niedziela, 6 czerwca 2010

Krótki spacerek po tożsamości

Jestem właśnie po lekturze wpisu Dantego. Polska, tożsamość, historia, polityka, miejsce jednostki w świecie teraźniejszym, przeszłym i przyszłym (celowo tak układam ciąg czasowy). Zafrapował mnie. Nie, nie tyle ewentualnym punktem wyjścia do dyskusji o naszych różnych poglądach politycznych i życiowych - można powiedzieć, to nasza rzecz prywatna, dyskusje jakie ze sobą stoczyliśmy w necie i na żywo. Nie ma tu nic do dodania, ani do ujęcia. Dlatego, nie chodzi mi o polemikę nad przytoczonymi przez Dantego "kejsami", czy wyciąganymi wnioskami. Co innego mnie poruszyło. Potrzeba przeżywania MIEJSCA i tożsamości.
Ale zacznijmy od tezy. W moim rozumieniu, przeżycie i doświadczenie jednostki przekłada się pełną miarą uniwersum na przeżycia i doświadczenia zbiorowości - narodu. Mikrokosmos życia codziennego to krótki przewodnik po makrokosmosie życia ogólnego. Można - za Noicą - powiedzieć -nieco chorobliwie ostatnio idziemy w kierunku rozbijania się na coraz to mniejsze atomy, zapominając - albo inaczej - tracąc z oczu - ogół, rzecz większą. Być może w pewnym sensie zapętlimy się tak skutecznie w maleńkość, że zupełnie zapomnimy o co chodziło na początku. Właśnie - co jest zatem naszym spoiwem?
Przeszłość? Dante widzi przejaw aksjomatu w cieniu Powązek. Mój ironiczny stosunek do przeszłości jest paletą uprzedzeń, które mnie ostrzegają, że przeszłość i trawniki sąsiadów zawsze są bardziej zielone - czy w tym wypadku kolorowe i podlegają rutynie mitologizacji. Zatem - co kryje się pod płytami nagrobnymi Powązek? Czy tylko to co dobre? Nie znajduję na to odpowiedzi, kompleksowo nie nadaję się do "celebracji". Być może to właśnie przejaw mojej (nie tylko mojej) choroby tożsamościowej - nie możność zdjęcia okularów ironii, strach przed powagą - która niebezpiecznie może zamienić się w katastrofę.
Ale - jakaś część prawdy :-) jest taka, że nie lubimy ostatnio wielkich narracji ogólnych. Widać to w polityce. Korzyścią ma być indywidualne dośwadczenie komfortu - lifestylowego, gospodarczego, prawnego. Dla każdego coś dobrego. Dla każdego - to moim zdaniem, dla nikogo. Bardzo przyziemna prawda głosi, że porażkę ponosi ten, kto chce być lubiany przez wszystkich. Nie da się. Podobnie jak nie da się przejść przez życie na uśmiechu. Pozornie - wiemy o tym, ale realnie łaknąć takiego dyskursu osobistej sytości - zaprzeczamy naturze życia - w sensie układu/umowy społecznej, która potencjanie narzuca nam myślenie ogółem. A my, im dalej w las, tym bardziej pojedynczo.
Być może mylę się. Piszę to, z perspektywy jednostki, która ze zbiorowością i udziałem w niej, miała zawsze problem.
No i na końcu, pytanie o tożsamość. Gdzie ona, albo czym ona jest dla nas. A tak właśnie, zadam to pytanie w liczbie mnogiej.
To zabawne, ale po przeczytaniu wpisu Dantego, chwilę zastanowiwszy się, dochodzę do wniosku, że gdybym miała wybrać poetycką parafarazę dla określenia naszej tożsamości - wskazałabym na wierszyk Przerwy-Tetmajera, wierszyk, którego nie lubi ę i nie za bardzo cenię, o tym, że: "Szukam cię — a gdy cię widzę udaję, że cię nie widzę. / Kocham cię — a gdy cię spotkam udaję, że cię nie kocham. / Zginę przez ciebie — nim zginę krzyknę, że ginę przypadkiem…".
Odnoszę wrażenie, że te kilka wersów nie odnosi się do realcji podmiotów zanurzonych w miłości czy innej namiętności, ale zupełnie do czegoś innego.

piątek, 4 czerwca 2010

Cum am devenit huligan*

Dziś będzie o Rumunach :-) Bo dawno nie było. Zdaje się ostatni raz pisałam o moich Drogich zza Karpat przeszło rok temu. Miałam coś napisać o Noice i jego kulturo-centrycznej-miłości, ale w sumie o Noice ostatnio w Polsce pisze się (Rita Baum i Arcana) więc trochę czuję się zwolniona z obowiązku niesienia rumuńskiego kaganka przygody. Zatem dziś o Mihailu Sebastianie i Normanie Manei. Czyli rzecz o chuliganach. Ale tu uwaga - to chuligaństwo należy rozumieć dokładnie ta, jak zostało to ujęte w książce Sebastiana z 1935 roku oraz w tych fragmentach definicji Eliadego, które znajdują się w jego prozie pt. "Huliganii" (również 1935 r.)
Zatem to chuligaństwo dla mnie ściśle się wiąże z moim stosunkiem do Rumunii. To rodzaj przekory i eksperymentu, na który pozwala tylko i wyłącznie młodość. Taka próba - determinująca wszystko, co nastąpi później. Próba labiryntu - jakby to zapewne ujął Mircea E. :-). Im bardziej w realiach polskiego języka i zbiorowej wyobraźni lat 90. słowo Rumun nabierało negatywnego, pełnego protekcjonalnego dystansu zabarwienia, tym bardziej odkrywałam nie tylko uroki rumuńskości, ale wręcz niebywałą intelektualną historię tego kraju i jego Twórców. Do dzisiaj zastanawiam się, kiedy ta moja miłość do Rumunii zaczęła się. W bibliotece pedagogicznej przy lekturze pierwszych stron Eliadego? Czy przy tekście o dramatach Ionescu w starym Dialogu? A może od jakiegoś irytująco gorzko-nadętego cytatu Ciorana? Nie wiem. Pewnie wtedy dopiero kiełkował afekt. Strzygnięcie okiem i gest dłonią - czyli zapwiedź równonocy (jakby to poraz kolejny nazwał Mircea:-). Ta dziwna chwila, ułamek sekundy "dziania się", kiedy to coś w nas zmienia się, przestawia, uderza mocno w głowę - tak, że bez racjonalnych wniosków musimy przyznać się do tego, że chyba się zadurzyliśmy i właściwie, to cholera jasna, nie wiadomo czemu i po co? Nevermind. Tak było wtedy. Ale dopiero jakiś wieczór w Bukareszcie, dziwne uczucie, że ja już wiem o co w tym wszystkim chodzi, które dopadło mnie na głównym placu w Konstancy, sprawiło, że Rumunia stała się przestrzenią drugiego wyboru. Pierwsza jest tu gdzie jestem, we Wrocławiu, druga tam właśnie. I nic się nie zmieniło.
Do rzeczy. Weźmy się za Normana Manee. Jego książka - "Powrót chuligana" - to świetna próba inaczej ubranej autobiografii oraz zamiar zmierzenia się z kawalem XX-wiecznej historii i polityki. To książka łącząca w sobie niebywałą intymność z dośwadczeniem współczesnej emigracji, obserwacjami dotyczącymi przemian ustrojowych i geopolitycznych oraz (w szczególności jest to smakowity kąsek) próbą zmierzenia się z wpływami ideologicznymi pokolenia rumuńskich intelektualistów pierwszej połoy XX wieku. Mamy więc i awangardę, żelaznogwardzistów, mistycyzm śmierci, wojowników, poetów, Żydów i antysemitów. Wielu zdziwi, jak Manea - bez patosu, jęczenia i gromienia - jedynie słusznych poglądów - pokazuje - środowisko, które w zasadzie znało się, lubiło, ceniło, a jednocześnie potrafiło walczyć ze sobą, odcinać się i które - niezależnie od wybranych traktów życia - wpłynęło nie tylko na kolejne pokolenia Rumunów, ale też i wielu innych, którzy w jakiś sposób natrafili na teksty, tezy, myśli tych autorów. Ale Manea pokazuje jeszcze coś - jak tekst zaczyna przeżywać życie po życiu autora - i to nie zawsze zgodnie z pierowtnymi intencjami - jeśli w ogóle mamy czelność twierdzić, że te intencje istnieją;-). Tak czy inaczej - to książka świetna, choć akuratnie będzie nieco trudna w lekturze dla tych, którzy Rumunów nie powąchali i nie czytali. Bo to w sumie powieść z meta-kluczem.
Dlaczego mnie się tak "Powrót Chuligana" (rodzaj przekornego hołdu dla Mihaila Sebastiana) Manei spodobał? Bo wkurza mnie nader często to jękotliwe widzenie tylko czubka własnego nosa w polskiej tożsamości i historii (również tej z ostatnich dekad). I chyba też to, że nadal ch..ja wiemy tutaj w Polsce o Rumunii. A byli to nasi sąsiedzi do 1939 roku. Zresztą, jak ostatnio sobie uświadomiłam, ze świecą znaleźć tego, kto dla przykładu porównałby doświadczenie gospodarcze i legislacyjne Czech z ostatnich lat 20. z naszym. Więc co tu się dziwić, że Rumun to obcy-obcy. Ale zachęcam do przyjaźni. Bo ten cudowny moment, kiedy pewnego dnia przyznajemy się przed sobą, że oto nasze doświadczenia i my sami nie jesteśmy wcale takim wspaniałym połączeniem wyjątkowości i cech unikatowych, staje się pierwszym krokiem ku człowieczeństwu. Czyli ku myśleniu nie tylko kurwa o sobie :-)
Miłego i słonecznego weekendu - bez deszczów i kataklizmów.



