niedziela, 30 listopada 2008

Odnaleziona Borko:-)

Borko księżniczka pobalowa, zamiast siedzieć ze mną dzisiaj na winku w Rynku, ciąga mnie do siebie na na kac-zwierzenia:-) Eh maleńka moja - jak przewidywalne są weekendy okazyjne.
Ale w sumie to nie ma co narzekać - tak niewidziana dawno koleżanko.
Na przedspotkaniowy niedzielny dzionek to powiem jako motto: gdyby głupota miała skrzydła to nie wzniosła się by jak orzeł do nieba, nieeee ... ona winna jak rakieta szybować w kierunku dalekich planet, he he he. ;-)

piątek, 28 listopada 2008

Oślikowa łączka


Borko - a Twe zniknięcie księżniczko należy do totalnych skandali na miarę międzynarodową :-). Ale o tym sobie pogadamy w cztery oczy, a nie tak na forum publicznym. Zresztą - trudno dziś wybrać mi temat na dzień dobry. O zamachach w Bombaju nie będę pisać - wszak byłoby to dość niesmaczne, aby o ludzkich tragediach pisać na blogu, gdzie zazwyczaj o mniej lub bardziej większych bzdurach się pisze (oprócz może choroby Mamy Tobs - ale to też moja rzecz osobista i nie namawiam do wspólnego udziału w jej przeżywaniu, a może nawet i odwrotnie, nie zniosłabym zbiorowej traumy z tym wydarzeniem związanej. Ot, wypiszę się raz na jakiś czas i zostawmy to w sferze niedomówień). Ok, end z zapleczem teoretycznym.
Ostatnio sobie tak jadąc spóźniona do fryzjerki myślałam o prymitywizmie ogólności. Zanim przejdę do sedna, zatrzymajmy się na chwilę nad fryzjerem. Otóż, żyjemy w czasach, gdzie znalezienie setki stażystów do firmy jest dość proste w porównaniu do przygruchania sobie dobrego fryzjera. To ważne as fuck - bo jeśli przypomnę sobie te wszystkie poranione estetycznie panie i panów - co chcieli uczynić z mej głowy coś fajnego (kuwa...), to naprawdę ostatni wybór, którego trzymam się wiernie od roku (cholera, prawie już recydywa:) należy do tych o które trzeba dbać. Więc wierzcie mi, że wpadłam do zakładziku na Więziennej z opóźnieniem i z olbrzymimi wyrzutami sumienia, że nie dbam o komfort pracy mojej fryzjerki:-) Ta, oczywista ofukała mnie lekko, ale potem było już dobrze, bo nie musimy się przecież zaraz kochać, żeby zrobiła moim włosom dobrze, nieprawdaż? No, a to trzeba przyznać panny z Więziennej robić potrafią bezbłędnie :-) Więc, wróćmy do ogólności - a to telepiąc się wczoraj z rana i walcząc z opóźnieniem myślałam sobie jak to w głupich powiedzonkach w stylu "kłamstwo ma zawsze krótkie nogi", "lepszy stary wróg niż nowy przyjaciel" lub he he "że najlepsze imprezy są te niezapowiedziane" - zawiera się brutalna istota naszej egzystencji. I gdyby tak potraktować czasem poważniej te stare głupie prawdy, to nasze życie byłoby cholera prostsze i fajniejsze :-) Ale tak czy siak nie jest źle - wszak nasz padół do suma śmiesznych historii poprzeplatanych łzawym melodramatem :-)
Co do ostatniej prawy o imprezach, to muszę z miłym zaskoczeniem przyznać, że mimo upływu lat lokal Intro (choć może nie za często;-) ciągle daje radę, a Jack Daniels smakuje nadal wybornie. Łoł, a jaka szampańska zabawa była. Jedyna moja uwaga - to tylko kwestia powiększenia płytoteki w Intro, bo nieposłuchanie Danziga z powodów zrycia CD to skandal nie-dopuszczalny, ale była, była lista hitów :-)
To tyle w kwestiach imprez, bo przez weekend mam zamiar prowadzić się jak dobrze garażowane Ferrari i oprócz winka z Sylv i Panem Ciemności - nie zamierzam spożywać nic więcej. Poza tym wstyd się przyznać, ale zaległy artykuł naukowy czeka i co tu dużo mówić, powinnam brać dupę i mózg w twarde tryby roboty.
A na zakończenie to szybko napiszę jeszcze, że wczoraj to mi się sen taki przyśnił, co jeszcze nad nim dumam, ale nie mam odwagi napisać. Ale była jazda z piekła rodem :-) Znak pewnie to taki, że za kolejne opowiadanie trzeba się brać.

