środa, 24 grudnia 2008

Saints are coming!


Borko w związku z tym, że Mała Pat jest lekko sponiewierana po wczorajszym wieczorze (wczesnym kuwa wieczorze) to ograniczy się do krótkich życzeń:
Kochani bądźcie zdrowi i zawsze piękni - jako egocentryczna estetka tego Wam życzę przede wszystkim, a i zadbajcie o resztę przyjemności bo żyje się tylko raz w tym stanie świadomości;-)

ps. chciałam tylko dodać, że do Novocainy już nie pójdę:-) i że wspaniale pije się z finansistami (zaskakujące normalnie, zaskakujące;-) i jeszcze o tym, że redaktor Sylvunia uratowała mi wczorajszej nocy życie, ale o tym to opowiem kiedy indziej;-)

poniedziałek, 22 grudnia 2008

Życie całkiem rodzinne:-)


Borko wczoraj próbowała na wszystkie sposoby wykręcić się od krępującego "związku", ale się nie udało;-) Wniosek z tego taki: jak chce się napić mleka to nie trzeba zaraz krowy kupować, a drugi: zawsze trzeba uważać do kogo się człowiek przytuli w chwili słabości bo może okazać się, że nie jest to miły flausz, a klasyczny twardy rzep mocno trzymający do tego.
Ale, ale - nastawiamy się mentalnie, że to jeszcze nie tragedia, a i koleżanka Borko należy do tych asertywnych pozytywnych i da sobie radę... no chyba, że jednak zdecyduje się na wesele, co z drugiej strony byłoby fajne bo mam dość bywania na pogrzebach i chętnie bym się w końcu zabawiła.
Ok - żartuję, nie życz komuś tego rodzaju złego co tobie nie miłe - trzymajmy się zasad, przynajmniej czasami;-)
A ja śpieszę Wam donieść, jak bardzo w weekend rozczuliło mnie życie rodzinno-domowe. Nic to: nażarłyśmy się z Sylv w sobotę wypasionym obiadem, a potem pomknęłam do Najlepszego z Braci obaczyć jak wygląda dekorowanie świąteczne ich gniazdka. Oczywiście nie muszę dodawać, że dekorowaniem musiał zająć się Johan (czyli tato) ponieważ syn, a i owszem jest zdolnym konstruktorem projektantem, ale jak zauważyłam najlepiej czuje się w sferze wirtualnej i nadzorze:-))))). Nic to, chatka została stylistycznie dopracowana, a atmosfera w domowych pieleszach panuje podejrzanie ciepła (pisze tak na przekór, bo jeszcze nie wiadomo co z kapelusza wyskoczy). Tak się składa, że Najlepszy z Braci zawsze potrafił zapewnić nam wszystkim sporo rozrywki w okolicach ważnych dni i nie będę tu wyliczać jego listy przebojów, ale wierzcie mi na słowo - byłyby to same hity;-). Dość, żeby wspomnieć, ze hasło "wyszedł na próbę" stało się już synonimem określającym nieplanowane zerwanie się na dni kilka w celach niewiadomych;-) Dobra, dość tej hipokryzji - piszącej te słowa "wyjścia na próbę" też się w życiu zdarzały...
Wróćmy do życia rodzinnego...jak ważną rolę pełni w stosunkach ogólno-ludzkich. Tak się złożyło, że po zakończeniu części dekoracyjno-sprzątaczo-jedzeniowej zalegliśmy na sofie, aby wymienić parę wnoszących wiele zdań w stylu: że dobrze byłoby wino otworzyć, ponieważ jak wiadomo trunek ten wspomaga trawienie i działa dobrze na krew. Jakoś tak się złożyło: nikomu wstawać się nie chciało. Po trzykrotnym wypowiedzeniu słowa wino, Najmłodsza z najmłodszych (w kwietniu 2009 - kończy 3 lata) zerwała się na swoje szczuplutkie nóżki, pobiegła do kuchni, bezbłędnie wiedząc gdzie stoi skrzynka z napojami i przyniosła strudzonym rodzicom oraz cioci - doskonałą półwytrawną kadarkę:-) I powiem Wam - są to takie chwile, w których z niekłamanym wzruszeniem myślę sobie: warto mieć dzieci, naprawdę warto :-)
To tyle przemyśleń przed-świątecznych. U nas w tym roku szykuje się wielka operacja logistyczna kryptonim: "nie spędzamy świąt sami, nie będziemy mogli się kłócić po swojemu". Jak widać, czas zmian dotarł i do naszej drogiej rodziny i pozostaje mieć tylko nadzieję, że mama Tobs będzie się dobrze czuła.

Miałam się zastanowić nad sukcesami/porażkami 2008 roku. Nie chce mi się jednak wyliczać tego typu bzdur. Najgorszą sprawą jaka przytrafiła się w tym kończącym się roku była śmierć Sylwii i wszystko na ten temat. W jeden dzień bezpowrotnie skończyło się dzieciństwo, skończyło się beztroskie myślenie o tym, że choć bardzo rzadko się widzimy, to w pewnym małym pokoiku w małym miasteczku pali się światełko i zawsze i można tam przyjechać, porozmawiać, napić się i dojść do ciekawych wniosków - a wierzcie mi, to już nie-często się zdarza w zalewie szarej zwyczajności i mamonowych problemów, które mają wszyscy - niezależnie od tego ile na ich konto wpada. Choroba Tobsa - to trwa dłużej, więc trudno zaliczyć to coś do roku 2008.
Sukcesy: każdy miarą swoją wewnętrzną. Sukcesem to ja myślę, jest świadomość tego, że bez egoizmu, fanatyzmu czy innych takich, a z ironicznym spokojem dochodzę do wniosku, że jakoś tak mi się w życiu ułożyło, że nie powinnam narzekać (mimo wszystko, choć jestem defetystką pieprzoną), a to, że nikt we mnie się nigdy nie zakochał, ani nie chciał "skoczyć z trampoliny", ani inne takie niezwykłości, które się zdarzają podobno, to może nie jest przyczynek do szczęścia, ale też powiedzmy szczerze - do tragedii też nie :-) Ot, właśnie to największe osiągnięcie tego roku, sympatyczny spokój z jakim mogę to dzisiaj napisać. Tak lajf:-) Co wcale nie oznacza, że musi być zły. I tak miałam szczęście bo czasem bywało jak w Reportażach Zagranicznych Wańkowicza, chwilami orbitowałam Pod Wulkanem albo szukałam Utraconego Czasu lub poznałam cały Zwrotnik Koziorożca - a to wszystko jest naprawdę cenne:-)
Ah, no i Tiamat zagra w roku przyszłym w Polsze - to akurat fajna wróżba na 2009 rok:-)

piątek, 19 grudnia 2008

Bigos


Borko, ostatnie dni to jakaś ponura tragifarsa deszczu i braku słońca, która niebywale sprzyja piciu i wydawaniu pieniędzy w nadmiarze. Sprzyja też żarciu, co już przyjemne jest przez moment, a potem to już różnie bywa. Najlepszy z Braci ma swoją teorię na temat "snów kiełbasianych" - czyli tego rodzaju koszmarów, które śnią się nam po przeżarciu totalnym jakie uczyniliśmy w godzinach późnych - czyli od 22 i powyżej. Kiełbasy w nocy, ani w ogóle to nie pamiętam kiedy jadłam (nawet tej z soi), więc życie oszczędziło mi tego rodzaju mar sennych, ale ostatnio pod pretekstem świąt, każdy zawziął się aby wtłoczyć we mnie dóbr spożywczych w jakiś niebywałych ilościach. A to trzeba przetestować bigos czy aby nie za kwaśny, a to uszczknąć góry czekoladek, które mimo protestów wszyscy zawzięli się przynosić (dziś jeszcze pojawił się u mnie na biurku chlebek marcepanowy - ja jebię, to już jawna dywersja), a to egzekwuje się zjedzenie smażonych pierogów.... A wszystko to powoduje, że tak a i owszem ciasno mi w staniku (co akuratnie ma swe zalety), ale też może być zagrożeniem dla odwiedzin w moim ulubionym sklepie, gdzie rozmiar L bywa rozmiarem dość wąskim, a powyżej już nic ta firma nie szyje;-). Oczywista - jedyną dobrą stroną tej sytuacji może być to, że nie będę w tym sklepie wydawać pieniędzy, a dzięki temu może w końcu dorobię się jakiś oszczędności a nie tylko rezerwy na nie-zapowiedziane hulanki.
Wróćmy do grudniowego szaleństwa zakupów. Oczywiście są ludzie, którzy kompletnie nie poddają się zakupoholizmowi i prędzej im ręka uschnie niż złotówę wydadzą w sposób nieprzewidziany (znam osobiście takich mocarzy - zazwyczaj też wiąże się ta cecha z inna cechą, że nader chętnie tacy bohaterowie czerpią od innych apanaże, a potem jako pierwsi oburzają się, że nie jesteśmy w stanie wystarczających funduszy uciułać na lokacie:). Jednak zdecydowana większość znanych mi osób lubi sobie z mamoną pofolgować. Osobiście w tym roku postawiłam sobie za punkt honoru - kupić tylko i wyłącznie kilka niezbędnych i wyjątkowych rzeczy moim bliskim, bez wdawania się w jakieś zbędne ceregiele w postaci ton dóbr, które zostaną zżarte, przemielone, ciśnięte kij wie gdzie do szafy. Zobaczymy jak będzie. Wczoraj jak przytaszczyłam do chaty zastaw rodziny kucyków z przyborami do czesania i innymi takimi duperelami do zabawy - to już ogarnęły mnie wątpliwości czy to aby małej Olce na pewno jest niezbędne, pociesza mnie tylko, że mały pasożyt to by najchętniej chciał "laptopa cioci" więc i tak nie dałam się złamać bo jednak rodzina kucyków to jednak rzecz nie tak komercyjnie spektakularna jak nabycie kompa do zabawy dla małego szczyla :-)
Gorzej, że myślę sobie... To rośnie i To będzie miało coraz większe oczekiwania. He he he, na koniec to już chyba pozostanie mi tylko podarowanie udziałów w firmie (o ile oczywista ta będzie przynosić zyski, bo jakoś w inną opcję nie wierzę). Ale jeszcze tylko dwa tygodnie tej masakry zwieńczonej końco/nowo-rocznym upadkiem gastronomicznym i czas się zabierać do roboty i zacząć się zastanawiać jak to będzie w 2009 roku? Na pewno będzie to rok diety... mam nadzieję, że tylko spożywczej, a nie pracowej czy finansowej, nie mówić już o wyższych rzeczach.

środa, 17 grudnia 2008

Koniec roku tak sobie powoli lezie


Borko, a więc koniec roku, grudzień, święta, czas rozliczeń dla skarbówki, zaległych faktur oraz innego rodzaju zwiastuny dekadencji upadku 12 miesiąca to najlepszy czas na refleksję.
W tym roku zrobię sobie ranking osiągnięć i upadków 2008, ale zanim to nastąpi (bo muszę jeszcze to i owo przemyśleć sobie) dzisiaj naszły mnie innego rodzaju refleksje.
Otóż przez ostatnie pół roku niepokoiła mnie jedna myśl: kiedy to przeczytałam maila od zony mojego kuzyna do mojej matki, w którym ta oto pisała, że córkę właśnie wysyłają do kraju (mieszkają za morzami) bo powinna iść na studia. Podrapałam się po głowie. Cholera pamiętam jak z Najlepszym z Braci bawiliśmy się jako szczyle na ich weselu i ta córka to wtedy była schowana pod powłoką brzuszka i ślubnej sukni. Dość żeby pamiętać, że zatruliśmy się wtedy bimbrem koszmarnym do nieprzytomności (wole nie pamiętać ile ja wtedy lat miałam;-). I teraz, normalnie teraz, kiedy zdaje mi się niewiele się w moim życiu zmieniło, to ta rzeczona córka idzie na studia. I to cholera mnie zaskoczyło. A może właściwie to powinno mnie zaskoczyć, że brak szczególnych zmian w moim życiu, albo w stylu jego przeżywania. Prawda jest taka, że jedyną instytucją charytatywną, którą wspomagałam przez całe życie to było nasze ministerstwo skarbu z powodu wpływów z najróżniejszych akcyz, więc może w przyszłym roku czas zmienić odbiorcę naszej dobroczynności? ;-).
Eh, prawda jest taka, że to wszystko wina otoczenia i źle dobranej lektury za młodu. Wiadomo: czym skorupka za młodu nasiąknie tym na starość trąci:-). Aczkolwiek nie powinniśmy też demonizować własnych słabości, nikt z nas nie rodzi się doskonały, a i ta ostatnia jest w zasadzie abstrakcyjnie uzyskanym destylatem nie-realnych pragnień naszego super ego. Nie żebym zaraz was tu do upadku namawiała, ale może zgodnie z zasadą co boskie Bogu, co cesarskie Cesarzowi - niech każdy czyni w życiu to do czego został stworzony i do czego przede wszystkim CZUJE się stworzony:-)

ps. i tylko dodam, że wczorajszy odcinek California... był zajefajny;-)

