piątek, 10 lipiec 2009

Called to be saints

Borko zapewne już wyszykowana na mazurskie wojaże z kajakiem oraz zgrają rodzinnych watach, które potem skwapliwie będziemy "obmawiać" przez całą jesień i zimę ha ha, zajmując się mniej więcej dekonstrukcją w takim stylu jak to opisał John Updike w Parach;-) Ale ja dziś nie o tym, bo o "tym" to będzie jak nasz zbiór przypowieści życiowych na powrót się napełni, a ja znów dojdę do wniosku, że "naprawdę, no niemożliwe to wszystko!" oraz "no co Ty mi opowiadasz!" - tak to zazwyczaj wygląda w kuchni na Traugutta, czyli w 'rezydencji' missis Borko. Po prawdzie w życiu nie ma rzeczy niemożliwych, ani my z Borko takie nie święte, ale od czasu do czau dobrze jest wejść w rolę nieświadomej niczego mieszczki - bo wiele razy ta "rola" uratowała nam dobre samopoczucie - nieprawdaż?;-) Nevermind(e).
Parę dni temu zarzekałam sobie, że na czas wakacji odpocznę od kwestii horrorów i tym podobnych dla dobra obopólnego. Jak się okazało. Nic z tego. Jakiś czas temu popijając poranną kawkę przeczytałam w jakimś z dupy wyciągniętym magazynie, że wyszła taka "stara" powieść Joanne Harris Nasienie zła. Ja tam lubię angielski pop literacki i będąc wczoraj w księgarni łypnęłam okiem na znajomą, aczkolwiek zalatującą lekko tandetą, okładkę i hyc uszarpałam znalezisko. Gwoli wytłumaczenia kupowałam sobie książkę Yukio Mishimy, żeby nie było he he. Tak czy siak, szalony Japoniec poszedł do poczekalni, bo niestety otworzyłam sobie knigę Harris, przeczytałam pierwsze zdanie... no i tak nocka zleciała:-)
Ale nie o postmodernistycznej wariacji gotyckiej powieści w wersji Joanne Harris chcę tu pisać tylko rodzeństwie Rossetti. Od lat nie zajmował mnie już ani Dante Gabriel ani Christina. Odeszli w mrok przeszłości razem z wieloma innymi egzaltowanymi upodobaniami. Aż tu nagle wrócili z wielkim stylu (takie rzeczy to potrafi tylko pecik robić;-). Najpierw, parę tygodni temu, "wróciła" Christina, a to za sprawą Goblin Market, który czytałam ponownie przy okazji "badania" do poduszki topografii piekła. I ze zdziwieniem zauważyłam jak fantastyczne są przygody Laury i jej siostry Lizzy oraz, że mimo lat całych, nadal całkiem porywającą są lekturą. A teraz buszując w historii Harris, której książka jest rodzajem młodzieńczego "hołdu" dla malarstwa Rossettiego, przekopałam się na powrót po albumie z prerafaelickimi tripami. Strasznie fajne jest czytanie inter- i nad- interpretacji obrazów, zamiarów malarza, kodów, dopisywanie do tego całych opowieści. Podobnie - czasem - jest tylko z niektórymi zdjęciami, które potrafią się oderwać od rzeczywistego przedstawienia i rzucić w wir "przygody". Tak więc podglądając sobie wczoraj nocą Prozerpinę Rossetiego myślałam sobie o tej obcej estetyce, niemożliwie mnie wkurzającej teraz, a jednocześnie żadnej innej tak pięknej i wciągającej (no i odrobinę absyntowej afkors:-).
No i jeszcze taki smaczny kąsek na koniec: matka rodzeństwa Rossetti była z domu Polidori, a jej bratem był John W. Polidori, kumpel Byrona i autor Wampira. Tak więc, gdzie się nie ruszyć, wampir zawsze gdzieś mnie z nory wylezie i basta;-)
Powiedziała, że lubi cmentarze. A ja byłem zachwycony, bo nie wiedziałem jak wiele młodych osób zwykło je lubić, gdyż nie kojarzyło ich jeszcze ani z prawdziwą śmiercią, ani z cierpieniem, ani ze stratą.

Nieprawdaż?

środa, 1 lipiec 2009

Abażur






















Borko mnie ostatnio nauczyła słowa "abażur" w sensie wprawiania niezamierzonego chaosu, reorganizacji rzeczywistości aż do nowego (nieprzewidywalnego) efektu, który jest następstwem takiego działania. Jednym słowem a to "abażur". Bardzo mnie się to słowo spodobało, bo jest tak absurdalne jak niektóre sytuacje w życiu:-)
Więc konkludując: u mnie ostatnio rządzi abażur.
:-)

piątek, 26 czerwiec 2009

Może to wina nadmiaru?