niedziela, 23 listopada 2008

Może o tym co się podoba?


Borko tak mi się wydaje, że czasem przychodzi czas na odrobinę pozytywów w tym wielkim śmietniku źle dobranych stylów, niedopasowanych poglądów i koszmarnych przewinień werbalnych i rzeczowych. Jednak raz raz sobie zamarudzę: należy się moim włosom fryzjer - natychmiast :-)
...bo nie ma nic gorszego niż fatalny stan włosów i fryzury - lepiej wtedy nałożyć dresior i trepy i udawać pogrobowca Kurta Cobeina niż kurwa (jak się to na ulicach nader często zdarza) laszczyć się w ekstra fatałachach i makijażach - co powoduje tak koszmarną dysharmonię estetyczną, że tylko i wyłącznie fakt nie bycia bulimiczką powstrzymuje mnie od puszczenia pawia.
Wracając do pozytywów...
A to czasem się zdarza ha ha. Ot - np okazuje się, że okazjonalnie można nabyć w całkiem "modnym" masowym sklepie sukienkę pod sesję foto w stylu Black No1 za jedyne 14 zeta. Model świetny - amerykańskie wiązanie, czarne kamienie, długa wieczorowa, podwójna warstwa matowych szyfonów - jednym słowem eXtra.
W La Senza - niezły wybór po promo cenach piżamek - zakup: emo punkowy komplet - szaro-różowy - gwiazdy, graffiti oraz wstawki bokserskie. Redaktor Sylv powiedziała, że idę złą drogą :-) A ja myślę sobie, że pomieszanie gotyckiej estetyki z komixem oraz hamerykańską klasyką w stylu DKNY - he he - zawsze mi odpowiadało. Choć w sumie - jak wkładam na dupsko szaro-kraciasty garniturek bez marynarki, a tylko z kamizelką to wiadomo, że lubię panią V. W, co wcale nie odbiega od tego co napisałam wcześniej bo wszak punk to punk... za to na Allegro bądź jak niektórzy wolą Alle Droogo! wypatrzyłam portfelik z Dziwną Emilką - i całkiem tłusty to kąsek - bo scenka komixowa traktuje o zabawie z żywymi kocimi szkielecikami. Co jeszcze? O, płyta nowa Pana Smitha 4.30 Dream - zajefajna się okazała i naprawdę jest warta polecenia. Dalej, dalej myślmy... o, żel do kąpieli z serii Kitty - bardzo miło pachnie. Ah i zapomniałam... ostatnio bardzo mi się podoba produktywna fabryka przedmiotów kolorowych i zapachowych marki Christian Audigier. Wprawdzie buszując dzisiaj po sieci znalazłam jeden niepokojący opis, który miał zachęcać do udziału w aukcji, a brzmiał mniej więcej w te tony, że jak sprawisz sobie t-shirt Audigiera to będziesz prawie jak jedna polska niby gwiazda - to mnie jak na razie skutecznie oziębiło, ale przemyślę to wszystko, rzucę oczkiem jeszcze raz w okolicach prezentów świątecznych na ten cały majdan i zastanowię się.
A tak poza tym - to wino grzane jak zawsze smakuje rewelacyjnie o tej porze roku, abstynencja tytoniowa może dobrze robi na cerę, ale chyba nie na poczucie łaknienia - bo kuwa zjadłabym teraz pieczoną świnię w całości (ale jestem twarda i tego nie zrobię bo mam przed oczami kilka swoich rzeczy w garderobie, których chwilowo pod pozorem porażenia estetycznym prądem zakładać nie mogę).
I jeszcze: zima się lekko zaczęła, choć pewnie nie na całego. W piątek leząc moją nową ulubioną trasą kaskadową trafiłam wieczorem na lekką śnieżną zadymkę. Szłam sobie pod latarniami, widząc po każdej stronie oświetlony kawałek Wro, a środkiem unosiły się tumany zimnych i wielkich jak liście płatków śniegu. To są takie chwile, na które myślę sobie warto czekać.
Zanim następna taka fajna chwila nastąpi muszę się wziąć do roboty i napisać parę mądrych zdań, a to wbrew temu co sobie niektórzy wyobrażają, wcale nie jest takie proste.
Jeśli czytając dzisiejszy wpis załapaliście wkurwę na to, że piszę o rzeczach błahych i bardzo nisko materialnych to powiem tak: nikt na nic dzisiaj nie zasłużył:-)
Żegnam z dobrą radą na poniedziałek: ubierzcie się dobrze na pierwszy dzień tygodnia ha ha ha.

środa, 19 listopada 2008

Lepiej oddałby to komix


Borko najlepiej opisałabym swoje przygody (ostatnie) w formie komiksowej, a nie pisząc bloga. Jednak nie rysuję już od dawna i chyba rączka nie "ta" z czasem się zrobiła. Podobny los spotkał mój charakter pisma, który obecnie najlepiej byłoby nazwać ha ha: styl verdana;-)
A więc życie jesienne sobie jakoś płynie. Agenturalnie na razie staramy się walczyć z kryzysowym demonem, co niezauważalnym wałkiem jest, ale skutecznie powoduje w naszej pracy jakiś chaos i napięcia. Ale, ale chyba nie z takich tarapatów "się wychodziło" więc może jeszcze nie czas na pogrzeb ani na stypę. Raz lepiej, raz gorzej - takie to uroki bycia nie-"budżetówką", o której czasem to sobie człowiek marzy, ale jak tylko to widmo zyskuje namacalne kształty w postaci kontaktów z stało-etatowcami i ich przygód to od razu jakoś na sercu lżej się robi i cicha norka w Feniksiaku zyskuje na atrakcyjności niebywale. Co prawda jedno "kruczysko" wieszczące zazwyczaj powodzenie nam spierdoliło z gałęzi jabłonkowej, ale po cichu liczymy, że kartka dla samego prezydenta będzie jakimś ogarkiem zwiastującym nowy lepszy rok. Obaczymy, a jak nie - to zawsze można spakować manatki i pojechać gdzieś daleko hen, hen, ta gdzie to zawsze Włóczykije się udają jak im obmierznie stały świat. Eh. W sumie, wszak ten rynkowy chaos nie tylko nas dotyczy...
Tak czy siak - o szczególnie wybitnych plotkach pisać nie ma co. Praca się powoli toczy, ja muszę pokonać lenia aby napisać artykuł o manipulacji pakietem CS3, oraz dobijam sobie główkę wieczorami traktatami o Heinem i Miltonie. Następna lektura będzie bardziej lajtowa he he.
Tak czy inaczej, Heine to mi wszedł w głowę, choć miewałam do niego przez lata stosunek o różnym zabarwieniu emocjonalnym. Ato szaleńczo mnie się podobał, a to potem wcisnęłam go w zakurzoną szkatułkę pamięci o klasykach i pogrzebałam - co tu dużo mówić, a to w ogóle o drogim Heine nie myślałam. A ostatnio wrócił w wielkim stylu. Co tu dużo mówić, jakoś chyba do siebie pasujemy skoro tak pięknie objawiło mi się wczoraj w nocy ot dla przykładu to:
Życie jest chorobą, cały świat szpitalem, a śmierć - lekarzem.

Cudowne he he.
Albo:
Tam, gdzie książki palą, niebawem także ludzi palić będą.

