czwartek, 30 grudnia 2010

Szara strefa

"Jestem stworzona do działania w szarej strefie" - uznała niegdyś moja koleżanka, pewnego letniego miesiąca, kilka chwil po tym, jak rzuciła oficjalną robotę i... apokalipsa nie nastąpiła :-). Pozostawię Was z samodzielną oceną, dokonaną w zaciszu własnych myśli. Nie będę - cynicznie - komentować tej decyzji.

Będąc prostym wyrobnikiem życia - bardzo lubię porę doby/funkcjonowania między snem, a jawą. Chodzi o ten moment, kiedy już leżymy w ciemności spowici w swych pieleszach, jeszcze kontaktujemy, że zaraz zaśniemy, ale właśnie nasz mózg produkuje (albo łączy się) z innymi światami. Nigdy, nie jest się tak bardzo i czysto, samemu z samym sobą, jak w takich chwilach. Często właśnie myśląc - myśląc krystalicznie i z sensem - o tym jak bardzo marny nasz los jest i jak wiele trzeba się postarać, aby to życie upłynęło w miarę godnie. Choć tu na marginesie dodam, że wcale jakoś nie dziwię się tym, którym ręce opadły i postanowili godność wrzucić na strych, albo do piwnicy. Gęby pełne frazesów mają zazwyczaj ci, którzy "bezpiecznie" robią NIC i dryfują, jak poniesie wiatr.

Wróćmy do szarej strefy.
Po jaką cholerę ja mojemu państwu potrzebna?
No dobrze, dobrze - statystyka populacji, ewentulany głos w wyborach, mięso podatkowe. Pewnie wystarczy. Więcej raczej ze mnie nie wycisną. Już dawno pogodziłam się z tym, że "noblistką" nie będę;-). Pożytecznym idiotą - co to w miarę przeciętnie wykształcony, na rzecz tolerancji i demokracji i porozumienia gardłuje - też raczej nie będę i chyba nie bywałam;-)
Więc w drugą stronę: po co mi państwo?
Noooo, aby było świadomościowo, bezpiecznie, aksjologicznie i najzwyczajniej w świecie - czasem dumnie z tego, że nie jest się ostatnim w kolejce pajacem. Tyle, że ... z tym Państwem to bywa tak, jak z tą pracą - ona czasem jest powodem zadowolenia, dumy, dobrze wykonanego obowiązku, czasami są ludzie, którzy miewają godne umowy o pracę - bez bycia cwaniakesami. Tylko, że... gdzie to jest? - chciałoby się zacytować stary hit Dezertera :-))))
Well, trudno mi powiedzieć: ot, prosta sprawa. Bo - trzeba wyjaśnić - w życiu 2 spraw jakoś nie mogę przełknąć: pracy najemnej/etatowej oraz zgody na rozbudowany system socjalny pozorowany oraz feudalny z hierarchią szefów. Więc, nie jest mi w życiu lekko, ale też nie narzekam (no, czasem...). Podobne oczekiwania miewam wobec Państwa - skoro płacę do skarbonki sporo, nie przyczyniam się do jego degrengolady w stopniu nieprzyzwoitym, to kuwa chciałabym, aby Państwo nie r...ało mnie w d..ę bez przysłowiowego "kocham cię" - jak to miała w zwyczaju mawiać inna moja koleżanka.

Chodzi o "trzy grzechy główne":

1. Zgniła wyspa podatkowa - bynajmniej wcale nie zielona gospodarcza oaza. Dość śmieszne to, że dumny kraj - raduje się z tego, że przypiernicza na maxa łatwy do ściągania podatek VAT - absurdalnie wysoki, jednocześnie cieszy się, że dalsza emigracja zarobkowa (jazda do Niemiec) utrzyma dobry poziom (niski) bezrobocia i podtrzyma gospodarkę.
Ten sam dumny kraj - chce capnąć kasę na emerytury i przy ogólnym społecznym zadowoleniu zaczyna silnie dyskryminować ludzi w wieku tzw. emerytalnym. I trzeba być naprawdę jełopem, żeby uwierzyć że tzw. emeryt to jakieś odległe mdłe żarłoczne zwierzę, z którym nigdy się nie spotkamy. Oj, szybciej niż każdy z nas myśli. I dziwi mnie, że jakoś nikomu nie przychodzi do głowy, że w krok za ograniczeniami tzw. przywilejów emeryckich, nikt nie zastanawia się nad zmianami w rynku pracy i warunków oraz rodzajów pracy. Obiecałam sobie jedno - jako, że i tak nie za bardzo wierzę w odkładanie na emeryturę poprzez kanał państwowy - jeśli zrobią skok na tzw. II filar, to zlikwiduję i działalność gospodarczą i jakie-kolwiek opłaty na składki społeczne.

2. Polska, Polska ponad wszystko. Oj, ładnie, a nawet pięknie to wygląda wszystko, gorzej z podstawą wykonawczą. Nie wiem, czy ktoś zwrócił uwagę - bo i po co? - na zawirowania wokół ustawy o powrocie obywateli polskich, którzy z nie własnej woli przebywali za granicą. Czyli o repatriantach. Był projekt obywatelski, było wzniośle i uroczo przed kamerami... I co? I nic. Nie będzie powrotów, bo przecież program, który zakłada, że trzeba wspomagać po 1000 zł powracających, dać szansę ich małżonkom, którzy akurat Polakami nie są, mieszkania na kilkanaście miesięcy zapewnić... Normalnie nie do pomyślenia, bo przecież kryzys mamy. Szkoda gadać, bo w tym samym czasie, ten sam aparat przecież tak radośnie wydaje kasę na zbędne rzeczy. A tu chodzi o przyzwoitość i o to, że aby pieprzyć o wielkim państwie, o tym, że łojczyznę trza kochać i szanować - to trzeba coś pokazać. Nie? A tymczsem zachowaliśmy się, jak pieprzony wał, co to łasi się do tych co kasę mają, a tych których nie da się wycisnąć i skonsumować, to można odstawić na bok. I naprawdę trudno oczekiwać, że naród nam na wysokim c pojedzie i nagle zapała miłością do wartości, skoro wszystko kręci się wokół kwestii "stać, nie stać".
Więc chciałabym, żeby "premieru tusku" pojechali na zagraniczne spotkanie połasić się z np do jakiegoś polskiego pochodzenia milionarza, a ten spuścił "premieru" na drzewo mówiąc: a czemu to mam wspierać kraj, który wobec własnych krajan zachowuje się jak wyrachowany alfons wobec swych podopiecznych. Nie przyniesiesz zysku - to do widzenia...

3. Eugenika edukacyjna. W przeciwieństwie do środowisk "łolaboga" nie uważam, że zagrożenia wobec Wielkich Polaków czyhają tylko za granicą. Wcale nie muszą. Doskonle potrafimy rozpieprzać się sami. Powoli stajemy się wspaniałym stepem przedstawicieli handlowych i średniego szczebla rachunkowymi. W ogóle uczniliśmy cnotą w produkcji produktów do czegoś podobnych. Jeśli mamy coś podobnego do (najlepiej do jakiegoś produktu z wyższej cywilizacji zachodniej:-), to jest OK. Zaakceptujemy ewentulanie to, co wprawdzie nam się nie podobało, ale znalazło uznanie u wyższej cywilizacji, więc w takim razie, zaczniemy to tolerować:-).

..no i bawmy się. Najlepiej przed telewizorami oglądając tańce, śpiewanie, rozbieranie się i kolejne mega bombastyczne show.
Oraz najważniejsze - nie zapomnijmy robić obfitych zakupów, brać kredytów i płacić podatków.
A jak nieco się wkurzyliście, albo zniechęciliście - to pomyślcie o szarej strefie - nie tej podatkowej, tylko tej mentalnej, gdzie czasem można znaleźć fajne półcienie.
Czego Wam życzę w Nowy nachodzący Rok.

środa, 29 grudnia 2010

Spacer po czarnym Oslo z Lovecraftem pod ręką i Portishead w głowie w deokarcjach francuskiego kina

Tak się złożyło szczęśliwie, że jesień i zima upływa mi pod znakiem dobrej lektury i filmu. bardzo dobrze, to udana odtrutka na to co "na zewnątrz". Nigdy nie jestem w stanie brać na poważnie, tego co za oknem, że niby to cel, cel sam w sobie. Bzdury. Taka sama głupota, jak to, że sensem życia jest zapracować się w tyranii profesjonalizmu i uzyskiwać coraz większe poziomy zdolności kredytowej, albo nie wiem tam czego. To co w środku, jest bardziej interesujące i pożywne. Zatem, pozwoliwszy sobie na totalną blagę począwszy od 17 grudnia, mam zamiar do początku stycznia odpłynąć daleko od lądu spraw ludzi i świata.

Contre le monde, contre la via - pisze o H.P Lovecrafcie Michel Houellebecq; robi to świetnie. Większość książek pisarzy o innych pisarzach, to nic innego, jak pisanie o sobie samym. W "Przeciw światu, przeciw życiu", bohaterem jest Lovecraft, a jeśli chodzi o Houllebecqa, to wystarczy go podziwiać za konstrukcję eseju oraz fantastyczny styl. Dla fanów fantastyki i posępnego dżentelmena zza oceanu, to pozycja obowiązkowa. Pełen swady, dobrze nakreślony szkic do portretu niezwykłego pisarza, który nigdy nie wyparował mi z głowy (z czego bardzo jestem rada:-). Cała książka jest nasycona dobrymi uwagami, emocjami sprzeciwu wobec pozornego piękna sukcesu. "Autorzy fantastyki są na ogół reakcjonistami, po prostu dlatego, że w wyjątkowy sposób, można by rzec z racji zawodu, są świadomi istnienia Zła" - stwierdza Houellebecq i ma najświętszą rację:-)

Tymczasem w kolejce czeka na mnie kolejny choinkowy łup: "H.P. Lovecraft. Biografia" - skonstruowana przez S.T. Joshi. Kawał tomiszcza z analizą literacką i korespondencją pisarza. Fajnie, nie? :-). Polskie wydanie nieco spóźnione o dekadę, ale lepiej późnej, niż jeszcze później.

Wcześniej, pozostając nieco w nastroju wrocławskiego międzynarodowego festiwalu kryminału trafił się "Statek" Stefana Mani (niezły horror napisany w tonie "W górach szaleństwa" - znów ten Lovecraft:-) oraz książkowy serial Jo Nesbø, którego bohaterem jest śledczy Harry Hole. Kawał fajnej czarnej literatury, gdzie trup ściele się gęsto i interesująco. Może nie wszystkie pięć tomów zasługuje na owacje, ale naprawdę w porównaniu do Stiega Larssona to kop zdecydowanie w górę. Mi zdecydowanie bardziej odpowiada. Tak pomyślałam sobie, że to jest tak jakby porównywać scenę death metal z Göteborga z norweskim black metalem. Niby ta pierwsza jest nowatorska, dobra technicznie, ale jednak w porównaniu ze zgrzytliwym transowym lodowatym nurtem from Norway, to jednak pozostaje tylko muzyką rozrywkową:-). Zatem zdecydowanie bardziej Norwegia niż Szwecja.

Między kolejnymi tomami, wpadło mi jeszcze to i owo innego, ale w sumie nic takiego, żeby tu i teraz o tym pisać.
W grudniu odpadliśmy dla odmiany w kino francuskie i filmy z Alainem Delonem, a teraz box z obrazami Jeana-Pierra Melvillea. Bardzo udana eskapada. A dla osłody przypomnienia, koncert na DVD Portishead odwiedza w 1997 roku Nowy Jork. na szczęście nic, a nic się nie zestarzało. Jak się okazuje, są jednak przykłady materii, która ma czas w głębokiej ignorancji. Pocieszające:-)

czwartek, 23 grudnia 2010

Moi Drodzy...

Moi drodzy, z racji tego, że rok w rok wymyślam na święta "coś" ciekawego w formie życzeń, tym razem to "coś" zamienię na mały drobnomieszczański liścik karteczkę. Co do pisania bloga, to sprawy mają się tak: refleksji i uwag na temat świata i ludzi mi nadal nie brak, ale niestety łapię się coraz częściej na tym, że kiedy już zaczynam odpalać panel bloga, to nachodzi mnie myśl: a na cholerę to komu wiedzieć? :-). Stąd taka, a nie inna atmosfera na "PatrycjiBlaum". Well, życie się toczy i kiedy nas już nie będzie, jeszcze trochę się potoczy;-). Jak się okazuje, połowy słów w życiu nie wolno wypowiedzieć głośno, w imię utrzymywania pozorów i harmonii świata:-). Ja mam (albo miałam" zawsze pysk niewyparzony, ale mgła lat też mi spiłowała temperament, czego kuwa od czasu do czasu bardzo żałuję. Być może - nie będę zatem życzyć Wam rewolty i garści dynamitu -bo zabrzmi to pretensjonalnie - ale życzę Wam, abyście stojąc na rozwidleniu dróg - wybierali te trudniejsze, których brak na mapach. Na przekór "pierdu-pierdu" papce landrynkowego światka.

poniedziałek, 29 listopada 2010

Pada i pada...