Borko droga, jakoś po ostatnim meetingu zapadły mnie w głowę dwie "prawdy". Pierwsza, że funkcjonowanie korporacji nie ma najmniejszego logicznego sensu (tym bardziej gospodarczego:-) - co najbardziej mnie rozbawiło, choć myślę sobie, ma za to ogromną zasadność pod względem psychologicznym jako specyficzna organizacja zasobów ludzkich. Na marginesie, trzeba też zrozumieć, że są ludzie, którzy dobrze czują się w korpo i nie można ich dyskredytować, choć czasem kusi. No i skąd ja bym te wszystkie fajne story czerpała gdyby korpo nie było? :-) No skąd?
Druga "prawda" to zdanie charakteryzujące osobowość pewnej "łomen": "nie ważne jak, nie ważne gdzie, byle w mercedesie" :-) He he he. Że też mnie takie złote myśli nie nachodzą. Stąd wnioskuję: etap neo-romantyzmu mamy zdecydowanie za sobą, ale odrzucając złośliwostki na bok, naiwnie myślałam sobie, że "niemożliwy jest nadmiar prawdy, piękna czy dobra"*
Nic poważnego dziś nie wykluję, rzeczywistość mnie pożarła:-) Poza tym, jak się dowiaduję niektórym blogerom to i blogować się powoli nie chce, więc co ja Wam tu będę w piątek popołudniu chrzanić:-)


* Constantin Noica - Sześć chorób ducha współczesnego

środa, 24 czerwiec 2009

Świętojańskie żniwo:-)

Borko, a ja dzisiaj sobie leniwie dryfuję wspominając ciągle wczorajszy gig Nine Inch Nails w Poznaniu:-). Choć Najlepszy z Braci tak prowadził, że myślałam sobie: ano nie dojechać na Trenta Reznora w jednym kawałku byłoby chyba lekką ironią losu. Stąd musiałyśmy drzeć się z Agą żeby nas oszczędził skoro sam chce najwyraźniej dokonać żywota na krajowej "5". Udało się i zdążyliśmy punktualnie o 21.50 wejść na koncert. Słońce pięknie zachodziło nad Wielkopolską, a Pozen przywitał nas bezdeszczową aurą (co za ulga po tym co się we Wro działo) i ciepłym powietrzem. A potem, a potem to już były dwie godziny in Art we trust i naprawdę dobrze się zanurzyć raz na jakiś czas w ciepło-lepkim morzu ludzkich ciałek. Poza tym - miło stwierdzam - żeśmy chyba jeszcze nie tak bardzo zdziadziali skoro nic dzisiaj nie boli ani nie strzyka, a z racji ostatnio bardzo, ale to bardzo dobrego prowadzenia się, to nawet prawa nerka nie kuje. Jednym słowem: tak trzymać, bo z racji naszego systemu ubezpieczeniowego i emerytalnego to lepiej nie podskakiwać:-). Takie mądrości to z wiekiem pojawiają się, bo jak lat temu ładnych kilka trafiłam na wyspę co Madera się nazywa, to obliczałam sobie na karteczce w notatniku ile muszę zarobić i sprzedać żeby tam sobie domek na starość kupić co by można było tam siedzieć, knuć przeciwko światu i na Ocean spoglądać... naiwnie mnie się zdało, że wyrobię budżet he he:-) Choć z drugiej strony nigdy nie wiadomo. Ale co tam, mam ja dzisiaj nastrój bardzo przysiadalny, sama słodycz w rzeczy samej, pracy zapowiada się w wór (chyba), no i droga Borko jak się okazuje zaraz mnie sprzed oblicza neta zabierze, więc dzisiaj wyjątkowo narzekać nie będę.

Ps. a w ramach kolejnego odcinka Rumunia daleka i bliska - będzie wpis o my hero, czyli Constantin Noica w roli głównej:-)

środa, 17 czerwiec 2009

Pośmiertne życie moich Rumunów


Borko na koniec wirtualnego dnia czasem hycam sobie po sieci, żeby zobaczyć co tam słychać u moich drogich zmarłych Rumunów. Wprawdzie dzisiaj chciałam zaglądnąć zupełnie w inną internetową piwniczkę, ale... ostatnio jakoś tak przypomniał mi się Mihai Eminescu, bo zerknęłam w niewielki tomik z jego poezją (chyba jedyny jaki w Polszy wyszedł) i przypominając sobie Bukareszt trochę się pośmiałam, trochę powzdychałam, pokręciłam głową nad niemożliwą stylistyką romantyzmu i egzaltacją, która na równi dech zapiera co ciągnie na wymioty:-). Nie mniej - należy tu ukłon strzelić - bo gdyby nie Eminescu nie byłoby współczesnego języka rumuńskiego. Tożsamość Rumunów to mega-temat i nie chce mnie się o tym rozpisywać, zresztą Lucian Boia zrobił to wcześniej i lepiej:-). Nie mam akurat w pracy na biurku poezji Eminescu (za to innego Rumuna trzymam:-), więc po naszemu na szybko mogłam znaleźć tylko taki kawałek z "ciorba de burta" rumuńskiej klasyki:



