piątek, 31 października 2008

Na przed-weekendzie


Borko, a więc spędziłyśmy z Ags wczoraj dość przyzwoity wieczór, bo dla odmiany wcale nie na hulance i nałogach, a wręcz odwrotnie. Akuratnie TV-pudło nadawało sobie radośnie Dziewiąte Wrota, które oglądając kolejny raz ciągle mnie zaskakują i to w bardzo fajny sposób i ten film jest właśnie taką małą perełką, że za każdym razem widzi się w nim coś dziwnego. W zasadzie to już od Dziecka Rosemary podobał mi się ironiczno-groteskowy komentarz Polańskiego do pop-okultyzmu i trzeba przyznać, że wyszło mu to bardzo dobrze. Choć pamiętam dobrze psioczenia i utyskiwania na ten film, ale myślę sobie ot po prostu, że są jakieś niszowe tematy, które dla jednych są wyzwaniem, a dla innych stertą niepotrzebnej estetyki. Ot, życie, ot gusta o których nie należy zbyt często dyskutować bo można się zdegustować:-) Nikt nie musi podzielać naszych upodobań i opinii, ale też lepiej uważać z naśladownictwem bo ono zamiast podbijać okruchy próżności często zamienia się w krzywe zwierciadło. Jak wiadomo zbyt długie obserwowanie zdeformowanego obrazu może spowodować zawroty głowy i nudności. W sumie wszystko skądś przychodzi i pochodzi, oryginalność jest pojęciem względnym i naprawdę rzeczą cholernie rzadką, to rodzaj tej wyjątkowej kolekcji, z którą być może nigdy nam nie przyjdzie się spotkać przez całe nasze życie. Kwestia lub przysłowiowy pies jest pogrzebany w tym aby tak zmiksować półprodukty asortymentu stylów życia, aby choć cień naszej "ręki" nadał im indywidualny sznyt.
A ja powoli szykuję się do odjazdu z "mojej" staromiejskiej norki i jestem ciekawa jak to będzie w tym innym gniazdku. Ale zanim to nastąpi trzeba jeszcze przeżyć przeprowadzkę... co przyprawia mnie o mdłości bo akurat tej czynności nie znoszę, zwłaszcza że z wiekiem człowiek obrasta w makabryczną ilość przedmiotów, ubrań, książek... i ta moja sentencja Omnia meum mecum porto staje się powoli dość ciężką ideą do realizacji :-).
Tymczasem jutro podróż przez cmentarze. Najbardziej ciszę się z odwiedzenia mojej ulubionej maleńkiej nekropolii we wsi Wilczyn (w okolicach Obornik jest jeszcze Wilkowa - swoją drogą to ciekawe nazwy jak na okolice, gdzie wilka he he to nie wiem od ilu wieków się już nie uraczyło, ale może to o innego rodzaju wilki chodziło;). W Wilczynie cmentarzyk ufundował dawny właściciel wiochy, ciekawy plan w stylu angielskiego ogrodu. Solidny neogotycki mur z cegły klinkierowej, nagrobki rozrzucone w gęstwinie rzędów drzew liściastych, ciekawe architektonicznie - niewielkie, ale o indywidualnym stylu i przedstawieniach. Zapamiętałam m.in. grobek, którego pion stanowił wyrzeźbiony w kamieniu pień drzewa i najróżniejsze ozdoby. Sama kaplica cmentarna to był przykład eleganckiego neoklasycyzmu z korynckimi kolumnami (wycięte przez złodziejstwo). Kaplica w centralnym miejscu sklepienia dachowego miała zaplanowany szeroki świetlik, a że drzewa wokół pozostały odsunięte w pewnej przemyślanej odległości, to mniemam, że w okolicach południa przez dach wpadać musiało wspaniałe światło, które oświetlało katafalk wraz z spoczywającymi na nim zwłokami. Cudne. Wilczyńska krypta była też miejscem, gdzie spoczywały zabalsamowane zwłoki (widać właściciele mieli taki way na konserwację). Jeszcze na początku lat 80. a może była to końcówka 70. jak wieść gminna niosła, a ja sama wspomnianą historię słyszałam będąc dzieciakiem zupełnym jeszcze, po jakiejś miejscowej potańcówce, dwóch nawalonych matołów poszło na cmentarz i zeszło do krypty wynosząc właśnie takie zabalsamowane zwłoki z trumny, które chcieli przytaszczyć do miejscowej remizy... jednak albo zabrakło siły, albo z innych powodów porzucili swoją "zdobycz" w okolicach płotu cmentarnego. Podobnież leżały tam jeszcze przez długi czas. Cóż, co kraj to kurwa obyczaj jak widać. Nie wiem kto to był, na ile prawdziwa jest cała story, ale jeśli tak było to ciekawam co się potem tym ludziom śniło i kto do nich w noc ciemną pod płaszczem mary sennej przychodził. A mam nadzieję, że przychodził:-)
Kończąc - powiem tylko by the way sentencji, że na grobie ostatniego z pochowanych właścicieli majątku Wilczyn umieszczono napis Per aspera ad astrum (przez trudy do gwiazd) - bardzo lubię to zdanie, jego sens i jego moc metafizyczną oraz zagadkowość w rzeczy samej. Jest to ta nieczęsta chwila refleksji i akceptacji zawiłości życia oraz naszej jego interpretacji, która jest godną odtrutką na wszystkie dzisiejsze oczekiwania łatwości i nieznośnej lekkości bytu. Nikt przecież nie obiecał nam, że będzie łatwo na tym świecie. Nieprawdaż? Ale z drugiej strony ten trud zawarty w tej krótkiej sentencji odnosić się też może do hartu jaźni, badania niezbadanego, próby labiryntu i wejścia na poziomy, o których marzyć można, a piękno tego zawarł w pop-kulturowy sposób S. King układając takie oto zdanie: śmierć jest tajemnicą, a pogrzeb sekretem...*

