czwartek, 29 listopada 2007

...no Martini? no party!


Borko czy picie alkoholu to tryb odreagowania czy upadlania? Pytanie retoryczne. Bywają wszak różne konteksty i konsekwencje spożywania trunków wyskokowych.
Jednak, są takie dni, podczas których może okazać się, że zakupy i Martini to najlepsi przyjaciele kobiety;)
Zakupy pozostawmy na boku, bo nie ma o czym pisać. No, może o tym, że ostatecznie i bezwarunkowo porzuciłam (nie tylko ja;) markę H&M - przez lata ostatnie trochę faworyzowaną i traktowaną z sentymentem. Nie ma co - spotykać na każdym rogu "kawałek swojej garderoby" to dość frapujące. Eh, oczywiście potraktujcie to jako żart i wolny wybór konsumencki:).
Wracając do Martini. Jak się okazało - wyjątkowo atrakcyjne jest zastąpienie w drinku tradycyjnych kostek lodu zamrożonymi wiśniami. I tak do dużej szklaneczki lejemy na zamrożone wiśnie Martini, dodajemy plastry cytryny i pomarańcza (można wycisnąć też sok z cytryny) i heja. My nie rozcieńczamy Martini mineralną - uprzedzam, szkoda smaku. Jest to na tyle rewelacyjne połączenie, że 1,5 litra można zrobić wieczorową porą w środku tygodnia w sposób szybki i sprawny. A ileż radości przy tym.
Tiaaa, etap wódki już mnie nie bawi, bo "wódka już nigdy nie będzie tak pożywna"...jak kiedyś w winnych czasach, w innych kontekstach:) Piwo - pasuje na mecz i do knajpy oraz nad Odrę. Wino - jest zawsze świetne, ale czasem trzeba przełamać zwyczaje, żeby nie popaść w rutynę. Pozostaje jeszcze Jack Daniels - bardzo dobra napitka, ale nie każdy lubi i nie z każdym chce to pić;). Ginu "Szafir Bombaju" pić też raczej nie zamierzam więcej - bo to co miałam wypić w tym wcieleniu, to już chyba zaliczyłam. Nooo, na koniec warto jeszcze wspomnieć o Absyncie - he he he. Ale umówmy się, to nie jest "wódeczka", którą należy wlewać w siebie bezkarnie i obcesowo - choć mnie tam zawsze się z nią kojarzą fajne przygody. Hm, fakt - czasem z "odłączeniem prądu", ale mimo wszystko bardziej fajne niż bardziej złe.
Miałam kiedyś znajomego co nosił koszulkę "Only vodka and sex matter", hm - dość to przereklamowany slogan, myślę że hasło "Only Absynt and Cabernet Sauvignon matter" - brzmi zdecydowanie lepiej;) i mniej prostacko-krzykliwie;)
Dla przyzwoitości i po prawdzie dodam jedno: popijanie w tygodniu ma swoje konsekwencje, spóźniamy się na odcinek roboczy, kręcimy się jak mgle budyniowej, kreatywność nieco mniejsza. Ale za to jak humor dopisuje:).

wtorek, 27 listopada 2007

Pozycja "krewetki"


Borko sen to bardzo fajna sprawa :) Nie tylko dlatego, że konserwuje nas i wzmacnia. Przede wszystkim daje ukojenie i pozwala poukładać sobie w głowie to i owo. Ale najważniejsze.... to ta rozkosz odpoczywania po pracy :)
A że dzisiaj (tak jak i ostatnio) napracowałyśmy się ostro - szczególnie ostro bo przy sesji zdjęciowej, w której nasza Boska Iza pokazała wszystko to co ma najlepsze: uśmiech, piękne włosy i fantastycznie uroczy wygląd w czerwonej sukience, to tym bardziej sen będzie usprawiedliwiony. Więc nie spodziewajcie się po mnie szczytów zwierzeń i elokwencji ha ha.
Tak więc "pozycja krewetki" czyli zawinięcia się wokół własnej osi pod własną wełnianą kołdrą, we własnym wygodnym łóżeczku - dzisiaj rządzi:)
A fota Dziwnej Emilki dlatego bo torebka z moją ulubienicą to taki szczęśliwy fetysz, który dzisiaj też był ze mną oczywiście. Oprócz tego, Emilka też chce spać na tym obrazku;)
Good night, sweet dreams and more kisses ha ha.