Kiedy wieczorem zaś na progu
Twoja kochana na cię czeka,
Gdy dwojga kochających droga
Jest jak świetlista gwiezdna rzeka,
Świat pierzcha, strach na sercu leży
I strop niebiański w mgle się chowa,
Bo całe życie twe zależy
Niekiedy od jednego słowa.

(Eminescu - Czym jest miłość?)
Ło matko, daję słowo - po rumuńsku to brzmi lepiej, ba nawet przepięknie:-). W tej wersji trudno się jakoś mnie wkręcić w Eminescu, ale jak mówię, łapiąc całość, porównując mnogość innych fajnych numerów, ciekawych refleksji o przemijaniu i przede wszystkim śmierci (nie byłby Rumunem gdyby o śmierci nie pisał:-), to jest to zacny poeta. I symbol Rumunii. Więc właśnie, idę ja idę przez internetową równinę, aż tu nagle trafiam na stronę taką. Dla nieznających za grosz rumuńskiego ani politycznych szyfrów tej krainy to jest to opcja kojarząca się z tym. Hm, i to mnie zawsze zaskakuje. Jak życie pośmiertne moich bohaterów nabiera zupełnie alternatywnego kierunku interpretacji. Jednak genetycznie mnie obcego, bo maszerowanie w zbiorowym szyku to ja proszę państwa toleruję tylko na filmach w stylu Gwiezdne Wojny i nie sądzę aby coś się u mnie w tej kwestii zmieniło:-), choć zupełnie nie wiem dlaczego zawsze się tak składa, że to towarzystwo podbiera mnie persony mi bliskie:-(
Tak czy inaczej, doprawdy Eminescu w połączeniu z "celtykiem" to już kuwa awangarda awangardy bezsensu. Wielka Rumunia Eminescu to nie kuwa nacjonalistyczna grajda okopana rowem i otoczona drutem kolczastym. Zresztą za życia to Eminescu raczej kręcił się wokół idei co zwała się Veronica Micle, również poetka i do tego nie mniej zdolna. Tu akuratnie służę tylko fragmentem po angielsku:
"Go", I say, my mind foretelling
only bad things for it, all;
"Stay", an inner voice is spelling
For my longing and my soul.

You do know I love you dearly
More than I could ever say,
Yet, my words are harsh and really
Always chasing you away;

Then, what to believe indeed
You don’t know, the words I said,
Or the boundless love you read
In my loving eyes, instead.

Alas! My confusion’s greater
Much more work I have to do
As I don’t know what is better :
Reason, heart to listen to?

(Veronica Micle - Fugi)
Kochania, rozstania, awantury i tłuczenia były więc treścią relacji tej pary, co akuratnie pasowało do anturażu tamtych czasów, zresztą tak jakby te były inne. W końcu Eminescu zmarł na mało nacjonalistyczną chorobę jaką jest syfilis, a panna Micle zamknęła się w klasztorze, po czym sporządziwszy rozliczenie wzajemnych relacji (w tym twórczych) otruła się arszenikiem. Cóż, nie byłabym złośliwcem, gdybym nie sparafrazowała tytułu pewnego programu ze stacji kobiecej: taka miłość się nie zdarza, po prostu. A tak poza wszystkim to oczywista, że i łzę (najchętniej w Bukareszcie przy kuflu piwa Ciuk i dobrze wypieczonymi mici) bym uroniła w związku z całą historią.
Natomiast w Târgu Neamţ, jeśli tam kiedyś traficie, można zobaczyć muzeum (dom) Veroniki Micle. Poważnie kończąc: ciekawa to była poetka.