wtorek, 16 grudnia 2008

Suki Styksu


Borko jak łatwo zgadnąć tytuł zaczerpnęłam sobie z pewnej powieści wrocławianina co teraz sobie wałkuję:-) Bardzo zabawny jest kryminalno-demoniczny cykl Marka Krajewskiego. W sumie dopiero teraz rzuciłam się na całość historyjek o Mocku, ale ja tak chyba muszę na przekór poczekać, bo jak coś jest na topie to mnie nie kręci. Zresztą lubię sobie zaglądnąć na stronę pisarza Krajewskiego - choć szkoda mi trochę, że ta część blogowa i dyskusyjna jakaś taka drętwa i sztywna w prowadzeniu dialogów. Kompletnie mi nie pasuje do temperatury książek ani poczucia humoru autora.
No więc wracając do tego cudnego określenia "Suki Styksu" to mnie ono bardzo przypadło do gustu bo świetnie pasuje do dwóch okoliczności: pierwsza - to skutki kaca - piękna nazwa na dolegliwości związane z tym wydarzeniem; druga - sąsiedzi wkurzający nas bezwzględnie. I o sąsiadach dziś będzie he he he.
Tak więc, powiedzmy sobie szczerze ja to zawsze do sąsiadów miałam nie-szczęście. A to jak z mamą i tatą mieszkałam i poświęcałam czas na kształcenie się naukowe to miałam piętro niżej jakąś społeczną stajnię Augiasza, gdzie albo trwała nieustanna impreza, albo seksualne wyczyny w stylu niemieckich porno z lat 70. albo napierniczanie muzyką - wróć łupanką - nie podobną do niczego. Oczywiście zdarzało się, że mściłam się z lubością mordując ich w wolnych chwilach choćby NIN albo Paradise Lost czy Dead Kennedys a Najlepszy z Braci to już w ogóle ich nie oszczędzał he he he, zwłaszcza jak naszła go nocna chętka na granie na gitarze. Jednak w ogólnym rozrachunku uważam, że i tak to my byliśmy bardziej poszkodowani. A to z prostej przyczyny, bo my chcieliśmy "nosić teczki", a tam na dole jednak "woreczki" - jeśli wiecie co chcę powiedzieć. Tak czy siak, chcąc zakończyć swoją wiekopomną pracę o katharsis, przeżytkach i Eliadem musiałam z domu się wynieść i tak trafiłam na ukochany Biskupin (wiadomo że nie tylko z powodów pracy...). W moim magicznym domku z najpiękniejszym widokiem na dziki sad było cudnie oprócz... sąsiedztwa. To co i kto tam zamieszkiwał te przepiękne modernistyczne klatki to cała patologia ludzkiej wredoty. Dość, żeby skutecznie wykończyć człowieka. Jeden sąsiad chciał nawet kiedyś do nas strzelać :-) Nie posiadali ci ludzie zrozumienia, że muzyka nie kończy się na "Rozszumiały się wierzby płaczące" i Maryli Rodowicz... oj nie rozumieli. Kompletnie obca wydawała się im wolność twórcza i wena, która nakazywała pożywanie z komputerem w cudnych godzinach nocnych, albo nerw kreacji co wyganiał do kiosku na pętli bo pilsnera albo włóczęgi nad Odrę. Nie wspomnę już, że cała ta zgraja była kompletnie przeciwna intelektualnym spotkaniom w niewielkim gronie przyjaciół, którzy lubili czasami zapalić co innego niż korporacyjny tytoń. Eh. Więc po 8 latach walecznych zmagań z kołtuństwem, perturbacjach związanych z innymi emocjonalnymi wydarzeniami najpierw wróciłam pod skrzydło rodziców (na szczęście wówczas stare sąsiedztwo już ustatkowało się i zaczęło hodować młode), a potem to ja zamieszkała w swym wirtualnym niby domku na ulicy Żytniej. Eh, tam to już była jeszcze zupełnie inna jazda. A to ktoś nocą podpalił drzwi sąsiadce, a to nagle w mieszkaniu gdzie jakoby mieszkała starownika nagle odbywała się biba fest do 3 nad ranem... a to przedstawiciele dorastającego pokolenia okolicznych podwórek zajmowali się wiece interesującymi rozmowami akurat pod oknem mojej sypialni... ale w sumie strasznie nie było, gorzej, że depresyjnie co zauważam teraz kiedy już tam nie mieszkam. No więc przejdźmy do sedna... w nowej norce, do której przygarnęła mnie droga Sylv, nie jest depresyjnie, a nawet bym powiedziała, że wprost proporcjonalnie odwrotnie, ale... najlepszą wisienką na torcie są kuwa sąsiedzi z bramy obok. przez kilka nocy poważnie zastanawiałam się czy czasem nie gwałcą tam za ścianą swojej suczki Saby, potem analizowałam możliwości ich zatrudnienia. Bo, jakoś dziwnie mi się robi jak ktoś po wielu, wielu godzinach ciszy w środku tygodnia nagle włącza na full muzykę, albo TV w wersji dla posiadających wadę słuchu. I tak ci nowi sąsiedzi działają z zaskoczenia - dostarczając wielu interesujących obserwacji socjologicznych. Nic to - wczoraj jak sobie właśnie po północy dogorywałam z książką Krajewskiego nagle zaczął grać na full telewizor. Właśnie znalazłam to zdanie z określeniem "Suki Styksu". Odłożyłam książkę, załadowałam w uszy zatyczki, pokręciłam się w swym trzy-osobowym łóżeczku, zaklęłam i spróbowałam zasnąć, ale kuwa była pełnia jeszcze i nie było prosto :-) Jednym słowem: Suki Styksu są winne temu.

czwartek, 11 grudnia 2008

Setka dobrego humoru


Borko: krówko bankietowa - a więc jutro Twoje urodziny, a po-jutrze Monique. Ha, mam nadzieję, że ten karnawał uda nam się razem obskoczyć i upodlić do spodu, bylebym na sobotę drogie panie była składna i ładna:-)
A to zanim przyjdzie mi opisać piątkowo-weekendowe szaleństwa spieszę rzucić jeszcze garść uwag z mijającego tygodnia.
Wczoraj tak się nam ułożyło, że poszłyśmy na bankiet z okazji inwestycji Sheratona we Wro. Ja kurwa pierdolę takie imprezy. Nie dość, ze nudno i drętwo to jeszcze brak treści, na którą liczyłam. Ja rozumiem, że my tu na prowincji mieszkamy, ale co mnie obchodzi oferta hotelów Sheraton w Nowym Jorku czy Rzymie albo jeszcze gdzieś tam - skoro moi klienci chcą kłaść tyłki tu i jeszcze po atrakcyjnych cenach. Ale widać może podtrzymywanie biznesowych kontaktów polega na tym, że się zarzuca i powala wizją Wielkiego Świata maluczkich, aby z wrażenia zastygli przed wielkością korporacji he he he.
Tako my jednak nie zamarły i po 3 kwadransach spłynęłyśmy z tej zacnej imprezy (choć z żalem, że nie doczekałyśmy otwarcia bufetów - bo to była jedyna chyba atrakcja tego wieczoru).
A potem powlokłam się na browara do jednej takiej ciemnej rynkowej nory (z której zawsze jak wracam to myślę sobie: jak, no jak kuwa mój smak estetyczny znosi to istne pandemonium tandety i smrodu;-). Człowiek to jednak niska istota skoro przyzwyczaja się do takich norek. Ale w sumie nie liczą się okoliczności tylko przyczyny meetingów, a rzeczywiście czas wtedy płynie szybko:-) I choć wracałam sobie długo i lekko nostalgicznie wspominając drzewiej bywałe szaleństwa, to jednak wstałam rano z setką dobrego humoru i bardzo bardzo miłą perspektywą weekendową. Czego sobie szalenie mocno życzę bo mi się należy i basta;-)
I jeszcze jedno: gówno prawda, że życie to nie bajka... właśnie, że życie jest bajką... którą piszą bracia Grimm - jeśli wiecie co chcę powiedzieć.

środa, 10 grudnia 2008

Kocia księżniczka


Borko, a więc chyba tak to wszystko się układa, że są na świecie sprawy i ludzie dla których nie warto wykrajać z siebie kawałka empatii bo to energia kompletnie stracona. Kwestia do rozstrzygnięcia pozostaje tylko taka: jak umiejętnie oddzielić ziarna od plew nie tracąc przy tym zbyt dużej ilości czasu? I chyba to jest największa sztuka. Zazwyczaj jesteśmy silniejsi niż nam to się wydaje. Wystarczy tylko obrócić się w transgresywny "tył" i rzucić okiem - jakie korowody emocji, ludzi, miłości i nienawiści przewinęły się przez nasze "marne jak pył" i "kruche jak zmrożona azotem róża" życia... mnóstwo, i ileż razy było nam ciężko, bezkreśnie radośnie albo rozpaczliwie strasznie. I co? Jakoś idzie to wszystko dalej. Choć wiadomo, że są sprawy i przeżycia, które już się zdarzyły, działy i raczej to "stało się" i nie powróci raczej raz jeszcze. Tego szkoda :-) Ale gdybyż to nieustannie się powtarzało, to chyba nie dostrzeglibyśmy wyjątkowości tematu, którym piszę.
I chyba przekroczenie wiekowego Rubikonu to jest dla mnie ten moment jak dziś w ładny lekko mroźny grudniowy dzień: że szkoda mi czasu na siedzenie w dołku i narzekanie (choć to bardzo trendy;-) skoro tak jakoś tyle innej energii wokół, tyle rzeczy do zrobienia, tyle miejsc do zobaczenia oraz tyle innych emocji do ogarnięcia. I niech tak będzie. Piekło jeszcze chwilę musi poczekać ha ha - to tak by the way uwagi o tym, gdzie na pewno trafię w przeświadczeniu niektórych znajomych;). Ja tam jednak uważam, że nie jest ze mną tak źle, ale zawsze macie prawo mieć inne zdanie:-)

ps. a na focie - moja mała kocia księżniczka:-)

wtorek, 9 grudnia 2008

Jak dobrze grają to i biała gitara przejdzie;-)))


Borko, a więc starość starością, lenistwo lenistwem, smuteczki smuteczkami, kasa kasą, inne problemy innymi problemami, ale... ale raz na jakiś czas trzeba dupę ruszyć z zastanych torów i pójść na koncert :-). Ba i to na jaki.
tak się ładnie złożyło, że do mojej wioseczki wrocławskiej zajechał ponownie Satyricon:)))) Jako, że dwa lata temu, kiedy grali pójść nie mogłam bo działy się u mnie dantejskie życiowe sceny i w sumie żałuję, że zamiast iść na koncert zamartwiałam się jakimiś bzdurami, których już nawet nie pamiętam. Potem jeszcze nie pojechałam na "śląskie metalowe spędy" i normalnie nie-wiele już brakowało, a osiwiałabym bez zobaczenia pana Satyra, kolegów i koleżanki (na klawiszach) na żywo. Więc, mimo zagrożenia chorobą, poboru antybiotyków przez Najlepszego z Braci - zebraliśmy się organizacyjnie w garść, wdzialiśmy dresiki, wskoczyliśmy z "megankę" i pojechaliśmy przepuścić nieco gotówki z klubu WZ. I było warto.
Satyricon to taki zespół, który wie o co chodzi w muzyce i w byciu na scenie. To jest ten rodzaj dźwięków, energii i hałasu, który podnosi w ludziku poziom zadowolenia do maksimum i jeszcze od wczoraj mnie trzyma. Zaczęli od We are Possessed... a potem było coraz lepiej:-) Hiciory z Volcano, Rebel E... i Now, Diabolical, blackmetalowe starsze wycieczki oraz w końcu Mother North i wiele, wiele innych nie pomijając zajawki nowego albumu The Age of Nero. Sigurd Wongraven czyli Satyr z zaczesanymi "na brylantynę" do tyłu przyciętymi włosami i w koszuli wyglądał jak krzyżówka Nicka Cave'a z Petrem Murphym - co akurat mnie urzeka bo mam słabość cholerną do takiej estetyki ha ha ha. Cool! A, że jest poziom fajności w którym ludzikowi morda się cieszy i wszystko odpowiada to niech świadczą o tym słowa Najlepszego z Braci, który podsumował występ "S" w ten sposób: "zobacz, jak muza zajebista to nikt z radykalistów i na brak fryzury nie narzeka ani na gitarę w kolorze białym...":-))))
Yeah :-)

piątek, 5 grudnia 2008

Zanim nadejdzie przesilenie


Borko, a więc chyba ten czas przed 13. kiedy to słońce pokona ciemność jakiś rozlazły się zrobił. To chyba standard, że jak tylko wpadnie się w lekkie rozprężenie to powrót do trybów pracy na wyższych obrotach jest dość ciężki. Nie mówiąc już o zaprzyjaźnieniu się na nowo z weną twórczą. Ale pozostaje mieć pewność, że wszystko po czasie wróci do normy, tak jak i uda się małymi kopniakami wywalić "chuja" z agentury - co również opornie, ale jakoś do przodu idzie. Eh, grudzień, grudzień... lepiej byłoby go przemierzać np. po zaśnieżonych stokach rumuńskich Karpat, pić gorące wino w Braszowie, albo choćby spoglądać na Fiordy, ale nie ma co narzekać. Nie tym razem to kiedy indziej. A wywołując dobrego wilka z lasu - sprawdziłam dziś połączenia Wro-Barca-Rzym-Katowice i nawet można to wszystko zgrabnie połączyć i wcale nie po tak strasznych kosztach. Wiadomo jeszcze hotele, wyszynk i zakupy, ale to nie ma co martwić się na zapas.
Wczoraj poszłam do Mamy Tobs i oprócz prozaicznych plotek i innych takich, trafiłam na mój "ulubiony" tygodnik kolorowy, a w nim swój he he horoskop co nie wróży mi nic fajnego oprócz własnego zadowolenia. Cóż, takie to czasy rozwrzeszczanego onanizmu - więc chyba pozostaje tylko lekko wzruszyć ramionami i zaakceptować to "co dają" i basta. Oczywista, jeśli ogólnie brać na poważnie bzdury z kolorowych gazet. Choć co tu dużo mówić, czasem lekka infantylność pozwala nam przetrwać burze i napory liczne ;-) grunt to nie dać się wrzucić do studni pt. śmiertelnie poważne traktowanie lajfu.
Szukałam na dziś jakiegoś fajnego kawałka do poczytania, wprost w opozycji do lektury jaką przeczytałam w ostatnim tygodniu (o rozrywkowym życiu socjety w NYC) i znalazłam to:
Fragment wiersza Emily Dickinson (wszak niebawem jej urodziny - 10 grudnia)

Gdy uda Ci się, błagam powiedz mi
Bym mogła od razu zacząć!
Śpiesz się! Bo gdy Ty zwlekasz
Ja o nim pamiętam wciąż!