* pamięci A.C swój wpis dedykuję :-)

czwartek, 30 października 2008

No to się zaczyna :-)


Borko:
She's in love with herself -
She likes the dark -
On her milk white neck -
The Devil's mark -
It's all Hallows Eve -
The moon is full -
Will she trick or treat -
I bet she will

She' got a date at midnight -
With Nosferatu -
Oh baby, Lilly Munster -
Ain't got nothing on you -
Well when I called her evil -
She just laughed -
And cast that spell on me -
Boo Bitch Craft!

Yeah you wanna go out 'cause it's raining and blowing -
You can't go out 'cause your roots are showing -
Dye'em black -
Black No. 1

Little wolf skin boots -
And clove cigarettes -
An erotic funeral -
For witch she's dressed -
Her perfume smells like -
Burning leaves -
Everyday is Halloween

Loving you was like loving the dead

środa, 29 października 2008

...


Borko, a Mama Tobs się źle czuje. I tak źle znów jest od dwóch tygodni ponad. A jak Mama Tobs się źle czuje to i mam chęć ponurą niechęci do świata i wszystkiego - przynajmniej z odpowiedzialnością zbiorową do pokoleń pięciu i nic na to nie poradzę:-(

Komikosowe straszne historie


Borko mon cheri, a to się nam zrobiła pogoda grozy jak cholera ciemna i deszczowa. Takie dni zawsze sprzyjają albo pijaństwu, albo pisarstwu, albo pieprzeniu - w zależności od dostępności danej opcji. Gdyby życie było podobne do gry komputerowej to fajnie byłoby mieć takie menu ;-), ale nic to, na tym polega zaskoczenie życiem, że oprócz krańcowych wariantów reszta pozostaje być scenariuszem owianym mgłą tajemnicy. Bywa, a raczej jest - chciałoby się powiedzieć.
Tak czy inaczej zaszedł dziś do nas Najlepszy z Braci na lunch przerwę i żeby odebrać swe projekty graficzne (jak ta płyta w końcu wyjdzie to dam na mszę... jeszcze tylko zastanowię się na jaką;) oraz poumawiać się na cmentarne podróże. Ku naszemu niezadowoleniu orzekł, że nie chce mu się na delegację do Mediolanu jechać, do tego burdello - jak to określił. Nieodżałowana to decyzja. Chętnie wybrałoby się w odwiedziny to Milano, eh, choć na sklepy popatrzeć i mieć pretekst do podróży. Normalnie niesprawiedliwość, że szkoda gadać. Ale tak to już się ułożyło, że mnie pali pod piętami do jeżdżenia, a ten najchętniej nie wyszedłby ze swej nory do końca życia.
Rano, jak zauważyłam - pogoda prawie niczym wieczór - przypomniała mi się z dzieciństwa ulubiona seria zeszytów Relax z odcinkami najfajniejszych komiksów. Do ulubionej sfery należała seria opowieści z dreszczykiem, które w mrocznej formie przedstawiały historie o lekkim zabarwieniu grozy. Działały na wyobraźnię jak cholera. Pamiętam szczególnie jedną taką, o bohaterze, który melancholią ogarnięty wyruszył w świat poszukując ukojenia i miłości najpiękniejszej. Przemierzył całe kontynenty, krainy najdziwniejsze, wszędzie chciał śmierci, a spotykało go ocalenie. W końcu znudzony, zrezygnowany i zblazowany wrócił do swego domostwa, a tam czekała na niego najpiękniejsza z pięknych. Kiedy z radością, szczęściem i odnalezionym sensem życia chciał rzucić się nocą w jej ramiona okazało się, że to nie kto inny jak śmierć pod postacią piękności takowej do niego przybyła.
Jaki z tego morał? Ha, ja zawsze myślałam, że ano taki: co ma wisieć nie utonie i że złego diabli nie wezmą, a sami po niego się zgłoszą ;-) żartuję trochę. Ale przyznajcie sami - komiks fajny, nieprawdaż?
Wczoraj wieczorem dla odmiany, choć zmęczona byłam koszmarnie (życiem, życiem... praca mnie jakoś nigdy nie męczyła - no, może oprócz przed laty tyry na holenderskich polach;) siadłam ja ci do małej sesyjki z moimi kartowymi wspomagaczami i postawiłam krótką sesję dla jednej osoby. I w sumie dobrze poszło (zawsze dobrze i klarownie idzie - jak nie robi się tego często i tylko wiosną i jesienią - ależ ze mnie przesądy kuwa wychodzą, normalnie wieś, wieś - i nieś co chcesz;) - dobrze, bo odpowiedź taka klarowna, materialna, prawie wizualizacja namacalna. Choć szkoda, że od pozoru poszukiwań meta, czeka ścieżka stricte materia, materia, materia ponad wszystko. Dziwne, już dawno czegoś takiego nie widziałam. A może po prostu normalne, dorastamy, starzejemy się i co ciekawe choć tęsknimy za meta to materii się oddajemy - dokładnie tak ochoczo jak czas nas degeneruje rozpadem.