Tymczasem Wroclaw zamienił się w śniegową krainę. Pada i pada i mróz podobno ma nadejść. Nie wiem dlaczego ekosystem człowieka nie pozawala nam zapaść w zimowy sen :-) Dzisiejsze wstanie z łóżka było prawdziwym koszmarem.

czwartek, 25 listopada 2010

Niezwykle zabawny sen o człowieczeństwie

Well, od czego by tu zacząć :-). Bo chciałabym zaznaczyć, że to będzie wariacka historia, i należy ją potraktować z humorem.
A więc: miałam dzisiaj taką sobie noc. Budziłam się w nocy, nos mi się zatykał, Mój Ukochany pochrapywał, kręciłam się, myślałam o marnościach tego świata i w konsekwencji zasnąć nie mogłam. Wreszcie nad ranem (nad ranem, jak nad ranem, za oknem i tak było ciemmno jak w garze ze smołą) udało mi się zaskoczyć w senny real... I od razu trzask, prask, zamieszło się w mózgownicy i wyprodukowało senną marę.
Rzecz senna miała się tak: wyśniło mi się, że w niezwykle interesujących wnętrzach galerii usytuowanej na atresoli przybudówki starej kamienicy, całej oszklonej, lekko pokrytej patyną, miałam wystawę fotografii i pokaz filmów (tak kuwa, tak własnych produkcji). Co ciekawe całą imprezę zorganizował mój bojfrend, sam ją prowadził i jeszcze ściągnął na nią naprawdę doborowe towarzystwo (jak sobie przypominam twarze ze snu, to ho ho ho.... szkoda, że część nie żyje, ba nie żyła już przed moimi narodzinami, że tak zażartuję w stylu black humor:-). Ale najciekawsze jest to, czego dotyczyła na wystawa, czyli moja sztuka:-)
Otóż głównym podmiotem/przedmiotem mego zainteresowania i ekspresji artystycznej oraz poznawczej - była... moja świnka morska. He he. Podobnie świnka występowała w filamch. Co więcej ta sama świnka była gościem honorowym wystawy (we śnie wykąpałam ją z tej okazji) i prezentowała się w biało-niebieskim kocyku umieszczona w małej gustownej srebrnej wanience :-) Wszyscy się świnką i pracami mego autorstwa zachwycali, ale "klu" było wtedy, kiedy prowadzący wystawę ogłosił, że poprzez te prace autorka (czyli ja:-) dotyka i zglębia istotę człowieczeństwa, które objawia się w jej pracach.
Kuwa mać! :-))))) Już dawno nie obudziłam się tak ubawiona. Pewnie też, bez problemu rozszyfrowałabym wszystkie wariackie tropy pojawiające się w tym śnie i przedstawiła ich źródła, ale po co obdzierać z tajemnicy tak zabawny incydent:-)

wtorek, 23 listopada 2010

Felis czyli Kot


Temat kota nie jest szczególnie odkrywczy. W końcu jest to byt idealny - zarówno pod względem konstrukcji, jak i napędu, estetyki oraz zalet związanych z pakietem emocjonalnym. Nic dziwnego, że koty potrafią zawrócić w głowie i bywają kluczowym podmiotem wielu rozmyślań, wpisów, książek czy filmów. Ale ostatnio trafiłam w jednym z pism na materiał o felinoterapii, czyli terapi przy pomocy kota. Well, zalety są ogromne, koty sprawdzają się zarówno w kontaktach z osobami niepełnosprawnymi, jak i z ludźmi cierpiącymi na problemy psyche. Jednym słowem - kota warto przytulić, albo inaczej - do kota warto się przytulić :-)
Tak się składa, że ludzie zazwyczaj dzielą się na psiarzy albo kociarzy. Owszem zdarzają się mieszkanki. Trudno mi się do tego odnieść, bo ja raczej za psowatymi nie przepadam i trudno mi tu przedstawiać argumenty na ich korzyść ;-).
Za to koty... w przeciwieństwie do wielu przedstawicieli homo sapiens uważam, że naturalnym środowiskiem kota jest pościelone łóżko, a nie kawałek chodnika pod zaparkowanym samochodem. Najbardziej w kotach lubię, kiedy w charakterystyczny sposób przejmują zapach swego właściciela - o sory, zarządcy gospodarstwa domowego, które należy do kota;-). Bawi mnie w kotach, kiedy bez zdziwienia zajadają się chudą szynką parmeńską, albo rybą - a ja ciągle nie mogę sobie wyobrazić, jak w warunkach naturalnych kot miałby zapolować na śwnikę lub okazałą rybkę. Wielkim problemem dla kotów było pojawienie się telewizorów plazmowych i laptopów - płaski monitor i nie można położyć się bezkarnie na grubym przyjaznym pudle. Ale, dla kota nie ma przeszkód, jego kreatywność potrafi poradzić sobie i z takimi problemami. Zauważyłam, że po zmianie technologicznej, koty zaczęły w umiejętny sposób kłaść się przed monitorami - na linii wzroku ludzika i w przyjaznym polu oddziaływania sprzętu :-).
Pora przejść do finału. Dlaczego piszę o kotach? Ano drodzy moi, niebawem miesiąc wzmożonej konsumpcji i prezentów -zamiast wydawać na bzdety made in China - przygarnijcie jakiegoś kota made in Poland :-)

niedziela, 14 listopada 2010

Nie dzieje się nic

Odrobinę leniwo toczy się ta jesień. Leniwie nie znaczy (niestety) że bez pracy, zajęć i takich tam. Bardziej w kategoriach "fajno-twórczych" dzieje się nic. Za to na świecie oraz w Polsce - dzieje się mnogość rzeczy zaskakujących. Zastanawiające jest to, że gro uwagi poświęca się sprawom w sumie mało istotnie wpływającym na ewentualną przyszłość, za to z lubością pogrążamy się w nurcie debaty nad hucpami. Takimi nic nie znaczącymi aferami koperkowymi, których za rok nikt nie będzie pamiętał. Może to właśnie tu styka się tzw. tajemnica człowieka, że przez swoje roztrzepanie, skłonność do załamywania rąk nad błahostkami idzie lekko oszołomiony przez "życie", i stąd kilka wiekowych prawd oczywistych, ciągle jest na nowo odkrywanych, jako wielkie "łoł". Nie żyjemy ani w czasie cyklicznym, ani w historycznym - żyjemy w "mixie", że tak zapożyczę słowa z dziedziny reklam telefonii komórkowych :-)

poniedziałek, 6 września 2010

Mała said...

Mała Blogerka mawia, że kwestia pamięci o urodzinach i składania życzeń, to sprawa weryfikacji przyjaźni :-) Ha, myślę sobie, czasem za bardzo bierzemy sobie do serca nasze małe prywatne oczekiwania, ale fakt - prywatna próżność każe nam milej się przy takich okazjach poczuć. W każdym bądź razie, za udział w małym sobotnim meetingu dziękuję wszystkim obecnym, a pamiętającym śle ukłony gorące :-) W końcu nie zawsze ma się te 18. razy dwa:-)

czwartek, 26 sierpnia 2010

Ja tylko na chwilkę...

...na małą chwilkę, bo zaraz zacznę robić sos do czwartkowej "pasty" i cholera nie można tak jedną ręka klikać w klawisze, a drugą mieszać w garnku :-) Bo nic się wtedy dobrze nie zrobi.

Zatem, dzisiaj napisałam w mailu do Dantego: popraw pierwsze zdanie, początek, bo wiadomo jam fanka zdań pierwszych, które mają uwodzić.
A i owszem pierwsze zdanie jest kluczowe. Pamiętacie zapewne to o Początku i Słowie he he :-)

Więc na szybko o czymś małym, co przeczytałam znów i brzmi super:

The skies they were ashen and sober;
The leaves they were crisped and sere -
The leaves they were withering and sere;
It was... in lonesome October...


to nara!

Ps. Tomek - niestety od poezji nie jestem specjalist więc w sprawie Benna nie pomogę, choć kuwa wielokrotnie czytałam Gadamera, a wiersza nie pamiętam :-)

poniedziałek, 16 sierpnia 2010

A potem listopad, samotność tristesse*

Ostatnio w jakimś kolorowym piśmie widziałam na biurku u pisarza-publicysty-reżysera-skandalisty taki zajefajny gadżet: na podstawie wyciągniętą łapkę z oparciem na książkę i pomocną przekładnią do blokowania stron. Idealna sprawa dla mozolnych klepaczy w klawiaturę, którym chce się coś jeszcze dokładnie cytować. Piszę - chyba "chce się", bo jakoś ostatnio odnoszę wrażenie, że największą furorę robią w latach ostatnich rzeczy i sprawy wyrwane z kontekstu, podziurawione, nagłośnione, fragmentaryczne. Następnie - taki strzęp - ustawia się vis a vis krzywego zwierciadła, a nawet być może całego ich szeregu. I z zaskakująca pasją dyskutuje się o zdeformowanych odbiciach, tych już pokaleczonych rzeczy / spraw / podmiotów. W pewnej chwili, dyskusja sięga takiego zenitu, że już nikt nie chce pamiętać, że to tylko widma, że to kawałki i okruchy... Ale nieważne. To taka refleksja na marginesie, być może też drzazga argumentu i wytłumaczenia, dlaczego od jakiegoś czasu nie bardzo chce mi się pisać. Zresztą, "najpiękniejsze" kawałki to mi wychodzą w chwilach bezgranicznego nieszczęścia, albo w jesienne ciemne wieczory, więc może trzeba poczekać.

Stąd też nie ukończę poprzedniego wpisu, bo i jakość i nerw tych planowanych do przedstawienia wydarzeń jakoś już mi uleciała z głowy; nie wydaje mi się już taka zabawna ani odkrywcza.

Ale z wakacyjnego ferworu i zgiełku, zostały mi dwie "refleksyjki". Pierwsza to nieustanna tęsknota za Transylwanią i Iberią. Można powiedzieć, że nie odwiedziwszy tych miejsc czuję się jakaś osierocona, wy-emigrowana z właściwego środowiska, które nawet jeśli muszę porzucić na czas dłuższy, to z perspektywą i wiarą, że niebawem wrócę do tego właściwego miejsca. I może dlatego chciałabym żeby była już jesień :-) Nieustannie udaje mi się jakoś tak zawsze pierwszej napisać w blogosferze o tym, że niebawem nastanie jesień. Lato może sobie już pójść do diabła.

Zatem czas na drugą z wakacyjnych "refleksyjek", aby zamknąć tematy letnie. Otóż, jakoś ostatnio, ba od dłuższego czasu nie zdarzało mi się szczególnie osiągać zadowolenie z czytania tzw. poezji. Nie czytam już wierszy, ani nie interesują mnie zwady, trendy ochy i achy nowych, starych, modnych, niszowych, klubowych czy klasycznych albo pre czy post konserwatywnych, socjal, anarcho czy ch.. wie jakich poetów. Po prostu nie i basta.

(musiałam zrobić to wprowadzenie, aby...)

Z zaskoczeniem i zwykłym najprostszym zadowoleniem przeczytać w ostatnim letnim sezonie dwa (wcale nie nowe) kawałki, które mnie strasznie, ale to strasznie i bardzo się podobają. Jakoś tak idealnie dograły/zgrały się razem i więcej im poświęciłam czasu niż analizie bieżących wydarzeń w życiu polityczno-społecznym kraju (zresztą nie mogę już bez irytacji czytać "kolorowych magazynów opinii fleszowych", a docierając do działu publicystyka odnoszę zazwyczaj wrażenie, że autorzy mają czytelników za większych debili niż przypisuje się to zazwyczaj politykom - a może jest w tym jakaś racja? - w obraniu tej perspektywy: mój odbiorca - mój debil?). Zostawmy to. Wróćmy do wierszy.

Pierwszy to "secik" z Gottfrieda Benna (niestety tu w innym tłumaczeniu niż to na które trafiłam w miesięczniku "Odra", ale niestety magazyn najprawdopodobniej został wypieprzony na śmieci przez Mojego Ukochanego, który działając zgodnie z nakazami swej podświadomości, uznał, że w kuble z makulaturą jest jego miejsce:-) szkoda bo tamten przekład miał w sobie jakiś czad, ten trochę działa jakby mniej...)

Usta dziewczyny, która długo leżała w sitowiu
wyglądały jak ogryzione.
Kiedy otworzono klatkę piersiową, przełyk był dziurawy.
Wreszcie pod łukiem przepony
znaleźliśmy gniazdo młodych szczurów.
Mała siostrzyczka leżała nieżywa.
Inne żywiły się wątrobą i nerkami,
piły zimną krew, i przeżyły
tutaj piękną młodość.
I piękna, lecz szybka, zastała ich też śmierć:
wrzucono je wszystkie do wody.
Ach, jak kwiczały małe pyszczki!


(Piękna młodość)

Ha, nie wiem czemu, ale przyjął mi się ten kawałek, jako doskonały obraz, kwintesencja tego co mogę nazwać: młodzieżowością, pop kulturą, XX-wiecznym paradygmatem kultu młodości, jako nie tyle stanu biologicznego, co formacji mentalnej.

I drugi Autor - Reiner Kunze:

Umrzyj wcześniej niż ja, trochę
Wcześniej
Żebyś nie ty
Samotnie
wracała do domu


(Błagalna myśl u twoich stóp).

Kuwa, gdyby mi się raz jeszcze zdarzyło być młodą i chętną do pisania banialuków osobą, to chciałabym coś takiego napisać :-) Ale zrobił to Kunze, więc intencyjne życzenie zawarte w poprzednim zdaniu odkładam do szuflady z napisem: niesłychanie nielogiczne roszczenia Pat;-)

I tyle dyrdymalenia w pierwszy dzień pracy po zbyt krótkiej letniej przerwie.



