ja się na tym nie znam i pisać nie zamierzam:-). Raz w chwili złośliwego geniuszu powiedziałam któremuś ze swoich "chłopaków", że największym dramatem facetów jest to, że żenią się zazwyczaj z babkami, o których potem wymyślają te wszystkie grube kawały o "złych i upierdliwych żonach":-) Ale nie upieram się przy tym jak przy jakiejś regule;-)))

ps. ...kończę bo właśnie mamy gościa z okazji dnia kobiet... z goździkami :-)

czwartek, 5 marca 2009

Kaszka


Borko, kiedy jest się w szponach choroby i osłabienia to niby korzysta się z nielimitowanych zasobów ciepłego lenistwa oraz wszystkich tych zakichanych przywilejów, ale w gruncie rzeczy to wytrącenie z równowagi bywa posępną pigułką nasenną. Dziś mnie się dla przykładu zdaje: oto świat radośnie pędzi do przodu, ludziki wymieniają się fajnymi informacjami, ktoś kogoś spotyka, gdzieś się robi interesy, komuś wpada do głowy myśl genialna, właśnie za chwilę powstanie najciekawsze dzieło sztuki tego miesiąca, między jakąś parą eksploduje super nova miłości, w którymś domu powiększy się rodzina, koty zaczną się marcować, przelewy bankowe napełniają jedne konta, gdzie indziej zamieniają się w debety, ktoś dostaje awans i etat, a inny ktoś szarpie się o nową posadę, ludzie wracają, potem wyjeżdżają, czynią plany, szukają układanki Mandali... a ja? A ja leżę w łóżku jak jakaś zmarnowana bohaterka nowelek Marii Konopnickiej i nie jestem w stanie "przebić się na drugą stronę". Wszystko jest źle. W głowie kaszka. Wczoraj próbowałam poczytać sobie Karola Dickensa - pozytywistyczne opery mydlane kiedyś robiły za rodzaj "aspiryny" - niestety teraz nie dałam radę. Coś się w mojej percepcji bajek społecznych zmieniło. Przerzuciłam się na współczesną satyrę angielską: ona promotorka książek, on lewicowy egocentryk doktorant, drugi on pisarz podróżnik bez przebojowości, druga ona wypacykowana heroina dzisiejszego clubbingu. Ło kuwa, rozumiem, że w Anglii pada, ale nie wiedziałam, że przy tej okazji deszcz wypłukuje autorom książek (nawet lekkich) mózgi i wyobraźnię. Nic to - zabrałam się dzisiaj za przeglądanie swojego nieukończonego opowiadania - ostatnio zarzekałam się, że kreśląc główną postać - włożyłam w "nią" całe swoje serce. Dupę chyba, bo dzisiaj nic mi się nie podobało. Rozważyłam nawet zniszczenie tekstu, ale od czasu Henry Jamesa - kiedy to autor mógł w jesiennym ogrodzie rozpalić ognisko i oddać wieczności swoje tajemnice, sporo się zmieniło. Klik na komputerze jest taki mało romantyczny jednak.
Z innych "gestów rozpaczy" - rozważałam kilka wariantów, o których wstyd napisać:-) bo tak się nad sobą użalałam, następnie "pooglądałam" muzyczne stacje, w których grają zazwyczaj muzykę jakiej nie słucham, a ja za każdym razem rano włączam telewizor tylko po to żeby pobluzgać na pop-gusta szerokiej gawiedzi:-). Więc tak z zawiścią patrzyłam sobie właśnie jak się mi na ekranie wije Alesha Dixon, Estelle czy inna zwierzyna tego typu i tak się zastanawiałam, a czemu to człowiek (w sensie - ja) nie mógł urodzić się taką maszyną, tylko jakimś długo-kończynowym tworem centralno-europejskim? Normalnie "Dziadowska Księga", jak nic :-)

poniedziałek, 2 marca 2009

Via Transylvania


Borko, a więc w filmie Nosferatu Wampir Wernera Herzoga jest takie (jedno z wielu) piękne ujęcie (na sam koniec) kiedy to widzimy domniemamy zamek wampira, który przez kilka sekund wizji okazuje się być gruzowiskiem dziwacznych tworów skalnych. Budowlą z pogranicza snu wariata i fatamorgany. Takie zagranie nam "terefere" na nosie. Nigdy nie jestem pewna oglądając ten film czy aby na pewno widzę to co widzę:-) Zdarzają się więc w życiu sytuacje pozornie niezwykłe, dziwne zbiegi okoliczności, fałdy czasowe... okazujące się tylko i wyłącznie omamem. Czasem to cudne omamy, przyjemnie tkwić w ich ramionach, upajać się na chwilę, że oto możemy sobie kształtować nasze wyobrażenia jak rozgrzaną modelinę. I git. Tak jesteśmy skonstruowani, że marzyć na jawie każdemu wolno, a nawet czasem wręcz należy. Bez tej umiejętności, szara racjonalność dnia codziennego pożre nas niechybnie szybko, a na pewno szybciej niż zazwyczaj to bywa :-) Inna sprawa: czasem jak "podglądam sobie" takie sny na jawie innych, to zastanawiam się czy ja też wypadam tak debilnie kiedy to omam toczy się z moim udziałem :-))))

Ps. zdjęcie nie-filmowe tylko własne z drogi siedmiogrodzkiej, którą przemierzyłam oczywista:-)

niedziela, 1 marca 2009

Nie chodź sama po internecie...