środa, 3 grudnia 2008

Californication


Borko, a ja dzisiaj o serialu Californication, na który długo czekałam w "polskiej TV".
Ha - czasem jest tak, że nastawiamy się na fajerwerki, a dostajemy szita. Tym bardziej fajniej mi donieść, że w przypadku tego serialu negatywnego zaskoczenia nie odnotowałam.
Jest taka pula bohaterów i kodów pop-kulturowych, które działają na mnie jak dobrze schłodzone martini z wódką i dodatkami - jednym słowem: pociągająco. Do tego zestawu mogę dorzucić właśnie ten anty-serialik z Davidem D. Oto bohaterem jest postać pisarza-w-nie-mocy twórczej, coś w stylu podstarzałej grunge'owej wersji postaci stworzonej wiele lat temu przez Ch. Bukowskiego. To żadna nowość zresztą - bo ten kontekst jest jasny jak świnia hodowana całe życie w oborze. O czym to jest? Ano wiadomo: o kłopotach z weną, celem życia, kobietami, mężczyznami i nałogami. Standard wątków aktualnych mniej więcej od początków XX wieku. Taki też trochę klimat "Pod wulkanem" Lowry'ego panuje w tym filmie. Zapijana dekadencja ciekawych lotów intelektualnych połączona z frajdą wulgarnej wędrówki po alternatywnych tropach literatury i stylów życia. Dość powiedzieć, że para głównych bohaterów wspomina, że poznała się na koncercie w nowojorskim klubie CBGB (nie istnieje już), a ich nastoletnia córka wzoruje się na słynnej komiksowej Dziwnej Emilce. Trudno było mi przejść wobec tego tematu obojętnie, wszak sama posiadam podobiznę "małej strasznej kociary" w pokoiku, co zważywszy na mój podeszły wiek, wskazuje na rodzaj traumy-tęsknoty związanej z wirtualną chęcią posiadania takiej córeczki :-)
Biorąc więc w garść wszystkie te popaprane wątki połamanych małych indywidualności nie bez pewnych zalet - lubię ten serial za to, że jest rodzajem historii która pasuje do moich odczuć, uczynków i życiowych pyskatych poglądów... nie wspominając już o decyzjach:-)
Gorąco polecam.

wtorek, 2 grudnia 2008

Bez skazy:-)


Borko, a więc w grupie moich ulubionych seriali zawsze będzie amerykańska seria "Bez skazy". To urocza historyjka o dwóch kumplach lekarzach, którzy założyli sobie własną klinikę chirurgii plastycznej. Zrozumienie sedna zagadnienia dążenia do wiecznej piękności i młodości to zagadka na miarę tej z Eleusis:-) (ba, a jaki serial to był! Miodzio. Choć małą dziewczynką byłam, to "Stowarzyszenie z Eleusis" chyba wystarczająco skaziło mą duszę - jeśli takową posiadam). Więc, właśnie te sprawy walki z biologiczno-genetycznym determinizmem cholernie mnie pociągały. A to wyczyny Pani Orland, a to nowinki z zakresu estetycznych rozwiązań bądź możliwych zmian i interwencji w stały organizm. Pewnie stąd mi zostało upodobanie do de Sade'a, który jak dla mnie nie tyle piewcą bezeceństw jest (to cholernie prostackie i niskie uogólnienie) co właśnie wielkiego bojkotu natury i tabu z niej płynącego. Dobra wróćmy do teamatów pięknych he he.
W życiu każdej dziewczyny przychodzi taki moment, że stwierdza: kurwa, nie mogę się na siebie patrzeć. A to ze względu na twarz świadczącą o przebalowaniu całej poprzedniej nocy, a to z powodu syndromu "z jakim ja palantem byłam...", "nie mam w co się ubrać", "jestem za gruba, a mój tyłek ciągnie się po ziemi jak żabi odwłok", "włosy są do ciula nie podobne", "normalnie postarzałam się!!!".
To ostatnie stwierdzenie w naszej rzeczywistości pojawia się zazwyczaj tuż po 30. urodzinach. Pocieszam Was, że są mocno rozwinięte kultury zachodnie, gdzie do takich wniosków dochodzą np 23 latki, które jak się okazuje zrobią wszystko aby przez kolejne 20 lat utrzymywać, że nieustannie mają ćwierć-wieku:-)
Popaprane to wszystko, ale jak ktoś mi tu powie, że nie martwi się swoim wyglądem NIGDY, to może spalić się ze wstydu na to wierutne kłamstwo. Bo w życiu każdego człowieka jest taki moment, w którym zatrzymujemy się przed lustrem i krytycznym okiem oceniamy całość całokształtu:-)
Hm, sama miałam chłopaka co tracił 15 kwadransów na analizę elementów garderoby przed lustrem. Inny mój bliski - analizował swój styl i opracowywał jednorodną linię estetyczną z zacięciem faszysty:-) Mój najlepszy z braci nie założy na dupę niczego co nie jest związane marką z pokłosiem subkultury z jakiej się wywodzi oraz hobby jakiemu hołduje. Można powiedzieć: kto nosi się byle jak, to i osobowość ma byle jaką. Nawet estetyka skłotersa jest sumą dobrze zmiksowanych elementów ulicznych. Jakoś nie widziałam nigdy na skłotach chłopaków i dziewczyn ubranych w przysłowiowy tani dres z bazaru :-)
Dobra, ustaliliśmy jedno: trzeba się sobie podobać od czasu do czasu. Oczywista bez popadania w klimy z cyklu "zerżnę się sam/sama" - bo to już kurwa patologia może się włączyć, a wiadomo każda patologia prowadzi do upadku.
Jako, że osobiście i z premedytacją doprowadziłam do tego, aby w swojej szafie nie trzymać żadnych kaszalotów (jak to się niegdyś zdarzało) i doprowadziłam ten plan do zadowalającego poziomu, na jaki może pozwolić sobie samokrytyczny osobnik o mentalności pruskiego junkra, postanowiłam wyrównać rachunki z przypadłościami biologicznymi.
Otóż skierowano mnie na coś takiego co zamyka naczynka krwionośne za pomocą lasera, wyrównując tym samym koloryt skóry. Ba, oczywista w oczekiwaniu na te przyjemności, nie zniechęciła mnie kolejka w przychodni dermatologicznej, godziny oczekiwań, piekący ból towarzyszący zabiegowi, opuchlizna na pysku, po której jeszcze dziś wyglądam jak przysłowiowa bohaterka kampanii "Bo zupa była za słona". Po otrzymaniu tony recept na środki, które mają czynić mnie lepszą, lżejszą, subtelniejszą i kurwa prawie chyba świętą (może) pocieszam się tylko, że jeszcze tylko dwa działania i suma moich niedoskonałości spędzających mi sen z powiek zmniejszy się do maleńkich frustracji związanych z wieczornymi sesjami żywieniowymi a to z drogą Sylv, a to z niezastąpioną Borko, co klepie kurczaka na noc tak, że hej ja hej.
Dość, żeby powiedzieć jedno: jak sobie jechałam dziś do Jabłonkowni w ciemnych okularach na pól twarzy zrozumiałam kwestię filozoficzną związaną z świadomością czasu i nie-akceptacji tego "teraz dzieje się teraz i już". Kuwa, prawda jest taka jest czas na pierwszy rumieniec, pierwszą szminkę i puder, a jest czas na pierwszego dermatologa kosmetycznego (podobno to lepsze niż terapia u psychoanalityka).

niedziela, 30 listopada 2008

Odnaleziona Borko:-)

Borko księżniczka pobalowa, zamiast siedzieć ze mną dzisiaj na winku w Rynku, ciąga mnie do siebie na na kac-zwierzenia:-) Eh maleńka moja - jak przewidywalne są weekendy okazyjne.
Ale w sumie to nie ma co narzekać - tak niewidziana dawno koleżanko.
Na przedspotkaniowy niedzielny dzionek to powiem jako motto: gdyby głupota miała skrzydła to nie wzniosła się by jak orzeł do nieba, nieeee ... ona winna jak rakieta szybować w kierunku dalekich planet, he he he. ;-)

piątek, 28 listopada 2008

Oślikowa łączka


Borko - a Twe zniknięcie księżniczko należy do totalnych skandali na miarę międzynarodową :-). Ale o tym sobie pogadamy w cztery oczy, a nie tak na forum publicznym. Zresztą - trudno dziś wybrać mi temat na dzień dobry. O zamachach w Bombaju nie będę pisać - wszak byłoby to dość niesmaczne, aby o ludzkich tragediach pisać na blogu, gdzie zazwyczaj o mniej lub bardziej większych bzdurach się pisze (oprócz może choroby Mamy Tobs - ale to też moja rzecz osobista i nie namawiam do wspólnego udziału w jej przeżywaniu, a może nawet i odwrotnie, nie zniosłabym zbiorowej traumy z tym wydarzeniem związanej. Ot, wypiszę się raz na jakiś czas i zostawmy to w sferze niedomówień). Ok, end z zapleczem teoretycznym.
Ostatnio sobie tak jadąc spóźniona do fryzjerki myślałam o prymitywizmie ogólności. Zanim przejdę do sedna, zatrzymajmy się na chwilę nad fryzjerem. Otóż, żyjemy w czasach, gdzie znalezienie setki stażystów do firmy jest dość proste w porównaniu do przygruchania sobie dobrego fryzjera. To ważne as fuck - bo jeśli przypomnę sobie te wszystkie poranione estetycznie panie i panów - co chcieli uczynić z mej głowy coś fajnego (kuwa...), to naprawdę ostatni wybór, którego trzymam się wiernie od roku (cholera, prawie już recydywa:) należy do tych o które trzeba dbać. Więc wierzcie mi, że wpadłam do zakładziku na Więziennej z opóźnieniem i z olbrzymimi wyrzutami sumienia, że nie dbam o komfort pracy mojej fryzjerki:-) Ta, oczywista ofukała mnie lekko, ale potem było już dobrze, bo nie musimy się przecież zaraz kochać, żeby zrobiła moim włosom dobrze, nieprawdaż? No, a to trzeba przyznać panny z Więziennej robić potrafią bezbłędnie :-) Więc, wróćmy do ogólności - a to telepiąc się wczoraj z rana i walcząc z opóźnieniem myślałam sobie jak to w głupich powiedzonkach w stylu "kłamstwo ma zawsze krótkie nogi", "lepszy stary wróg niż nowy przyjaciel" lub he he "że najlepsze imprezy są te niezapowiedziane" - zawiera się brutalna istota naszej egzystencji. I gdyby tak potraktować czasem poważniej te stare głupie prawdy, to nasze życie byłoby cholera prostsze i fajniejsze :-) Ale tak czy siak nie jest źle - wszak nasz padół do suma śmiesznych historii poprzeplatanych łzawym melodramatem :-)
Co do ostatniej prawy o imprezach, to muszę z miłym zaskoczeniem przyznać, że mimo upływu lat lokal Intro (choć może nie za często;-) ciągle daje radę, a Jack Daniels smakuje nadal wybornie. Łoł, a jaka szampańska zabawa była. Jedyna moja uwaga - to tylko kwestia powiększenia płytoteki w Intro, bo nieposłuchanie Danziga z powodów zrycia CD to skandal nie-dopuszczalny, ale była, była lista hitów :-)
To tyle w kwestiach imprez, bo przez weekend mam zamiar prowadzić się jak dobrze garażowane Ferrari i oprócz winka z Sylv i Panem Ciemności - nie zamierzam spożywać nic więcej. Poza tym wstyd się przyznać, ale zaległy artykuł naukowy czeka i co tu dużo mówić, powinnam brać dupę i mózg w twarde tryby roboty.
A na zakończenie to szybko napiszę jeszcze, że wczoraj to mi się sen taki przyśnił, co jeszcze nad nim dumam, ale nie mam odwagi napisać. Ale była jazda z piekła rodem :-) Znak pewnie to taki, że za kolejne opowiadanie trzeba się brać.

niedziela, 23 listopada 2008

Może o tym co się podoba?