wtorek, 16 czerwiec 2009

Akbarska estetyka

Borko, był więc kiedyś sobie taki Birbal, co pełnił funkcję wezyra na XVI wiecznym dworze władcy zwanego Dżalal-ud-dina Muhammad Akbar, w skrócie Akbar co oznacza (bez zdziwienia;-) Wielki. Ten Akbar to w ogóle niezły i ciekawy przypadek króla, ale nie o tym teraz, ani o jego niskim krępym wzroście, brodawce, wygadaniu przy braku umiejętności pisania, ciekawym podejściu to kwestii religii oraz umiejętnym wyczuciu sztuki, szczególnie zaś poezji. Tak, w tym Akbar mam wrażenie nie miał sobie równych. Zresztą, sama będąc bardzo wkręconą w "akbarską" estetykę, wiele lat temu, wybrałam fragment jego ulubionego wiersza za motto dla finału swojej pracy czeladniczej, zwanej przez innych magisterską, choć szczerze mówiąc była to bardziej deklaracja światopoglądowa, niż tam ot taki zwykły se cytat:-). Nevermind(e). Co z tym Birbalem? Hindusem na dworze władcy, określmy to, muzułmańskiego. Otóż Wielki Wezyr nie tylko był urzędnikiem i doradcą, słynął przede wszystkim z niebanalnego poczucia humoru, umiejętności radzenia sobie z nieustannym kryzysem w koteriach dworskich (taka proto-korpo), humorami władcy oraz z mądrości. Jak sam Birbal mawiał, jest brzydki bo kiedy przy stworzeniu wszyscy pognali do kolejek, gdzie dawano urodę i bogactwo on stanął po mądrość, bo jak stwierdził: tam tłumów nie było:-). "Kejsy" z życia Birbala dostałam w ramach przewodnika jak rozmawiać z idiotą. Myślę, za rzadko zaglądam do tej książki, bynajmniej nie tylko z powodu nieumiejętności radzenia sobie z idiotami, ale też ze względu na sytuacje chwilowej zamiany w idiotę:-). Bywa, bywa.
Z całej palety przypadków wielkiego wezyra lubię jego przygodę z podstępnym dworskim cyrulikiem. Otóż ten, zazdrosny o pozycję Birbala, a wykorzystując kiepską sytuację w królestwie, rzekł do władcy świata Akbara: bo dbasz panie tylko o swych poddanych żyjących, a zupełnie nie troszczysz się o zmarłych przodków. Może nadszedł czas aby wysłać w niebiosa kogoś mądrego, kto i im posłuży radą, a wtedy nam będzie wiodło się lepiej. Oczywiście miał na myśli Birbala. Król, po długim namyśle, wezwał swego wezyra i przedstawił zasłyszaną od cyrulika opinię. Birbal pomyślał chwilę i zgodził się na wstąpienie na płonący stos, którego podmuch płomieni miał unieść wezyra do niebios:-). Poprosił tylko o dwa miesiące zwłoki, aby zdążył pozałatwiać wszystkie bieżące sprawy. W tym czasie, zbudował pod stosem tajemny tunel, który spod sterty drewna prowadził wprost do jego domu. Kiedy nadszedł czas, na oczach władcy i całego dworu stanął na stosie. Przy pierwszym buchnięciu dymu, wskoczył do swojej kryjówki i zamknął się w komnacie. Żona Birbala, która obserwowała całe zajście i widziała kto najbardziej cieszył się z "egzekucji" wezyra, wskazała jednoznacznie na cyrulika. Birbal uśmiechnął się tajemniczo, a następnie przestał golić brodę. Minęło trochę czasu, aż w końcu wezyr stanął przed obliczem Akbara. Oznajmił, że tak, a i owszem był w zaświatach, spotkał przodków króla, ale tym wiedzie się świetnie i nic im do doczesnego życia, natomiast - tu wskazał na swoją brodę - zdecydowanie brakuje im cyrulika, widzisz panie w jakim stanie powracam - rzekł. Akbar przytaknął i szybko postanowił wesprzeć zaświaty osobą królewskiego cyrulika:-)

niedziela, 14 czerwiec 2009

Kot Heideggera




Borko, na skołatane nerwy najlepsze jest karmienie. Najlepiej jak największej ilości chętnych, wtedy odpowiednio proporcjonalnie spada nam napięcie. Jak widać na załączonych obrazkach znalazłam dla siebie nową formę piękna przepuszczania pieniędzy - zgraję kocich skłotersów mieszkających na nielegalnych działkach w pasie nadodrzańskim. Wszystkie są szare poza jedną czarną kotką (fot/nr/3), z którą gryzą się, a jednocześnie pozwalają trzymać się blisko stada.
Ekipę zlokalizowałam dwa dni temu, błądząc sobie po deszczu, myśląc o ostatnich wypadkach i zdarzeniach, a przede wszystkim o Martinie Heideggerze. Bliżej zrozumienia bycia w świecie nie jestem, ale z całą pewnością już wiem skąd się biorą "wariatki" karmiące bezdomne koty. Nie wiem czy to godne Martina, ale umówmy się tenże miał na swoim koncie przemówienie zaczynające się od Heil Hitler, więc nie bądźmy tacy wymagający i surowi, czymże jest nasze życie jak nie jedną wielką próbą labiryntu i poszukiwaniem swojej Ariadny:-)