I tego, który bogów swych pozbawił mocy
I zasiadłszy do stołu, przez sto dni i nocy,
Póki setny świt krwawy nie powstał, ucztował
I opłakując groby zmarłych swych żałował,
I króla, który dumnie koronę odrzucił
Wraz z troskami: ku bardom i błaznom się zwrócił,
By z włóczęgami leśne przemierzać ostępy;
I tego, który sprzedał ziemię, dom i sprzęty...*

Borko, dawno dawno temu, za ulicami i osiedlami w wschodniej kwarcie miasta, w małej po-weimarskiej chatce na nie-ciekło-krystalicznym monitorze komputera powstawała historia panny Misi, właścicielki kocura Kotie, redaktorki ekscentrycznej, wielbicielki win bez szlachetnych metryk, dziewczyny posępnego pisarza i maniakalnej maniaczki posążków Pegaza. Misia przyjaźniła się z racjonalną Aśką, jej szef był wyrozumiałym sybarytą o mieszczańskich wartościach, a w wydawnictwo nazywało się Tramsu. W jednym z odcinków internet (a raczej mail) story, panna Misia zostając za karę w pracy, dla odprężenia, postanawia wybrać się na internetowy "czat" mniej więcej między piątą a szóstą nad ranem. Wszystkie listy dyskusyjne śpią. Oprócz jednej, tej pod hasłem seks i randki. Misia postanawia nie dać za wygraną i po szybkim zalogowaniu się wpisuje posta:
"Cześc, kto ma ochotę zabawić się z małą Misią?".
Nie minęło 55 sekund, a miała już 20 kandydatów.
"Nie jest tak źle, może tu też są fajni ludzie” – pomyślała w radosnej euforii niedospanego człowieka.
Tymczasem potencjalni sieciowi rozmówcy dopytywali się: "Jak lubisz zaczynać?". Misia zawahała się: "Kurcze, sama nie wiem... jestem tu pierwszy raz, może napiszę, żeby oni zaproponowali mi coś, tak będzie nawet kulturalniej".
No i zaproponowali. Przez chwilę Misia siedziała wyprężona przed monitorem, następnie z wypiekami na policzkach zamykała kolejne okienka.
"Chyba przeceniłam subtelność moich rozmówców" – zawyrokowała marszcząc nosek.

("Nie czatuj nad ranem"; 2002 rok - mniej więcej;-)
Misia była wesołą osóbką - i komu to przeszkadzało? :-)
Bajka o Misi i jej autorce przyszła mi do głowy po dzisiejszej lekturze blogosfery. Zamiast iść przykładnie do wanny, oporządzić się i wypierniczać w kierunku zagrody mamy Tobs to mnie się zachciało poczytać co u innych słychać. To pstryczek w nos za niedotrzymanie solennej obietnicy, że w czasie choroby zajmę się tylko sobą, a nie ślęczeniem przy sieci. I bach... zamiast, zamiast, zamiast. Zawsze jest u mnie zamiast, zamiast właściwie i rozsądnie podjętych kroków. Więc tak sobie po kawie zrobiłam hyc do kuchenki, odpaliłam "różową dziewczynkę" i pożeglowałam po światach ludzi, ich problemów, mądrości niebanalnych, humorów przednich, uczuć geniuszy... trafiając na wpis o miejscu kiedyś na poły mitycznym (dla mej skromnej osoby), miejscu, w którym zaczynało się moje "podwórko", "przedsionek folwarku", miejscu, w którym nie jedno (nie jedno) się działo, o miejscu, gdzie można było cały weekend się poszwędać po znajomych mieszkaniach, nieznanych klatkach, zapuszczonych podwórkach, podejrzanych lokalach, sklepach ze wszystkim, szajsowych lumpach, oznakowanych księgarniach, zakamuflowanych jadłodajniach. Itp itd. Miejscu, które teraz wygląda jak napompowana silikonem lala, naciągnięta liftingiem, usztywniona botoksem, uśmiechnięta w nieszczerym pustym grymasie i za każdym razem, kiedy tam się zapuszczę grozi mi palcem, z warknięciem wypowiadając: "wara mi stąd!"
I to są takie chwile/wpisy, których przeczytania żałuję :-)



Pa. * Yeats - Do róży tajemnej