* cytat z wiersza Gottfrieda Benna

czwartek, 12 sierpnia 2010

Dyktatura to zawsze dyktator i nawet w "pop" kończy się to źle :-)

Dobijam właśnie do brzegu swojego "urlopu" i myślę sobie, że wcale mi nie wstyd z powodu niechęci powrotu do prac firmowych. Mogłabym wrócić dopiero we wrześniu, a te pół miesiąca sobie jeszcze popisać. Eh... Ale cóż, nie ma co marzyć nawet o tym.

Trochę pojeździłam, trochę poczytałam, trochę potłukłam się (oj, jeszcze ramię boli po upadku pod Galerią Mokotów... z czego

niedziela, 18 lipca 2010

Pamięć jako wielka niewiadoma

Pamięć płata nam figle i stanowi wielką niewiadomą. Podobnie jak przyszłość. Rozważania nad tym co przeszłe, wcale nie muszą być klarowne i pełne jasności, zrozumienia oraz pewności, że właśnie to było, tak, a tak, dokładnie działo się w ten sposób i basta. Podważam pewność? Bezpieczeństwo? Być może, być może. Zdaje mi się dziś, operujemy pewną kolekcją wrażeń i emocji, a nie - pełnym, oszacowanym z każdego punktu i miejsca, udokumentowanym materiałem. Zresztą, a coż to za dokumentacja... wystarczy chwila braki uwagi, wada wzroku, inny kąt widzenia, a nawet leżąca przed naszym nosem fotografia może - w tej danej chwili percepcji - wyrażać dla oglądającego coś zupełnie innego. Idźmy dalej, bo tu można zwalić wszystko na defekt odbiorcy, a co powiemy, kiedy to mechanizm rejestrujący dokumentację zaciemni i zmieni charakter naszego "obiektu"? Wystarczy przecież drobna usterka narzedzia rejestracji - dotyczy to zarówno mechaniki przedmiotów: nagrania, vdeo, utrwalenia druku, jak i pracy mózgu i pamięci zdolnej do rejestrwania i odkładania w zasobach sytuacji, zdarzeń, słów, wrażeń. Myślę, zdecydowanie bardziej działają na nas wrażenia. To one zabarwiają niezależne dzianie się. Bo przecież - o ironio - gdzieś tam ta czysta, właściwa sytuacja rozegrała się dokładnie wedle tego jak wyglądała naprawdę. Tylko czy do tego "naprawdę" docieramy, czy aby na pewno jest to możliwe?

Od czasu do czasu - zaskakuje wielka nie-pamięć. Łatwość kasowania, czyszczenia, odrzucania wniosków. To jest obecne i w sferze prywatnej, jak i - bardzo często - w sferze publicznej. Taka cicha zgoda na nie-pamięta-nie. Ale też i od tego - przysłowiowego - czasu, następuje swoista archeologia - rekonstrukcji przeszłości - nagłe odkrycie, próba przypomnienia. Gorzej, że zazwyczaj nakłada się na to już siatkę odpowiedniego tłumaczenia, potrzebnej "archeologowi" interpretacji dla użytecznej w danej sytuacji tezy. Czy więc nadal obcujemy - z rzeczywistym oglądem przeszłości, którą jakoby znamy (po przecież była i nie można jej zmienić!), czy też z pewnym rzutem, a nawet ujęciem rzutu, niestety nie pozwalającym nam nasycić się czy odkryć pełnię prawdziwości wydarzeń z przeszłości.

Mam często takie wrażenie (sic!) - właśnie, widzicie, znów piszę o wrażeniach (pomyślcie, ile razy w ciągu dnia używacie tej formy: odnoszę wrażenie, miałam wrażenie...) - a więc mam często takie wrażenie rejestrując to co dzieje się w czasie teraźniejszym z przeszłością, czasem nie tak wcale odległą. Wielkie zapomnienie, może już najść człowieka raptem po miesiącach, ba tygodnaich, a nawet dniach. Patrząc się czasem w TV i nadawane tam wiadomości, to nawet i u niektórych, jest to stan chorobowy, który już ujawnia się po kilku godzinach :-). Widać ten cholerny cud nie-pamięci jest eliksirem niezbędnym do budowania i kreowania przyszłości.

Ćwiczeniem z pamięci - bynajmniej nie politycznej - była dla mnie w ten weekend, wycieczka do jednego z wrażeń, które z lubością pielęgnuję w swej kolekcji dobrych intymnych nastrojów. Ponad dwie dekady temu. Początek wakacji. Ostatni dzień roku szkolnego. Odstawiam świadectwo do domu, przebieram się w spodenki i zwykłą koszulkę, biorę rower "Flaming" i jadę na skraj lasu i pola obsianego pszenicą, pogapić się - w upragnionej samotności - na lazurowe niebo, ciemną zieleń lasu i zalane złotym słońcem wzgórza. Bawiąc się w "archeologię" pomyślałam sobie, że lata w tamtych czasach były inne. Temperatura bardziej stabilna, bez skrajnych upałów, męczących duchotą wieczorów... a moja ekscytacja i przeczucie co do tego, że coś się zmienia, coś się zaczyna, że jeszcze jeden zakręt i nie będę musiała z niczego się tłumaczyć, że wszystko będę mogła, dodaje całej sekwencji wspomnień dodatkowej radości. Tyle, że - zaczęłam sobie myśleć, w gruncie rzeczy, to wówczas wszystko się skończyło. Niebezpieczny ten cud pielgrzymowania w przeszłość. Ale z drugiej strony - przecież i tak lepszy niż defekt niepamięci, albo pamięć ułamkowa.

czwartek, 8 lipca 2010

Włączyć lampkę

Dzisiaj zdarzyło się wysłać mi pewne zapytanie. Odpowiedź, którą uzyskałam brzmiała, że w pewien sposób blogosfera jest passe, że komentarz przeniósł się do serwisów społecznościowych i tam jego obecność, a co za tym idzie ważność oraz wpływ - jest bardziej zasadna.

Nie zgadzam się z tym.

Odpowiem subiektywnie, wbrew wskaźnikom rynkowym i badaniom preferencji.

Po pierwsze: SS (czyli serwisy społecznościowe) mają jeszcze krótszą żywotność mody, topu, zainteresowania niż blogi. Przemiał i anegdotyczność wypowiedzi jest tam drobnicą, która bawi, prowokuje, ale jej siła jest płomieniem dość krótkotrwałym. Sama, po sobie wiem, że tak szybko zapalam się do społeczności, a jeszcze szybciej ten zapał zamienia się na nudę i wzruszenie ramion podczas czytania kolejnych beknięć dotyczących: słuchania w danej chwili muzyki, uczestnictwa w życiu, kupowania nowych rzeczy, nachlania się ze znajomymi, czy wrzuceniem kolejnego odnośnika do jakiejś informacji czy foty, który wyparuje z pamięci internautów mniej więcej po pięciu minutach. Choć SS bywa przydatne, lekkie podglądnięcie pasji danego zbioru, aliansów towarzyskich, tego kto akuratnie w danej chwili się nudzi życiem wisząc na necie, albo kto ma potrzebę walki ze swą frustracją wywalając silące się na zabawność wpisy, albo tego, kto w zasadzie w imię bycia transparentnym dla wszystkich i pozbawionym jakichkolwiek opinii (pozornie) rozwiązuje kolejne testy, lub zamieszcza postępy w zdobywaniu zasobów i poziomów kolejnych aplikacji.
Bywamy "tymi wszystkim postawami" w różnych momentach wszyscy. To zależy od chwili i emocji, interesów - naszego życia. Nikt nie realizuje wzoru jednej sztywnej matrycy. Przestawiamy na niej pola - odpowiednio do sytuacji.
Pod tym względem magiel SS jest ciekawy, jak się dobrze przekopać, można wiele dowiedzieć się o internetowych znajomych. Ale czy komuś się tego chce? I następne pytanie: Po co?. Na chwile dobre, a dłuższą metę morderczo nudne.
I tu dla odmiany, wole blogi. Jednak jak już ktoś się wysili na zrobienie notki, to jest to zdecydowanie bardziej wypracowane i ciekawe. I nawet jeśli coraz mniej mi się chce uczestniczyć w netowym życiu, to chętniej rzucę okiem na to co słychać na blogu, niż na to co wisi u kogoś na tablicy.
Inna sprawa, jakoś tak się ułożyło, że internet stał się rozpaczliwą przestrzenią intencyjną. Jakby smutek z gmatwania się i sporu z sensem, zasadnością i celem życia, był tak dominujący w realu, że ten net służy za taki mały opornik, próbę na przekór wykreowania lepszej wersji naszego istnienia, życia, jego barw, niuansów itp itd. Trudno, to krytykować. Odbieranie nadziei, marzeń to nie moja domena. Bo i po co?

Czy więc i blogosfera i SS i inne netowe wcielenia pójdą w odstawkę i nudę? Pewnie się zmienią, przeminą, a na ich miejsce wejdzie coś nowo-starego. Inna sprawa: ciągle sobie myślę, że mimo wszystko wynik w meczy real - wirtual to zdecydowanie 1 do O dla realu. Dlatego jeśli macie możliwość przeżycia życia/spotkań/dyskusji/relacji w realu, nigdy nie przekładajcie ich do internetu - bo to nie jest to samo. Choć, tak a i owszem w krainie powszechnego zajęcia, zabiegania i zarabiania, albo nieumiejętności komunikowania się bezpośredniego - to net bywa niezastąpiony.

niedziela, 6 czerwca 2010

Krótki spacerek po tożsamości

Jestem właśnie po lekturze wpisu Dantego. Polska, tożsamość, historia, polityka, miejsce jednostki w świecie teraźniejszym, przeszłym i przyszłym (celowo tak układam ciąg czasowy). Zafrapował mnie. Nie, nie tyle ewentualnym punktem wyjścia do dyskusji o naszych różnych poglądach politycznych i życiowych - można powiedzieć, to nasza rzecz prywatna, dyskusje jakie ze sobą stoczyliśmy w necie i na żywo. Nie ma tu nic do dodania, ani do ujęcia. Dlatego, nie chodzi mi o polemikę nad przytoczonymi przez Dantego "kejsami", czy wyciąganymi wnioskami. Co innego mnie poruszyło. Potrzeba przeżywania MIEJSCA i tożsamości.
Ale zacznijmy od tezy. W moim rozumieniu, przeżycie i doświadczenie jednostki przekłada się pełną miarą uniwersum na przeżycia i doświadczenia zbiorowości - narodu. Mikrokosmos życia codziennego to krótki przewodnik po makrokosmosie życia ogólnego. Można - za Noicą - powiedzieć -nieco chorobliwie ostatnio idziemy w kierunku rozbijania się na coraz to mniejsze atomy, zapominając - albo inaczej - tracąc z oczu - ogół, rzecz większą. Być może w pewnym sensie zapętlimy się tak skutecznie w maleńkość, że zupełnie zapomnimy o co chodziło na początku. Właśnie - co jest zatem naszym spoiwem?
Przeszłość? Dante widzi przejaw aksjomatu w cieniu Powązek. Mój ironiczny stosunek do przeszłości jest paletą uprzedzeń, które mnie ostrzegają, że przeszłość i trawniki sąsiadów zawsze są bardziej zielone - czy w tym wypadku kolorowe i podlegają rutynie mitologizacji. Zatem - co kryje się pod płytami nagrobnymi Powązek? Czy tylko to co dobre? Nie znajduję na to odpowiedzi, kompleksowo nie nadaję się do "celebracji". Być może to właśnie przejaw mojej (nie tylko mojej) choroby tożsamościowej - nie możność zdjęcia okularów ironii, strach przed powagą - która niebezpiecznie może zamienić się w katastrofę.
Ale - jakaś część prawdy :-) jest taka, że nie lubimy ostatnio wielkich narracji ogólnych. Widać to w polityce. Korzyścią ma być indywidualne dośwadczenie komfortu - lifestylowego, gospodarczego, prawnego. Dla każdego coś dobrego. Dla każdego - to moim zdaniem, dla nikogo. Bardzo przyziemna prawda głosi, że porażkę ponosi ten, kto chce być lubiany przez wszystkich. Nie da się. Podobnie jak nie da się przejść przez życie na uśmiechu. Pozornie - wiemy o tym, ale realnie łaknąć takiego dyskursu osobistej sytości - zaprzeczamy naturze życia - w sensie układu/umowy społecznej, która potencjanie narzuca nam myślenie ogółem. A my, im dalej w las, tym bardziej pojedynczo.
Być może mylę się. Piszę to, z perspektywy jednostki, która ze zbiorowością i udziałem w niej, miała zawsze problem.
No i na końcu, pytanie o tożsamość. Gdzie ona, albo czym ona jest dla nas. A tak właśnie, zadam to pytanie w liczbie mnogiej.
To zabawne, ale po przeczytaniu wpisu Dantego, chwilę zastanowiwszy się, dochodzę do wniosku, że gdybym miała wybrać poetycką parafarazę dla określenia naszej tożsamości - wskazałabym na wierszyk Przerwy-Tetmajera, wierszyk, którego nie lubi ę i nie za bardzo cenię, o tym, że: "Szukam cię — a gdy cię widzę udaję, że cię nie widzę. / Kocham cię — a gdy cię spotkam udaję, że cię nie kocham. / Zginę przez ciebie — nim zginę krzyknę, że ginę przypadkiem…".
Odnoszę wrażenie, że te kilka wersów nie odnosi się do realcji podmiotów zanurzonych w miłości czy innej namiętności, ale zupełnie do czegoś innego.