Borko tak mi się wydaje, że czasem przychodzi czas na odrobinę pozytywów w tym wielkim śmietniku źle dobranych stylów, niedopasowanych poglądów i koszmarnych przewinień werbalnych i rzeczowych. Jednak raz raz sobie zamarudzę: należy się moim włosom fryzjer - natychmiast :-)
...bo nie ma nic gorszego niż fatalny stan włosów i fryzury - lepiej wtedy nałożyć dresior i trepy i udawać pogrobowca Kurta Cobeina niż kurwa (jak się to na ulicach nader często zdarza) laszczyć się w ekstra fatałachach i makijażach - co powoduje tak koszmarną dysharmonię estetyczną, że tylko i wyłącznie fakt nie bycia bulimiczką powstrzymuje mnie od puszczenia pawia.
Wracając do pozytywów...
A to czasem się zdarza ha ha. Ot - np okazuje się, że okazjonalnie można nabyć w całkiem "modnym" masowym sklepie sukienkę pod sesję foto w stylu Black No1 za jedyne 14 zeta. Model świetny - amerykańskie wiązanie, czarne kamienie, długa wieczorowa, podwójna warstwa matowych szyfonów - jednym słowem eXtra.
W La Senza - niezły wybór po promo cenach piżamek - zakup: emo punkowy komplet - szaro-różowy - gwiazdy, graffiti oraz wstawki bokserskie. Redaktor Sylv powiedziała, że idę złą drogą :-) A ja myślę sobie, że pomieszanie gotyckiej estetyki z komixem oraz hamerykańską klasyką w stylu DKNY - he he - zawsze mi odpowiadało. Choć w sumie - jak wkładam na dupsko szaro-kraciasty garniturek bez marynarki, a tylko z kamizelką to wiadomo, że lubię panią V. W, co wcale nie odbiega od tego co napisałam wcześniej bo wszak punk to punk... za to na Allegro bądź jak niektórzy wolą Alle Droogo! wypatrzyłam portfelik z Dziwną Emilką - i całkiem tłusty to kąsek - bo scenka komixowa traktuje o zabawie z żywymi kocimi szkielecikami. Co jeszcze? O, płyta nowa Pana Smitha 4.30 Dream - zajefajna się okazała i naprawdę jest warta polecenia. Dalej, dalej myślmy... o, żel do kąpieli z serii Kitty - bardzo miło pachnie. Ah i zapomniałam... ostatnio bardzo mi się podoba produktywna fabryka przedmiotów kolorowych i zapachowych marki Christian Audigier. Wprawdzie buszując dzisiaj po sieci znalazłam jeden niepokojący opis, który miał zachęcać do udziału w aukcji, a brzmiał mniej więcej w te tony, że jak sprawisz sobie t-shirt Audigiera to będziesz prawie jak jedna polska niby gwiazda - to mnie jak na razie skutecznie oziębiło, ale przemyślę to wszystko, rzucę oczkiem jeszcze raz w okolicach prezentów świątecznych na ten cały majdan i zastanowię się.
A tak poza tym - to wino grzane jak zawsze smakuje rewelacyjnie o tej porze roku, abstynencja tytoniowa może dobrze robi na cerę, ale chyba nie na poczucie łaknienia - bo kuwa zjadłabym teraz pieczoną świnię w całości (ale jestem twarda i tego nie zrobię bo mam przed oczami kilka swoich rzeczy w garderobie, których chwilowo pod pozorem porażenia estetycznym prądem zakładać nie mogę).
I jeszcze: zima się lekko zaczęła, choć pewnie nie na całego. W piątek leząc moją nową ulubioną trasą kaskadową trafiłam wieczorem na lekką śnieżną zadymkę. Szłam sobie pod latarniami, widząc po każdej stronie oświetlony kawałek Wro, a środkiem unosiły się tumany zimnych i wielkich jak liście płatków śniegu. To są takie chwile, na które myślę sobie warto czekać.
Zanim następna taka fajna chwila nastąpi muszę się wziąć do roboty i napisać parę mądrych zdań, a to wbrew temu co sobie niektórzy wyobrażają, wcale nie jest takie proste.
Jeśli czytając dzisiejszy wpis załapaliście wkurwę na to, że piszę o rzeczach błahych i bardzo nisko materialnych to powiem tak: nikt na nic dzisiaj nie zasłużył:-)
Żegnam z dobrą radą na poniedziałek: ubierzcie się dobrze na pierwszy dzień tygodnia ha ha ha.

środa, 19 listopada 2008

Lepiej oddałby to komix


Borko najlepiej opisałabym swoje przygody (ostatnie) w formie komiksowej, a nie pisząc bloga. Jednak nie rysuję już od dawna i chyba rączka nie "ta" z czasem się zrobiła. Podobny los spotkał mój charakter pisma, który obecnie najlepiej byłoby nazwać ha ha: styl verdana;-)
A więc życie jesienne sobie jakoś płynie. Agenturalnie na razie staramy się walczyć z kryzysowym demonem, co niezauważalnym wałkiem jest, ale skutecznie powoduje w naszej pracy jakiś chaos i napięcia. Ale, ale chyba nie z takich tarapatów "się wychodziło" więc może jeszcze nie czas na pogrzeb ani na stypę. Raz lepiej, raz gorzej - takie to uroki bycia nie-"budżetówką", o której czasem to sobie człowiek marzy, ale jak tylko to widmo zyskuje namacalne kształty w postaci kontaktów z stało-etatowcami i ich przygód to od razu jakoś na sercu lżej się robi i cicha norka w Feniksiaku zyskuje na atrakcyjności niebywale. Co prawda jedno "kruczysko" wieszczące zazwyczaj powodzenie nam spierdoliło z gałęzi jabłonkowej, ale po cichu liczymy, że kartka dla samego prezydenta będzie jakimś ogarkiem zwiastującym nowy lepszy rok. Obaczymy, a jak nie - to zawsze można spakować manatki i pojechać gdzieś daleko hen, hen, ta gdzie to zawsze Włóczykije się udają jak im obmierznie stały świat. Eh. W sumie, wszak ten rynkowy chaos nie tylko nas dotyczy...
Tak czy siak - o szczególnie wybitnych plotkach pisać nie ma co. Praca się powoli toczy, ja muszę pokonać lenia aby napisać artykuł o manipulacji pakietem CS3, oraz dobijam sobie główkę wieczorami traktatami o Heinem i Miltonie. Następna lektura będzie bardziej lajtowa he he.
Tak czy inaczej, Heine to mi wszedł w głowę, choć miewałam do niego przez lata stosunek o różnym zabarwieniu emocjonalnym. Ato szaleńczo mnie się podobał, a to potem wcisnęłam go w zakurzoną szkatułkę pamięci o klasykach i pogrzebałam - co tu dużo mówić, a to w ogóle o drogim Heine nie myślałam. A ostatnio wrócił w wielkim stylu. Co tu dużo mówić, jakoś chyba do siebie pasujemy skoro tak pięknie objawiło mi się wczoraj w nocy ot dla przykładu to:
Życie jest chorobą, cały świat szpitalem, a śmierć - lekarzem.

Cudowne he he.
Albo:
Tam, gdzie książki palą, niebawem także ludzi palić będą.

Lub:
Powinno się wybaczać swoim wrogom, ale nie wcześniej, niż zostaną powieszeni.

ha ha - ten rodzaj humanitaryzmu zawsze mnie frapował;-)

No dobrze, to tyle Heinrich Heine co oprócz tych zgrabnych aforyzmów stworzył ulubioną przeze mnie nostalgiczną i pełną "ochów" i "achów" poezje liryczną.

A Milton? No Milton jest świetny - nawet w tłumaczeniu. Mnie odpowiada poezja buntu, a jeśli jeszcze jest okraszona zajefajnym słownictwem i metaforą, to po prostu powala jak setka dobrego absyntu;-)

Ogromne skrzydła rozpostarłszy swoje
Jak gołąb siadłeś na ujściu otchłani,
By ją uczynić brzemienną: co mroczne
We mnie, rozjaśnij, co niskie, wznieś w górę...


Odpadam przy tym, świetne.
A mnie to po ostatnich doświadczeniach chciałoby się poaforyzować tak:
...wybaczam tym co nie czytają, ale wówczas gdy ich oczy w misach już spoczywają

Oczywista, żart taki lekko okrutny, z tropami wiadomymi, ale co tam, jesień to kanibalka ludzkich uczuć, więc wybaczcie afkorsik :-)

piątek, 14 listopada 2008

Kocie Tao


Borko ja wprawdzie ostatnio uznałam, że ze zmęczenia bywam podobna do starego chomika niż do kota, ale he he he zrzućmy to na wahnięcie hormonalne i ogólnie złe samopoczucie wynikłe z śmiertelnej choroby zwanej życiem. Jednak wolę koty i osły - mimo wszystko. Koty za ich pozorne lenistwo i melancholijne usposobienie oraz za to, że choć nam towarzyszą wiernie to nie dają się zdominować i podporządkować oraz że się nie podlizują - a to wszak najważniejsze. Miłość bez "ale" - to żadna miłość:-) Bo ja nie lubię miłości bezwarunkowej. Właśnie poprzeczki, mety do osiągnięcia, punkty nie do przejścia, tajemnice i niezależność są najfajniejsze. Bo jak już się zintegruje wszystko ze sobą, każdy zakątek i zatoczka zostaną zdobyte i poznane to niebezpiecznie zaczyna się w taką miłość wkradać NUDA, a nuda jest gorsza od śmierci. Bo śmierć jest nieuchronna i sama nadchodzi, a nuda staje się z naszym udziałem. Tak to już jest. Ale o czym my tu w ogóle mówimy jak nawet tego kochania nie ma w realu za grosz. Oto stałam się chyba człowiekiem nad wyraz w końcu dojrzałym skoro potrafię przerachować życie nad szukanie miłości dla miłości:-) Zresztą, czy to akurat takie ważne? Zdarzyło mnie się bywać z kimś bez miłości i myślę sobie, że było nawet też fajnie jak wtedy gdy i miłość tak zwana była. Nieważne zatem.
Ważne jest to, że weekend nadchodzi, że pouczyć trzeba trochę innych rzeczy niepotrzebnych, zabrać się za pisanie rzeczy rozgrzebanych i ogólnie coś sobie wymyślić fajnego aby się nie nudzić. Ot, proste życie.

środa, 12 listopada 2008

Spalić to wszystko


Borko, a więc kolejny raz przeprowadziłam się i mam oczywiście po-przeprowadzkową depresję. Wczoraj, kiedy opadły mi już zupełnie ręce, pomyślałam, że najchętniej zrobiłabym jakiś event w stylu Hasior i zebrałabym te wszystkie swoje rzeczy i podpaliła, np. na wielkiej (no średniej;) barce puszczonej po Odrze. Ogień pochłonąłby książki, ciuchy, bibeloty, analogowe fotografie, dokumenty gromadzone, płyty, listy i co tam jeszcze. Ciężko jest żyć tak, kiedy ma się nieodłączną potrzebę gromadzenia rzeczy niepotrzebnych. Taszczę ze sobą widma światów, których już nie ma. Listy od Sylwii, która nie żyje - więc co komu po nich, co tam kiedyś nam w duszach grało, listy z czasów przed-internetowych, kiedy chcąc pogadać z subkulturowymi pobratymcami zapoznanymi na koncertach i festiwalach trzeba było zapełnić całą kartkę i czekać na odpowiedź z tydzień albo i więcej - żeby dowiedzieć się, że ot akurat tej płyty to ta osoba nie ma. Albo klucze od starych domów zupełnie nie-pasujące już do żadnego zamka, kartki z życzeniami w pierwsze wspólnie spędzone święta, bilety z Bardzo Ważnych Koncertów, muzeów i mapy ukochanych miast...
Wczoraj, wiele z tych rzeczy-światów wyrzuciłam. Nie chcę już na nie spoglądać ani grzać się w ich starczym cieple. Ale też już nie chcę niczego nowego. To tak w dialogu z Inwazji Barbarzyńców: nie brakuje ci życia tego, tęsknisz za tym co było - a to już umarło dawno. Wczoraj obiecałam sobie, że nie uczynię już więcej żadnej kolekcji wspomnień. Wcześniej czy później nadchodzi taki czas, że nowa kolekcja musi zastąpić starą, a mnie zawsze żal tego starego i przeszłego materiału. Więc lepiej nie zbierać.
Jakie to wszystko ulotne i pozorne. W zasadzie w tych stertach rzeczy nie ma nic wartościowego, a jednak ciągniemy je za sobą, choć każda wspólna "podróż" nadwyręża zdrowie naszych ukochanych przedmiotów. W pewnym sensie starzeją się one - jako i my starzejemy się pod wpływem czasu, przeżyć, nałogów i innych tego typu spraw. Wczoraj miałam sobie taką wizję, jak te stłoczone ze sobą tomy mogą toczyć między sobą dyskusję: jak za dawnych lat Sartre i Simone razem, a może już nie chcą ze sobą gadać? Eliade, na bakier materialistami, a baronowa Blixen wtłoczona z eleganckimi bezeceństwami "O" i natchnionym wulgaryzmem Sade. A duchowy i daleki Hegel z gorzko popapranym, ale również duchowym Pielewinem. A klasycy? Przyzwyczajeni do szacunku i ciepełka nobilitacji historycznej? Tak zupełnie arogancko potraktowani - w workach ciasnych - jak w wagonach do obozu koncentracyjnego. Może tylko podróżnicy i reportażyści znieśli ten dyskomfort w jakiś bardziej lajtowy sposób, zdobywając się na ciepłą wyrozumiałość - wszak życie (również książek) to nieustanna podróż. A gdzie jest cel? Kiedy można będzie wreszcie usiąść i jak Dziewanowski stwierdzić: Właśnie wróciłem?

wtorek, 4 listopada 2008

A więc było tak...


