czwartek, 13 sierpnia 2009

Wyrzucili "Ryby"


Borko, nie lubię jak coś się dzieje w Moim Mieście, a ja o tym nic nie wiem. Zwłaszcza kiedy zmienia się przyjazne mi nory i parcele w uporządkowane struktury ponowoczesnej tkanki prozachodniego miasta (ironia zamierzona). Ale...
Idę sobie rano sennie myśląc o banialukach, o głosie Marii Callas, o baraninie z czuszką, o tym że najlepszą formą utrzymywania standardów jest po prostu nie-myślenie o jedzeniu :-), o... o wszystkich tych ważnych sprawach które zwykle porusza wielka literatura he he, aż tu nagle widzę, że mroczno-brukowana uliczka niegdyś zwana Rybią, zmieniła nazwę na Jacka Kaczmarskiego. Hm, nie o twórczości JK będzie. Tylko o starej ulicy Rybiej. Otóż Rybia to jedna właśnie z takich "nor", stara brukowana, krótka, ślepa opleciona dwoma masywnymi budynkami. Wiele lat temu zasłynęła jedną posępną zbrodnią, następnie jako menel trasa do klubu Diabolique (eh, toż to prawdziwy świt żywych ladac był ha ha), aż w końcu w taxiarskie zaplecze pod klub Pruderia, w którym babki wiły/wiją się na rurach, stołach i takie tam inne. Eh, ciekawam czy zmiana nazwy ulicy wpłynie na wypełnienie i realizację formy dawnej Rybiej, a obecnie JK.
Mnie tam jednak trochę szkoda, a by the way nowego nazewnictwa jest taka brama - w nowej plombie przy skwerku, nieopodal ul. Pomorskiej, jak idzie się w kierunku Kaszubskiej - w sam raz nadaje się na "imienia" Rafała Wojaczka, ale o tym dlaczego, to może kiedy indziej, bo w sierpniu miałam już nie-blogować:-) Któż to chodzi z butami po nagim ciele kobiecym/Odpowiadam: poeta/Gnój/Alfons swej śmierci co ją rymuje wciąż ze śmiechem - aaaa, to tak przypadkiem na początku otworzyło się.

Ps. na focie okno nie na Rybiej, tylko na Włodkowica - ale pasowało mnie do konceptu.

wtorek, 11 sierpnia 2009

Bourgeois Clump


Borko, a więc zaniedbałam ostatnio mojego zrefreszowanego bloga, ale prawda jest dość banalna: ostatnie tygodnie upływały w klimacie życie, życie jak pudelek.pl - więc co tu kuwa pisać żeby nie otrzeć się o banał, albo włoską komedię;-). Może zacznę od tego: odszczekuję Łódź - hau, hau. Kiedyś na tym blogu napisałam o Łodzi straszne słowa (sic!), a parę dni temu ponownie zagnało mnie do tego miasta i dane mi było ujrzeć jego piękniejszą twarz: zarówno pod względem ludzi, relacji, pogody i architektury (vide: fot by Mo - Pat przed Manufakturą/mogłabym tam zamieszkać:-). To tyle w kwestii przeprosin - jak wiadomo, nie każdy urodził się stworzony do przepraszania;-)
Jadąc dzisiaj do agentury słuchałam sobie Bebe z płyty Pafuera Telarañas, słodka Hiszpanka ma wszystko jak trzeba, od wyglądu do głosu i zabawnych (ironicznie zabarwionych) tekstów. Dobrze nastawia mnie zawsze i niezmiennie - Siete Horas:
Siete horas, corriendo por la ciudad
Siete horas, mis piernas no dan a más
Siete horas, empiezo a estar del revés
Siete horas, te voy a volver a ver.

Właściwie to tekst dla wypałaszowanych gówniar, zupełnie pozbawiony dystansu, cynizmu czy też jakby to nie nazwać mądrości płynącej wraz z kolejnymi urodzinami he he. Jednak jest coś w nim uroczego i łobuzerskiego. Tłumaczenia Bebe, w całkiem fajnym sosie i interpretacji można znaleźć tutaj), a rzecz jest o jednej takiej co siedem godzin włóczy się po mieście i rozprawia się z własnymi kocopałami:-). Od pięknej Bebe pożeglowałam sobie w kierunku Tennessee Williamsa, którego ekranizacje tzw. dramatów jak to się ładnie mówi, bardzo od wczesnych kapciowych lat lubiłam. Jakoś trafiała do mnie ta wariacka atmosfera zagęszczenia, wzajemnych pretensji, niewypowiedzianych słów, udawania i złośliwości na operowym poziomie. W zasadzie sporo później było podróbek, ale chyba tylko The Garden of Good and Evil uznać można za strzał w dziesiątkę. Ładną zajawkę wówczas spreparowano na potrzeby reklamowe: Gotyckie Południe - super.
Tak to więc wszystko się toczy. Czasem śmieszno, czasem straszno. Latem zawsze wszyscy gdzieś wyjeżdżają, albo wracają i tak w kółko. Lekko chyba jestem zmęczona i potrzeba spakowania walizki daje o sobie znać. Napisałam dziś drogiemu Dantemu, z którym w niedzielę spotkałam się na przysłowiowym schodku pociągu (krótkie, ale za to konstruktywne spotkanie ha ha), że jesienią chyba będę miała nową lisią norkę. Dante stwierdził, że ja to taki nomad jestem. Ano, Włóczykij ze mnie, a nie Muminek, ale za to ileż atrakcji Wam dostarczać mogę, jeszcze przez czas jakiś:-).
Zatem do września cheri Dante w większym i lepszym składzie;-), a innemu znajomemu co wyjechał to mogę zażyczyć ...te voy a volver a ver, a reszta spraw niech sobie idzie swoją drogą. Eh, lekko nadszarpnęło mną to lato:-)