niedziela, 25 listopada 2007

Mixując poranek niedzielny


Borko, baronowo telefonów wykonanych w samą porę, bardzo cieszę się z naszego wieczoru w Camaron. Tym bardziej, że oparłam się smażonemu bekonowi z hiszpańskimi pomidorami, bo jak wiadomo po 18 jadają tylko zakochani albo nierozważni i zdołowani :).
Flamenco ma siłę wyciągania namiętności na wierzch i czasem należy sobie "pogadać" - zwłaszcza kiedy pogadanki kończą się konstruktywnymi wnioskami :)
Tak czy siak, wieczór należał do tych celujących i nawet nie bruka mojej pamięci wspomnienie tych watach przetaczających się po Rynku i knajpach w jakiejś nowej modzie poszukiwania "szybkich namiętności". Ba, zresztą nad wyraz jestem chyba "szlachetna" używając w tym określeniu słowa "namiętność" ha ha ha.
Oke - ten weekend w naszym małym smętnym i ponurym jak azjatycki horror Wro był dość owocny w wydarzenia. A to finalizował się Festiwal Blogów, na którym lansował się Łuks z 5W, a to Redaktor postanowił zostać TWÓRCĄ i założył bloga o horrorach (link macie na mojej stronie), a to Dziewczyny spinały finał akcji Kampania Przeciwko Przemocy (też już pisałam o tym), a to Mała Blogerka przyniosła do "domu" pierwszy w swoim życiu dyplom "małego wykształciuszka" ;))))), a to rankiem doznałam "oświecenia" czytając zaległego listopadowego Pressa i wczorajsze Wysokie Obcasy.
Pressa - bo rewelacyjny kawałek jest o Wróblewskim (ex naczelny Newsweeka) oraz o Kamińskim (od kampanii wyborczych PiS) - normalnie super robota, fajnie się czyta i do tego można mieć sporo refleksji własnych - co nader jest rzadkim przypadkiem jeśli chodzi o polskie media ha ha. Natomiast Wysokie Obcasy po raz kolejny pokazują, że "potrafią" robić lepsze wywiady z mężczyznami niż z kobietami - zaskakujące cudownie he he. Tym razem jest to zaje-fajna rozmowa z Bartoszem Żurawieckim (dziennikarz) pt. Wolę własne łóżko. No, szacuneczek za takie materiały - subtelne, a jednocześnie pozbawione fałszu zasłonek kontrolowanej interakcji. Naprawdę zaskoczyli mnie w sposób pozytywny.
Na koniec komunikacyjnego poranku - dostałam sms od redaktor Sylvuni, że właśnie "Jebany Paryż zgubił jej bagaże". Mogą ręce opaść. Wro i tak EXPO ma przerżnięte, a relacjonować to z świadomością utraty własnej walizeczki to podłe, naprawdę podłe uczucie.
Mimo wszystko spoglądajmy z lekką ironiczną ufnością w przyszłość :)
Wybierając "ilu" do dzisiejszego wpisu, przeglądnęłam zasoby komórkowe i znalazłam fotę z tego roku, którą zrobiłam z nasypu nieopodal ulicy Krynickiej we Wro. Panorama jest przepiękna. Widać pustą przestrzeń podwrocławskich dzielnic i fragmenty Brochowa. Patrząc na zdjęcie robi mi się przyjemnie miło, emocjonalnie. Ale jest też druga strona medalu: czas przefiltrował negatywne aspekty tej sytuacji. I dobrze, należy kolekcjonować pozytywy, a nie tylko negatywy. Ale nie dajmy się uwieść przeszłości widząc w niej same najlepsze rzeczy. Wbrew pozorom - wszystko przed nami, kochani ;)

sobota, 24 listopada 2007

...jakoś już we mnie tego nie ma, chyba...