Lub:
Powinno się wybaczać swoim wrogom, ale nie wcześniej, niż zostaną powieszeni.

ha ha - ten rodzaj humanitaryzmu zawsze mnie frapował;-)

No dobrze, to tyle Heinrich Heine co oprócz tych zgrabnych aforyzmów stworzył ulubioną przeze mnie nostalgiczną i pełną "ochów" i "achów" poezje liryczną.

A Milton? No Milton jest świetny - nawet w tłumaczeniu. Mnie odpowiada poezja buntu, a jeśli jeszcze jest okraszona zajefajnym słownictwem i metaforą, to po prostu powala jak setka dobrego absyntu;-)

Ogromne skrzydła rozpostarłszy swoje
Jak gołąb siadłeś na ujściu otchłani,
By ją uczynić brzemienną: co mroczne
We mnie, rozjaśnij, co niskie, wznieś w górę...


Odpadam przy tym, świetne.
A mnie to po ostatnich doświadczeniach chciałoby się poaforyzować tak:
...wybaczam tym co nie czytają, ale wówczas gdy ich oczy w misach już spoczywają

Oczywista, żart taki lekko okrutny, z tropami wiadomymi, ale co tam, jesień to kanibalka ludzkich uczuć, więc wybaczcie afkorsik :-)

piątek, 14 listopada 2008

Kocie Tao


Borko ja wprawdzie ostatnio uznałam, że ze zmęczenia bywam podobna do starego chomika niż do kota, ale he he he zrzućmy to na wahnięcie hormonalne i ogólnie złe samopoczucie wynikłe z śmiertelnej choroby zwanej życiem. Jednak wolę koty i osły - mimo wszystko. Koty za ich pozorne lenistwo i melancholijne usposobienie oraz za to, że choć nam towarzyszą wiernie to nie dają się zdominować i podporządkować oraz że się nie podlizują - a to wszak najważniejsze. Miłość bez "ale" - to żadna miłość:-) Bo ja nie lubię miłości bezwarunkowej. Właśnie poprzeczki, mety do osiągnięcia, punkty nie do przejścia, tajemnice i niezależność są najfajniejsze. Bo jak już się zintegruje wszystko ze sobą, każdy zakątek i zatoczka zostaną zdobyte i poznane to niebezpiecznie zaczyna się w taką miłość wkradać NUDA, a nuda jest gorsza od śmierci. Bo śmierć jest nieuchronna i sama nadchodzi, a nuda staje się z naszym udziałem. Tak to już jest. Ale o czym my tu w ogóle mówimy jak nawet tego kochania nie ma w realu za grosz. Oto stałam się chyba człowiekiem nad wyraz w końcu dojrzałym skoro potrafię przerachować życie nad szukanie miłości dla miłości:-) Zresztą, czy to akurat takie ważne? Zdarzyło mnie się bywać z kimś bez miłości i myślę sobie, że było nawet też fajnie jak wtedy gdy i miłość tak zwana była. Nieważne zatem.
Ważne jest to, że weekend nadchodzi, że pouczyć trzeba trochę innych rzeczy niepotrzebnych, zabrać się za pisanie rzeczy rozgrzebanych i ogólnie coś sobie wymyślić fajnego aby się nie nudzić. Ot, proste życie.