Borko na załączniku (fotosie) wspomniana kilka postów wcześniej kaplica cmentarna z Wilczyna. Zdjęć trochę wyszło, a z wielu nie jestem zadowolona bo aparat był lekko rozstrojony jak się okazało i zanim doszłam z nim do ładu to kilka fotosiaków straciło na wartości. No cóż, miejmy nadzieję, że będzie lepiej następnym razem i że to nie pierwsza, ale też nie ostatnia podróż do Wilczyna. By the way tamtej trasy, którą zrobiliśmy w dniu 1 listopada, to oprócz super leśnych drożyn jakie mijaliśmy jadąc naszą "tajną" trasą i wspaniałych widoków przyrody w rzeczy samej, spotkaliśmy też mnóstwo chałup (niektóre w ruinie totalnej), które od razu najchętniej byśmy zasiedlili i żyli długo i szczęśliwie z dala od sadyb ludzkich i tylko z dobrymi łączami do świata sieci, bez którego to chyba już żyć nie potrafimy, a który też co tu dużo mówić stanowi cześć naszej osobowości;-).
Mama Tobs martwi się przez cały czas (a 1 i 2 to już martwiła się na całego), że jak ona umrze to ja już zupełnie sama zostanę i nikt się o mnie troszczyć nie będzie. Ano, każdy z nas umrze i ja nie odstaję tu od szarej masy. A co do Mamy Tobs - nie wiem, nie wiem, ale nie chcę nawet myśleć (kłamię, bo myślę o tym), że mogłaby umrzeć. Ale liczę na to, że w pokrętnym moim życiu odwrotności - wszystko to o czym myślę i obrazuję - się nie spełnia. I tym razem chciałabym żeby to "zaklęcie" jeszcze choć w tym przypadku zadziałało. W ogóle to sobie tak myślę: ile i co możemy dać żeby komuś przydać życia? Prawda jest taka, że często szafujemy takimi powiedzonkami o tym jak to chętnie sobie byśmy ujęli, sami część przechorowali... kurwa, brednie, brednie, brednie, podobnie jak liczenie w tej kwestii na cuda. Szafujemy czymś co w tej mierze kompletnie do nas nie należy. Tak a i owszem możemy się pozbawić życia, ale nie możemy ani jego, ani resztek zdrowia, ani innych tego typu spraw rozdysponować. I to jest horror i groza. Nie mogę Matce Tobs wyjaśnić, że nie chce mi się myśleć o kwestii "uporządkowania" swego życia w perspektywie jej i naszych relacji. Moja matka pyta się mnie ostatnio, a pójdziesz do kina na film 33 sceny z życia? No jasne, że pójdę. Zbiorowe uczestnictwo w traumie nowotworowej jest nawet wskazane - wszak nie doświadczam tego tylko ja, ale też całe rzesze innych. Czy rak mojej matki jest też malowniczy? Nie wiem. "Widziałam" go tylko w opisach, statystykach, łacińskich formach i czasem w snach. Nie chcę tu napisać, że oto mój świat się kończy. To też brednie. Wszak nie bądźmy egoistami i nie ubierajmy się w emocje tych, których groza sytuacji tak naprawdę dotyczy. I tyle. Eh. teraz chciałabym myśleć o tym, że w 2009 roku wsiądziemy w auto i pojedziemy nad morze. I tylko tyle.
Zawsze sobie też przypominam film Allena (jeden z lepszych) Życie i cała reszta to jakby najlepsze podsumowanie naszych wszystkich zbiorowych, a jednocześnie wyalienowanych przeżyć. Człowiek jest sam, podejmuje decyzje samodzielnie, sam jest do końca ze sobą. Nie ma czegoś takiego jak stopienie się w jedną całość, plazmatyczne stworzenie jednej osobowości - nie ma. I trudno. Żadna z tego tragedia. Ludzie spotykają się w pewnych "zbiorach" - tworzą wspólne pole, na chwilę - dłuższą, bardzo długą, krótszą - tworzą jakąś jakość, wymieniają się memami, preparują geny, piszą w jakiś sposób wspólną historię...tyle, że ma ona pewien początek dobrze zakorzeniony w pamięci i pewien koniec. Ileż w życiu mojej matki przetoczyło się osób, ludzi, którzy poszli gdzieś daleko, albo po prostu odeszli z jej życia bo w nowym zbiorze nie było miejsca dla niej. Wielu. To samo może powiedzieć każdy z nas.
Wszystko to popaprane. Wczoraj w Srebrnej Skrzynce trafiłam na rozmowę z artystką rockową Kasią Kowalską - muzy nie lubię takiej, ale rozmowa była fajna i całkiem niegłupia. Ot, wcale nie ma odpowiedzi ani całkiem jasnych winnych dlaczego nasze życie toczy się tak, a nie inaczej. I nie ma tak, że jest zawsze całkiem źle i depresyjnie, albo świetnie i fantastic i super luz. Ale ciekawą uwagą był opis stanu, kiedy w życiu idzie tak, że nie możesz z niczego czerpać radości ahedonia - tak to pięknie brzmi. Chyba to też nie jest takie rzadkie uczucie, tylko czasem nie potrafimy go nazwać. A tu więc mamy hop, ładną definicję i ładne określenie.
A kończąc już zupełnie zabawnie, bo mam nadzieję, że jak dziś pojadę do Mamy Tobs to pogadam z nią o tym co nowego na "Pudlu", a nie o lekarzach i innych, to wczoraj też zobaczyłam reklamę, która mnie kompletnie rozwaliła ;-)
Otóż firma Soraya - producent kosmetyków - zrobiła sobie spota i kampanię opartą o tak modny i do zrzygania wyeksploatowany pomysł Gwiazda Lansuje. Tym razem damo zarobić Małgorzacie Foremniak co od lat kilku z mniejszym lub większym powodzeniem szarpie się o bycie topową i charyzmatyczną postacią (he he he he). A ekszyn idzie takie: oto Małga, ubrana i wylaszczona opowiada jak to popularność i splendor są fajne, można rozdawać autografy, stroić durne miny etc. itd. Ale, ale czasem nachodzi ją taki way, że trzeba gdzieś uciec. Więc widzimy Małgę na lotnisku Okęcie pod tablicą lotów i szus nagle blondynka przenosi się do Wenecji, gdzie jak mówi do widza: dobrze jest pojechać tam, gdzie jest się zupełnie anonimowym. Ale jak się okazuje w tejże Wenecji...na widok Małgi (stosującej oczywista kosmetyki Soraya) szaleją wszystkie chłopy: od gondoliera, przez kelnerów, rosyjskich milionerów, aż do tajemniczego sąsiada na wieczornym hotelowym balkonie - bo choć anonimowa to jej uroda poraża. Cały spot okraszono śpiewającej (innej naszej gwiazdy-gwiazdy) Edyty Górniak z numerem Jestem Kobietą.
Ha ha ha.
Ja jebię.
Żesz.
Gosh!
Jedno jest pewne. Nie mam pojęcia o co chodzi (choć pewnie o kasę), ale jak można wykazać się tak małymi zasobami choć szczątkowej inteligencji - dziś wręcz już obowiązkowego składnika menu.
Bo:
1. Idiotyzmem się jest przyznać, że Wenecji nikt nie zna takiej gwiazdy;-) Zwłaszcza aktorki. Przede wszystkim jest to dowód taki, że te nasze lansiarskie gwiazdy to tylko na naszym regionalnym podwórku coś znaczą, a jak tylko nos wysadzą za granicę to tracą swój blask i nazwisko.
2. Dojrzała kobieta, dla której szczytem marzeń jest cmokanie i wyrażanie zachwytu przez przypadkowo napotkanych facetów z różnych grup wiekowych? Eh, taki brak pewności siebie i samorealizacji w wieku dojrzałym. Już kuwa nawet chyba nie balzakowskim.
3. Klip - od strony pomysłu i idei jest gorszą kopią produkcji zachodnich z kórymi mamy do czynienia już od wielu lat, gdzie znane aktorki wcielają się w takie role-scenariuszowo-modelarskie. Ale to już było!!!! Jak rany, dlaczego u nas zawsze coś musi być podobne do tego co już się gdzieś kiedyś sprawdziło.
Eh... mimo podobieństw (do idei reklamy, nie do osoby!!!) jedno jest pewne. Taka Nicole Kidman nie mogłaby zaakceptować scenariusza tej reklamy - nikt by przecież nie uwierzył, że ona może śmigać wylaszczona po Wenecji i nie być rozpoznana. Tak, to tylko ten argument świadczy o wyjątkowości Małgorzaty Foremniak - ona może być nie-rozpoznawalna ;-)
Finito moi drodzy.

poniedziałek, 3 listopada 2008

Raz na dwa lata, trzeba "refresza" zrobić;-)


Borko, otóż raz na dwa lata trzeba sobie trochę zaktualizować to i owo. Tak więc, postanowiłam zmienić fotosy. Tym bardziej to odważny gest, ponieważ pierwszy raz w sieci nie serwuję fotek autorstwa Milo, a śpieszę że przeszłam do innej stajni czyli pod "photoshopową" rękę Monique. Cóż... powiedzieć: PODOBA MI SIĘ JAK SAM MOTHERFUCKER;-) Oke - a dziś zrzutę zrobię z fot cmentarnych i napisze jutro coś więcej bo dziś lecę na imieninową kawkę z redaktor Sylv.

