czwartek, 30 grudnia 2010

Szara strefa

"Jestem stworzona do działania w szarej strefie" - uznała niegdyś moja koleżanka, pewnego letniego miesiąca, kilka chwil po tym, jak rzuciła oficjalną robotę i... apokalipsa nie nastąpiła :-). Pozostawię Was z samodzielną oceną, dokonaną w zaciszu własnych myśli. Nie będę - cynicznie - komentować tej decyzji.

Będąc prostym wyrobnikiem życia - bardzo lubię porę doby/funkcjonowania między snem, a jawą. Chodzi o ten moment, kiedy już leżymy w ciemności spowici w swych pieleszach, jeszcze kontaktujemy, że zaraz zaśniemy, ale właśnie nasz mózg produkuje (albo łączy się) z innymi światami. Nigdy, nie jest się tak bardzo i czysto, samemu z samym sobą, jak w takich chwilach. Często właśnie myśląc - myśląc krystalicznie i z sensem - o tym jak bardzo marny nasz los jest i jak wiele trzeba się postarać, aby to życie upłynęło w miarę godnie. Choć tu na marginesie dodam, że wcale jakoś nie dziwię się tym, którym ręce opadły i postanowili godność wrzucić na strych, albo do piwnicy. Gęby pełne frazesów mają zazwyczaj ci, którzy "bezpiecznie" robią NIC i dryfują, jak poniesie wiatr.

Wróćmy do szarej strefy.
Po jaką cholerę ja mojemu państwu potrzebna?
No dobrze, dobrze - statystyka populacji, ewentulany głos w wyborach, mięso podatkowe. Pewnie wystarczy. Więcej raczej ze mnie nie wycisną. Już dawno pogodziłam się z tym, że "noblistką" nie będę;-). Pożytecznym idiotą - co to w miarę przeciętnie wykształcony, na rzecz tolerancji i demokracji i porozumienia gardłuje - też raczej nie będę i chyba nie bywałam;-)
Więc w drugą stronę: po co mi państwo?
Noooo, aby było świadomościowo, bezpiecznie, aksjologicznie i najzwyczajniej w świecie - czasem dumnie z tego, że nie jest się ostatnim w kolejce pajacem. Tyle, że ... z tym Państwem to bywa tak, jak z tą pracą - ona czasem jest powodem zadowolenia, dumy, dobrze wykonanego obowiązku, czasami są ludzie, którzy miewają godne umowy o pracę - bez bycia cwaniakesami. Tylko, że... gdzie to jest? - chciałoby się zacytować stary hit Dezertera :-))))
Well, trudno mi powiedzieć: ot, prosta sprawa. Bo - trzeba wyjaśnić - w życiu 2 spraw jakoś nie mogę przełknąć: pracy najemnej/etatowej oraz zgody na rozbudowany system socjalny pozorowany oraz feudalny z hierarchią szefów. Więc, nie jest mi w życiu lekko, ale też nie narzekam (no, czasem...). Podobne oczekiwania miewam wobec Państwa - skoro płacę do skarbonki sporo, nie przyczyniam się do jego degrengolady w stopniu nieprzyzwoitym, to kuwa chciałabym, aby Państwo nie r...ało mnie w d..ę bez przysłowiowego "kocham cię" - jak to miała w zwyczaju mawiać inna moja koleżanka.

Chodzi o "trzy grzechy główne":

1. Zgniła wyspa podatkowa - bynajmniej wcale nie zielona gospodarcza oaza. Dość śmieszne to, że dumny kraj - raduje się z tego, że przypiernicza na maxa łatwy do ściągania podatek VAT - absurdalnie wysoki, jednocześnie cieszy się, że dalsza emigracja zarobkowa (jazda do Niemiec) utrzyma dobry poziom (niski) bezrobocia i podtrzyma gospodarkę.
Ten sam dumny kraj - chce capnąć kasę na emerytury i przy ogólnym społecznym zadowoleniu zaczyna silnie dyskryminować ludzi w wieku tzw. emerytalnym. I trzeba być naprawdę jełopem, żeby uwierzyć że tzw. emeryt to jakieś odległe mdłe żarłoczne zwierzę, z którym nigdy się nie spotkamy. Oj, szybciej niż każdy z nas myśli. I dziwi mnie, że jakoś nikomu nie przychodzi do głowy, że w krok za ograniczeniami tzw. przywilejów emeryckich, nikt nie zastanawia się nad zmianami w rynku pracy i warunków oraz rodzajów pracy. Obiecałam sobie jedno - jako, że i tak nie za bardzo wierzę w odkładanie na emeryturę poprzez kanał państwowy - jeśli zrobią skok na tzw. II filar, to zlikwiduję i działalność gospodarczą i jakie-kolwiek opłaty na składki społeczne.