wtorek, 28 października 2008

Sinusoida ma w sobie coś sin-a


Borko, a więc życie to taka sinusoida, że raz dolnym, a raz w górnym układzie współrzędnych znajdujemy się, ale jedno jest pewne, że gdzieś nas to wszystko zaprowadzi do dolnego kresu i na to rady nie ma. Idiota by stwierdzić tylko mógł, że zna odpowiedź na to czy warto żyć oszczędnie i wedle mieszczańskich kodeksów wartości czy też może lepiej mieć to wszystko w głębokim poważaniu i oddawać się wszelakim uciechom, grzechom, rozpasaniu. Najlepsze jest to, że do końca to wcale nie jest wiadome i tak naprawdę w tych sprawach musimy opierać się na kwestiach wiary czy lepiej powiedzieć zawierzenia.
Tak czy owak - nie odbiegam za bardzo od normy i sama miewam wahnięcia, a to raz na stronę rozpasania i demolowania swego życia, a to na odwrót włącza się nagle elektroniczny moralizator i posypując głowę popiołem najchętniej spędziłabym resztę swego życia na jakiejś posadzce klasztornej :-)
Tak, tak... wstąpienie do zakonu było jednym z wariantów życiowej drogi, który powracał w moich myślach przez lata całe. Problem w tym, że nie jestem osobą zdyscyplinowaną religijnie i wszak skłamać, że z wiary chcę przystąpić do zgromadzenia byłoby obłudą. Pozostaje też kwestia mej natury inżyniera chaosu, która doprowadziłaby rychle do totalnego rozpadu danej jednostki zakonnej. No chyba, że zdecydowałabym się na regułę milczenia i zamknięcia:)
Odłóżmy jednak żarty na bok. Dla wytłumaczenia powiem tak: w chwilach zwątpienia, kiedy nie możemy zastosować cudownej zasady "napij się", przychodzą do głowy ot takie szalone pomysły. Pewnie nie tylko mnie.
Wracając do życia zwyczajnego.
Wczoraj wieczorem, wracając sobie do domku lekko zwichrowanym krokiem myślałam sobie ano tak: po pierwsze dlaczego wbrew rozsądkowi robimy rzeczy głupie? Niby wiemy, nibyśmy tacy mądrzy, wykształceni i doświadczeni, a jednak brniemy w ścieżki, dróżki zupełnie nie podobne do niczego. Ot fakt, lepiej umieć żyć w grupach społecznych niż je omijać. Autyzm społeczny jest rodzajem arystokracji ducha, ale skromnie myślę sobie, że ja nie na takim etapie hartu pozostaje aby (choć czasem normalnie kusi, że hej) na taki level wskoczyć. Może, może kiedyś... I tak to wszystko idzie, są dni że na telefony jednych czekamy, innych nie odbieramy. Potem konstatując, że tak naprawdę i jedna i druga opcja jest skazana na bez-sens, choć oczywiście jak każdy wielbiciel Snu nocy letniej miewam nastroje do szarad zupełnie bezpodstawnych. I tak wracając do wczorajszego wieczoru, przyszła ja na domostwo swoje, odpaliła telewizora i trafiła (po raz tysięczny) na Pożegnanie z Afryką. Eh, baronowa Blixen to miała takie szczęście w miłości i romansach jako ja;) Wszak to moja ulubiona bohaterka więc powinnam być zadowolona z takiej bliskości mentalnej z idolką;). Wyciągając wnioski z życia Blixen myślę sobie, że lepiej skupić się jednak na literaturze, a życie rodzinno-sentymentalne zostawić zawodowcom, niech się zajmują.
A tak by the way, to cieszę się na listopad, Halloween, przesilenie jesienne i wyprawę z Najlepszym z Braci po wzgórzach dalekich i naszych ulubionych smentarzach, które tym razem nie zapomnę sfotografować dobrze.

czwartek, 23 października 2008

hau hau hau...