piątek, 31 października 2008

Na przed-weekendzie


Borko, a więc spędziłyśmy z Ags wczoraj dość przyzwoity wieczór, bo dla odmiany wcale nie na hulance i nałogach, a wręcz odwrotnie. Akuratnie TV-pudło nadawało sobie radośnie Dziewiąte Wrota, które oglądając kolejny raz ciągle mnie zaskakują i to w bardzo fajny sposób i ten film jest właśnie taką małą perełką, że za każdym razem widzi się w nim coś dziwnego. W zasadzie to już od Dziecka Rosemary podobał mi się ironiczno-groteskowy komentarz Polańskiego do pop-okultyzmu i trzeba przyznać, że wyszło mu to bardzo dobrze. Choć pamiętam dobrze psioczenia i utyskiwania na ten film, ale myślę sobie ot po prostu, że są jakieś niszowe tematy, które dla jednych są wyzwaniem, a dla innych stertą niepotrzebnej estetyki. Ot, życie, ot gusta o których nie należy zbyt często dyskutować bo można się zdegustować:-) Nikt nie musi podzielać naszych upodobań i opinii, ale też lepiej uważać z naśladownictwem bo ono zamiast podbijać okruchy próżności często zamienia się w krzywe zwierciadło. Jak wiadomo zbyt długie obserwowanie zdeformowanego obrazu może spowodować zawroty głowy i nudności. W sumie wszystko skądś przychodzi i pochodzi, oryginalność jest pojęciem względnym i naprawdę rzeczą cholernie rzadką, to rodzaj tej wyjątkowej kolekcji, z którą być może nigdy nam nie przyjdzie się spotkać przez całe nasze życie. Kwestia lub przysłowiowy pies jest pogrzebany w tym aby tak zmiksować półprodukty asortymentu stylów życia, aby choć cień naszej "ręki" nadał im indywidualny sznyt.
A ja powoli szykuję się do odjazdu z "mojej" staromiejskiej norki i jestem ciekawa jak to będzie w tym innym gniazdku. Ale zanim to nastąpi trzeba jeszcze przeżyć przeprowadzkę... co przyprawia mnie o mdłości bo akurat tej czynności nie znoszę, zwłaszcza że z wiekiem człowiek obrasta w makabryczną ilość przedmiotów, ubrań, książek... i ta moja sentencja Omnia meum mecum porto staje się powoli dość ciężką ideą do realizacji :-).
Tymczasem jutro podróż przez cmentarze. Najbardziej ciszę się z odwiedzenia mojej ulubionej maleńkiej nekropolii we wsi Wilczyn (w okolicach Obornik jest jeszcze Wilkowa - swoją drogą to ciekawe nazwy jak na okolice, gdzie wilka he he to nie wiem od ilu wieków się już nie uraczyło, ale może to o innego rodzaju wilki chodziło;). W Wilczynie cmentarzyk ufundował dawny właściciel wiochy, ciekawy plan w stylu angielskiego ogrodu. Solidny neogotycki mur z cegły klinkierowej, nagrobki rozrzucone w gęstwinie rzędów drzew liściastych, ciekawe architektonicznie - niewielkie, ale o indywidualnym stylu i przedstawieniach. Zapamiętałam m.in. grobek, którego pion stanowił wyrzeźbiony w kamieniu pień drzewa i najróżniejsze ozdoby. Sama kaplica cmentarna to był przykład eleganckiego neoklasycyzmu z korynckimi kolumnami (wycięte przez złodziejstwo). Kaplica w centralnym miejscu sklepienia dachowego miała zaplanowany szeroki świetlik, a że drzewa wokół pozostały odsunięte w pewnej przemyślanej odległości, to mniemam, że w okolicach południa przez dach wpadać musiało wspaniałe światło, które oświetlało katafalk wraz z spoczywającymi na nim zwłokami. Cudne. Wilczyńska krypta była też miejscem, gdzie spoczywały zabalsamowane zwłoki (widać właściciele mieli taki way na konserwację). Jeszcze na początku lat 80. a może była to końcówka 70. jak wieść gminna niosła, a ja sama wspomnianą historię słyszałam będąc dzieciakiem zupełnym jeszcze, po jakiejś miejscowej potańcówce, dwóch nawalonych matołów poszło na cmentarz i zeszło do krypty wynosząc właśnie takie zabalsamowane zwłoki z trumny, które chcieli przytaszczyć do miejscowej remizy... jednak albo zabrakło siły, albo z innych powodów porzucili swoją "zdobycz" w okolicach płotu cmentarnego. Podobnież leżały tam jeszcze przez długi czas. Cóż, co kraj to kurwa obyczaj jak widać. Nie wiem kto to był, na ile prawdziwa jest cała story, ale jeśli tak było to ciekawam co się potem tym ludziom śniło i kto do nich w noc ciemną pod płaszczem mary sennej przychodził. A mam nadzieję, że przychodził:-)
Kończąc - powiem tylko by the way sentencji, że na grobie ostatniego z pochowanych właścicieli majątku Wilczyn umieszczono napis Per aspera ad astrum (przez trudy do gwiazd) - bardzo lubię to zdanie, jego sens i jego moc metafizyczną oraz zagadkowość w rzeczy samej. Jest to ta nieczęsta chwila refleksji i akceptacji zawiłości życia oraz naszej jego interpretacji, która jest godną odtrutką na wszystkie dzisiejsze oczekiwania łatwości i nieznośnej lekkości bytu. Nikt przecież nie obiecał nam, że będzie łatwo na tym świecie. Nieprawdaż? Ale z drugiej strony ten trud zawarty w tej krótkiej sentencji odnosić się też może do hartu jaźni, badania niezbadanego, próby labiryntu i wejścia na poziomy, o których marzyć można, a piękno tego zawarł w pop-kulturowy sposób S. King układając takie oto zdanie: śmierć jest tajemnicą, a pogrzeb sekretem...*

* pamięci A.C swój wpis dedykuję :-)

czwartek, 30 października 2008

No to się zaczyna :-)


Borko:
She's in love with herself -
She likes the dark -
On her milk white neck -
The Devil's mark -
It's all Hallows Eve -
The moon is full -
Will she trick or treat -
I bet she will

She' got a date at midnight -
With Nosferatu -
Oh baby, Lilly Munster -
Ain't got nothing on you -
Well when I called her evil -
She just laughed -
And cast that spell on me -
Boo Bitch Craft!

Yeah you wanna go out 'cause it's raining and blowing -
You can't go out 'cause your roots are showing -
Dye'em black -
Black No. 1

Little wolf skin boots -
And clove cigarettes -
An erotic funeral -
For witch she's dressed -
Her perfume smells like -
Burning leaves -
Everyday is Halloween

Loving you was like loving the dead

środa, 29 października 2008

...


Borko, a Mama Tobs się źle czuje. I tak źle znów jest od dwóch tygodni ponad. A jak Mama Tobs się źle czuje to i mam chęć ponurą niechęci do świata i wszystkiego - przynajmniej z odpowiedzialnością zbiorową do pokoleń pięciu i nic na to nie poradzę:-(

Komikosowe straszne historie


Borko mon cheri, a to się nam zrobiła pogoda grozy jak cholera ciemna i deszczowa. Takie dni zawsze sprzyjają albo pijaństwu, albo pisarstwu, albo pieprzeniu - w zależności od dostępności danej opcji. Gdyby życie było podobne do gry komputerowej to fajnie byłoby mieć takie menu ;-), ale nic to, na tym polega zaskoczenie życiem, że oprócz krańcowych wariantów reszta pozostaje być scenariuszem owianym mgłą tajemnicy. Bywa, a raczej jest - chciałoby się powiedzieć.
Tak czy inaczej zaszedł dziś do nas Najlepszy z Braci na lunch przerwę i żeby odebrać swe projekty graficzne (jak ta płyta w końcu wyjdzie to dam na mszę... jeszcze tylko zastanowię się na jaką;) oraz poumawiać się na cmentarne podróże. Ku naszemu niezadowoleniu orzekł, że nie chce mu się na delegację do Mediolanu jechać, do tego burdello - jak to określił. Nieodżałowana to decyzja. Chętnie wybrałoby się w odwiedziny to Milano, eh, choć na sklepy popatrzeć i mieć pretekst do podróży. Normalnie niesprawiedliwość, że szkoda gadać. Ale tak to już się ułożyło, że mnie pali pod piętami do jeżdżenia, a ten najchętniej nie wyszedłby ze swej nory do końca życia.
Rano, jak zauważyłam - pogoda prawie niczym wieczór - przypomniała mi się z dzieciństwa ulubiona seria zeszytów Relax z odcinkami najfajniejszych komiksów. Do ulubionej sfery należała seria opowieści z dreszczykiem, które w mrocznej formie przedstawiały historie o lekkim zabarwieniu grozy. Działały na wyobraźnię jak cholera. Pamiętam szczególnie jedną taką, o bohaterze, który melancholią ogarnięty wyruszył w świat poszukując ukojenia i miłości najpiękniejszej. Przemierzył całe kontynenty, krainy najdziwniejsze, wszędzie chciał śmierci, a spotykało go ocalenie. W końcu znudzony, zrezygnowany i zblazowany wrócił do swego domostwa, a tam czekała na niego najpiękniejsza z pięknych. Kiedy z radością, szczęściem i odnalezionym sensem życia chciał rzucić się nocą w jej ramiona okazało się, że to nie kto inny jak śmierć pod postacią piękności takowej do niego przybyła.
Jaki z tego morał? Ha, ja zawsze myślałam, że ano taki: co ma wisieć nie utonie i że złego diabli nie wezmą, a sami po niego się zgłoszą ;-) żartuję trochę. Ale przyznajcie sami - komiks fajny, nieprawdaż?
Wczoraj wieczorem dla odmiany, choć zmęczona byłam koszmarnie (życiem, życiem... praca mnie jakoś nigdy nie męczyła - no, może oprócz przed laty tyry na holenderskich polach;) siadłam ja ci do małej sesyjki z moimi kartowymi wspomagaczami i postawiłam krótką sesję dla jednej osoby. I w sumie dobrze poszło (zawsze dobrze i klarownie idzie - jak nie robi się tego często i tylko wiosną i jesienią - ależ ze mnie przesądy kuwa wychodzą, normalnie wieś, wieś - i nieś co chcesz;) - dobrze, bo odpowiedź taka klarowna, materialna, prawie wizualizacja namacalna. Choć szkoda, że od pozoru poszukiwań meta, czeka ścieżka stricte materia, materia, materia ponad wszystko. Dziwne, już dawno czegoś takiego nie widziałam. A może po prostu normalne, dorastamy, starzejemy się i co ciekawe choć tęsknimy za meta to materii się oddajemy - dokładnie tak ochoczo jak czas nas degeneruje rozpadem.

wtorek, 28 października 2008

Sinusoida ma w sobie coś sin-a


Borko, a więc życie to taka sinusoida, że raz dolnym, a raz w górnym układzie współrzędnych znajdujemy się, ale jedno jest pewne, że gdzieś nas to wszystko zaprowadzi do dolnego kresu i na to rady nie ma. Idiota by stwierdzić tylko mógł, że zna odpowiedź na to czy warto żyć oszczędnie i wedle mieszczańskich kodeksów wartości czy też może lepiej mieć to wszystko w głębokim poważaniu i oddawać się wszelakim uciechom, grzechom, rozpasaniu. Najlepsze jest to, że do końca to wcale nie jest wiadome i tak naprawdę w tych sprawach musimy opierać się na kwestiach wiary czy lepiej powiedzieć zawierzenia.
Tak czy owak - nie odbiegam za bardzo od normy i sama miewam wahnięcia, a to raz na stronę rozpasania i demolowania swego życia, a to na odwrót włącza się nagle elektroniczny moralizator i posypując głowę popiołem najchętniej spędziłabym resztę swego życia na jakiejś posadzce klasztornej :-)
Tak, tak... wstąpienie do zakonu było jednym z wariantów życiowej drogi, który powracał w moich myślach przez lata całe. Problem w tym, że nie jestem osobą zdyscyplinowaną religijnie i wszak skłamać, że z wiary chcę przystąpić do zgromadzenia byłoby obłudą. Pozostaje też kwestia mej natury inżyniera chaosu, która doprowadziłaby rychle do totalnego rozpadu danej jednostki zakonnej. No chyba, że zdecydowałabym się na regułę milczenia i zamknięcia:)
Odłóżmy jednak żarty na bok. Dla wytłumaczenia powiem tak: w chwilach zwątpienia, kiedy nie możemy zastosować cudownej zasady "napij się", przychodzą do głowy ot takie szalone pomysły. Pewnie nie tylko mnie.
Wracając do życia zwyczajnego.
Wczoraj wieczorem, wracając sobie do domku lekko zwichrowanym krokiem myślałam sobie ano tak: po pierwsze dlaczego wbrew rozsądkowi robimy rzeczy głupie? Niby wiemy, nibyśmy tacy mądrzy, wykształceni i doświadczeni, a jednak brniemy w ścieżki, dróżki zupełnie nie podobne do niczego. Ot fakt, lepiej umieć żyć w grupach społecznych niż je omijać. Autyzm społeczny jest rodzajem arystokracji ducha, ale skromnie myślę sobie, że ja nie na takim etapie hartu pozostaje aby (choć czasem normalnie kusi, że hej) na taki level wskoczyć. Może, może kiedyś... I tak to wszystko idzie, są dni że na telefony jednych czekamy, innych nie odbieramy. Potem konstatując, że tak naprawdę i jedna i druga opcja jest skazana na bez-sens, choć oczywiście jak każdy wielbiciel Snu nocy letniej miewam nastroje do szarad zupełnie bezpodstawnych. I tak wracając do wczorajszego wieczoru, przyszła ja na domostwo swoje, odpaliła telewizora i trafiła (po raz tysięczny) na Pożegnanie z Afryką. Eh, baronowa Blixen to miała takie szczęście w miłości i romansach jako ja;) Wszak to moja ulubiona bohaterka więc powinnam być zadowolona z takiej bliskości mentalnej z idolką;). Wyciągając wnioski z życia Blixen myślę sobie, że lepiej skupić się jednak na literaturze, a życie rodzinno-sentymentalne zostawić zawodowcom, niech się zajmują.
A tak by the way, to cieszę się na listopad, Halloween, przesilenie jesienne i wyprawę z Najlepszym z Braci po wzgórzach dalekich i naszych ulubionych smentarzach, które tym razem nie zapomnę sfotografować dobrze.

czwartek, 23 października 2008

hau hau hau...


Borko - z wielką przyjemnością zrobię to: hau hau hau. :-)
Odszczekuję co wczoraj napisałam. Festiwal rozkręcił się. Dario Argento dał radę.
"Matka Płaczących" - powaliła nas totalnie. Rzym - jakże fascynujący w tym filmie, reszta wątków jak trzeba, przyzwoite postmodernistyczne kino komiksowe grozy. A do tego muzyka fantastyczna w wykonaniu zespołu Daemonia (również from Roma) - z którym już to zdążyłyśmy się zaprzyjaźnić.
Dzisiaj set o wilkołakach, no to zobaczymy jak będzie.
Kuwa - jak to człowiek sobie poogląda trochę zmór i demonów - to od razu na sercu lepiej i humor jakby skoczył do góry:-)

środa, 22 października 2008

Horror? Gdzie dają dobry horror?