* "Jak zosta łem chuliganem" - to tytuł powieści Mihaila Sebastiana.

środa, 2 czerwca 2010

Intrygi na zielonej pustyni


Nie byłam nigdy w Algierii choć tak, a i owszem na liście "portów" do odwiedzenia ten kraj zajmuje dość wysokie miejsce. Mam nadzieję - jeszcze starczy czasu, aby zrealiozwać ten zamiar. O Algierii opowiadała mi kiedyś panna A., która pochodzi z tego kraju, nakłada hidżab i generalnie gada o cudowności swej krainy pod wględem kulinarnym i przyrodniczym na tyle intrygująco, że myślę sobie - trzeba to kiedyś złapać na widelec przygody.
Dość spojrzeć dzisiaj za okno - jako ja czynię to właśnie - aby zatęsknić za słońcem, soczystą łagodną zielenią i temepraturą, która nie sprawia, że wyglądam jak zwinięty w rulon kawałek pity napełnionej jakimś przypadkowym farszem (a tak się czuję zakutana w bluzy, szale, kurtki i z beznadziejnie rozpierodolonymi przez wilgoć włosami).
Niestety - jeśli w ogóle mogę mówić o jakimś romantycznym pierwiastku uwielbienia mej rodzimej krainy - to w takie wiosny i lata jakoś on skutecznie zanika :-(.
Niech popada jeszcze kilka tygodni, a roztopię się, zmielę się i beznadziejnie oszpetnę ze zgryzoty wywołanej zbyt niskimi temepraturami oraz zbyt małym stopniem nasłonecznienia. Ale, ale... w cholerę z tą pogodą. O tym było we wpisach poprzednich. Tym razem ma być o książce - jako też zapowiadanej pozycji do rozważań.
Skończyłam parę dni temu ostatnią (z napisanych za życia) książek Vladimira Volkoffa, czyli "Oprawcę". Rzecz o ostatnich chwilach "panowania militarnego" Francji w Algierii. Oto podglądamy moment, kiedy francuska polityka robi "hyc" i nagle zaczyna pertraktować z siłami, z którymi do tej pory walczyła i które bojkotowała. Oczywiście nie może do tego dojść ot tak, jawnie i w świetle reflektorów. Raczej taktycznie i nieoficjalnie. Jak się wycofać to w aurze wygranego. To taki rodzaj postawy - przegrany triumfator. W sumie nic obecnie nowego, ale pamiętajmy - to było cale lata temu, jeszcze w erze przedinternetowej, przedkomórkowej, przedglobalnej, przedunijnej itp itd. Ale tło historyczne oraz udział militarny Francji w Algierii to jedno. W zasadzie nie to jest kluczem. Bo gwoździem programu w "Oprawcy" jest główny bohater i figura jaką kreśli w realiach geopolitycznych i politycznych swoją postawą. To młody oficer z poboru, ochotnik - ideowiec, zagmatwany w sztywny gorset moralnych wyznaczników (które sam w odpowiedni sposób kompiluje dla siebie). Robert - bo tak się nazywa - idze na wojnę bo wierzy w idee, wierzy w metafizykę, ba w sacrum przejawiające się w profesji wojownika i tego kto niesie kaganek (jego zdaniem) lepszej cywilizacji. Co więcej, Robert wchodząc w te obce dla siebie struktury - zmienia je - i to odnosząc pozytywne efekty. Ale... Właśnie, tu wkracza VV -w dobrze znanym stylu - z dystansem i lekką ironią przedstawiając zagmatwanie i upadek głownego bohatera. Czy dlatego, że idee i wiara Roberta okażą się złudne i papierowe? Nie. Nawet jeśli Robert wkurza swym skrajnie binarnym widzeniem rzeczywistości, to i tak ma do tego prawo. Gdzie indziej jest pies pogrzebany. Z całej historii płynie jedna przestroga: wchodzenie w strukturę, w system, w alianse z "ciałem" i "machiną", która jest organicznie obca wewnętrznym przekonaniom danej jednostki, skazuje ją na porażkę i miazgę. Zwłaszcza kiedy idee mają za przeciwnika mechanikę pragmatycznych strategii "politycznych". Co ciekawe, wyplucie jednostki następuje przy powszechnym aplauzie, a wręcz z przedstawieniem jej, jako naczelnego wroga tolerancyjnego i demokratycznego świata :-). Cóż, to ciekawe przesłanie, a raczej przestroga dla niektórych mistrzów przesłania duchowego, którzy w imię pozyskania akceptacji dla dobra sprawy ładują się w układy, które pożerają ich bez jednego czknięcia. A potem, a potem jest płacz i zgrzytanie zębami, no zostaje jeszcze pisanie pamiętników, blogów albo wydawanie niszowych czasopism :-)