Borko - z wielką przyjemnością zrobię to: hau hau hau. :-)
Odszczekuję co wczoraj napisałam. Festiwal rozkręcił się. Dario Argento dał radę.
"Matka Płaczących" - powaliła nas totalnie. Rzym - jakże fascynujący w tym filmie, reszta wątków jak trzeba, przyzwoite postmodernistyczne kino komiksowe grozy. A do tego muzyka fantastyczna w wykonaniu zespołu Daemonia (również from Roma) - z którym już to zdążyłyśmy się zaprzyjaźnić.
Dzisiaj set o wilkołakach, no to zobaczymy jak będzie.
Kuwa - jak to człowiek sobie poogląda trochę zmór i demonów - to od razu na sercu lepiej i humor jakby skoczył do góry:-)

środa, 22 października 2008

Horror? Gdzie dają dobry horror?


Borko moja ekspresjonistyczna śpieszę donieść, że ja właśnie po pierwszym dniu, a raczej wieczorze festiwalu horrorów (2 edycja). I co? Ano nico. Jest kluska i kaszanka w mdłym sosie. Bo, już mnie się dziwnym i nie fajnym zdało rozłożenie festiwalu prawie na cały tydzień: od wtorku do soboty, rok temu było to skumulowane od czwartku do niedzieli i obejmowało tzw. weekend Halloween - co dodawało smaczku całej imprezie. Filmów było więcej zapodawanych za jednym zamachem, były prawdziwe maratony, wychodzenie o 1-2 w nocy z kina. Atmosfera społecznościowa. A w tym roku?
Ano pierwszy dzień to porażka. Pierwszy - męcząca traumatyczna story o lekko nawalonym młodzieńcu, który ma depresję bo panna go zostawiła, więc ten postanawia zatłuc swojego rywala. Wierzajcie mi, kwestię zabicia aktualnego chłopaka swojej byłej dziewczyny można opisać w 5 minut - jeśli nie ma się błyskotliwego i fajnego pomysłu. A w filmie Pop Skull - twórcom zabrakło właśnie tej umiejętności, a mnożenie błysków i narkotycznego błądzenia kamery - nie zastąpi prawdziwego horroru. Drugi film (hiszpańska produkcja) nieco bardziej inteligentny, ale z horrorem wspólnego za wiele nie miał. Ot, zgrabna (nużąca niestety na dłuższą metę) historia o zapętleniu się czasu i niemożności bohatera z rozwiązaniem tego problemu. Wyszłam z kina znudzona, zmęczona i z głową pełną myśli o zupełnie innych sprawach niż obejrzane filmy. Dziś dwa strzały z Dario Argente - bez sensu. To trudny reżyser, ze specyficzną grupą entuzjastów. Ułożenie całego wieczoru pod jego dwa obrazy decyduje o wykluczeniu całej reszty, która nie "kupuje" wizji Argento - choć wiadomo, że każdy maniak/wyznawca horroru powie, że Argento trzeba znać. Tyle, że festiwal powinien też zajmować się propagowaniem twórczości kina grozy. I właśnie zaletą ubiegłorocznej edycji było to, że każdy film zabierał nas w zupełnie inną podróż, świat i interpretację pojęcia "horror". To było świetne i pozwalało ludziom nie znającym dokładni branży na zdecydowanie się, który gatunek odpowiada mi najbardziej. To tyle w kwestii festiwalu. Tak mi smutno i przykro, że szkoda gadać. To impreza, na którą czekałam cały rok i czuję się rozczarowana. Mam też nadzieję, że będę mogła odszczekać jeszcze do soboty te swoje biadolenie, ale wątpię :(
Stąd obrazek na dzisiejszym wpisie - to jest kurwa horror :-) i tego oczekuję od tak dobrze zapowiedzianego rok temu wydarzenia.
A z innych spraw. Nie mogę doczekać się przeprowadzki i męczę się niemiłosiernie. Dołuje mnie nawet liść przylepiony do buta i wyraz twarzy kioskarki. Smaga mnie depresją każdy profil na MySpace, głupie szczęście obcych, rozmowy stają się drogą po ścieżce wyłożonej potłuczonym szkłem, a poranna myśl oscyluje wokół tego czy mogę sprawić aby w końcu przestać istnieć. Twórczość i kreacja to jedyny akt warty uwagi. Wczoraj w nocy przeczytałam, że smętną konstatacją badań nad kobietami był wniosek, że kobiety-wieczne sekundantki mają problem z określeniem tak drobnego szczegółu jak odpowiedź na pytanie: co będziesz robić w wieku 50 lat i kim wtedy będziesz. Większość podczas przeprowadzonej akcji ankietowej nie potrafiła tego powiedzieć, a jeśli już to zawsze w kontekście swojego bycia w związku i rodzinie. Hm, cholera. Zaczęłam się nad tym zastanawiać. Nie mam dylematu w postaci myślenia o tym, z kim się zestarzeje i kogo będę niańczyć na kolankach, albo kogóż fantastycznego poznam. To już wszystko było, a moje życie należy tylko i wyłącznie do mnie, a nie do wyobrażeń jakie społeczność ma wobec "niego". Więc, w wieku 50 lat jeśli będę musiała jeszcze biegać po tym świecie to wyobrażam sobie siebie jako posiadaczkę fajnej chatki na Maderze, która pisze niezłe horrory dla prawdziwych zwyrodnialców :-) Dość mieszczaństwa moi drodzy.