Borko moja ekspresjonistyczna śpieszę donieść, że ja właśnie po pierwszym dniu, a raczej wieczorze festiwalu horrorów (2 edycja). I co? Ano nico. Jest kluska i kaszanka w mdłym sosie. Bo, już mnie się dziwnym i nie fajnym zdało rozłożenie festiwalu prawie na cały tydzień: od wtorku do soboty, rok temu było to skumulowane od czwartku do niedzieli i obejmowało tzw. weekend Halloween - co dodawało smaczku całej imprezie. Filmów było więcej zapodawanych za jednym zamachem, były prawdziwe maratony, wychodzenie o 1-2 w nocy z kina. Atmosfera społecznościowa. A w tym roku?
Ano pierwszy dzień to porażka. Pierwszy - męcząca traumatyczna story o lekko nawalonym młodzieńcu, który ma depresję bo panna go zostawiła, więc ten postanawia zatłuc swojego rywala. Wierzajcie mi, kwestię zabicia aktualnego chłopaka swojej byłej dziewczyny można opisać w 5 minut - jeśli nie ma się błyskotliwego i fajnego pomysłu. A w filmie Pop Skull - twórcom zabrakło właśnie tej umiejętności, a mnożenie błysków i narkotycznego błądzenia kamery - nie zastąpi prawdziwego horroru. Drugi film (hiszpańska produkcja) nieco bardziej inteligentny, ale z horrorem wspólnego za wiele nie miał. Ot, zgrabna (nużąca niestety na dłuższą metę) historia o zapętleniu się czasu i niemożności bohatera z rozwiązaniem tego problemu. Wyszłam z kina znudzona, zmęczona i z głową pełną myśli o zupełnie innych sprawach niż obejrzane filmy. Dziś dwa strzały z Dario Argente - bez sensu. To trudny reżyser, ze specyficzną grupą entuzjastów. Ułożenie całego wieczoru pod jego dwa obrazy decyduje o wykluczeniu całej reszty, która nie "kupuje" wizji Argento - choć wiadomo, że każdy maniak/wyznawca horroru powie, że Argento trzeba znać. Tyle, że festiwal powinien też zajmować się propagowaniem twórczości kina grozy. I właśnie zaletą ubiegłorocznej edycji było to, że każdy film zabierał nas w zupełnie inną podróż, świat i interpretację pojęcia "horror". To było świetne i pozwalało ludziom nie znającym dokładni branży na zdecydowanie się, który gatunek odpowiada mi najbardziej. To tyle w kwestii festiwalu. Tak mi smutno i przykro, że szkoda gadać. To impreza, na którą czekałam cały rok i czuję się rozczarowana. Mam też nadzieję, że będę mogła odszczekać jeszcze do soboty te swoje biadolenie, ale wątpię :(
Stąd obrazek na dzisiejszym wpisie - to jest kurwa horror :-) i tego oczekuję od tak dobrze zapowiedzianego rok temu wydarzenia.
A z innych spraw. Nie mogę doczekać się przeprowadzki i męczę się niemiłosiernie. Dołuje mnie nawet liść przylepiony do buta i wyraz twarzy kioskarki. Smaga mnie depresją każdy profil na MySpace, głupie szczęście obcych, rozmowy stają się drogą po ścieżce wyłożonej potłuczonym szkłem, a poranna myśl oscyluje wokół tego czy mogę sprawić aby w końcu przestać istnieć. Twórczość i kreacja to jedyny akt warty uwagi. Wczoraj w nocy przeczytałam, że smętną konstatacją badań nad kobietami był wniosek, że kobiety-wieczne sekundantki mają problem z określeniem tak drobnego szczegółu jak odpowiedź na pytanie: co będziesz robić w wieku 50 lat i kim wtedy będziesz. Większość podczas przeprowadzonej akcji ankietowej nie potrafiła tego powiedzieć, a jeśli już to zawsze w kontekście swojego bycia w związku i rodzinie. Hm, cholera. Zaczęłam się nad tym zastanawiać. Nie mam dylematu w postaci myślenia o tym, z kim się zestarzeje i kogo będę niańczyć na kolankach, albo kogóż fantastycznego poznam. To już wszystko było, a moje życie należy tylko i wyłącznie do mnie, a nie do wyobrażeń jakie społeczność ma wobec "niego". Więc, w wieku 50 lat jeśli będę musiała jeszcze biegać po tym świecie to wyobrażam sobie siebie jako posiadaczkę fajnej chatki na Maderze, która pisze niezłe horrory dla prawdziwych zwyrodnialców :-) Dość mieszczaństwa moi drodzy.

wtorek, 21 października 2008

Festiwal horrorów na starcie


Borko droga - jak słyszałam - za mąż jeszcze nie wyszłaś co jest he he he niedopuszczalne, ale śpieszę Cię zapewnić, że świat na pewno nadgoni to nie-do-ciągnięcie;-) Tyle żartów, a teraz czas zabrać się za poważne rzeczy.
Wiele by mówić.
Wróciłyśmy ze Stolycy po nużącym wyjeździe. Zamiast diety zapchałyśmy się morzem żarcia - i jednak parafrazując pewien cytat z ostatnio widzianego filmu: nas powinni pokazywać na Discovery :) Tak czy inaczej jakoś w Wawie nie chciało nam się zostawać. Ale za to, że jak zwykle pojebałyśmy drogę do celu, który oględnie mówiąc był tam gdzie był, a nie tam gdzie wskazywał nam nawigator. W związku z tym zwiedziłyśmy sobie drogę na Puławy, obrzeża Wawra, Sulejówek - bardzo piękny, nawet kilka pustostanów tam wyhaczyłyśmy, które świetnie nadawałyby się do spędzenia mrocznej starości. Doceńcie to, że o tej okolicy piszę "bardzo piękna" - bo naprawdę zaskoczyłam się tym, że coś stworzone architektonicznie poza DS-em albo innymi post krzyżackimi miejscami będzie mi się podobać. Bo ja zazwyczaj w tym polskim otoczeniu to nie czuję się pewnie i nie pojmę nigdy krajowego planowania urbanistycznego ani pewnych gustów architektonicznych. Ale żeby nie było za dobrze - to umówmy się - zaledwie kilka chałup spełnia w tej okolicy wymóg estetycznych perełek. Takie perełki w morzu szlamu i burdelu.
Na koniec jeszcze walnęłyśmy się przez praskie korki, odwiedziłyśmy nowego małego człowieczka, który pojawił się na 2,5 miesiąca temu na tym nieboskim świecie i udałyśmy się na Janki na egzekucję naszych brzuszków. Targedia. Dość aby napisać taką oto zagadkę: co dwie baby mogą kupować po 12 w nocy w aptece całodobowej: a. prezerwatywy b. środki antydepresanty c. preparaty przeczyszczające?
Rzeczywistość jak i zło tego świata i tym razem okazały się być banalne :)))))))
Cóż - jedzenie jest cudne, ale mieszczenie się w wąskie rzeczy jeszcze bardziej genialne. A na wojnie jak to na wojnie - wszystkie środki dozwolone, konwencja genewska nas nie obejmuje pod tym względem. Eh. Zasnęłam snem kamiennym i spokojnym. Wcześniej przeczytawszy jeszcze sobie o casusie kobiety upadłej w sztuce dramatycznej początków XX wieku. Wybawiające od realu - zapewniam.
A co z resztą? A to, że stara jabłoń już ma ponad dwa latka i jakoś tak wiatr jej konarami ciągle telepie. A to, że zamarzyło się nam tu w jabłoni zabranie na jazdę testową niezgorszego bawarczyka :-) Tyle, że jak tyłek przyzwyczai się do luxusu to cholera nie będzie się chciało tyłka na powrót przenosić do Koreańczyka, ale... z drugiej strony: kto nie ryzykuje ten nie żyje. A chyba jednak chcemy jeździć BMW. Nieprawdaż? :-)

piątek, 17 października 2008

Po wygłupach w teatrze...

Borko, po wygłupach prowadzących kolejne "San Remo" w teatrze, jestem chwilowo wyczerpana i wypruta na maxa, jak się zregeneruję i zresetuję swoją "płytę główną" to poopowiadam o ploteczkach z wielkiego świata he he he, ale to pewnie już po powrocie z małego wschodniego miasteczka zwanego Stolycą:)

poniedziałek, 13 października 2008

W lesie



Borko, a więc tak się składa, że real w końcu odpowiada na nasze niepokoje. I za każdym razem kiedy przychodzi taki dzień, w którym zaczynam zadawać sobie pytanie: ...i co dalej? szybko dzieje się coś, co staje się zwiastunem, a następnie konsekwencją nadejścia zmian. Przeskoczenia z jednego świata cube w drugi. Tym razem wszystkie znaki na ziemi i niebie wieszczą koniec etapu "buszowania w zbożu". Czy więcej dni w tym miejscu było fajnych, czy gorzkich? Czy więcej było towarzystwa i rozmowy, czy też może odwrotnie: ciszy i przemyśleń. Jeszcze nie wiem. Dopiero czas, dystans pozwoli poukładać sobie wszystko w głowie. A był to czas ciekawy, odrobinę wycięty z ogólnego biegu życia, ale chyba najlepszy moment nadszedł aby ten etap zakończyć. Wszystko co miało się w tym miejscu wydarzyć już się stało. Intencja założycielska "norki zbożowej" też już dawno zdechła i poszła w mroki biblioteki wspomnień. A więc koniec i zarazem początek czegoś innego. Czasem zmiana dobrze robi, bo pozwala wykasować to czego pamiętać nie chcemy, a wynieść na szczyty kawałki incydentów, które w cudowny sposób sobie wyidealizujemy po jakimś czasie, aby nas rozgrzewały w długie zimowe noce.
I dobrze. Człowiek bez wspomnień i bez refleksji to żywy trup - a te ostatnie sprawdzają się tylko w horrorach.
Myślę sobie, że nie ma złotego środka zaradczego - takiej super strategii antykryzysowej, która byłaby zabezpieczeniem na każdym życiowym zakręcie albo wyboju. Gdyby takowa istniała, to w aptece środków "zaradczych" mielibyśmy do czynienia z tylko jednym genialnym specyfikiem. A tak do każdej sytuacji należy dopasować odpowiedni eliksir. Z drugiej strony - gdyby nie zmiany i ich wymogi nasze życie byłoby nudne jak flaki na starym oleju.

piątek, 10 października 2008

Mówisz i masz


Borko - no czasem tak jest, że slogan mówisz i masz sprawdza się jak samospełniające się życzenie. :) Może i tak, ale tak gwoli ścisłości i szczerości to powiem tak: a wcale to nie rozwiązuje sprawy, a i jeszcze kuwa ile z tego kłopotów, zamieszań i poczucia absurdu sytuacji. Ale, eh. Co tam, jak to się mówi - takie jest życie, nie ma co zaraz dramatyzować ;-)

czwartek, 9 października 2008

W popkulturowym sosie marzę o dobrym bigosie


Borko pójście na Elegię nie dało za wiele - film jej się nie podobał, klimat nie taki. Myślę sobie droga moja - i dobrze - bo to jak przemyślałam sobie - znaczy, żeś młoda jeszcze i ufne postrzeganie świata niesiesz w sobie. A to znak nieomylnie dobry. Bo prawda jest taka, że nawet bardzo dbając o asekurację, intymność własnych przekonań czy też po prostu strach przed nieznanym albo strasznym - jak zaśpiewali słusznie The Beatles - wszyscy potrzebujemy miłości :) a jeśli zaczynamy parafrazować to stwierdzenia, albo buntować się przeciwko niemu - to tylko i wyłącznie dlatego, że nasza potrzeba albo wizja przerasta zastane warunki realne w tej kwestii. Oczywiście to ostateczne rozwiązanie kwestii miłości dla każdego oznaczać może (ale nie musi, bo jak wielokrotnie sobie marudziłam - jesteśmy bardziej stadem niż indywidualistami - choć nie brzmi to tak atrakcyjnie) coś innego. Czasem jest długą poczekalnią, czasem koncertem podczas którego zespół postanowił zagrać same hiciory, a czasem jakimś dziwnym incydentem, który towarzyszy nam przez całe życie w najróżniejszych formach. Borko kiedyś mawiała, że kocha się tylko raz, reszta to są tylko coraz słabiej odbijane kopie. Nie wiem czy tak jest - chyba aż tak bardzo nie czuję, że życie już przeszło, aby podpisać się pod tym mottem. Myślę, że sporo naszych kłopotów wyłazi po prostu z lenistwa - z niechęci zrozumienia, kompromisu, czy po prostu z braku określenia sobie celu. Bo wszak każdy związek niesie ze sobą cel. Pod tym względem chyba ze mnie konserwa nie do przejścia. Bo romans dla samego romansu bez tej możliwości skoczenia z trampoliny w otchłań czystego jeziora jest pozbawiony sensu. Może jest niezbędnikiem w wieku naporu i eksperymentowania, ale nie w chwili gdy nawet nie przyznając się przed sobą - stajemy się po prostu dorośli.
Myślę, że każdy szuka - i każdy coś dostaje. Inna sprawa - że to, że dostajemy to nie oznacza wcale tego, że świetnie to spożytkujemy. A ile razy podchodząc do tego stołu życia zastawionego najróżniejszymi daniami do wybory zdarza nam się wyciągnąć rękę zupełnie nie po to co trzeba :) Oh, bardzo często.
Obudziłam się wczoraj z refleksją post-senną, że od trzech lat nikt nie powiedział mi, że mnie kocha. Jakież to straszne i niedopuszczalne nadużycie ze strony świata i życia :) I wcale nie napiszę tu dobrodusznie, że w takim razie suma kocham przypada komuś innemu aby mogła się wyrównać energia: a walić to co przypada innym, żadnej egalitarności pod tym względem proszę państwa.
Ale co ciekawe te trzy lata pod względem właśnie romansowym to był raczej chyba czas ciekawy - bez żenady. I jak widać, romanse, a miłość w parze zupełnie nie maszerują trzymając się za ręce.