Borko jak wiesz utrzymywanie poziomu zadowolenia jest w naszych czasach bardzo trudnym zajęciem. Może nawet skazanym na beznadzieję i ciągłą porażkę. Prawdopodobnie jest to stan, który dotyka jednych w większym stopniu, innych w mniejszym.
Czy ciągłość niepoukładania życiowego jest czarną dziurą rozpaczy, czy może rodzajem łaski aby życie przeżyć z nerwem dynamicznym, z tym rodzajem namiętności, których inni się boją, albo zamykają w ciemnych szafach po to by tylko w sekrecie się nimi cieszyć - od czasu do czasu.
Nie wiem. W zasadzie, wbrew wyszczekaniu, rzadko kiedy mam przeświadczenie posiadania racji w stu procentach. Co zaskakujące, nawet w takich tematach jak polityka ;)
Wczoraj, rozpuszczając się w mgiełce piątkowego szaleństwa z Małą Blogerką dotarło do mnie, że oto kolejny koniec roku przede mną/nami. Jak zwykle nieplanowany, nie mogący nadejść, zupełnie nie-chciany. Taki koniec roku, który zupełnie zapowiada inne rzeczy dla każdego z nas. A ja chcę stąd wyjechać. Daleko. Dopadła mnie chyba dzisiaj choroba zasiedzenia. A entuzjazm i radość? ...jakoś już we mnie tego nie ma, chyba.

piątek, 23 listopada 2007

San Remo 81, czyli ironistki


Borko, czasem należy być ironistką. Różne są celowe założenia tej ironii. Robimy to po to aby ubiec i zabezpieczyć się przed czyimiś projekcjami. Robimy to bo się boimy rzeczywistości, odpowiedzialności, a może też samotności. Ale robimy też to po to, aby nie traktować siebie z śmiertelną powagą. A może dlatego, że po prostu możemy to robić. Ironizować ot tak, po prostu :)

czwartek, 22 listopada 2007

Bonjour Pat Blaum!


Borko, pono jest tak, że świat dzieciństwa dla niektórych się nie kończy i mutuje się w ich dorosłym życiu tworząc emocjonalne stwory. Cholera może tak jest :) Wszak zespół nerwic ciągle rozszerza się o kolejne jednostki chorobowe.
To "zdziecięcenie" przejawia się na wiele różnych sposobów. Sama się łapię na tym i myślę sobie: cholera nie jest dobrze. Najgorzej, że to człowiek już powoli stary, zdziwaczały się robi, zatwardziały w swoich nawykach, uporze i dewiacyjnych upodobaniach.
W ramach totalnego awangardowego zdziecięcenia, na przekór do lansowania się na naszej klasie zostałam użytkownikiem Second Sexe i na miłej bardzo milutkiej stronie wita mnie teraz napis Bonjour Pat Blaum! O sweet fucker - jak to miło by było słyszeć takie powitanie co rano;)
Inna sprawa, godna poinformowania. Ruszyła strona Wrocławskiej Kampanii Przeciwdziałania Przemocy Wobec Kobiet. Strona z bardzo udaną i nienachalną ikonografią. A, że rok temu z okazji 16 dni przeciwdziałania przemocy zdarzyło mi się "pobłaznować" na konferencji to z ogromną przyjemnością zobaczyłam to dziełko. Warto zaglądnąć, jest tam sporo info z zakresu prawa oraz porady on-line.
Co do przemocy. Trochę to u mnie bardziej złożony temat. Bo ja przemoc lubię, ale w sztuce. Gorzej, jeśli ktoś uzna, że to co lubię w sztuce to musi się przekładać też na życie. Tak jak ostatni dylemat: czy odbiorcy horrorów są potencjalnymi świrami? Dyskutowaliśmy o tym sporo z Redaktorem, bo jako przeciętni połykacze przynajmniej trzech horrorów tygodniowo, uważamy się za ludzi normalnych i spokojnych. Ale może jest inaczej:) A poważnie, wracając do przemocy. Ta jest wszędzie. W życiu codziennym. W interesach. W języku. Sama nie jestem aniołkiem pod tym względem:). Jednak może czasem lekko powściągnąć się?
Choć jak to mawia Monique: więcej pejcza, mniej łańcucha.
Zdecydowanie:)