wtorek, 21 października 2008

Festiwal horrorów na starcie


Borko droga - jak słyszałam - za mąż jeszcze nie wyszłaś co jest he he he niedopuszczalne, ale śpieszę Cię zapewnić, że świat na pewno nadgoni to nie-do-ciągnięcie;-) Tyle żartów, a teraz czas zabrać się za poważne rzeczy.
Wiele by mówić.
Wróciłyśmy ze Stolycy po nużącym wyjeździe. Zamiast diety zapchałyśmy się morzem żarcia - i jednak parafrazując pewien cytat z ostatnio widzianego filmu: nas powinni pokazywać na Discovery :) Tak czy inaczej jakoś w Wawie nie chciało nam się zostawać. Ale za to, że jak zwykle pojebałyśmy drogę do celu, który oględnie mówiąc był tam gdzie był, a nie tam gdzie wskazywał nam nawigator. W związku z tym zwiedziłyśmy sobie drogę na Puławy, obrzeża Wawra, Sulejówek - bardzo piękny, nawet kilka pustostanów tam wyhaczyłyśmy, które świetnie nadawałyby się do spędzenia mrocznej starości. Doceńcie to, że o tej okolicy piszę "bardzo piękna" - bo naprawdę zaskoczyłam się tym, że coś stworzone architektonicznie poza DS-em albo innymi post krzyżackimi miejscami będzie mi się podobać. Bo ja zazwyczaj w tym polskim otoczeniu to nie czuję się pewnie i nie pojmę nigdy krajowego planowania urbanistycznego ani pewnych gustów architektonicznych. Ale żeby nie było za dobrze - to umówmy się - zaledwie kilka chałup spełnia w tej okolicy wymóg estetycznych perełek. Takie perełki w morzu szlamu i burdelu.
Na koniec jeszcze walnęłyśmy się przez praskie korki, odwiedziłyśmy nowego małego człowieczka, który pojawił się na 2,5 miesiąca temu na tym nieboskim świecie i udałyśmy się na Janki na egzekucję naszych brzuszków. Targedia. Dość aby napisać taką oto zagadkę: co dwie baby mogą kupować po 12 w nocy w aptece całodobowej: a. prezerwatywy b. środki antydepresanty c. preparaty przeczyszczające?
Rzeczywistość jak i zło tego świata i tym razem okazały się być banalne :)))))))
Cóż - jedzenie jest cudne, ale mieszczenie się w wąskie rzeczy jeszcze bardziej genialne. A na wojnie jak to na wojnie - wszystkie środki dozwolone, konwencja genewska nas nie obejmuje pod tym względem. Eh. Zasnęłam snem kamiennym i spokojnym. Wcześniej przeczytawszy jeszcze sobie o casusie kobiety upadłej w sztuce dramatycznej początków XX wieku. Wybawiające od realu - zapewniam.
A co z resztą? A to, że stara jabłoń już ma ponad dwa latka i jakoś tak wiatr jej konarami ciągle telepie. A to, że zamarzyło się nam tu w jabłoni zabranie na jazdę testową niezgorszego bawarczyka :-) Tyle, że jak tyłek przyzwyczai się do luxusu to cholera nie będzie się chciało tyłka na powrót przenosić do Koreańczyka, ale... z drugiej strony: kto nie ryzykuje ten nie żyje. A chyba jednak chcemy jeździć BMW. Nieprawdaż? :-)

piątek, 17 października 2008

Po wygłupach w teatrze...