środa, 12 listopada 2008

Spalić to wszystko


Borko, a więc kolejny raz przeprowadziłam się i mam oczywiście po-przeprowadzkową depresję. Wczoraj, kiedy opadły mi już zupełnie ręce, pomyślałam, że najchętniej zrobiłabym jakiś event w stylu Hasior i zebrałabym te wszystkie swoje rzeczy i podpaliła, np. na wielkiej (no średniej;) barce puszczonej po Odrze. Ogień pochłonąłby książki, ciuchy, bibeloty, analogowe fotografie, dokumenty gromadzone, płyty, listy i co tam jeszcze. Ciężko jest żyć tak, kiedy ma się nieodłączną potrzebę gromadzenia rzeczy niepotrzebnych. Taszczę ze sobą widma światów, których już nie ma. Listy od Sylwii, która nie żyje - więc co komu po nich, co tam kiedyś nam w duszach grało, listy z czasów przed-internetowych, kiedy chcąc pogadać z subkulturowymi pobratymcami zapoznanymi na koncertach i festiwalach trzeba było zapełnić całą kartkę i czekać na odpowiedź z tydzień albo i więcej - żeby dowiedzieć się, że ot akurat tej płyty to ta osoba nie ma. Albo klucze od starych domów zupełnie nie-pasujące już do żadnego zamka, kartki z życzeniami w pierwsze wspólnie spędzone święta, bilety z Bardzo Ważnych Koncertów, muzeów i mapy ukochanych miast...
Wczoraj, wiele z tych rzeczy-światów wyrzuciłam. Nie chcę już na nie spoglądać ani grzać się w ich starczym cieple. Ale też już nie chcę niczego nowego. To tak w dialogu z Inwazji Barbarzyńców: nie brakuje ci życia tego, tęsknisz za tym co było - a to już umarło dawno. Wczoraj obiecałam sobie, że nie uczynię już więcej żadnej kolekcji wspomnień. Wcześniej czy później nadchodzi taki czas, że nowa kolekcja musi zastąpić starą, a mnie zawsze żal tego starego i przeszłego materiału. Więc lepiej nie zbierać.
Jakie to wszystko ulotne i pozorne. W zasadzie w tych stertach rzeczy nie ma nic wartościowego, a jednak ciągniemy je za sobą, choć każda wspólna "podróż" nadwyręża zdrowie naszych ukochanych przedmiotów. W pewnym sensie starzeją się one - jako i my starzejemy się pod wpływem czasu, przeżyć, nałogów i innych tego typu spraw. Wczoraj miałam sobie taką wizję, jak te stłoczone ze sobą tomy mogą toczyć między sobą dyskusję: jak za dawnych lat Sartre i Simone razem, a może już nie chcą ze sobą gadać? Eliade, na bakier materialistami, a baronowa Blixen wtłoczona z eleganckimi bezeceństwami "O" i natchnionym wulgaryzmem Sade. A duchowy i daleki Hegel z gorzko popapranym, ale również duchowym Pielewinem. A klasycy? Przyzwyczajeni do szacunku i ciepełka nobilitacji historycznej? Tak zupełnie arogancko potraktowani - w workach ciasnych - jak w wagonach do obozu koncentracyjnego. Może tylko podróżnicy i reportażyści znieśli ten dyskomfort w jakiś bardziej lajtowy sposób, zdobywając się na ciepłą wyrozumiałość - wszak życie (również książek) to nieustanna podróż. A gdzie jest cel? Kiedy można będzie wreszcie usiąść i jak Dziewanowski stwierdzić: Właśnie wróciłem?

wtorek, 4 listopada 2008

A więc było tak...