poniedziałek, 19 listopada 2007

Toporem w reklamy


Borko, czasy są takie, że czasem czas przepływa nam czasowo przez palce, a czasem zaskakuje nas swoim czasowym dynamizmem:)
Ja mam zawsze takie poczucie w związku z weekendami. Nie ma nic fajniejszego od popołudnia piątkowego i sobotnich poranków. Gdyby życie składało się tylko z tych dwóch pór doby - rozpłynęłabym się ze szczęścia. Ale się nie składa. I z jakiegoś powodu numer New Order "Blue Monday" zrobił taką zawrotną karierę. Od New Order zdecydowanie wolę bardziej ich poprzednika depresyjnego czyli Joy Division, ale to już zupełnie inna historia i nie związana z poniedziałkiem.
W zasadzie weekend miał być podporządkowany reklamie, bo i właśnie z Subtelną EM oraz z Rudą EM wybrałyśmy się na noc reklamożerców. Cóż, za podsumowanie powinno wystarczyć to: trzeba było oddać bilety i spadać :)
Niestety, w dobie aktywnego korzystania z portali marketingowych i blogów - nie ma sensu chadzać na takie imprezy. Trochę mija się to z celem, a i wsadu kreatywnego żadnego nie dostałam. Jasne, fajnie było zobaczyć na wielkim ekranie reklamę BMW z Madonną oraz cykl dla CC z Nicole Kidmann (kocham blondynkę;) - zwłaszcza od czasu Dogville;), ale zastanawiam się czy 25 zeta (po zniżce) to nie nazbyt wygórowana cena za tą przyjemność. Nieustannie brakuje mi dobrych reklam piwa skierowanych do kobiet. Jeśli kiedyś z Monique złapiemy taki budżet - to zobaczycie owoc naszej pracy ha ha.
Kończąc temat reklam - ja wiem, że to nienormalne, płacić za oglądanie reklam he he, ale czasem warto - zwłaszcza w kontekście tego, że nie warto już wybierać się na takie imprezy następnym razem;)

środa, 14 listopada 2007

Niskie ciśnienie


Borko, królowo serwowanych kolacji:) - otóż pozory mylą, a nasze wyobrażenia są rodzajem narkotyku ułatwiającego przetrwanie i przystosowanie się. Gdyby przestać "karmić się" życiowymi mrzonko-projekcjami nagle zostalibyśmy obdarci z kolejnych warstw chitynowego pancerzyka, co byłoby skutkiem fatalnym. Bo jak wiadomo, nagość wygląda dobrze tylko dzięki filtrom, oświetleniu i zaletom PhotoShopa. Reszta to tylko pobożne życzenia i kwestia PR. A gdzie jest prawda? Nie wiem. Myślę, że zawsze jest duga;)

wtorek, 13 listopada 2007

Na razie tylko kropla, a nie całe morze:)


Borko, a jutro moja droga to dostaniemy z Monique zajoba w stanie czystym. Jednak, jeśli wszystko pójdzie tak jak trzeba, będziemy mogły sobie napisać w opisie na gadu gadu Jak Rusin i Wende, wiele by tłumaczyć co to znaczy, ale ci co mają zrozumieć, na pewno zakumają o co chodzi i dobrze....
Życie nie składa się ani z samych sukcesów, ani z samych porażek. Podobnie jest w naszym przypadku. Choć jedno i drugie zalewamy zazwyczaj czerwonym winem :) - więc tyle w tym wszystkim podobieństwa.
A oprócz tego zawsze należy pamiętać aby w morzu rozpaczy potrafić dostrzec kroplę radości, cokolwiek to znaczy.

poniedziałek, 12 listopada 2007

Mała Strzyga mieszkała w Zębowicach Dolnych...