Ps. Obrazek z kurakami i temat w sumie do rozważań pojawił się po lekturze bloga Unicorna.

wtorek, 7 października 2008

October Rust


Borko ostatnio mawia, że i tak jeszcze więcej przed nami niż za nami :-) Jakie to miłe z Twej strony królowo! Prawie tak miłe jak palenie pecika na Twoim balkonie zawieszonym pod niebem na Traugutta, choć jak wiesz ja mam zaraz lęk wysokości i kurczowo trzymam się progu. Więc może to jest i tak z tą "przyszłością", że a i owszem cieszę się na nieznane, ale też cholera trochę zawsze trzymam się "progu". Eh. Ale jest fajnie. Grunt, że udało mi się uciec nieco od choroby co postanowiła mnie zaatakować i miłe (napisałam: miłe;) thanx koledze Dantemu za wsparcie i pocieszanie. Ale też przyznać muszę się bez bicia, że sama sobie jestem winna - bo umówmy się daleko mi ostatnio od zdrowego trybu życia w sensie jakoś cholera masakrycznie wiele okazji do imprezowania się porobiło i aż w końcu ciałko nie wytrzymało. Ale będzie dobrze, od przyszłego weekendu trzeba poświęcić się nauce i nieść kaganek oświaty - więc chyba też i będzie mniej pretekstów do hulanki i swawoli. Szkoda tylko, że Pani Choroba rozwaliła Małą Blogerkę, którą trzeba było teraz odesłać pod skrzydło mamy żeby wygrzali nam kurczątko;-)
Konstatując jeszcze weekend - to powiem tylko, że już dawno tak pięknej pogody jesiennej nie uraczyłam - to co działo się w sobotę i w niedzielę to było czyste szaleństwo jesiennego kanibalizmu:-) Złoto, brąz, czerwień, melanż brązów i czerni, a to wszystko sklepione zimnym błękitem czystego nieba. Fajnie. To jest cool doznanie estetyczne, a raczej jak u Romana Ingardena - przeżycie estetyczne.
Więc kiedy Pan Ciemności vel Najlepszy z Braci - odwoził mnie w niedzielny ranek ku mej lisiej norce widok jaki nas przywitał na wybrzeżu Odry od wjazdu przez Most pokoju z widokiem na Muzeum Narodowe - zamordował z miejsca. I polecam to fantastyczne widowisko, choć cholera takich dni (poranków) będzie już coraz mniej chyba. Wracając do weekendu - to a i owszem udany, zważywszy na to jak droga Sylv załatwiła nam pierwszy rząd na VIP premierze A Chorus Line - he he he, zwłaszcza mój strój tam pasował as fuck, bo Sylv przynajmniej ładnie się wylaszczyła. Była więc konsumpcja, coś dla ducha, coś dla "weekendowych alkoholików", plotki o napotkanych przez Małą Blogerkę widmach z przeszłości (niech ziemia im ciężka będzie - a co, nie muszę być miłosierna akurat w tym temacie;), wino z Panem Ciemności (o którym przymierzam się odwalić raz poważny wpis) i na koniec sobotniej nocy słuchanie October Rust - płyty, która jesienią smakuje jak najlepsze wino o lekkiej nucie czekolady i posmaku goryczy rozkładającej się na końcu podniebienia. Ehhhhh.

In her place one hundred candles burning
As salty sweat drips from
Her breast her hips move and I can feel what they're saying, swaying
They say the beast inside of me's gonna get ya, get ya,get...

Black lipstick stains her class of red wine
I am your servant, may I light your cigarette?
Those lips smooth, yeah I can feel what you're saying, praying
They say the beast inside of me's gonna get ya, get ya, get...

I beg to serve, your wish is my law
Now close those eyes and let me love you to death
Shall I prove I mean what i'm saying, begging
I say the beast inside of me's gonna get ya, get ya, get..

Let me love you too
Let me love you to death

Hey am I good enough for you?
Hey am i good enough for you?
Am I?
Am I?
Am I good enough
For you?



Ps. Fota Monique - przyłapany wilk w Rzymie ;)

środa, 1 października 2008

Garść jesiennych jabłek













Borko, a ja tu zamiast układać zaktualizowanego sylabusa na zajęcia, albo choć wziąć się za pisanie do przodu to kwękam i jakoś tak mi się nie chce. Materialnie rzecz biorąc to wszystko jest "gitanes". Na Redaktorskim Horrorowisku pójdzie pierwszy odcinek horror zagadki z okazji nadchodzącego Halloween, nowy telewizor LCD (jak sk...ć się to już konkretnie;)cieszy panoramą niezmiernie, dramatycznych wydarzeń ni ma żadnych ani powodów do złego samopoczucia. Więc - do roboty rwać się winnam jak łania. Cóż, skoro muzy he he brak, a te dostępne to jakieś uwiędłe nieco i przewidywalne;) Sic. Mięsa, mięsa, pociągu z świeżym mięsem proszę i to dobrze przyprawionym.
Ale zanim "rzeźnia oddzwoni" mam tu garść uwag, co mnie naszły podczas lansowania się przed nową tele-klatką. Otóż, poziom jaki telejajo antenowe dostarcza niezmiennie rzuca mną o ziemię, choć wiadomo, że "pudlowe" rozmowy jakie z tego powodu miewamy bywają całkiem przyjemne. Przecież w sumie bez tych "rubików", "cichopków" i reszty całej oranżerii byłoby czasem nudno (byle Mała Blogerka nie chciała już klaskać kuwa na imprezach, bo wyjdę już na sto procent w jednym bucie;). Zarzutem podstawowym co do programów wymiotno-rozweselających jest tylko to, że ciągle te same gęby są lansowane, a i czasem poziom lukry zasłania poziom złośliwej satyry - i to jest niewybaczalne. I tak to wszystko to takie soft porno, w porównaniu choćby do (niegdyś chętnie) oglądanego "Feszyn TV". Wiele lat temu, to był mój ulubiony program śniadaniowy, bo wystarczyło zrobić trach na ten kanał i od razu odechciewało mi się jeść jak łypnęłam sobie okiem na długonogie i długowłose okazy maszerujące dziarsko po wybiegach. Ho, ho, kto wie ile zawdzięczam oglądaniu tego programu. Gdyby nie "Feszyn" być może ważyłabym z setkę żywca i mogłabym występować w programach na temat "grubej, słodkiej i tłustej Europy":) Ale wróćmy do porno - wszak to sympatyczny temat (choć zależy od kontekstu). Tak właśnie na "Feszyn" to mamy do czynienia z porno w stanie krystalicznie czystym. Ja już nie wspomnę nawet o tych emisjach nocnych niby ze sparingami bieliźniarskimi - bo to, to już standard i czym to jest w porównaniu do choćby nocnego pasma w TVNTurbo:). Myślę tu raczej z relacjach z okazjonalnych bądź cyklicznych eventów pod szyldem "Feszyn" albo innych reklamowych partnerów. Otóż nic to, że pokazują zgraje nachlanych panienek i panienków (mężczyzn tam organicznie brak - jest coś takiego nowego, jakaś nowa jakość (nie mylić z gejami!!!!) stworów, których właśnie nazywam sobie - panienkowy. Ale to nic - naprawdę. Choć bywa strasznie jak idą relacje dla przykładu z jakiś okolic morza Kaspijskiego albo dalszego i widać na tych party ten rodzaj mroku, w który mnie zaglądać się nie chce wcale. Porno jest w czym innym - w tym jak wokół tych wychudzonych, roznegliżowanych nieszczęść, które do kamery bez wprawności żadnej pokazują jak piją wódę z gwinta, kręcą się spasione cielska podstarzałych oposów i trutniów już zupełnie biologicznie nieproduktywnych, ale jeszcze chcących wyssać coś z tej upitej i zatraconej młodości. Eh, najbardziej poraża mnie widok tych wielgachnych brzucholców i spoconych łysin. Ja wiem, że władza i kasa to pono najlepszy rodzaj afrodyzjaków, ale kuwa jakoś nie jestem w stanie w to uwierzyć gdy patrzę się na te monstra. I to jest ten moment hard porno, jak właśnie te stwory wybierają z pośród tych chudych i młodych chwilowe księżniczki, które następnie koronują klejnotami z podrabianych kamieni, a i te im skoro świt zabiorą. I dobrze, że choć oszczędzono relacji dalszych spoza kurtyny. Uf.
Tak czy owak - życzę wszystkim aby nie zamieniali się w galaretowate stwory (co dotyczy zarówno ciała jak i przede wszystkim ducha), a co do księżniczek... moje drogie to gatunek, który wymarł im lepiej to pojmiecie tym łatwiej wam będzie w życiu - choć nie wykluczam, że spotkacie na swojej drodze mnóstwo matołów poszukujących księżniczek - ale od tych trzymajcie się z daleka :) Niech idą oglądać "Feszyn TV":)))

ps. a to na październik był właśnie 100 wpis na tym skromnym blożku.

wtorek, 30 września 2008

Losy czy przypadłości Odmieńców


Borko, co też lekkiego życia nie ma, mogłaby na temat tego "posta" tylko pokiwać głową. A prawda jest taka, że cały ten zgiełk to konsekwencje melancholii i intelektualnego cynizmu osób będących bohaterami wspomnianego dramatu. Otóż, gdybym wam napisała, że ot jak zwykle zdarzyła się okazja do "fiesty" to sama bym się już zrzygała. A więc nie będę nic pisać na ten temat bo to naprawdę upadek i degrengolada oraz najprostsze wskazanie do tego, że dziś prowadzimy się przykładnie i pracowo. Tak, a to wszystko wina podróżowania. Tym razem jedno Jabłko wpadło do Rzymu i z nad Tybru nawiozło dóbr wszelakich. Oczywiście, nikt nie każe nam kupować destylatów (które przywozi się z daleka i zaciekłością tacha reklamówy po lotniskach, skrzynki browarów po stacjach benzynowych, flaszki absyntów po krętych średniowiecznych szlakach...)...Upadek jednym słowem. Nie ma co. Prawda jest taka, że nasze (piszę teraz ogólnie, a nie konkretnie o Nas) losy życiowe są jakoś tak dziwnie określane. I tak, po prostu "rodzą" się osobniki o cudownej "ręce" do prawego i porządnego życia, do rodzinności, wielkich karier i biznesów, ogólnie do ustabilizowanego post-oświeceniowego wyrównanego życia na wzór korporacyjno-salonowy. A inni? A co z Odmieńcami? Co z tymi, którzy wałęsając się na obrzeżach prawdziwego, szanowanego świata dryfują na jakimś marginesie sennych doznań, irracjonalnych decyzji, zawikłanej emocjonalności, intelektualnego smutku i jeden Bóg (albo wielu) wie gdzie jeszcze...Więc tak jak powinno się zdaniem autora Odmieńców (bo pewnie wiecie już do jakiej książki nawiązuję) podzielić i opisać rodzaje smutku i samotności tak i należy zdecydować o losie i pozycji Odmieńca. Czy żałować? Czy pogardzać? Czy widzieć w "nim" miarę własnej odmienności i szczęścia zwyczajności? Czy dążyć do adaptacji Odmieńca, pomóc w przekształceniu się w bestię stadną i przykładną.
Nie wiem.
Podobno to Odmieńcy pchają do przodu (czy do nigdzie być może;) ten świat. Ale to też tylko taka obiegowa opinia. Jak z tym jest naprawdę...? Nie wiadomo. Myślę sobie, o jak bardzo szczęśliwi potrafią być zhomogenizowani w swej nudnej normalności ludzie. Przecież to widać na pierwszy rzut oka, ucha lub innego organa. Przynajmniej tak to widać czasem z flanki Odmieńca. Bo i jak jest w tym przypadku naprawdę - to chyba sami normalsi wiedzą, o ile z tego sobie sprawę zdadzą, albo w ogóle miewają takie refleksyje przynajmniej raz do roku przed snem.
To tyle nad zastanawianiem się nad Odmieńcami, dla odmiany od pisania, o fuck, ale wczoraj był open fire...

* z dedykacją dla moich drogich partnerek od "dyskusji o książkach":)