Borko na załączniku (fotosie) wspomniana kilka postów wcześniej kaplica cmentarna z Wilczyna. Zdjęć trochę wyszło, a z wielu nie jestem zadowolona bo aparat był lekko rozstrojony jak się okazało i zanim doszłam z nim do ładu to kilka fotosiaków straciło na wartości. No cóż, miejmy nadzieję, że będzie lepiej następnym razem i że to nie pierwsza, ale też nie ostatnia podróż do Wilczyna. By the way tamtej trasy, którą zrobiliśmy w dniu 1 listopada, to oprócz super leśnych drożyn jakie mijaliśmy jadąc naszą "tajną" trasą i wspaniałych widoków przyrody w rzeczy samej, spotkaliśmy też mnóstwo chałup (niektóre w ruinie totalnej), które od razu najchętniej byśmy zasiedlili i żyli długo i szczęśliwie z dala od sadyb ludzkich i tylko z dobrymi łączami do świata sieci, bez którego to chyba już żyć nie potrafimy, a który też co tu dużo mówić stanowi cześć naszej osobowości;-).
Mama Tobs martwi się przez cały czas (a 1 i 2 to już martwiła się na całego), że jak ona umrze to ja już zupełnie sama zostanę i nikt się o mnie troszczyć nie będzie. Ano, każdy z nas umrze i ja nie odstaję tu od szarej masy. A co do Mamy Tobs - nie wiem, nie wiem, ale nie chcę nawet myśleć (kłamię, bo myślę o tym), że mogłaby umrzeć. Ale liczę na to, że w pokrętnym moim życiu odwrotności - wszystko to o czym myślę i obrazuję - się nie spełnia. I tym razem chciałabym żeby to "zaklęcie" jeszcze choć w tym przypadku zadziałało. W ogóle to sobie tak myślę: ile i co możemy dać żeby komuś przydać życia? Prawda jest taka, że często szafujemy takimi powiedzonkami o tym jak to chętnie sobie byśmy ujęli, sami część przechorowali... kurwa, brednie, brednie, brednie, podobnie jak liczenie w tej kwestii na cuda. Szafujemy czymś co w tej mierze kompletnie do nas nie należy. Tak a i owszem możemy się pozbawić życia, ale nie możemy ani jego, ani resztek zdrowia, ani innych tego typu spraw rozdysponować. I to jest horror i groza. Nie mogę Matce Tobs wyjaśnić, że nie chce mi się myśleć o kwestii "uporządkowania" swego życia w perspektywie jej i naszych relacji. Moja matka pyta się mnie ostatnio, a pójdziesz do kina na film 33 sceny z życia? No jasne, że pójdę. Zbiorowe uczestnictwo w traumie nowotworowej jest nawet wskazane - wszak nie doświadczam tego tylko ja, ale też całe rzesze innych. Czy rak mojej matki jest też malowniczy? Nie wiem. "Widziałam" go tylko w opisach, statystykach, łacińskich formach i czasem w snach. Nie chcę tu napisać, że oto mój świat się kończy. To też brednie. Wszak nie bądźmy egoistami i nie ubierajmy się w emocje tych, których groza sytuacji tak naprawdę dotyczy. I tyle. Eh. teraz chciałabym myśleć o tym, że w 2009 roku wsiądziemy w auto i pojedziemy nad morze. I tylko tyle.
Zawsze sobie też przypominam film Allena (jeden z lepszych) Życie i cała reszta to jakby najlepsze podsumowanie naszych wszystkich zbiorowych, a jednocześnie wyalienowanych przeżyć. Człowiek jest sam, podejmuje decyzje samodzielnie, sam jest do końca ze sobą. Nie ma czegoś takiego jak stopienie się w jedną całość, plazmatyczne stworzenie jednej osobowości - nie ma. I trudno. Żadna z tego tragedia. Ludzie spotykają się w pewnych "zbiorach" - tworzą wspólne pole, na chwilę - dłuższą, bardzo długą, krótszą - tworzą jakąś jakość, wymieniają się memami, preparują geny, piszą w jakiś sposób wspólną historię...tyle, że ma ona pewien początek dobrze zakorzeniony w pamięci i pewien koniec. Ileż w życiu mojej matki przetoczyło się osób, ludzi, którzy poszli gdzieś daleko, albo po prostu odeszli z jej życia bo w nowym zbiorze nie było miejsca dla niej. Wielu. To samo może powiedzieć każdy z nas.