Borko uwielbia liczne potomstwo swoich braci i siostry:) Ja w swoim stadzie mam tylko jedną sztukę, na którą wołamy Fasola. Z racji tego, że zawsze należy robić coś dobrego dla dzieciaków - nawet nie swoich, piszę bajkę dla mojej bratanicy.
Niestety (albo stety) najbardziej w życiu to mi wychodzą horrory czy inaczej zwąc opowiadania z dreszczykiem.
Opowieść dla Oli-Fasoli będzie więc horrorem dla dzieci o małej Strzydze, która mieszka w opuszczonej wiosce Zębowicach Dolnych. Strzyga marzy o tym, żeby być dokładnie taką jak inne dzieci, ale tych ostatnich we wsi ani w pobliskiej okolicy nie ma. Jedynymi towarzyszami Strzygi są: jej brat co mieszka w wyschniętej studni (wilczy strzygoń), pajęcza wiedźma (utkana ze starych pajęczyn), Pajęczucha-Wiedźmucha - zazwyczaj ukrywająca się pod starym drewnianym łóżkiem w spalonej chałupie, Chruściaki - śmieszno złośliwe stwory, które wylęgły się pod korzeniami wyschniętego bukowego lasu oraz nietoperz Ślepak - utrzymujący, że jest wcieleniem albo przynajmniej krewnym transylwańskiego Drakuli.
Mała Strzyga całymi nocami wyobraża sobie jak fantastyczne jest życie zwykłych dzieciaków. Nie mając zaś porównania - uważa, że są one piękne, dobre z natury i wszystkie marzą o tym, żeby bawić się z Małą Strzygą.
Leniwe życie Zębowic Dolnych zostanie przerwane przez dwa wydarzenia. Po pierwsze we wsi pojawią się ludzie, którzy zdecydują się kupić mały opuszczony domek w pobliżu starej kapliczki i cmentarzyka. Po drugie - z na razie bliżej nieokreślonych powodów - przebudzi się z letargu i wypełznie z lochu, w którym znika strumień płynący przez wioskę - zmora Dusiołek, tak straszna i silna, że nawet nie bojąca się słońca:)
No dobrze, na razie tyle. Muszę zastanowić się nad rozwojem akcji i tekstami piosenek dla Małej Strzygi:)

ps. a na zdjęciu adresatka opowieści - fota z początku maja, więc Olsik odpowiednio mniejszy:)

niedziela, 11 listopada 2007

In Praise of Bacchus:)


Borko tak jakoś się zawsze składa, że lubię sobie porównywać niekiedy co ja takiego robiłam równo rok temu o tej samej porze. Refleksje bywają zadziwiające, ale pozwól, że tym razem zachowam je dla siebie. Teraz chcę mówić zupełnie o czymś innym. Z biegiem lat zawsze coś się zmienia, czasem tak zupełnie niezauważalnie. Ludzie odchodzą, okazuje się, że nie ma osób nie-zastąpionych (aczkolwiek są nie-odżałowane:), niektóre książki przechodzą na dalsze pozycje, inne natomiast okazują się być nagle bardzo ważne, muzyka powszednieje albo zaczyna drażnić swoją młodzieńczą beztroską...Bywa.
Jednak od czasu do czasu zostaje jakaś "myszka", która nadal działa i nadal przynosi przyjemność i nadal pasuje do naszego ogólnego samopoczucia. I dzisiaj będzie o takiej "myszce".
Moja "myszka" nazywa się Type O Negative i wbrew upływającym dniom i godzinom, he he nawet dekadom już powoli, nadal ciepło siada mi na kolanach i chce być głaskana.
Tak się uroczo stało, że nieznośny brat w końcu podarował mi całą ich dyskografię wraz z filmami, zdjęciami, coverami koszulek i innymi pop kulturowymi duperelami. Więc weekend spędziłam z Peterem Steele'm i dobrze mi było jak cholera.
Bo w ogóle to TON to kojarzy mi się zawsze dobrze i z fajnymi ludźmi, wydarzeniami. W zasadzie mogłabym powiedzieć: najfajniejszymi. Ba, wystarczy nawet wspomnieć wieczór z początku października w mojej kuchni z Małą Blogerką:). Ale nie tylko.
Type ON to był zawsze taki zespół dla niegrzecznych dziewczynek. Przerasowany, przerysowany, bezczelny, estetyczny, wulgarny, postmodernistycznie gotycki i ciekawy. W zasadzie trudno powiedzieć czy był/jest to zespół wybitny. Co tam, Bacha i Mozarta uwielbiam za wybitność, albo takiego Zorna, a TON mogę uwielbiać za estetykę :). No i przede wszystkim za Black No. 1 - eh:).

Ma buty ze skóry małego wilka
i goździkowe papierosy
Na erotyczny pogrzeb
przebrała się za wiedźmę
Jej perfumy pachną jak
palone liście
Każdy dzień to dla niej Halloween

Kochać cię, było jak kochać martwego


ha ha, czyż to nie zabawne na tyle, aby polubić kogoś kto to napisał?

wtorek, 6 listopada 2007

Wszystkie ulubione bohaterki w jednym ujęciu


Borko nigdy nie zapytałam się, kto jest Twoją ulubioną bohaterką. A może jest ich więcej, bo czasem jedna figura nie wystarcza do tego aby nakreślić zarys pełni.
Można powiedzieć, że to dokładnie tak samo jak z miłością. Rzadko się zdarza aby w kimś/czymś znaleźć pełnię wartości, której poszukujemy. Czasem się to zdarza - fakt, ale mi się nie przytrafiło, więc mogę tylko mówić o "puzzlach". Tak więc miałam to szczęście/nieszczęście znaleźć to wszystko tylko porozrzucane w kawałkach. Zupełnie jak w micie o Ozyrysie. Niestety jakoś wszystkie rozczłonkowane kawałki "ciała" nie chciały połączyć się w jeden boski organizm :) Tak chyba jakoś pechowo wyszło, że jak znalazłam ten drugi kawałek to ten pierwszy zaczynał już gnić. A oprócz tego jakby było mało, wszystkie te cholerne kawałki nie chciały za nic być jednym współgrającym "ciałem" tylko upierały się przy swojej indywidualności:)
To taki żart. Cóż, jeśli czegoś nie można mieć, to lepiej z tego zrezygnować. Ileż rozczarowań mniej na świecie, gdyby czasem (od czasu do czasu) trzymać się tej zasady.
Wracajmy do bohaterek, ulubionych bohaterek. Z tymi pójdzie łatwiej niż z miłością. Bo one sobie żyją "równomiernie, samodzielnie, swobodnie".
Najbardziej ulubioną bohaterką wszech-moich-historii jest baronowa Blixen.
Na Karen Blixen długo patrzyłam sie poprzez pryzmat filmu "Pożegnanie z Afryką". Dopiero później przeczytałam jej książki. Ale lepiej później, niż później ha ha.
Tak więc Blixen to prawdziwy TOP. W zasadzie mogłabym sobie powiedzieć: normalnie nic bym nie zmieniła. Jest doskonała!
Każdego wieczora kładę się do łóżka i cytuję sobie: Miałam w Afryce farmę u stóp gór Ngong.
Czasem to tak mi się wydaje, że ja też już po etapie "spalenia farmy, porzucenia męża i śmiertelnej stracie właściwego kochanka". Cóż, taki lajf, a przenośnia jest dobra na wszystko. To teraz czas na podróż "na północ" i pisanie książek. Można i tak, czemu nie?
Oprócz wywołującej wszystkie te nostalgiczne wspomnienia Karen, przychodzi kolej na Leni Riefenstahl. Zostawiając wszelkie kontrowersje na boku, przyglądam się zawsze bacznie jak można mieć coś, co jest ważniejsze niż jakiekolwiek błędy i wtopy, które popełniliśmy/popełnimy - talent :).
Następna? Misia Godebska-Sert! Dlaczego? Bo Misia! Proste, choć nie dla każdego jasne. Ale zazdroszczę Misi, bardzo zazdroszczę.
I jeszcze: Sylwia Plath. Za zrozumienie depresji w stanie czystym.
Nie chce mi się teraz pisać o wszystkich ulubionych bohaterkach żyjących w świecie literatury, filmy czy szeroko pojętej pop kultury. Lista musiałaby być o wiele dłuższa. Tłumaczenia bardziej obszerne, a pewnie i wszystko razem nudniejsze. Choć na pewno temat fajny. Napisać książkę o wszystkich swoich pop kulturowych idolkach, chronologicznie i z umiejętnym wskazaniem na ich ewolucję wraz z trwaniem życia autorki ha ha.
Zostańmy przy tych realnych. Myślę, że wirtualności, nierealności, surrealności i innych mamy zbyt dużo w życiu na co dzień.

poniedziałek, 5 listopada 2007

"Puszczając się" czy "Piłam z..."


Borko jest fanką różnych najdziwniejszych seriali. Zawsze zaskakuje mnie swoją wytrwałością w tej "materii". Dla przykładu, zdarzyło jej się oglądać po 12 godzin swoje ulubione serie longiem bez wychodzenia z łóżka:) Ale było to też za czasów, kiedy Borko jeszcze paliła tytoń, więc nie wiem czy teraz w nowych okolicznościach wytrwa w swojej postawie.
Ja nie mam takiej "ręki ani oka do seriali". Dla produkcji polskich nie mam natomiast cierpliwości. Jednak było/jest kilka takich, które lubię, albo czekam wręcz.
Tak jest choćby z filmem "Gotowe na wszystko" ha ha. Myślę sobie z rosnącym zaskoczeniem, jak bardzo ten film dobrze i celnie opowiada o świecie, o kobietach. Choć co trzeba zaznaczyć - dobrze nie oznacza wcale pochlebnie.
W ogóle chyba tak naprawdę z "pochlebnym ujęciem danego wizerunku" to mamy zazwyczaj do czynienia tylko w sytuacjach teoretycznych, no może jeszcze "na papierze" bo wszak papier zniesie wszystko, albo prawie wszystko:)
Serialowość wchodzi ludziom często w nawyk. To tak jak z modnymi felietonami - kiedy czeka się na kolejny kawałek wyskrobany przez ulubionego "pismaka". Jak ostatnio dowiedziałam się z "Wysokich obcasów" te seriale felietonowe (szczególnie dla kobiet) sięgają bo kontrowersyjne tematy. I tak jednym z bardziej czytanych felietonów na tzw. "Zachodzie" jest rubryka "Puszczając się" ha ha ha. Jestem ciekawa takiego odpowiednika w polskiej prasie kobiecej. Choć może inaczej. Nie jestem ciekawa. Zważywszy na to, że u nas najbardziej atrakcyjne dla masowego odbiorcy jest to co przypomina "coś co jest podobne do czegoś z czym mamy do czynienia na rynkach zachodnich" to efekt może być żenujący. Tak jak w przypadku wszystkich naszych gwiazdek i innych produktów, które powstają w odpowiedzi na to "Coś" z wielkiego świata. Nawet gdybym bardzo chciała mojego blożka przerobić na felietony plotkarskie, to niestety rozczaruję Was - nie miałabym co pisać ciekawego w takim kontekście jak "puszczając się", ale już o rubryce "piłam z..." mogłabym pomyśleć (przy czym to picie to ja moi drodzy nie traktuję w sensie negatywnego upadku buraczanego - tylko bardziej w kontekście "biesiadnym". Dobra, tłumaczę się trochę;).