piątek, 4 czerwca 2010

Cum am devenit huligan*

Dziś będzie o Rumunach :-) Bo dawno nie było. Zdaje się ostatni raz pisałam o moich Drogich zza Karpat przeszło rok temu. Miałam coś napisać o Noice i jego kulturo-centrycznej-miłości, ale w sumie o Noice ostatnio w Polsce pisze się (Rita Baum i Arcana) więc trochę czuję się zwolniona z obowiązku niesienia rumuńskiego kaganka przygody. Zatem dziś o Mihailu Sebastianie i Normanie Manei. Czyli rzecz o chuliganach. Ale tu uwaga - to chuligaństwo należy rozumieć dokładnie ta, jak zostało to ujęte w książce Sebastiana z 1935 roku oraz w tych fragmentach definicji Eliadego, które znajdują się w jego prozie pt. "Huliganii" (również 1935 r.)
Zatem to chuligaństwo dla mnie ściśle się wiąże z moim stosunkiem do Rumunii. To rodzaj przekory i eksperymentu, na który pozwala tylko i wyłącznie młodość. Taka próba - determinująca wszystko, co nastąpi później. Próba labiryntu - jakby to zapewne ujął Mircea E. :-). Im bardziej w realiach polskiego języka i zbiorowej wyobraźni lat 90. słowo Rumun nabierało negatywnego, pełnego protekcjonalnego dystansu zabarwienia, tym bardziej odkrywałam nie tylko uroki rumuńskości, ale wręcz niebywałą intelektualną historię tego kraju i jego Twórców. Do dzisiaj zastanawiam się, kiedy ta moja miłość do Rumunii zaczęła się. W bibliotece pedagogicznej przy lekturze pierwszych stron Eliadego? Czy przy tekście o dramatach Ionescu w starym Dialogu? A może od jakiegoś irytująco gorzko-nadętego cytatu Ciorana? Nie wiem. Pewnie wtedy dopiero kiełkował afekt. Strzygnięcie okiem i gest dłonią - czyli zapwiedź równonocy (jakby to poraz kolejny nazwał Mircea:-). Ta dziwna chwila, ułamek sekundy "dziania się", kiedy to coś w nas zmienia się, przestawia, uderza mocno w głowę - tak, że bez racjonalnych wniosków musimy przyznać się do tego, że chyba się zadurzyliśmy i właściwie, to cholera jasna, nie wiadomo czemu i po co? Nevermind. Tak było wtedy. Ale dopiero jakiś wieczór w Bukareszcie, dziwne uczucie, że ja już wiem o co w tym wszystkim chodzi, które dopadło mnie na głównym placu w Konstancy, sprawiło, że Rumunia stała się przestrzenią drugiego wyboru. Pierwsza jest tu gdzie jestem, we Wrocławiu, druga tam właśnie. I nic się nie zmieniło.
Do rzeczy. Weźmy się za Normana Manee. Jego książka - "Powrót chuligana" - to świetna próba inaczej ubranej autobiografii oraz zamiar zmierzenia się z kawalem XX-wiecznej historii i polityki. To książka łącząca w sobie niebywałą intymność z dośwadczeniem współczesnej emigracji, obserwacjami dotyczącymi przemian ustrojowych i geopolitycznych oraz (w szczególności jest to smakowity kąsek) próbą zmierzenia się z wpływami ideologicznymi pokolenia rumuńskich intelektualistów pierwszej połoy XX wieku. Mamy więc i awangardę, żelaznogwardzistów, mistycyzm śmierci, wojowników, poetów, Żydów i antysemitów. Wielu zdziwi, jak Manea - bez patosu, jęczenia i gromienia - jedynie słusznych poglądów - pokazuje - środowisko, które w zasadzie znało się, lubiło, ceniło, a jednocześnie potrafiło walczyć ze sobą, odcinać się i które - niezależnie od wybranych traktów życia - wpłynęło nie tylko na kolejne pokolenia Rumunów, ale też i wielu innych, którzy w jakiś sposób natrafili na teksty, tezy, myśli tych autorów. Ale Manea pokazuje jeszcze coś - jak tekst zaczyna przeżywać życie po życiu autora - i to nie zawsze zgodnie z pierowtnymi intencjami - jeśli w ogóle mamy czelność twierdzić, że te intencje istnieją;-). Tak czy inaczej - to książka świetna, choć akuratnie będzie nieco trudna w lekturze dla tych, którzy Rumunów nie powąchali i nie czytali. Bo to w sumie powieść z meta-kluczem.
Dlaczego mnie się tak "Powrót Chuligana" (rodzaj przekornego hołdu dla Mihaila Sebastiana) Manei spodobał? Bo wkurza mnie nader często to jękotliwe widzenie tylko czubka własnego nosa w polskiej tożsamości i historii (również tej z ostatnich dekad). I chyba też to, że nadal ch..ja wiemy tutaj w Polsce o Rumunii. A byli to nasi sąsiedzi do 1939 roku. Zresztą, jak ostatnio sobie uświadomiłam, ze świecą znaleźć tego, kto dla przykładu porównałby doświadczenie gospodarcze i legislacyjne Czech z ostatnich lat 20. z naszym. Więc co tu się dziwić, że Rumun to obcy-obcy. Ale zachęcam do przyjaźni. Bo ten cudowny moment, kiedy pewnego dnia przyznajemy się przed sobą, że oto nasze doświadczenia i my sami nie jesteśmy wcale takim wspaniałym połączeniem wyjątkowości i cech unikatowych, staje się pierwszym krokiem ku człowieczeństwu. Czyli ku myśleniu nie tylko kurwa o sobie :-)
Miłego i słonecznego weekendu - bez deszczów i kataklizmów.



* "Jak zosta łem chuliganem" - to tytuł powieści Mihaila Sebastiana.

środa, 2 czerwca 2010

Intrygi na zielonej pustyni


Nie byłam nigdy w Algierii choć tak, a i owszem na liście "portów" do odwiedzenia ten kraj zajmuje dość wysokie miejsce. Mam nadzieję - jeszcze starczy czasu, aby zrealiozwać ten zamiar. O Algierii opowiadała mi kiedyś panna A., która pochodzi z tego kraju, nakłada hidżab i generalnie gada o cudowności swej krainy pod wględem kulinarnym i przyrodniczym na tyle intrygująco, że myślę sobie - trzeba to kiedyś złapać na widelec przygody.
Dość spojrzeć dzisiaj za okno - jako ja czynię to właśnie - aby zatęsknić za słońcem, soczystą łagodną zielenią i temepraturą, która nie sprawia, że wyglądam jak zwinięty w rulon kawałek pity napełnionej jakimś przypadkowym farszem (a tak się czuję zakutana w bluzy, szale, kurtki i z beznadziejnie rozpierodolonymi przez wilgoć włosami).
Niestety - jeśli w ogóle mogę mówić o jakimś romantycznym pierwiastku uwielbienia mej rodzimej krainy - to w takie wiosny i lata jakoś on skutecznie zanika :-(.
Niech popada jeszcze kilka tygodni, a roztopię się, zmielę się i beznadziejnie oszpetnę ze zgryzoty wywołanej zbyt niskimi temepraturami oraz zbyt małym stopniem nasłonecznienia. Ale, ale... w cholerę z tą pogodą. O tym było we wpisach poprzednich. Tym razem ma być o książce - jako też zapowiadanej pozycji do rozważań.
Skończyłam parę dni temu ostatnią (z napisanych za życia) książek Vladimira Volkoffa, czyli "Oprawcę". Rzecz o ostatnich chwilach "panowania militarnego" Francji w Algierii. Oto podglądamy moment, kiedy francuska polityka robi "hyc" i nagle zaczyna pertraktować z siłami, z którymi do tej pory walczyła i które bojkotowała. Oczywiście nie może do tego dojść ot tak, jawnie i w świetle reflektorów. Raczej taktycznie i nieoficjalnie. Jak się wycofać to w aurze wygranego. To taki rodzaj postawy - przegrany triumfator. W sumie nic obecnie nowego, ale pamiętajmy - to było cale lata temu, jeszcze w erze przedinternetowej, przedkomórkowej, przedglobalnej, przedunijnej itp itd. Ale tło historyczne oraz udział militarny Francji w Algierii to jedno. W zasadzie nie to jest kluczem. Bo gwoździem programu w "Oprawcy" jest główny bohater i figura jaką kreśli w realiach geopolitycznych i politycznych swoją postawą. To młody oficer z poboru, ochotnik - ideowiec, zagmatwany w sztywny gorset moralnych wyznaczników (które sam w odpowiedni sposób kompiluje dla siebie). Robert - bo tak się nazywa - idze na wojnę bo wierzy w idee, wierzy w metafizykę, ba w sacrum przejawiające się w profesji wojownika i tego kto niesie kaganek (jego zdaniem) lepszej cywilizacji. Co więcej, Robert wchodząc w te obce dla siebie struktury - zmienia je - i to odnosząc pozytywne efekty. Ale... Właśnie, tu wkracza VV -w dobrze znanym stylu - z dystansem i lekką ironią przedstawiając zagmatwanie i upadek głownego bohatera. Czy dlatego, że idee i wiara Roberta okażą się złudne i papierowe? Nie. Nawet jeśli Robert wkurza swym skrajnie binarnym widzeniem rzeczywistości, to i tak ma do tego prawo. Gdzie indziej jest pies pogrzebany. Z całej historii płynie jedna przestroga: wchodzenie w strukturę, w system, w alianse z "ciałem" i "machiną", która jest organicznie obca wewnętrznym przekonaniom danej jednostki, skazuje ją na porażkę i miazgę. Zwłaszcza kiedy idee mają za przeciwnika mechanikę pragmatycznych strategii "politycznych". Co ciekawe, wyplucie jednostki następuje przy powszechnym aplauzie, a wręcz z przedstawieniem jej, jako naczelnego wroga tolerancyjnego i demokratycznego świata :-). Cóż, to ciekawe przesłanie, a raczej przestroga dla niektórych mistrzów przesłania duchowego, którzy w imię pozyskania akceptacji dla dobra sprawy ładują się w układy, które pożerają ich bez jednego czknięcia. A potem, a potem jest płacz i zgrzytanie zębami, no zostaje jeszcze pisanie pamiętników, blogów albo wydawanie niszowych czasopism :-)


piątek, 28 maja 2010

Nie da się ukryć, że...

...życie uczuciowe zabiera Małej Pat tyle czasu, że na blogowanie brakuje już zakładki wykonawczej :-)
Ale bądźmy dobrej myśli, powoli zagospodarowałam się w nowej rzeczywistości relacji między ludzkich i pewnie wrócę do formy pismaczej, bo przecież co jak co, ale wrzucenie kilku kocopałów na bloga - to podstawa.
Poza tym wykończyła mnie nieco powódź na Kozanowie, praca wymuliła oraz odwieczne kwestie z cyklu być czy mieć. No i jeszcze finał semestru letniego... Dość, że nie chce się czasem ludzikowi więcej ruszać głową. Ale za to czytam właśnie ostatnią pwoieść Vladimira Volkoffa "Oprawca" - z czego niebawem zdam Wam obfitą relację.

wtorek, 4 maja 2010

Przeciwko zimnicy


Po pewnej podróży spotkałam się raz z moją koleżanką. Właśnie obie wróciłyśmy. Ja z Południa, ona z Bliskiego Wschodu. U nas, we Wro, na szczęście lato jeszcze sobie dogorywało, więc wydawało nam się, że ciepło, które zwiozłyśmy ze sobą, ciągle jest z nami. Po godzinie radosnego przerzucania się historiami, anegdotami, żarcikami, coś się jednak zmieniło. Siedziałyśmy na Solnym gapiłyśmy się na plac i ludzi i z coraz większą świadomością zaczęło do nas docierać, że oto zaraz się skończy lato, że będzie jesień, deszcz, że jednak nasz rytm życia to nie to o czym rozmawiamy. Siedziałyśmy tak zasępione i bez słowa. Nagle Ona zapytała: a zauważyłaś, że TAM wszystko od tego ciepła jest smukłe, gibkie, takie przelewające się w dłoniach. "W ramionach" - dodałam sobie w myślach. Ciepłe, miękkie powietrze południa, tak jak i jego zapachy, płyną wprost w nasze objęcia. Ciepło jest nawet w "podtekście" wiatru, w każdej z wielu halek doby.
Cóż, nie lubię zimna, przejściowej pogody, zmian (kurwa) atmosferycznych, siodeł barycznych. Jeśli kiedyś zejdę na depresję, melancholię czy innego rodzaju spleen - to z całą pewnością będzie to wina aury. Nie mogę przejść do porządku dziennego nad tym zagrzebywaniem się, zamykaniem, norowaniem, dogrzewaniem, nakładaniem kilku warstw ciuchów, zabieraniem kurtek - na wszelki wypadek...
Bo, nie ma nic piękniejszego od szybkiej jazdy nocą, samochodem z pootwieranymi oknami, kiedy ciepły wiatr wdziera się do wnętrza, targa włosy, ubrania i co tam jeszcze i jest to constans, a nie chwilowa łaskawość klimatu.
I sporo dałabym teraz, aby posiedzieć sobie na rozklekotanym ratanowym fotelu z widokiem na skalne wyłomy "nosa świętego Franciszka", albo dachy Altei, albo linię zielonego Pontus Euxinus :-)

poniedziałek, 26 kwietnia 2010

Bit of a mind still left to me

Do you really think that I have not had any sort of premonition concerning all these? Well, this is the truth! I feel miserable for being endowed with a sixth sense. I am able to foresee how many things fate is preparing for me. What else could I say to you? After all I have already lost, I have come to be afraid even not to lose that bit of a mind still left to me.