2. Polska, Polska ponad wszystko. Oj, ładnie, a nawet pięknie to wygląda wszystko, gorzej z podstawą wykonawczą. Nie wiem, czy ktoś zwrócił uwagę - bo i po co? - na zawirowania wokół ustawy o powrocie obywateli polskich, którzy z nie własnej woli przebywali za granicą. Czyli o repatriantach. Był projekt obywatelski, było wzniośle i uroczo przed kamerami... I co? I nic. Nie będzie powrotów, bo przecież program, który zakłada, że trzeba wspomagać po 1000 zł powracających, dać szansę ich małżonkom, którzy akurat Polakami nie są, mieszkania na kilkanaście miesięcy zapewnić... Normalnie nie do pomyślenia, bo przecież kryzys mamy. Szkoda gadać, bo w tym samym czasie, ten sam aparat przecież tak radośnie wydaje kasę na zbędne rzeczy. A tu chodzi o przyzwoitość i o to, że aby pieprzyć o wielkim państwie, o tym, że łojczyznę trza kochać i szanować - to trzeba coś pokazać. Nie? A tymczsem zachowaliśmy się, jak pieprzony wał, co to łasi się do tych co kasę mają, a tych których nie da się wycisnąć i skonsumować, to można odstawić na bok. I naprawdę trudno oczekiwać, że naród nam na wysokim c pojedzie i nagle zapała miłością do wartości, skoro wszystko kręci się wokół kwestii "stać, nie stać".
Więc chciałabym, żeby "premieru tusku" pojechali na zagraniczne spotkanie połasić się z np do jakiegoś polskiego pochodzenia milionarza, a ten spuścił "premieru" na drzewo mówiąc: a czemu to mam wspierać kraj, który wobec własnych krajan zachowuje się jak wyrachowany alfons wobec swych podopiecznych. Nie przyniesiesz zysku - to do widzenia...

3. Eugenika edukacyjna. W przeciwieństwie do środowisk "łolaboga" nie uważam, że zagrożenia wobec Wielkich Polaków czyhają tylko za granicą. Wcale nie muszą. Doskonle potrafimy rozpieprzać się sami. Powoli stajemy się wspaniałym stepem przedstawicieli handlowych i średniego szczebla rachunkowymi. W ogóle uczniliśmy cnotą w produkcji produktów do czegoś podobnych. Jeśli mamy coś podobnego do (najlepiej do jakiegoś produktu z wyższej cywilizacji zachodniej:-), to jest OK. Zaakceptujemy ewentulanie to, co wprawdzie nam się nie podobało, ale znalazło uznanie u wyższej cywilizacji, więc w takim razie, zaczniemy to tolerować:-).

..no i bawmy się. Najlepiej przed telewizorami oglądając tańce, śpiewanie, rozbieranie się i kolejne mega bombastyczne show.
Oraz najważniejsze - nie zapomnijmy robić obfitych zakupów, brać kredytów i płacić podatków.
A jak nieco się wkurzyliście, albo zniechęciliście - to pomyślcie o szarej strefie - nie tej podatkowej, tylko tej mentalnej, gdzie czasem można znaleźć fajne półcienie.
Czego Wam życzę w Nowy nachodzący Rok.

środa, 29 grudnia 2010

Spacer po czarnym Oslo z Lovecraftem pod ręką i Portishead w głowie w deokarcjach francuskiego kina

Tak się złożyło szczęśliwie, że jesień i zima upływa mi pod znakiem dobrej lektury i filmu. bardzo dobrze, to udana odtrutka na to co "na zewnątrz". Nigdy nie jestem w stanie brać na poważnie, tego co za oknem, że niby to cel, cel sam w sobie. Bzdury. Taka sama głupota, jak to, że sensem życia jest zapracować się w tyranii profesjonalizmu i uzyskiwać coraz większe poziomy zdolności kredytowej, albo nie wiem tam czego. To co w środku, jest bardziej interesujące i pożywne. Zatem, pozwoliwszy sobie na totalną blagę począwszy od 17 grudnia, mam zamiar do początku stycznia odpłynąć daleko od lądu spraw ludzi i świata.

Contre le monde, contre la via - pisze o H.P Lovecrafcie Michel Houellebecq; robi to świetnie. Większość książek pisarzy o innych pisarzach, to nic innego, jak pisanie o sobie samym. W "Przeciw światu, przeciw życiu", bohaterem jest Lovecraft, a jeśli chodzi o Houllebecqa, to wystarczy go podziwiać za konstrukcję eseju oraz fantastyczny styl. Dla fanów fantastyki i posępnego dżentelmena zza oceanu, to pozycja obowiązkowa. Pełen swady, dobrze nakreślony szkic do portretu niezwykłego pisarza, który nigdy nie wyparował mi z głowy (z czego bardzo jestem rada:-). Cała książka jest nasycona dobrymi uwagami, emocjami sprzeciwu wobec pozornego piękna sukcesu. "Autorzy fantastyki są na ogół reakcjonistami, po prostu dlatego, że w wyjątkowy sposób, można by rzec z racji zawodu, są świadomi istnienia Zła" - stwierdza Houellebecq i ma najświętszą rację:-)

Tymczasem w kolejce czeka na mnie kolejny choinkowy łup: "H.P. Lovecraft. Biografia" - skonstruowana przez S.T. Joshi. Kawał tomiszcza z analizą literacką i korespondencją pisarza. Fajnie, nie? :-). Polskie wydanie nieco spóźnione o dekadę, ale lepiej późnej, niż jeszcze później.

Wcześniej, pozostając nieco w nastroju wrocławskiego międzynarodowego festiwalu kryminału trafił się "Statek" Stefana Mani (niezły horror napisany w tonie "W górach szaleństwa" - znów ten Lovecraft:-) oraz książkowy serial Jo Nesbø, którego bohaterem jest śledczy Harry Hole. Kawał fajnej czarnej literatury, gdzie trup ściele się gęsto i interesująco. Może nie wszystkie pięć tomów zasługuje na owacje, ale naprawdę w porównaniu do Stiega Larssona to kop zdecydowanie w górę. Mi zdecydowanie bardziej odpowiada. Tak pomyślałam sobie, że to jest tak jakby porównywać scenę death metal z Göteborga z norweskim black metalem. Niby ta pierwsza jest nowatorska, dobra technicznie, ale jednak w porównaniu ze zgrzytliwym transowym lodowatym nurtem from Norway, to jednak pozostaje tylko muzyką rozrywkową:-). Zatem zdecydowanie bardziej Norwegia niż Szwecja.

Między kolejnymi tomami, wpadło mi jeszcze to i owo innego, ale w sumie nic takiego, żeby tu i teraz o tym pisać.
W grudniu odpadliśmy dla odmiany w kino francuskie i filmy z Alainem Delonem, a teraz box z obrazami Jeana-Pierra Melvillea. Bardzo udana eskapada. A dla osłody przypomnienia, koncert na DVD Portishead odwiedza w 1997 roku Nowy Jork. na szczęście nic, a nic się nie zestarzało. Jak się okazuje, są jednak przykłady materii, która ma czas w głębokiej ignorancji. Pocieszające:-)

czwartek, 23 grudnia 2010

Moi Drodzy...

Moi drodzy, z racji tego, że rok w rok wymyślam na święta "coś" ciekawego w formie życzeń, tym razem to "coś" zamienię na mały drobnomieszczański liścik karteczkę. Co do pisania bloga, to sprawy mają się tak: refleksji i uwag na temat świata i ludzi mi nadal nie brak, ale niestety łapię się coraz częściej na tym, że kiedy już zaczynam odpalać panel bloga, to nachodzi mnie myśl: a na cholerę to komu wiedzieć? :-). Stąd taka, a nie inna atmosfera na "PatrycjiBlaum". Well, życie się toczy i kiedy nas już nie będzie, jeszcze trochę się potoczy;-). Jak się okazuje, połowy słów w życiu nie wolno wypowiedzieć głośno, w imię utrzymywania pozorów i harmonii świata:-). Ja mam (albo miałam" zawsze pysk niewyparzony, ale mgła lat też mi spiłowała temperament, czego kuwa od czasu do czasu bardzo żałuję. Być może - nie będę zatem życzyć Wam rewolty i garści dynamitu -bo zabrzmi to pretensjonalnie - ale życzę Wam, abyście stojąc na rozwidleniu dróg - wybierali te trudniejsze, których brak na mapach. Na przekór "pierdu-pierdu" papce landrynkowego światka.