czwartek, 6 sierpnia 2009

40.


Toście drogi Panie Darse wstąpili w końcu do SS, czyli "Siwych i Starych":-). Oglądałam sobie ostatnio (z ciekawością) przygody inżyniera Karwowskiego - notuję po latach, czasy i styl życia 40. letnich dziadów zmieniły się, dylematy chyba jednak nie he he;-)
W każdym bądź razie - wiele przygód na nowej drodze życia prowadzącej do 80.

wtorek, 4 sierpnia 2009

Semantyka latarni morskiej jako wskazanie strumienia świadomości czy narracji?


Borko pilnie pobierająca nauki z konwersacji biznesowej po angielsku, śpieszę Ci donieść, że w piątek udaję się do miasta - którego oglądać więcej nie chciałam - czyli do Łodzi. Bu, to pewnie za karę, że na Twitterze zapodałam sobie fotę z Piotrkowskiej, a nie z piwnego ogródka we Wro. A poważnie, odkąd przenieśliśmy się z bankietowaniem na skwerek przy elektrowni wodnej, a sporadyczne eventy do Literatki, to właściwie zatraciłam rachubę wiedzy odnośnie tegorocznej oferty gastro wrocławskiego Rynku. Ale jakoś mi nie żal. Jak przypomnę sobie takie obrazki jak dziś, kiedy idę ja ci idę z rana (no bez przesady z tym rano) ulicą Świdnicką, a tu mija mnie dwóch nachlanych w sztok młodych niemieckich sąsiadów w modnych pastelowych polówkach z postawionymi kołnierzykami na sztorc (rzyg, rzyg, kuwa bulimiczny rzyg) zmierzających do "bier halle" - to jakoś nie tęsknię za gastro-strefą ze snob okręgu staromiejskiego.
Tytuł tego wpisu nijak ma się do jego treści (a może jednak jest coś na rzeczy...) poza tym, że oczywiście czytam panią Wolfe i siłą sugestii miele mi się jej sposób budowy narracji oraz wybór perspektywy opisu postaci. Motyw latarni morskiej - z całą pewnością jeden z piękniejszych. W zupełnych ciemnościach rzucony snop światła na rozszalałe turnie morskich fal, aby wskazać ląd małemu statkowi:-)

sobota, 1 sierpnia 2009

Pozostając zawsze w opcji zwątpienia


Borko, bloguję sobie właśnie z ogrodu w Obornikach Śląskich, siedząc w poniemieckim fotelu za całkiem zdaje się stalinowskim biurkiem i zapodając Edith Piaf z YoyuTube:-) Zawsze wierzyłam w konwergencję mediów i światów, gorzej było z całą resztą.
Nie mniej, pociągając kolejny łyk chłodnego browara, dochodzę do wniosku, że czasem dobrze tak się zresetować w zupełnie innej zakładce i przemyśleć to i owo. A tak, a i owszem jest i co. Do Obornik wcale nie lubię już przyjeżdżać. Zbrukanie dawanych rozwiązań urbanistycznych miasteczka jakie następuje powoli acz nieubłaganie od 89. roku doprowadza mnie do posępnego przeświadczenia, że oto mój świat przemija. Jak ostatnio zastanawiałam się jak zdefiniować - jeśli chodzi o osobowość - wampirzy spleen albo weltschmerz, to na myśl przyszły mi takie życiowe egzemplifikacje, że to jest takie ukłucie w sercu jak wówczas kiedy kadr z dzieciństwa zakorzeniony w perfekcyjnie zapamiętanych okolicznościach nijak ma się do obrazu, który właśnie tworzy nam się przed oczami, że to jest taki atak "dusiołka" jak siedzenie w sierpniowym słońcu nad grave dawnej przyjaciółki, że to jest ta zadra, która daje się odczuć w chwilach kiedy świadomość nieodwracalności czasu jest obezwładniająca aż tak bardzo, że chce się przyśpieszyć jego działanie, aby skrócić całą absurdalną sytuację.
Na szczęście są to tylko przecinki. Zdaje się.