Veronica Micle - letter to Eminescu.
First hour after midnight
September 2, 1879

Właściwie to przecież nie znoszę tych pieprzonych blogów z cytowanymi pioseneczkami i wierszykami. A przeceż sama to czasem robię :-) W zamian - posypując głowę popiołem - tym razem fragment listu :-)

piątek, 23 kwietnia 2010

Strzelnica


Pewnie jesteście porządnymi ludźmi z bagażem "dobrego dzieciństwa" i motyw, który mi dzisiaj zaskoczył - przy 2 kawie i kawałku czekolady - wyda wam się cieniem czegoś podłego, ale cóż nikt z nas nie ma już wpływu na bagaż dświadczeń. Ba, nawet na przyszłość, w połowie peletonu, to ma się już w gruncie rzeczy znikomy wpływ. Zastanawiałam się czy mi czegoś brakuje z przeszłości? Poza Mamą i fresh optymistyczną naiwnością (ta gubi się gdzieś powoli mniej węcej od 20. urodzin - tak sobie diagnozuję).
Co takiego jest pod poduszką zmitologizowanych i przekłamanych (naturalnie) wspomnień, co powoduje, że wraca do nas fala nostalgii, tajemnicy, obietnicy przygód, które - jak potem okazuje się - nigdy nie nastąpią? Być może jest to pierwsze czytanie 20 tysięcy mil podwodnej żeglugi albo pierwszy seans z Pojedynkiem Potworów, tak, to też, ale coś jeszcze - strzelnica.
Nie pamiętam początku, nie wiem skąd się wzięła pierwszy raz. Wiem tylko, że jako dziecko, które dość długo nie rosło (w związku z czym, wszyscy mówili na mnie grosik:-) musiałam najpierw zostać wniesiona na podest (tradycyjnie, przez z Najlepszego - który był mistrzem w organizacji zabaw innych niż wszystkie), a potem na tym podeście, dawali mi cegłę pod stopy, żebym choć mogła nos oprzeć na ladzie i zerknąć co dzieje się w środku. Nie wiem, czy dzisiaj cała zawartość tego bajzlu byłaby warta 20 PLN. Mieli czarno-białe fotografie przebrzmiałych gwiazd, gumy w kształcie papierosa na patyku, kwiaty z pianki, obrzydliwe misie i nie wiem co tam jeszcze. Z całą pewnością wóz był zawsze udekorowany pustymi puszkami po zagranicznych piwach oraz innym szmelcem. Osobną atrakcję stanowiła "gra w Żyda" - była to maszynka, obudowana szybą, do której wrzucało się moniaka 2 albo 5 złotowego i trzeba było tak manewrować dźwignią żeby "chodzący żyd" nie zgarnął monety do koszyka. Kurwa mać - jak się nad tym zastanowię, to był to jakiś Sajgon mentalny. Tak czy inaczej, na szczęście kiedy w końcu zaczęłam rosnąć i sama mogłabym strzelać i grać - strzelnica przestała przyjeżdżać. Teraz, myślę sobie, mama Tobs, miała do nas świętą cierpliwość. Ja bym nie zniosła takiego poziomu prymitywizmu u własnych dzieci.
I nie wiem dlaczego, ta cholerna strzelnica utkwiła mi w głowie i jak tylko sobie ją przypomnę to mam uczucie jakbym znalazła się na pokładzie Nautilusa :-)

Ps. Zaglądnęłam sobie - ot, tak - na swoje posty sprzed 2 lat. Zaczęłam się zastanawiać, czy ja czasem tego bloga nie powinnam zlikwidować. Dość pstro w głowie się kręciło. Dalej nie kontynuowałam lektury.

poniedziałek, 19 kwietnia 2010

Po deszczu

Dziś rano było "po deszczu". Słonecznie, lekko mokro i ciepło. Bardzo ładny, dobry poranek. Zajadałam jogurt z miodem i gapiłam się na rzekę w oddali za pasem zalewowym. Jeszcze kilka ciepłych nocy i korony dębów zasłonią mi perspektywę. Wiosną wszystko wariuje; jest trochę przereklamowaną porą roku, ale bywa znośna.
I chyba potrzebuję urlopu, ponieważ poziom agresji wobec pracy osiągnął pogranicze sztormu.

niedziela, 18 kwietnia 2010

...w gruncie rzeczy

W gruncie rzeczy nic tak bardzo mnie czasem nie rozbraja, jak własna rozbrajająca głupotka. Bo łatwiej jest uznać ją u innych, spuszczając zasłonę tolerancji pod hasłem: cóż, to tylko ludzie. Gorzej, widzieć ją czasem u siebie. Oups. Pocieszam się, Inni widzą ją zapewne u mnie o wiele częściej niż ja sama, zaiste wartość to niezwykła, ta niewiedza wypływająca z niemożliowści (szczęśliwej) poznania cudzych przemyśleń. Ależ dziwny dzień, skrajny w przebiegach.

Dryfując czy pulsując?

Od piątku zaczął się sezon light. Przeszłam ukochaną uliczką Zyndrama z Maszkowic, popatrzyłam co na "skwerku" przy elektrowni wodnej słychać, pobłąkałam się z Najlepszym z Braci po Ołbinie, zaliczyłam z Inżynierką Niskie Łąki i wały odrzańskie oraz Rakowiec, aż po dwóch dniach wróciłam do domu. Trzeba było "zrestartować twardy dysk". Jak zwykle przytaszczyłam do chatki mnóstwo rzeczy :-). Swoją drogą, w sobotę rano doszłam do zabawnej konstatacji: niegdyś nie zważałam na to, gdzie zdarza mi się spać, jak rano wyglądać oraz co mieć w serwisie porannym. Teraz to wszystko się zmieniło i nie znoszę spać poza domem (no, za wyjątkiem Barda;-). Tego ranka pochwaliłam Najlepszego, że jednak jest jedyną osobą (mimo że notorycznie podnosi mi ciśnienie) bo wie, że nie mogę żyć bez płynu Listerine i dżemu z fig na śniadanie. Cholera, jednak to bydle ma kawałek serca i jest spostrzegawcze.
A dziś - zastanawiając się - co będzie Jutro, jak zacznie się Tydzień, przeczytałam od cher Dantego maila, że oto trzeba konspirować w tej sytuacji ;-), a mnie się zdaje, że po pierwsze stare podziały na my i oni nie mają żadnego zastosowania, bo linie przebiegają po skonkretyzowanych akcydentach i są zmienne, można rzec: pulsują. Mamy też więcej "kłączy", niż "centrów". Zetem, ten "wygra" (w zasadzie to też anachronizm), kto zawładnie wyobraźnią. A wyobraźnie zagospodarowuje się twórczością - słyszycie, cholerne lenie;-)))).

FOT. Mała Blogerka z trasy Bardo-Kłodzko, którą za 2 tygodnie pokonamy razem.

środa, 14 kwietnia 2010

Jak placek

Nie mam jeszcze dobrego nastroju na pisanie bloga. Ale o tym kiedy indziej, kiedy indziej...
Tymczasem mam nową "dziewczynę", tym razem z jabłkiem na plecach, leopardem na brzuchu i safari w głowie. Oraz całym pakietem programów dla wariatów od składu, rysunków i fotoszaleństw.
Szkoda, że nie zdarzyło się to w moim życiu 20. lat temu. Być może byłabym kimś lepszym i bardziej pożytecznym, może dostarczyłabym ludziom więcej radości tworzeniem rysunków i zabawnych historii niż... anyway. 
Nie wiem skąd biorą się spleeny wszelakie, nie mają pozornie nic wspólnego z racjonalnym światem i działaniem, ale są. Sama chętnie wytrzaskałabym się po gębie. Ale przecież tak wielkie odczuwam zmęczenie, że staje się to coraz bardziej paraliżujące. I myślę sobie... 
Nie, nie mogę pisać o tym co sobie myślę, na blogach w gruncie rzeczy nie pisze się o tym, co sie myśli, tylko o tym, co chciałoby się myśleć. 

sobota, 10 kwietnia 2010

-------------------------10kwietnia---------------

Mieszkam przy parku, który niegdyś był cmentarzem. Jedną z niewielu pozostałości po starej nekropolii jest niewielki pomnik. Nie ważne co przedstawia, kto kiedyś zawędruje w te zachodnie okolice Wrocławia, może sam się przekonać. Na cokole, pod przedstawieniem, pozostaje ciągle widoczny niemiecki napis, w luźnym tłumaczeniu znaczy: i smutek jest udziałem Boga. Zaskakujące, a w sumie takie zwyczajne, jak za każdym razem inaczej sobie tę sentencję tłumaczę.

czwartek, 8 kwietnia 2010

Trochę się zebrało tego

Dziś zapowiadali u nas (w sensie na Dolnym Śląsku) ładny dzień, ale jak na razie to lekko mgliście aura rozwija swe uroki. Myślałam sobie ostatnio o Wro, że nigdy niczego bardziej nie chciałam jak w końcu opuścić to me ukochane miasto. I jak bardzo - właśnie to miasto - zaskakująco trzyma mnie w kleszczach. Nie to, że jakoś szczególnie z żalem to piszę. W zasadzie z lekką obojętnością. Tak się dziwnie zawsze układa, że już już już podejmuję trud opuszczenia Wro, a wtedy coś się dzieje tak istotnego i mającego wpływ na resztę spraw, że nie da rady i trzeba tu nadal żyć :-). Mawia się, że Wro to miasto w którym wszystko płynie, jest jak strumień niekończącej się rzeki, a my tylko mamy to szczęście (albo nieszczęście) stać chwilę w jego nurcie i czuć jak masy wodne opływają nasze ciała. A potem hyc i do widzenia. Następny proszę... do strumienia. Cóż, ja myślę sobie po latach obserwacji mego miasta, że to jest miejsce mgieł. Mgieł, które zasłaniają nieco prawdziwy obraz, mgieł zwodzących i tworzących nierealne krajobrazy.
Nie mniej mgła - ma wiele wspólnego z wodą :-). Szkoda, że nie mogę być "tyranem od architektury", nakazałabym odbudowę miasta tylko i wyłącznie w stylu neogotyckim.

Miałam opisać ubiegłotygodniową wyprawę po gminie Bardo. Polecam wędrówkę od wsi do wsi - jest zdecydowanie bardziej pożywna niż wędrówka od marketu do marketu. Jest coś pierwotnego (długo zastanawiałam się nad określeniem tego stanu) w pieszym przemierzaniu pół, rozdroży, łąk, spoglądaniu na wzgórza i doliny, docieraniu do jednych osad, a następnie opuszczaniu ich. W podróży najbardziej cieszy sam akt podróżowania. Podobnie jak w życiu. Wszystko co dzieje się przed i po - należy do innego porządku.

Z lekkim niepokojem zaczęłam sobie czytać Ruczinskiego Powrót Wolanda. Nie da się tego bez rozdrażnienia czytać, ale nie można też powiedzieć: to zła literatura, zrobił straszną rzecz. Nie ma w niej za grosz tego gorączkowego klimatu z "Mastera i Margarity", ale doceniam jedno; dzieląc książki na te, po przeczytaniu których chcę odwiedzić dane miasto oraz na takie, które tylko zniechęcają, to Powrót... ma coś w sobie. Chciałoby się zobaczyć Moskwę. Realnie, szybciej zobaczę w tym roku Rzym albo Malagę, ale nigdy nic nie wiadomo. Wszak, rok temu miałam na sto procent pewność podróży do Stambułu, a wylądowałam w Walencji i Alicante;-)

A tak poza tym, to cieszę się z tygodnia rektorskiego, z tego, że w niedzielę jednak nie muszę zaliczać wachty 12 godzinnej, a zaledwie 7 godzinną:-), że spotkam się z ex-rodziną (choć trzeba będzie chyba sobie prozac kupić wcześniej) i z jutrzejszego wieczoru bo będzie się działo ;-)

niedziela, 4 kwietnia 2010

sobota, 3 kwietnia 2010

"Ister"

Życzę, zastanawiania się nad tym czym są Te święta, a nie jak spędzić Te święta.
Dobrych i bez mroku.

czwartek, 1 kwietnia 2010

Every

Carve your name into my arm.
Instead of stressed, I lie here charmed.
Cuz there's nothing else to do,
Every me and every you.

środa, 31 marca 2010

Od razu tak z biegu


Zaczęło się źle już na początku. Wcale nie jest tak, że dopiero trzeba czekać na wydarzenia z rozpędzającego się dnia, aby orzec - to będzie zły dzień. W zasadzie zwiastun pojawia się w nocy - wystarczy tylko nieco lepiej odczytać zapowiedzi, o ile je się oczywiście spamięta, bo wszak dotyczy to snów, albo samego procesu snu.
Więc było źle, wszystko. Zła noc, złe sny - sama nie wiem skąd się to bierze, a scenariusze do tych epizodów mógłby sygnować Lynch i wcale by się nie powstydził. Potem oczywiście pobudka w środku nocy i przewalanie się z boku na bok. W końcu druga tura, wcale nie lepsza, a pod pewnymi względami może i nawet gorsza.
Dzisiaj miałam prawdziwy korowód znajomych bliższych i dalszych w najróżniejszych koszmarnych konfiguracjach. Śnili mi się zdeformowani, naznaczeni jakąś skazą fizyczną. Choć z realu są całkiem OK egzemplarzami. Powykrzywiane zęby, poczerniałe twarze, obwisłe skóry i brudne ręce albo egzemy. Oczywiście nie mogło zabraknąć wody. Tym razem podróżowaliśmy ciężarówką wzdłuż pasu nadbrzeżnego oceanu. Woda była lekko wzburzona, ołowiana, sina. Stalowe chmury zakrywały horyzont, tylko spoza ich welonu przebijało mdłe żółto-trupie słońce. Podróżowałam z kimś, kogo znam (ale słabo) i w zasadzie nawet nie bardzo mogę powiedzieć - jaki mam do tej osoby stosunek emocjonalny - najlepiej powiedzieć: neutralny. Jechaliśmy w miejsce, gdzie małe rozpadające się domy usytuowano na zboczach łagodnych wzgórz. Krajobraz był posępny, uchwycony chwilę po deszczu. Z jednego z tych dziwnych małych domów musiałam zabrać pozostawione tam ważne przedmioty - ale dlaczego były tak istotne? Nie wiem. Tym bardziej, że mój przewodnik, kompletnie jest osobą niepowiązaną z moim prywatnym realem.
Obudziłam się z bólem głowy i do tej godziny nic się nie zmieniło w tej kwestii. A potem, potem wyszłam z domu, a koszmarne sekwencje zdarzeń nadal rozgrywają się, tyle, że już poza obszarem sennych koszmarów. Najlepiej więc dzisiaj wyautować się na off.

wtorek, 30 marca 2010

Kramik z książkami



Półka z książkami Borko to raczej zupełnie inny rodzaj herbatki z ciasteczkiem, niż ten który można spotkać u mnie. Raz zaliczyłam od Borko zbiór opowiadań autorki z Indii pt. Przedział dla kobiet - czy jakoś tak to się zwało. Całkiem zgrabne, sensownie smutne i bez wątpienia bez ściemy. Ale raczej, uwielbiane przez Borko rodzinne sagi z zawiłymi meandrami losów, albo he he podręczniki do zaawansowanej nauki "anglika" dla inżynierów i biznesowych analityków - to nie dla mnie. Dość, opanowanie zasad prowadzenia działalności gospodarczej i rozliczeń, ksiąg, podatków oraz kilku kluczowych przepisów - aż nadto wystarczy mojemu twardemu dyskowi.
Tyle, że - inna sprawa - z humorem uważam, że to nie ludzie wybierają książki, tylko odwrotnie. Jak masz coś przeczytać, to tekst znajdzie cię nawet na najbardziej rozbrykanym skłocie niderlandzkim, albo w pociągu, rozpadającej się bibliotece, u nudnego znajomego, albo właśnie na półce u przyjaciółki, która wielopiętrowe zawiłości programów rozliczeniowych i procesy audytorskie, z całą pewnością, przedkłada nad dramaty Christophera Marlowe :-)
I tak sobie nagle u Borko znalazła się książka Patron Grzegorza Gortata. Powieść lekka, zabawna, gorzka, przewrotna, choć z całą pewnością nie-milowa. Wprawdzie wydawca z okładki wieszczy, że może być to literackie wydarzenie roku, ale skoro od wydania upłynęło kilka ładnych lat, a jakoś nie słyszałam aby tekst ten wstrząsnął polską literaturą, to kładę te buńczuczne zapowiedzi, na karb przeszarżowanej promocji. Na marginesie, to dziwię się, że autorzy pozwalają wypisywać takie rzeczy na obwolutach materialnych dowodów swej działalności twórczej :-). Zostawmy na boku reklamę. Sam materiał jest zgrabny. Kwestia udziału diabła w życiu twórcy, akuratnie jest tematem, który lubię. Zwłaszcza puentę, że nie ma nic za darmo - niby taką oczywistą, ale za każdym razem zaskakującą w chwili uiszczania rachunku. W Patronie jest sporo "angielskich" tropów i figur - dlatego czyta się to dobrze, jeśli kiedyś lubiło się ślęczeć nad elżbietańskimi dramatami. Wprawdzie autor kpi sobie z Szekspira, ale jego postaci wymieniają się uwagami w stylu Snu nocy letniej. I na tym poprzestańmy. Nadmierne porównanie do innych znanych, raczej tej pozycji szkodzi, niż pomaga :-). Dlaczego więc chce mi się o tym pisać? Ano spodobał mi się złośliwy szkic przedstawiający moment zgody autora na zrobienie "dilu" z Lucyferem. Nie była to kwestia kasy, sławy, miłości czy innych (choć a i owszem - w pakiecie oferty znalazły się te pozycje), tylko perspektywa, że tekst/opowieść, nad którą pisarz pracował, miałaby przepaść, zniknąć i rozpłynąć się w niebycie. Ot, wniosek z tego taki, że przerażająca - najbardziej ze wszystkiego - jest utrata naszych marzeń i transmisji wyobrażeń, roszczeniowych życzeń.
A przecież... Przecież nie ma nic bardziej złudnego niż te skarłowaciałe mrzonki i ciche zaklęcia, które skrzętnie chowamy w swych tajnych zakamarkach naszych wnętrz.
Chyba warto to przemyśleć :-)

niedziela, 28 marca 2010

Cyklicznie czy historycznie?

Kiedyś wszystko sobie minie. I dobre i złe. To ostatnie zawsze jakoś tak kuwa chwyci się hyc człowieka i jak demoniczne martwe dydko, co grasuje pod murem cmentarza*, dusi za szyję. Well, trzeba przetrwać. Bo pójdzie sobie wreszcie :-)


* To Mała Blogerko już znasz pochodzenie powiedzonka "hyc" :-)

niedziela, 21 marca 2010

...

Prawdziwa nienawiść to dar, którego człowiek uczy się latami - tak, sobie właśnie przeczytałam. Dobrze, zatem.
W nieuzasadniony sposób zawsze piszę o takich kurwa lekkich miłych sprawach. Znajomych, miłostkach, radościach, przygodach, dolce vita, sztuce tzw. A przecież to nieistotne, nieistotne istotnie, bo wszak gdy się oglądam za/i na siebie jest tylko ciemna maź, która czyni ten cube kompletnie nie-do-strawienia. Nie chce mi się, nie chce mi się nawet rozmawiać, nie mówiąc o już przysiadalności. Być może są historie, takie naprawdę bad stories, o których nie śni się pisarzom noir.

piątek, 19 marca 2010

Drunk Butterfly


Mieszanie wódki, porteru i jasnego nie było chyba najrozsądniejszym z wyborów. Cóż, rozsądek niezwykle rzadko towarzyszy chwilom stadnego łajdactwa. Anioł wszystkich pijaków, ustrzegł mnie przed dolaniem do swego brzuszka winka - a przyszła mnie taka myśl, przyszła. Choć, do określenia "myśl" dziś jestem zdystansowana.
Tak, czy inaczej - chętnie bym podyskutowała o sprawach mądrych, albo wypowiedziała się na istotnie ważki temat bieżący, ale niestety na matrycy informującej o stanie "twardego dysku" wyświetla się dziś napis: error.
Zatem niech mędrkują w necie inni. Jadę w górki odpocząć, powdychać świeżego, refleksyjnie zastanowić się nad byciem, prawdą, pięknem, złem i śmiercią - jednym słowem "pomanować" jadę :-)
Od rana chodzi mnie po głowie dlaczego motyl po angielsku nazywa się butterfly, hm latające masło, maślana mucha, masło w locie, lot masła czy idiomatycznie lekkie masło, delikatny, miękki zwiewny. Kuwa. Nie dzisiaj jednak.

środa, 17 marca 2010

Kawałki z Eliasa

Najważniejsze: rozmowy z idiotami. Ale muszą to być prawdziwi idioci, nie mianowani w tym celu przesz ciebie.

Ułagodzić marzenie senne.

Tak niewiele pozostało z Heraklita, że zawsze wydaje się nowy.

FIN

Ps. ...i taki to był dziś dzień nieznośnej lekkości przemijania.

dla Ags.

wtorek, 16 marca 2010

Będzie sztuczka


A kupno tego dzieła panna Blaum rozważa w czwartek. Jeśli to zrobię, nie będę jadła ze trzy miesiące... a przynajmniej nie będę jadła "za swoje". Choć panna Marszandka obiecała mi negocjacje cenowe, i tak jest to qwa, stracona sprawa - jak zawsze, jeśli chodzi o me qwa sprawy :-). O wernisażu galerii wirtualno-realnej oraz wystawionych dziełach napiszę wieczorem na 5Władzy. Teraz patrzę się na Kąpiel autorstwa Ewy Z. i zastanawiam się jak to wszystko ładnie urządzić :-)
Gosh - nawet nie wiecie jak w mej nowej sypialnio-pracowni będzie to wyglądać na ścianie z kolorem "rock candy". Ale o tym, też za czas jakiś jak skończę się urządzać - w stylu jakiego nie ma zazwyczaj w domach :-)))))
Aha - Kąpiel jest OLBRZYMIA - i w tym cały jej tchad.

poniedziałek, 15 marca 2010

Nuży mnie to co za oknem


Ależ znużenie bierze mnie od tej pogody. Nawet moja szafa zaczęła strajkować. W końcu płaszczom i szalikom też się należy odrobina odpoczynku. W czwartek Kasiny wernisaż i skandalem byłoby nie założyć "czarnej jedwabnej" z koronką vintage, a przyleźć w jakiś gaciorach i kapturach :-)

piątek, 12 marca 2010

Przy małej czarnej, mały pastisz :-)



Przyszło mi to do głowy z początkiem zimy, ubiegłego roku. Nie było wcześniej czasu, bo ciągle coś się działo, coś trzeba było zaczynać, a coś innego kończyć. Wreszcie korzystam z małej zakładki chorobowej, choć - jak się okazuje - w naszych złych czasach, nawet podczas choroby trzeba pracować. Nevermind(e).

Pastisz w stylu Ernsta, nie mogłam się oprzeć;-)

W domu, 11 marca 2010

Z Najlepszym z Braci o snach. Pan Darcy odwiedził mnie o zmierzchu. W innych okolicznościach cieszylibyśmy się nieśmiałym tchnieniem wiosny. Niestety, martwe kleszcze zimy nadal nie pozwalają ziemi wypuścić pierwszych, życiodajnych pędów. Zaiste, człowiek nie uświadamia sobie, jak bardzo, cykl przemian jego duszy, jest związany z rytmem natury. Wystarczy mały dysonans w konstrukcji melodii, a już trawi nas melancholijny niepokój.
Na szczęście, farmakologia oferuje panaceum. Paracetamol, odrobina tytoniu i czerwonego wina potrafią odsunąć na bok, ciężką kotarę smutków.
Sny o wodzie. Pan Darcy opowiada o wizji wyschniętej rzeki, z korytem usłanym złotym piaskiem. Początkowy niepokój, jaki silnie odczuwał, ustąpił błogości na widok koloru szlachetnego kruszcu. Tak, potęga snów mówi o głębi naszych prawdziwych uczuć i obiektach afektów.
Woda pojawia się w moich podróżach z Morfeuszem nader często. Zwłaszcza po spotkaniach z Inżynierką i Redaktorką. Trzeba nauczyć się stawiać bukłak z płynem obok łóżka, za każdym razem, kiedy w kalendarzu, wypadnie termin naszych kameralnych dyskusji. Drobne wyspy tej rzadkiej wyjątkowości. W świecie wielkich dysput o kredytach i problemach z małżonkami.
Małżonek - rozważam etymologiczne oraz kontekstowe osadzenie słowa. Tak mocno odwołującego się do głębokiego porządku organizacji relacji międzyludzkich. Skojarzył się z małżem. Dziwne, czyżby było to adekwatne odwołanie do teorii cyklów przypływów i odpływów opisanych przez Eliadego? A może, chodzi o specyficzną kuchnię śródziemnomorską? Podążając dalej, o Ars Amore. Muszę się nad tym głębiej zastanowić. Głębiej - zdaje się, słowo to nie pojawiło się przypadkiem. Zaczynam odczuwać niepokój.
Aby nie zapomnieć o prawach, wyżej znajdujących się od naszych namiętności, spędziłam trochę czasu na obserwacjach mego egzemplarza Cavia porcellus. Portugalczycy nazywają ją Porquinho da India. Zaskakujące i przerażające w rzeczy samej! Jak w nazwie, znaczeniu słów, zawiera się tęsknota za otwartym, dalekim i nieokiełznanym. Kontrastujące z ograniczeniem życia w klatce. W ramach ćwiczenia pokory odnotowuję: niektórym bytom do szczęścia wystarczy marchewka, ogórek i sianko. Ja dopisuję na marginesie jeszcze jedno słowo: winko.

:-) :-) :-)

czwartek, 25 lutego 2010

Heaven can wait


Nie powinnam narzekać. To był dobry miesiąc. Zima sobie poszła. Pokończyłam sporo tekstów pod poduszkę. Wyspałam się na najwygodniejszym łóżku świata. Na chwilę "włożyłam cudze życie na siebie" (całkiem miłe jak się okazało), a na koniec wystawiło się parę faktur. Zawsze coś. Marzec pewnie tak genialny nie będzie, choć przecie wiosna idzie, więc może, może... Na razie trzeba się obronić przed doroczną inwazją przeziębienia, które do znudzenia atakuje mnie zawsze w tych samych miesiącach co do sekundy.
Najgorsze jest to, że niebezpiecznie dochodzę do wniosku, że coś takiego jak życie zawodowe nie ma nic wspólnego z tym co chcemy w sobie pielęgnować wartościowego - o łoł, jak mnie to ładnie wyszło;-). Rzecz w tym, że w sumie mogłabym zarabiać laniem kawy, prasowaniem, albo mieszaniem w garze, bo to co robię wcale mnie jakoś nie wzbogaca i tak "właściwe pole gry" leży zupełnie gdzie indziej. Chociaż nie, "dzieci" lubię uczyć, ale to w sumie można podciągnąć częściowo pod działalność charytatywną :-).
Jak poszłam dziś wieczorem do apteki to przede mną w kolejce stała taka śliczna ciemnowłosa dziewczyna. Taka ładniutka w nieczęsty sposób. Niska, z wielkimi oczami, gładkimi ciemnymi włosami, ostro przyciętymi nad karkiem. W cudownym czarnym płaszczyku, lakierowanych botkach i przepasana paseczkiem od CK. Cudeńko - pomyślałam i zaciągnęłam na oczy czapkę, bo dzisiaj czuję się jak androgyn, zresztą przeważnie tak się czuję, więc nie ma czym gadać, wróćmy do ślicznej brunetki. Ja więc - po środki na przeziębienie - a to cudo? Myślę sobie. Kiedy nadeszła jej kolej, pięknota poprosiła o trzy listki nicorette (czy jak to się nazywa), aspirynę w tabletkach i dwa opakowania deprimu. Well, nawet istoty doskonałe miewają słabości i gorsze dni. Zatem wybaczcie, dzisiaj mam ten smutny dzień.

piątek, 19 lutego 2010

Zupełnie właśnie taki wieczór


Prozaiczne uzasadnienie życia w jednym głupim zdaniu: że jakoby warto, jest największym triumfem postępującej na równi z ekspansją technologiczną, ludzkiej głupoty. Nie mniej, skoro już się jest żywym, należy zrobić coś pożytecznego. jeden zabawny poeta radził, żeby umyć słonia, kiedy tak ciśnie na to "coś". Miałam chyba ze 120 marzeń o tym wierszowym słoniu. Z wiekiem jakoś przechodzi. I wtedy, naprawdę COŚ się robi. Dziwne to życie. Pełne zakrętów i nieprawdziwe. A to, że nie prawdziwe to nie oznacza, że nie-realne. Skomplikowane? Bynajmniej. Porządek mózgu, czynu, uczucia, logiki, wiary (sic!) - jest równorzędny wobec siebie, we wszystkich tych aspektach. Kwestia wyboru poziomu, kanału - gry. To tyle, odnośnie refleksji: życie i kwestii nie da się żyć więcej. Tyle odnośnie Pani Kotów - lepiej Ci sama tego nie powiem osobiście.

Był u mnie Najlepszy z Braci na przerwie kawowej (czyli na sępa), sprawił mi doła, bo oświadczył, że Luzerz (w sensie życiowa towarzyszka) zainkasowała od swego taty 35 kawałków na wiosnę pod kątem jesieni życia. Zapytałam się: co z tym zrobi. Najlepszy odrzekł: jak to co? Wpłaci na konto. A ty co byś zrobiła? Oj, rozmarzyłam się na chwilę. Pewnie najpierw poszłabym powiedzieć wszystkim koleżansiom, potem nie pracowałabym z tydzień, kupiłabym w "pasji win" karton wymarzonego namierzonego za drogiego, oraz bilet (a nawet bilety) do Mediolanu i puściłabym trochę kasy na ciuchy, kosmetyki i książki... mniej więcej po tej wyliczance Najlepszy zaczął mieć kwaśną minę, więc - wtrąciłam szybko - naturalnie wcześniej podzieliłabym się z tobą. Żegnał mnie z uśmiechem. Cóż, ludziom można sprawić przyjemność, nawet nierealną obietnicą. Od wieków nic się nie zmienia. O, właśnie - podobno stara miłość też nie rdzewieje - być może, ale z całą pewnością rdzewieją obiekty miłości:-)
Czas na przedwiośnie.

środa, 17 lutego 2010

wtorek, 16 lutego 2010

Smaczne abecadło (3)


Kończmy więc Waść, wstydu oszczędźmy;-) Ale tak to bywa, jak chciałoby się pisać o fajnych rzeczach, a praca i świat zawracają głowę nieistotnymi sprawami;-)

S - jak sushi. Owszem, lubię bardzo jadać, ale jak nie płacę za to. Tak się składa, że sushi to moja ulubiona potrawa darmowa:-) Zawsze na uczty sushi trafiałam na "krzywego" albo "zapraszanego" - i dobrze, pokarm ma być darem serca, zwłaszcza taki, który jest niebotycznie drogi. Najlepsze w historii uczty sushi to:
1. impreza u pięknej Kate - gdzie zapoznałam się w wersją wege sushi, zapijaną hektolitrami ginu i podprawioną analogową muzyką w niesamowitej kolekcji jej "ex". Tego ostatniego to nie szkoda, płyt natomiast tak.
2. przepijanie końcówek reprezentacyjnych pewnego dyrektora banku. Po tonach sushi, wasabi i mrożonej wódki, nie tylko mój żołądek odmówił posłuszeństwa, ale i cera zbuntowała się od nadmiaru "ostrości". Ale było warto. Dyrektora potem wyrzucili, ale zdążyliśmy jeszcze na konto karty reprezentacyjnej... nie jedno kulinarne szaleństwo uczynić. Cóż, nic nie trwa wiecznie. Zwłaszcza w korpo:-)
3. Sushi w Barcy. Tak się złożyło, że trafiłyśmy do knajpki prowadzonej przez przybyszów z Dalekiej Azji, gdzie za jedyne 6 euro można było zjeść i wypić szystko. Kontrolnie - po zakupieniu biletu - obrzuciłyśmy okiem bufety. Było tego sporo i z każdej części świata. Sushi mieli oszałamiające. Ekspresowo oszacowałyśmy swoje możliwości i wymieniając znaczące spojrzenia umówiłyśmy się co do jednego: jakby nas pytali to jeseśmy "from raszja" - nikt by nie uwierzył, że kobiety z Polski tyle potrafią zjeść. Prawie trzy godziny gastro-eventu. Potem skok w Morze Śródziemne do solanki, aby spalić co się da. Są to te chwile, kiedy patrzysz się w niebo i myślisz: życie jest piękne. Zazwyczaj trwa to krótko. Zwłaszcza do pierwszego ważenia:-)
Wniosek z tego taki: dobre sushi to takie za które nie płacisz. I trzymajmy się tego:-)

T - jak tapas. Długo nie mogłam pojąć hiszpańskiej manii tapasowej czyli przystawkowej. Ale wchodząc i smakując kraj, otwierają nam się coraz bardziej najróżniejsze drzwi percepcji oraz kubki smakowe:-). W gronie tapas uwielbiam szynkę hiszpańską, również na grillu, niesamowitą rosyjską sałatkę, słodkie pomidory okraszone serem oraz...chorizo inferno - ostre kiełbaski polane alkoholem i podpalone!!! Niesamowita sprawa. W Walencji poszłyśmy raz na kolację z miejscowymi. Typowy pomysł. Żarcie o 23.00, zatłoczona ciasna knajpa, wszyscy palą, alkohol leje się, leje się też z nas, bo jest chyba z 45 stopni we wnętrzu, siedzimy jeden na drugim (bo tak super, fajnie i kuwa to standard, że wszyscy się całują, trykają... a my już stan przedzawałowy kuwa gotowy), więc co jeszcze można zrobić w taką noc? No, przecież za zimno jest - więc zamówili gorąca kiełbasę, ale kij z tym, jak zobaczyłyśmy, ze pani kelnerka jeszcze ją podpala - wymiękłyśmy. Poszłyśmy na dwór, ogladać wypasione wielkie miejscowe karaluchy żerujące dookoła. Ale przyznaje - kiełbasa fantastyczna :-)

W - jak wino:-). Bez wina życie byłoby jak... wykastrowany kot, niby żyje dłużej, ale kuwa czegoś mu brak. Lata całe dałam się unieść fantazji, że najlepszym miejscem na emeryturę jest Dolina Centralna w Chile albo Madera. Cóż może być piękniejszego niż widok dobrze uprawianych winnic. Tak się złożyło, że pisząca te słowa, miała okazje popracować w winnicach - piękne zajęcie, a świadomość odpalania beczek na winobraniu, łoł. No winko, no life! Poważnie, moim ulubionym winem jest łagodne chianti toskańskie. Ale numero uno - to region Rioja, położony w dolinie rzeki Ebro. Rioja reserva - królową win jest.

U - jak uszka. Uszka z farszem z prawdziwków. Nic dodać nic ująć. Barszcz czerwony gorący do tego przebłyski, że kiedyś moja rodzina była liczna, bardzo liczna i że przetrwała (tylko w części) w piwnicy, ba, nawet przemaszerowała pod bramą Brandenburską. Ale to dawne czasy i nie ma co się rozczulać. Z biologią, historią oraz polityką nikt nie wygra. Uszka i barszcz pozostaną:-)

X - jak kuchnia extremalnie gówniana. czyli fast food oraz produkty podobne. Nigdy nie zjadłam niczego w tzw. "maku", a i epizodycznie zdarzało mi się przekąsić coś w tym stylu w innych lokalach. Szkoda nerwów i układu trawiennego. Wolę truć się używkami i ideami. Ostatnio byłam namawiana na jedyną szansę spróbowania czegoś w "maku", nie skorzystałam. Może kiedyś zrobią o mnie film - ta co nie zna smaku McDolsa:-). Ale od płyty zajefajnego MDC - nie mogłabym tego skosztować, to nie wypada;-)

Y - jak yerba mate. Nie załapałam się na szaleństwo "mate". Jakoś tak ok, ale bez histerii. Jak pisałam już - ja, kawosz. Ale... zawsze jest jakieś ale:-). Było to raz wiosną w Berlinie. Po kilkudniowym meetingu czas było zapakować zady w auto i wracać do Wro. Koleżansie prowadzące agencję interaktywną poradziły nam na zmęczenie nie chlanie kolejnej kawy ani dopalacza, tylko naturalną schłodzoną zabutelkowaną Yerba Mate - w fantastycznych vintage butelkach 0,7. Wypiłyśmy jedną na pół. Fantastyczny ciekawy smak, gęby nam nie zamykały się az do rogatek Wrocławia. Miałyśmy podejrzenie, że dolały tam czegoś jeszcze:-)

Z - jak zbiorowe żywienie. Bo moi wszyscy blogowi ukochani - nie ma nic lepszego jak gotowanie i jedzenie w gromadzie. Moim osobistym cichym rekordem jest przygotowanie domowej imprezy dla 50. osób:-) i to wszystko na 55 metrach kwadratowych. Oczywista pomagała mi w tym przez dwa dni nieoceniona Sylv. Ale wydawanie posiłków, karmienie, urozmaicanie - było największą frajdą wieczoru, oraz wyciąganie butelek z lodówki. Nie wyszłyśmy z kuchni, ale jaka impreza toczyła się przy kuchence i lodówce... więcej nie pamiętam, po kilku kolejkach i dymach, poszłam spać. Podobno kota mi wtedy biesili. Wpuścić draństwo do domu:-) Ale to dawno i nieprawda, wszystko gone with the wind, więc jak ładnie idzie fragment z mojej ulubionej opery La bohème... więc pijmy, no i jedzmy :-). Ostatnio lubię jak Borko dla mnie gotuje i gospodaruje moimi kaloriami, twierdząc żem trochę po zimie niedożywiona. Well, ale we wszystko się mieszczę, więc... dlatego piszę o jedzeniu;-)

wtorek, 9 lutego 2010

Smaczne abecadło (2)


...a więc kontynuujmy :

M - jak malaga, melon, mięta - łącząc te trzy żywioły spożywcze można całkiem miło spędzić całe lato:-). Malaga to ostatnio mi się roi i to bardzo i może się wyroi:-). Podobno to słodkie andaluzyjskie wino straciło obecnie swoje pięć minut, ale dla mnie (obok boskiej Madery) jest jednym z niewielu słodkich trunków alkoholowych, które lubię podegustować. Malaga tak jak i Madera mają to do siebie, że trzeba je dobrze zestawić. Błędem jest zagryzanie tych esencjonalnych, wyposażonych w cukier win innymi słodkimi produktami. Spróbujcie z chłodnym melonem, a dla detoksu po cukrze polecam miętkę - najlepiej z dodanymi świeżymi liśćmi. Po ostatniej wyprawie do Walencji wiem jedno, w Hiszpanii mają lepszą miętę - z bólem to przyznaję:-). A mięta to napój twardzieli he he.

N - jak nerkowce. Staram się nie kupować dużych paczek bo opróżnię każdą ilość tych orzechów. Posiekałam raz nerkowca, zmieszałam z pistacjami uprażyłam na oliwie, dodałam nieco siekanej podsuszanej ostrej papryczki i ze trzy suszone pomidory, a do tego mnogo pesto i wszystko hop na makaron wstążki - Viva Italia!

O - jak oliwki i oliwa. Bez tego nie byłoby świata ani filozofii, niczego by nie było mówiąc językiem Kononowicza:-) Pojawienie się dobrej oliwy i oliwek w polskich sklepach było wiekopomnym wydarzeniem. Wcześniej to małe, zielone i okrągłe znałam tylko z serialu M.A.S.H, że dawali sobie do pędzonego własnym sumptem martini. Rzeczywiście warto było czekać, a może inaczej - dlaczego kuwa tak długo! Chwilę później zaczęłam sama kręcić się po świecie i robić własne rankingi oliwek i oliw. Nauczyłam się więc z oliwą jadać wszystko, polewać, dusić, doprawiać. Ba, oliwę zabieram nawet do łazienki. Nic lepszego jak natrzeć się przed kąpielą oliwą i wskoczyć do osolonej sola kąpielową wanny. I ładnie się potem pachnie, jak kawałek południowego podpłomyka he he. Co najważniejsze - skóra potem nie schnie, zwłaszcza zimą. Oliwa jest też dobra zamiast masła na chleb. Fantastyczne zestawienie. Oliwki za to sentymentalnie prowadzą mnie do holenderskiej Bredy. Nad kanałami, nieopodal katedry był taki targ spożywczy pełen kramów. Sprzedawano na wagę i na miejscu oliwki (o takich wielkościach i odcieniach, że ho ho). W czwartek, jak udało mi się zerwać szybciej z roboty, brałam rower i jechałam do Bredy na zakupy (był to jedyny dzień handlowy z dłużej otwartymi sklepami, w sensie do 20.), ale zanim rozpoczęłam żer po półkach, szłam na porcje oliwek, frytek i majonezu. Kaloryczne jak sam sukinkot, ale po pracy fizycznej dobrze robiło.