Wszystko to popaprane. Wczoraj w Srebrnej Skrzynce trafiłam na rozmowę z artystką rockową Kasią Kowalską - muzy nie lubię takiej, ale rozmowa była fajna i całkiem niegłupia. Ot, wcale nie ma odpowiedzi ani całkiem jasnych winnych dlaczego nasze życie toczy się tak, a nie inaczej. I nie ma tak, że jest zawsze całkiem źle i depresyjnie, albo świetnie i fantastic i super luz. Ale ciekawą uwagą był opis stanu, kiedy w życiu idzie tak, że nie możesz z niczego czerpać radości ahedonia - tak to pięknie brzmi. Chyba to też nie jest takie rzadkie uczucie, tylko czasem nie potrafimy go nazwać. A tu więc mamy hop, ładną definicję i ładne określenie.
A kończąc już zupełnie zabawnie, bo mam nadzieję, że jak dziś pojadę do Mamy Tobs to pogadam z nią o tym co nowego na "Pudlu", a nie o lekarzach i innych, to wczoraj też zobaczyłam reklamę, która mnie kompletnie rozwaliła ;-)
Otóż firma Soraya - producent kosmetyków - zrobiła sobie spota i kampanię opartą o tak modny i do zrzygania wyeksploatowany pomysł Gwiazda Lansuje. Tym razem damo zarobić Małgorzacie Foremniak co od lat kilku z mniejszym lub większym powodzeniem szarpie się o bycie topową i charyzmatyczną postacią (he he he he). A ekszyn idzie takie: oto Małga, ubrana i wylaszczona opowiada jak to popularność i splendor są fajne, można rozdawać autografy, stroić durne miny etc. itd. Ale, ale czasem nachodzi ją taki way, że trzeba gdzieś uciec. Więc widzimy Małgę na lotnisku Okęcie pod tablicą lotów i szus nagle blondynka przenosi się do Wenecji, gdzie jak mówi do widza: dobrze jest pojechać tam, gdzie jest się zupełnie anonimowym. Ale jak się okazuje w tejże Wenecji...na widok Małgi (stosującej oczywista kosmetyki Soraya) szaleją wszystkie chłopy: od gondoliera, przez kelnerów, rosyjskich milionerów, aż do tajemniczego sąsiada na wieczornym hotelowym balkonie - bo choć anonimowa to jej uroda poraża. Cały spot okraszono śpiewającej (innej naszej gwiazdy-gwiazdy) Edyty Górniak z numerem Jestem Kobietą.
Ha ha ha.
Ja jebię.
Żesz.
Gosh!
Jedno jest pewne. Nie mam pojęcia o co chodzi (choć pewnie o kasę), ale jak można wykazać się tak małymi zasobami choć szczątkowej inteligencji - dziś wręcz już obowiązkowego składnika menu.
Bo:
1. Idiotyzmem się jest przyznać, że Wenecji nikt nie zna takiej gwiazdy;-) Zwłaszcza aktorki. Przede wszystkim jest to dowód taki, że te nasze lansiarskie gwiazdy to tylko na naszym regionalnym podwórku coś znaczą, a jak tylko nos wysadzą za granicę to tracą swój blask i nazwisko.
2. Dojrzała kobieta, dla której szczytem marzeń jest cmokanie i wyrażanie zachwytu przez przypadkowo napotkanych facetów z różnych grup wiekowych? Eh, taki brak pewności siebie i samorealizacji w wieku dojrzałym. Już kuwa nawet chyba nie balzakowskim.
3. Klip - od strony pomysłu i idei jest gorszą kopią produkcji zachodnich z kórymi mamy do czynienia już od wielu lat, gdzie znane aktorki wcielają się w takie role-scenariuszowo-modelarskie. Ale to już było!!!! Jak rany, dlaczego u nas zawsze coś musi być podobne do tego co już się gdzieś kiedyś sprawdziło.
Eh... mimo podobieństw (do idei reklamy, nie do osoby!!!) jedno jest pewne. Taka Nicole Kidman nie mogłaby zaakceptować scenariusza tej reklamy - nikt by przecież nie uwierzył, że ona może śmigać wylaszczona po Wenecji i nie być rozpoznana. Tak, to tylko ten argument świadczy o wyjątkowości Małgorzaty Foremniak - ona może być nie-rozpoznawalna ;-)
Finito moi drodzy.

poniedziałek, 3 listopada 2008

Raz na dwa lata, trzeba "refresza" zrobić;-)


Borko, otóż raz na dwa lata trzeba sobie trochę zaktualizować to i owo. Tak więc, postanowiłam zmienić fotosy. Tym bardziej to odważny gest, ponieważ pierwszy raz w sieci nie serwuję fotek autorstwa Milo, a śpieszę że przeszłam do innej stajni czyli pod "photoshopową" rękę Monique. Cóż... powiedzieć: PODOBA MI SIĘ JAK SAM MOTHERFUCKER;-) Oke - a dziś zrzutę zrobię z fot cmentarnych i napisze jutro coś więcej bo dziś lecę na imieninową kawkę z redaktor Sylv.