Borko, po wygłupach prowadzących kolejne "San Remo" w teatrze, jestem chwilowo wyczerpana i wypruta na maxa, jak się zregeneruję i zresetuję swoją "płytę główną" to poopowiadam o ploteczkach z wielkiego świata he he he, ale to pewnie już po powrocie z małego wschodniego miasteczka zwanego Stolycą:)

poniedziałek, 13 października 2008

W lesie



Borko, a więc tak się składa, że real w końcu odpowiada na nasze niepokoje. I za każdym razem kiedy przychodzi taki dzień, w którym zaczynam zadawać sobie pytanie: ...i co dalej? szybko dzieje się coś, co staje się zwiastunem, a następnie konsekwencją nadejścia zmian. Przeskoczenia z jednego świata cube w drugi. Tym razem wszystkie znaki na ziemi i niebie wieszczą koniec etapu "buszowania w zbożu". Czy więcej dni w tym miejscu było fajnych, czy gorzkich? Czy więcej było towarzystwa i rozmowy, czy też może odwrotnie: ciszy i przemyśleń. Jeszcze nie wiem. Dopiero czas, dystans pozwoli poukładać sobie wszystko w głowie. A był to czas ciekawy, odrobinę wycięty z ogólnego biegu życia, ale chyba najlepszy moment nadszedł aby ten etap zakończyć. Wszystko co miało się w tym miejscu wydarzyć już się stało. Intencja założycielska "norki zbożowej" też już dawno zdechła i poszła w mroki biblioteki wspomnień. A więc koniec i zarazem początek czegoś innego. Czasem zmiana dobrze robi, bo pozwala wykasować to czego pamiętać nie chcemy, a wynieść na szczyty kawałki incydentów, które w cudowny sposób sobie wyidealizujemy po jakimś czasie, aby nas rozgrzewały w długie zimowe noce.
I dobrze. Człowiek bez wspomnień i bez refleksji to żywy trup - a te ostatnie sprawdzają się tylko w horrorach.
Myślę sobie, że nie ma złotego środka zaradczego - takiej super strategii antykryzysowej, która byłaby zabezpieczeniem na każdym życiowym zakręcie albo wyboju. Gdyby takowa istniała, to w aptece środków "zaradczych" mielibyśmy do czynienia z tylko jednym genialnym specyfikiem. A tak do każdej sytuacji należy dopasować odpowiedni eliksir. Z drugiej strony - gdyby nie zmiany i ich wymogi nasze życie byłoby nudne jak flaki na starym oleju.

piątek, 10 października 2008

Mówisz i masz


Borko - no czasem tak jest, że slogan mówisz i masz sprawdza się jak samospełniające się życzenie. :) Może i tak, ale tak gwoli ścisłości i szczerości to powiem tak: a wcale to nie rozwiązuje sprawy, a i jeszcze kuwa ile z tego kłopotów, zamieszań i poczucia absurdu sytuacji. Ale, eh. Co tam, jak to się mówi - takie jest życie, nie ma co zaraz dramatyzować ;-)

czwartek, 9 października 2008

W popkulturowym sosie marzę o dobrym bigosie


Borko pójście na Elegię nie dało za wiele - film jej się nie podobał, klimat nie taki. Myślę sobie droga moja - i dobrze - bo to jak przemyślałam sobie - znaczy, żeś młoda jeszcze i ufne postrzeganie świata niesiesz w sobie. A to znak nieomylnie dobry. Bo prawda jest taka, że nawet bardzo dbając o asekurację, intymność własnych przekonań czy też po prostu strach przed nieznanym albo strasznym - jak zaśpiewali słusznie The Beatles - wszyscy potrzebujemy miłości :) a jeśli zaczynamy parafrazować to stwierdzenia, albo buntować się przeciwko niemu - to tylko i wyłącznie dlatego, że nasza potrzeba albo wizja przerasta zastane warunki realne w tej kwestii. Oczywiście to ostateczne rozwiązanie kwestii miłości dla każdego oznaczać może (ale nie musi, bo jak wielokrotnie sobie marudziłam - jesteśmy bardziej stadem niż indywidualistami - choć nie brzmi to tak atrakcyjnie) coś innego. Czasem jest długą poczekalnią, czasem koncertem podczas którego zespół postanowił zagrać same hiciory, a czasem jakimś dziwnym incydentem, który towarzyszy nam przez całe życie w najróżniejszych formach. Borko kiedyś mawiała, że kocha się tylko raz, reszta to są tylko coraz słabiej odbijane kopie. Nie wiem czy tak jest - chyba aż tak bardzo nie czuję, że życie już przeszło, aby podpisać się pod tym mottem. Myślę, że sporo naszych kłopotów wyłazi po prostu z lenistwa - z niechęci zrozumienia, kompromisu, czy po prostu z braku określenia sobie celu. Bo wszak każdy związek niesie ze sobą cel. Pod tym względem chyba ze mnie konserwa nie do przejścia. Bo romans dla samego romansu bez tej możliwości skoczenia z trampoliny w otchłań czystego jeziora jest pozbawiony sensu. Może jest niezbędnikiem w wieku naporu i eksperymentowania, ale nie w chwili gdy nawet nie przyznając się przed sobą - stajemy się po prostu dorośli.
Myślę, że każdy szuka - i każdy coś dostaje. Inna sprawa - że to, że dostajemy to nie oznacza wcale tego, że świetnie to spożytkujemy. A ile razy podchodząc do tego stołu życia zastawionego najróżniejszymi daniami do wybory zdarza nam się wyciągnąć rękę zupełnie nie po to co trzeba :) Oh, bardzo często.
Obudziłam się wczoraj z refleksją post-senną, że od trzech lat nikt nie powiedział mi, że mnie kocha. Jakież to straszne i niedopuszczalne nadużycie ze strony świata i życia :) I wcale nie napiszę tu dobrodusznie, że w takim razie suma kocham przypada komuś innemu aby mogła się wyrównać energia: a walić to co przypada innym, żadnej egalitarności pod tym względem proszę państwa.
Ale co ciekawe te trzy lata pod względem właśnie romansowym to był raczej chyba czas ciekawy - bez żenady. I jak widać, romanse, a miłość w parze zupełnie nie maszerują trzymając się za ręce.