P - jak pizza i pomidory oraz pesto, a przede wszystkim pączki. Pizza powinna dostać kulinarną nagrodę Nobla, gdyby takie dawali:-). Niech to wystarczy. Właściwie można jeść tylko pizze na różne sposoby i żyć. A pomidory? Ponad cztery lata temu po chorobie, mama Tobs karmiła mnie przez dwa miesiące przecierem pomidorowym własnej produkcji, gotowanymi jabłkami i lekkim białym serwem. Na pytanie czy potem mogę patrzeć się jeszcze na takie jedzenie, odpowiedziałam: tak, a i owszem. Przecież to smaczne! Pesto - zielone królestwo. Na ciepło i na zimno. Na pieczywie i w potrawie. Zawsze. Co do pączków - jak mogłabym zrezygnować z ciast i ciasteczek, tak pączki nigdy nie stracą mej sympatii. Dobry pączek należy doprawić spirytusem, aby nie naciągał tłuszczem podczas pieczenia. Kiedyś podmieniłam spiryt na absynt - były jeszcze lepsze. Jutro tłusty czwartek, wprawdzie te sklepowe są raczej podłego sortu, ale nie oszczędzajcie sobie. Dla mnie to straszny dzień tego roku, pierwszy raz nie zjem już nigdy pączka made by Tobs. I nie chce mi się robić własnych. Chyba po prostu muszę przeczekać.

R - jak raclette. Szwajcarzy mają ciekawe góry, mentalność, historię i kuchnię. Mają też Gigera:-). Ten ich pieprzony ser zwany raclette, mlący się, płynący, kulkowany, z geneza pastewną cholernie mnie smakuje. Zamiast bombonierki wolałabym coś takiego:-)

... no dobra, głodna jestem już z tego wszystkiego. Deser z końcowych pozycji abecadła niebawem.

piątek, 5 lutego 2010

Smaczne abecadło (1)


Przymierzałam się do tego tekstu od jakiegoś czasu. Sporo myślę o żarciu tej zimy, a to dlatego, że jak w ubiegłym roku "nie-myślałam" to wiosną wyglądałam jak całkiem spora kluseczka i trzeba było się z tym zmagać przez parę miesięcy:-). W tym roku (i ubiegłej końcówce) postanowiłam działać taktycznie - jako odporna na wszelkiego rodzaju diety - tak, aby rozmiar 38 na dupie, a 36 na górze, został tym z tych sklepów, które nie zaniżają numeracji żeby poprawić nastrój swoim klientkom:-). Mało kiedy baby mają na górze i na dole ten sam rozmiar (jak widać w przypadku kobiet zasada hermetyczna, że jak na górze tak na dole, raczej nie działa). Zresztą co ja tu tylko o kobietach, zapuszczony tłusty brzuch - jeśli chodzi o mężczyzn - wygląda dobrze tylko na posążkach Buddy (zapaśnicy Sumo są poza oceną estetyczną). Wróćmy do diet. Oj, to jest tak straszna rzecz jak pobyt w więzieniu. Zawsze mi szkoda ludzi, którzy są na diecie. Spadający we krwi poziom cukru sprawia, że są smutniejsi, bardziej rozdrażnieni, ciała przechodzą dziwną metamorfozę, a skóra reaguje różnie. Standardem dietowszczaków są podkrążone oczy. Oczywista, detoks spożywczy raz na jakiś czas jest niby dobry, wskazany, a jak jest nadmiar sadła to trzeba coś z nim zrobić, chyba że jest się obiektem w związku z wypasaczem, wtedy przerąbane:-) Ale to margines. Tak czy inaczej - lepiej zapobiegać niż leczyć, zupełnie kuwa jak w polskiej służbie zdrowia :-)
Ale do rzeczy. Nie zdrowym, chudym jedzeniu chcę pisać. Podczas jesienno-zimowego gotowania posiłków przyszło mi do głowy stworzenie katalogu ulubionych smakołyków bez których życie nie miałoby sensu. Od idei bazy przeszłam do uporządkowanego alfabetu. A więc zaczynajmy:

A - jak absynt. Późno zakosztowałam w tym trunku, bo już mając 30. na karku, ale była to miłość dojrzała i wyjątkowo wierna;-) Absynt można zawsze i wszędzie (choć nie z każdym;-). Pijam czysty, lekko schłodzony, choć latem lepiej mieszać z sokami na cukrze. Ale uwaga! Absynt potrafi zwodzić na manowce i lekko uzależnić. Kiedy zrobić sobie przerwę? Kiedy wypijasz na raz ze swoją koleżansią całą butelkę i na własnych nogach wracasz do domu - czas powiedzieć basta (na chwilę).

B - jak bazylia, świeża z doniczki. Niesamowita zieleń. Chciałabym mieć sukienkę w kolorze bazylii. I zapach. Mhhhmhmh. Można wrzucać do wszystkiego, lubię kluseczki w sosie beszamelowym (robionym, nie z torebki) z wrzuconą na koniec bazylią. W jednej takiej knajpce wyjadam bazylię z doniczek, zdarza się:-)

C - jak cytryna. Poranna szklanka wody zaprawionej suto cytryną to najbardziej energetyczny drink wszech-czasów. Kiedyś polecono mi go jako remedium dla imprezowiczki, czyli detox. Został ze mną do dziś. Zapewniam Was, po wypiciu czegoś takiego o poranku z pyska lepiej pachnie (a niektórym niekiedy czasem nawet pasta nie pomaga).

Cz - jak czekolada! Królowa jest tylko jedna :-). Uwielbiam czekoladę i dlatego staram się jej nie jeść :-). Ranking czekolad wygląda tak (mówimy tu raczej o masowych produkcjach): Ritter Sport (wszytko i do oporu, ale najbardziej to jogurtowa, z herbatnikiem i masłem orzechowym oraz ta z marcepanem), Toblerone - marzenie o Alpach szwajcarskich (będzie ziszczone, będzie), Sarotti - tabliczka opatrzona logo z Turkiem w oldskulowym klimacie, rozbraja moje kubki smakowe.

D
- jak daktyle. Suszone są najlepszą przekąską na jesienno/zimowe wieczory, w zamian za ciasteczka, które są złem w stanie czystym. Jedna moja koleżanka twierdzi, że jak można jeść coś co wygląda jak pieczone karaluchy, albo wielkie szczurze bobki... hm, myślę, że bigos dla cudzoziemców może wyglądać również przerażająco, a te efekty gastryczne? Kapuściany koszmar ha ha.

E - jak eklerki. Jedyne ciasteczka, które wspominam z dziecinnym sentymentem. Kruche cienkie ciastko wypełnione kremem i polane czekoladą. Najbardziej lubiłam wersję mini. Z czarną kawą są świetne, ale nie należy ich jeść. Będąc brzdącem na jednej imprezie u ciotki, zakradłam się do kuchni i wyżarłam z tacy wszystkie przygotowane eklerki. Dostałam skrętów żołądka. Kurowali mnie jakimiś obrzydliwymi solami. Chodziło o to, aby wywołać wymioty. Cóż za barbarzyństwo, cud, że nie zostałam anorektyczką. Ale co zjadłam to moje :-)

F - jak figa; smak życia. Lubię bardzo dżemy wszystkie, byleby były z fig. Figa to boski owoc. Niepowtarzalny smak. Czy to na świeżo, czy z puszki w zalewie, czy przetworzona. Figa nie nudzi się. Nigdy. Uwielbiam chodzić we Wro do "Piotra i Pawła" bo ta jest największy wybór dżemów z fig. Najlepszy dżem dostawałam z Kairu, był prosto ładowany do puszki, słodzony oczywista cukrem (kto by się tam przejmował), do tej pory nigdy nie odnalazłam podobnego smaku na półkach w naszych sklepach. Trzeba się dowiedzieć kto w tym roku kupił "se wczasy w Egipcie":-)

G - jak groch. Ugotowany i zmielony na pastę, przyprawiony solą morską i pieprzem. Powiew Wschodu:-) W innych wersjach groch mam w głębokim poważaniu. Ale pasta grochowa, jeszcze jak jest ciepła, jedzona łyżką prosto z gara - rewelacja. Najlepiej zaopatrzyć się w Verdin i Espumisan, ale warto!

H - jak chałwa (he he, ale ze mnie ortograficzna psotnica, ale cóż? O herbacie mam pisać? Nie... bo piję herbatę bo muszę i tylko zdrowotną, chyba że w orientalnych knajpach - zaprawioną cynamonem, to tak. Jestem jednak typowym kawoszem). A więc chałwa. Tłusta, czysta - bez wynalazków - za PRL-u, to bułgarską w puszkach zażerałam się. Potem wprowadzili produkty zastępcze, bloki przypominające chałwę, czekoladę... zniechęciłam się zupełnie. Teraz mogę kupować taką extra prosto ze Stambułu. Nie uznaję batoników chałwowych, ani produktów smakowych. Chałwę można polać sokiem malinowym, albo zeżreć z gałką lodów, też pięknie się łączy. Choć najlepiej chałwę zagryzać winogronem i popijać winem - miesza się to w pysku niesamowicie.

I - jak imbir, naturalnie. Jako, że poza pieprzem i papryką średnio lubię suszone czy przetworzone przyprawy (a i te dwie w wersjach umiarkowanych) to tyczy się to też imbiru. Nauczyła mnie koleżansia po angielskich wojażach, że można wziąć cały korzeń, zapiec w oliwie ziemniaczki, a na końcu utrzeć tego imbiru i wymieszać. Popijać kefirem. Naprawdę, jak nie przepadam za taką mocną kuchnią, to ta potrawa jest prosta i rewelacyjna. Kompletnie nie przekonałam się zaś do dżemu z pomarańczy z imbirem, jednak mam cofkę przy drugiej kromce.

J - jak jajecznica:-) Ostatnio powoli jedyna potrawa, gdzie cenię smażenie. Zazwyczaj uważam, że nie ma rzeczy, której nie można zgrillować, udusić, albo zapiec w naczyniu żaroodpornym. Smażonki odpuszczam. Ale jajecznica raz w tygodniu musi być, najlepiej z obranym pomidorem, duszonym czosnkiem (skromnie) i bazylią oraz twarożkiem obok i pełnoziarnistym chlebkiem. Typowe sobotnio-niedzielne śniadanie. Ogórek małosolny też dobrze wchodzi w tym zestawie.

K - jak kawa. Jedno zaznaczę - kawa rozpuszczalna, czy też jakieś formy latte to dla mnie nie są kawy. Kawa jest czysta, czarna i spieniona. Lubię przyprawy w kawach. Kawa ma ścinać krew w żyłach, a potem doprowadzać ją do wrzenia. Najlepszą kawę piłam w Konstancy. Był to jakiś szatański napój, działała lepiej niż amfa. W Polsce tak sobie podchodzi się do kaw. W gruncie rzeczy mamy zwykły supermarket, a nie kawiarnie. Wystarczy walnąć się do Berlina żeby zobaczyć różnice. Ostatnio zdarzyło mi się pić dwa razy dobrą kawę: jedną na Kreuzbergu, a drugą w Nowy Rok u mojej funfeli co wróciła z "greckiego wygnania". Rankiem (w południe:-) wzięła garnek, sypnęła na wodę swoje specjały przywiezione z południa, zaprawiła, dosłodziła, podgotowała i zapodała nam najsmaczniejszą historię noworoczną. To była pierwsza cudowna rzecz w 2010 roku. Potem było już tylko lepiej:-)

L - jak lasagne. Tylko DIY liczy się. Wszelkie inne robione z produktów gotowych, to plastry makaronowe przełożone farszem:-) Uwielbiam lasagne z brokułami w sosie beszamelowym, mięsnymi też nie-pogardzę, ale warzywne są zdecydowanie lepsze. No i polane oliwą, posypane parmezanem... do tego jeszcze tylko film Viscontiego, butelka chianti i można z chaty nie wychodzić.

Ł
- jak łodygi czyli bambus:-). Podobno kuchnia tajska i azjatycka to najlepsze na świecie. Wolę zostać przy tej znad basenu morza Śródziemnego. Od czasu do czasu na coś się skuszę, ale zawsze czuję się tak jakbym poszła do klubu z muzyka, którą trochę znam, jakoś mnie nie drażni, ale płyt bym nie kupiła. Najlepszą sprawą z tamtejszej kuchni jest bambus. Zupa bambusowa spokojnie mogłaby dla mnie zastąpić nasz tłusty rosół, który mnie się zawsze będzie kojarzył z zarzynaniem biednej kury, losowo wybranej z gromady.

...dobra tak zwany Ciąg Dalszy Nastąpi :-). Czas na kofi-brejka i robotę, a nie pieprzenie po próżnicy:-)