wtorek, 4 listopada 2008

A więc było tak...


Borko na załączniku (fotosie) wspomniana kilka postów wcześniej kaplica cmentarna z Wilczyna. Zdjęć trochę wyszło, a z wielu nie jestem zadowolona bo aparat był lekko rozstrojony jak się okazało i zanim doszłam z nim do ładu to kilka fotosiaków straciło na wartości. No cóż, miejmy nadzieję, że będzie lepiej następnym razem i że to nie pierwsza, ale też nie ostatnia podróż do Wilczyna. By the way tamtej trasy, którą zrobiliśmy w dniu 1 listopada, to oprócz super leśnych drożyn jakie mijaliśmy jadąc naszą "tajną" trasą i wspaniałych widoków przyrody w rzeczy samej, spotkaliśmy też mnóstwo chałup (niektóre w ruinie totalnej), które od razu najchętniej byśmy zasiedlili i żyli długo i szczęśliwie z dala od sadyb ludzkich i tylko z dobrymi łączami do świata sieci, bez którego to chyba już żyć nie potrafimy, a który też co tu dużo mówić stanowi cześć naszej osobowości;-).
Mama Tobs martwi się przez cały czas (a 1 i 2 to już martwiła się na całego), że jak ona umrze to ja już zupełnie sama zostanę i nikt się o mnie troszczyć nie będzie. Ano, każdy z nas umrze i ja nie odstaję tu od szarej masy. A co do Mamy Tobs - nie wiem, nie wiem, ale nie chcę nawet myśleć (kłamię, bo myślę o tym), że mogłaby umrzeć. Ale liczę na to, że w pokrętnym moim życiu odwrotności - wszystko to o czym myślę i obrazuję - się nie spełnia. I tym razem chciałabym żeby to "zaklęcie" jeszcze choć w tym przypadku zadziałało. W ogóle to sobie tak myślę: ile i co możemy dać żeby komuś przydać życia? Prawda jest taka, że często szafujemy takimi powiedzonkami o tym jak to chętnie sobie byśmy ujęli, sami część przechorowali... kurwa, brednie, brednie, brednie, podobnie jak liczenie w tej kwestii na cuda. Szafujemy czymś co w tej mierze kompletnie do nas nie należy. Tak a i owszem możemy się pozbawić życia, ale nie możemy ani jego, ani resztek zdrowia, ani innych tego typu spraw rozdysponować. I to jest horror i groza. Nie mogę Matce Tobs wyjaśnić, że nie chce mi się myśleć o kwestii "uporządkowania" swego życia w perspektywie jej i naszych relacji. Moja matka pyta się mnie ostatnio, a pójdziesz do kina na film 33 sceny z życia? No jasne, że pójdę. Zbiorowe uczestnictwo w traumie nowotworowej jest nawet wskazane - wszak nie doświadczam tego tylko ja, ale też całe rzesze innych. Czy rak mojej matki jest też malowniczy? Nie wiem. "Widziałam" go tylko w opisach, statystykach, łacińskich formach i czasem w snach. Nie chcę tu napisać, że oto mój świat się kończy. To też brednie. Wszak nie bądźmy egoistami i nie ubierajmy się w emocje tych, których groza sytuacji tak naprawdę dotyczy. I tyle. Eh. teraz chciałabym myśleć o tym, że w 2009 roku wsiądziemy w auto i pojedziemy nad morze. I tylko tyle.
Zawsze sobie też przypominam film Allena (jeden z lepszych) Życie i cała reszta to jakby najlepsze podsumowanie naszych wszystkich zbiorowych, a jednocześnie wyalienowanych przeżyć. Człowiek jest sam, podejmuje decyzje samodzielnie, sam jest do końca ze sobą. Nie ma czegoś takiego jak stopienie się w jedną całość, plazmatyczne stworzenie jednej osobowości - nie ma. I trudno. Żadna z tego tragedia. Ludzie spotykają się w pewnych "zbiorach" - tworzą wspólne pole, na chwilę - dłuższą, bardzo długą, krótszą - tworzą jakąś jakość, wymieniają się memami, preparują geny, piszą w jakiś sposób wspólną historię...tyle, że ma ona pewien początek dobrze zakorzeniony w pamięci i pewien koniec. Ileż w życiu mojej matki przetoczyło się osób, ludzi, którzy poszli gdzieś daleko, albo po prostu odeszli z jej życia bo w nowym zbiorze nie było miejsca dla niej. Wielu. To samo może powiedzieć każdy z nas.