Ps. Obrazek z kurakami i temat w sumie do rozważań pojawił się po lekturze bloga Unicorna.

wtorek, 7 października 2008

October Rust


Borko ostatnio mawia, że i tak jeszcze więcej przed nami niż za nami :-) Jakie to miłe z Twej strony królowo! Prawie tak miłe jak palenie pecika na Twoim balkonie zawieszonym pod niebem na Traugutta, choć jak wiesz ja mam zaraz lęk wysokości i kurczowo trzymam się progu. Więc może to jest i tak z tą "przyszłością", że a i owszem cieszę się na nieznane, ale też cholera trochę zawsze trzymam się "progu". Eh. Ale jest fajnie. Grunt, że udało mi się uciec nieco od choroby co postanowiła mnie zaatakować i miłe (napisałam: miłe;) thanx koledze Dantemu za wsparcie i pocieszanie. Ale też przyznać muszę się bez bicia, że sama sobie jestem winna - bo umówmy się daleko mi ostatnio od zdrowego trybu życia w sensie jakoś cholera masakrycznie wiele okazji do imprezowania się porobiło i aż w końcu ciałko nie wytrzymało. Ale będzie dobrze, od przyszłego weekendu trzeba poświęcić się nauce i nieść kaganek oświaty - więc chyba też i będzie mniej pretekstów do hulanki i swawoli. Szkoda tylko, że Pani Choroba rozwaliła Małą Blogerkę, którą trzeba było teraz odesłać pod skrzydło mamy żeby wygrzali nam kurczątko;-)
Konstatując jeszcze weekend - to powiem tylko, że już dawno tak pięknej pogody jesiennej nie uraczyłam - to co działo się w sobotę i w niedzielę to było czyste szaleństwo jesiennego kanibalizmu:-) Złoto, brąz, czerwień, melanż brązów i czerni, a to wszystko sklepione zimnym błękitem czystego nieba. Fajnie. To jest cool doznanie estetyczne, a raczej jak u Romana Ingardena - przeżycie estetyczne.
Więc kiedy Pan Ciemności vel Najlepszy z Braci - odwoził mnie w niedzielny ranek ku mej lisiej norce widok jaki nas przywitał na wybrzeżu Odry od wjazdu przez Most pokoju z widokiem na Muzeum Narodowe - zamordował z miejsca. I polecam to fantastyczne widowisko, choć cholera takich dni (poranków) będzie już coraz mniej chyba. Wracając do weekendu - to a i owszem udany, zważywszy na to jak droga Sylv załatwiła nam pierwszy rząd na VIP premierze A Chorus Line - he he he, zwłaszcza mój strój tam pasował as fuck, bo Sylv przynajmniej ładnie się wylaszczyła. Była więc konsumpcja, coś dla ducha, coś dla "weekendowych alkoholików", plotki o napotkanych przez Małą Blogerkę widmach z przeszłości (niech ziemia im ciężka będzie - a co, nie muszę być miłosierna akurat w tym temacie;), wino z Panem Ciemności (o którym przymierzam się odwalić raz poważny wpis) i na koniec sobotniej nocy słuchanie October Rust - płyty, która jesienią smakuje jak najlepsze wino o lekkiej nucie czekolady i posmaku goryczy rozkładającej się na końcu podniebienia. Ehhhhh.

In her place one hundred candles burning
As salty sweat drips from
Her breast her hips move and I can feel what they're saying, swaying
They say the beast inside of me's gonna get ya, get ya,get...

Black lipstick stains her class of red wine
I am your servant, may I light your cigarette?
Those lips smooth, yeah I can feel what you're saying, praying
They say the beast inside of me's gonna get ya, get ya, get...

I beg to serve, your wish is my law
Now close those eyes and let me love you to death
Shall I prove I mean what i'm saying, begging
I say the beast inside of me's gonna get ya, get ya, get..

Let me love you too
Let me love you to death

Hey am I good enough for you?
Hey am i good enough for you?
Am I?
Am I?
Am I good enough
For you?



Ps. Fota Monique - przyłapany wilk w Rzymie ;)

środa, 1 października 2008

Garść jesiennych jabłek













Borko, a ja tu zamiast układać zaktualizowanego sylabusa na zajęcia, albo choć wziąć się za pisanie do przodu to kwękam i jakoś tak mi się nie chce. Materialnie rzecz biorąc to wszystko jest "gitanes". Na Redaktorskim Horrorowisku pójdzie pierwszy odcinek horror zagadki z okazji nadchodzącego Halloween, nowy telewizor LCD (jak sk...ć się to już konkretnie;)cieszy panoramą niezmiernie, dramatycznych wydarzeń ni ma żadnych ani powodów do złego samopoczucia. Więc - do roboty rwać się winnam jak łania. Cóż, skoro muzy he he brak, a te dostępne to jakieś uwiędłe nieco i przewidywalne;) Sic. Mięsa, mięsa, pociągu z świeżym mięsem proszę i to dobrze przyprawionym.
Ale zanim "rzeźnia oddzwoni" mam tu garść uwag, co mnie naszły podczas lansowania się przed nową tele-klatką. Otóż, poziom jaki telejajo antenowe dostarcza niezmiennie rzuca mną o ziemię, choć wiadomo, że "pudlowe" rozmowy jakie z tego powodu miewamy bywają całkiem przyjemne. Przecież w sumie bez tych "rubików", "cichopków" i reszty całej oranżerii byłoby czasem nudno (byle Mała Blogerka nie chciała już klaskać kuwa na imprezach, bo wyjdę już na sto procent w jednym bucie;). Zarzutem podstawowym co do programów wymiotno-rozweselających jest tylko to, że ciągle te same gęby są lansowane, a i czasem poziom lukry zasłania poziom złośliwej satyry - i to jest niewybaczalne. I tak to wszystko to takie soft porno, w porównaniu choćby do (niegdyś chętnie) oglądanego "Feszyn TV". Wiele lat temu, to był mój ulubiony program śniadaniowy, bo wystarczyło zrobić trach na ten kanał i od razu odechciewało mi się jeść jak łypnęłam sobie okiem na długonogie i długowłose okazy maszerujące dziarsko po wybiegach. Ho, ho, kto wie ile zawdzięczam oglądaniu tego programu. Gdyby nie "Feszyn" być może ważyłabym z setkę żywca i mogłabym występować w programach na temat "grubej, słodkiej i tłustej Europy":) Ale wróćmy do porno - wszak to sympatyczny temat (choć zależy od kontekstu). Tak właśnie na "Feszyn" to mamy do czynienia z porno w stanie krystalicznie czystym. Ja już nie wspomnę nawet o tych emisjach nocnych niby ze sparingami bieliźniarskimi - bo to, to już standard i czym to jest w porównaniu do choćby nocnego pasma w TVNTurbo:). Myślę tu raczej z relacjach z okazjonalnych bądź cyklicznych eventów pod szyldem "Feszyn" albo innych reklamowych partnerów. Otóż nic to, że pokazują zgraje nachlanych panienek i panienków (mężczyzn tam organicznie brak - jest coś takiego nowego, jakaś nowa jakość (nie mylić z gejami!!!!) stworów, których właśnie nazywam sobie - panienkowy. Ale to nic - naprawdę. Choć bywa strasznie jak idą relacje dla przykładu z jakiś okolic morza Kaspijskiego albo dalszego i widać na tych party ten rodzaj mroku, w który mnie zaglądać się nie chce wcale. Porno jest w czym innym - w tym jak wokół tych wychudzonych, roznegliżowanych nieszczęść, które do kamery bez wprawności żadnej pokazują jak piją wódę z gwinta, kręcą się spasione cielska podstarzałych oposów i trutniów już zupełnie biologicznie nieproduktywnych, ale jeszcze chcących wyssać coś z tej upitej i zatraconej młodości. Eh, najbardziej poraża mnie widok tych wielgachnych brzucholców i spoconych łysin. Ja wiem, że władza i kasa to pono najlepszy rodzaj afrodyzjaków, ale kuwa jakoś nie jestem w stanie w to uwierzyć gdy patrzę się na te monstra. I to jest ten moment hard porno, jak właśnie te stwory wybierają z pośród tych chudych i młodych chwilowe księżniczki, które następnie koronują klejnotami z podrabianych kamieni, a i te im skoro świt zabiorą. I dobrze, że choć oszczędzono relacji dalszych spoza kurtyny. Uf.
Tak czy owak - życzę wszystkim aby nie zamieniali się w galaretowate stwory (co dotyczy zarówno ciała jak i przede wszystkim ducha), a co do księżniczek... moje drogie to gatunek, który wymarł im lepiej to pojmiecie tym łatwiej wam będzie w życiu - choć nie wykluczam, że spotkacie na swojej drodze mnóstwo matołów poszukujących księżniczek - ale od tych trzymajcie się z daleka :) Niech idą oglądać "Feszyn TV":)))

ps. a to na październik był właśnie 100 wpis na tym skromnym blożku.