Wszystko to popaprane. Wczoraj w Srebrnej Skrzynce trafiłam na rozmowę z artystką rockową Kasią Kowalską - muzy nie lubię takiej, ale rozmowa była fajna i całkiem niegłupia. Ot, wcale nie ma odpowiedzi ani całkiem jasnych winnych dlaczego nasze życie toczy się tak, a nie inaczej. I nie ma tak, że jest zawsze całkiem źle i depresyjnie, albo świetnie i fantastic i super luz. Ale ciekawą uwagą był opis stanu, kiedy w życiu idzie tak, że nie możesz z niczego czerpać radości ahedonia - tak to pięknie brzmi. Chyba to też nie jest takie rzadkie uczucie, tylko czasem nie potrafimy go nazwać. A tu więc mamy hop, ładną definicję i ładne określenie.
A kończąc już zupełnie zabawnie, bo mam nadzieję, że jak dziś pojadę do Mamy Tobs to pogadam z nią o tym co nowego na "Pudlu", a nie o lekarzach i innych, to wczoraj też zobaczyłam reklamę, która mnie kompletnie rozwaliła ;-)
Otóż firma Soraya - producent kosmetyków - zrobiła sobie spota i kampanię opartą o tak modny i do zrzygania wyeksploatowany pomysł Gwiazda Lansuje. Tym razem damo zarobić Małgorzacie Foremniak co od lat kilku z mniejszym lub większym powodzeniem szarpie się o bycie topową i charyzmatyczną postacią (he he he he). A ekszyn idzie takie: oto Małga, ubrana i wylaszczona opowiada jak to popularność i splendor są fajne, można rozdawać autografy, stroić durne miny etc. itd. Ale, ale czasem nachodzi ją taki way, że trzeba gdzieś uciec. Więc widzimy Małgę na lotnisku Okęcie pod tablicą lotów i szus nagle blondynka przenosi się do Wenecji, gdzie jak mówi do widza: dobrze jest pojechać tam, gdzie jest się zupełnie anonimowym. Ale jak się okazuje w tejże Wenecji...na widok Małgi (stosującej oczywista kosmetyki Soraya) szaleją wszystkie chłopy: od gondoliera, przez kelnerów, rosyjskich milionerów, aż do tajemniczego sąsiada na wieczornym hotelowym balkonie - bo choć anonimowa to jej uroda poraża. Cały spot okraszono śpiewającej (innej naszej gwiazdy-gwiazdy) Edyty Górniak z numerem Jestem Kobietą.
Ha ha ha.
Ja jebię.
Żesz.
Gosh!
Jedno jest pewne. Nie mam pojęcia o co chodzi (choć pewnie o kasę), ale jak można wykazać się tak małymi zasobami choć szczątkowej inteligencji - dziś wręcz już obowiązkowego składnika menu.
Bo:
1. Idiotyzmem się jest przyznać, że Wenecji nikt nie zna takiej gwiazdy;-) Zwłaszcza aktorki. Przede wszystkim jest to dowód taki, że te nasze lansiarskie gwiazdy to tylko na naszym regionalnym podwórku coś znaczą, a jak tylko nos wysadzą za granicę to tracą swój blask i nazwisko.
2. Dojrzała kobieta, dla której szczytem marzeń jest cmokanie i wyrażanie zachwytu przez przypadkowo napotkanych facetów z różnych grup wiekowych? Eh, taki brak pewności siebie i samorealizacji w wieku dojrzałym. Już kuwa nawet chyba nie balzakowskim.
3. Klip - od strony pomysłu i idei jest gorszą kopią produkcji zachodnich z kórymi mamy do czynienia już od wielu lat, gdzie znane aktorki wcielają się w takie role-scenariuszowo-modelarskie. Ale to już było!!!! Jak rany, dlaczego u nas zawsze coś musi być podobne do tego co już się gdzieś kiedyś sprawdziło.
Eh... mimo podobieństw (do idei reklamy, nie do osoby!!!) jedno jest pewne. Taka Nicole Kidman nie mogłaby zaakceptować scenariusza tej reklamy - nikt by przecież nie uwierzył, że ona może śmigać wylaszczona po Wenecji i nie być rozpoznana. Tak, to tylko ten argument świadczy o wyjątkowości Małgorzaty Foremniak - ona może być nie-rozpoznawalna ;-)
Finito moi drodzy.

Brak komentarzy: