wtorek, 30 marca 2010

Kramik z książkami



Półka z książkami Borko to raczej zupełnie inny rodzaj herbatki z ciasteczkiem, niż ten który można spotkać u mnie. Raz zaliczyłam od Borko zbiór opowiadań autorki z Indii pt. Przedział dla kobiet - czy jakoś tak to się zwało. Całkiem zgrabne, sensownie smutne i bez wątpienia bez ściemy. Ale raczej, uwielbiane przez Borko rodzinne sagi z zawiłymi meandrami losów, albo he he podręczniki do zaawansowanej nauki "anglika" dla inżynierów i biznesowych analityków - to nie dla mnie. Dość, opanowanie zasad prowadzenia działalności gospodarczej i rozliczeń, ksiąg, podatków oraz kilku kluczowych przepisów - aż nadto wystarczy mojemu twardemu dyskowi.
Tyle, że - inna sprawa - z humorem uważam, że to nie ludzie wybierają książki, tylko odwrotnie. Jak masz coś przeczytać, to tekst znajdzie cię nawet na najbardziej rozbrykanym skłocie niderlandzkim, albo w pociągu, rozpadającej się bibliotece, u nudnego znajomego, albo właśnie na półce u przyjaciółki, która wielopiętrowe zawiłości programów rozliczeniowych i procesy audytorskie, z całą pewnością, przedkłada nad dramaty Christophera Marlowe :-)
I tak sobie nagle u Borko znalazła się książka Patron Grzegorza Gortata. Powieść lekka, zabawna, gorzka, przewrotna, choć z całą pewnością nie-milowa. Wprawdzie wydawca z okładki wieszczy, że może być to literackie wydarzenie roku, ale skoro od wydania upłynęło kilka ładnych lat, a jakoś nie słyszałam aby tekst ten wstrząsnął polską literaturą, to kładę te buńczuczne zapowiedzi, na karb przeszarżowanej promocji. Na marginesie, to dziwię się, że autorzy pozwalają wypisywać takie rzeczy na obwolutach materialnych dowodów swej działalności twórczej :-). Zostawmy na boku reklamę. Sam materiał jest zgrabny. Kwestia udziału diabła w życiu twórcy, akuratnie jest tematem, który lubię. Zwłaszcza puentę, że nie ma nic za darmo - niby taką oczywistą, ale za każdym razem zaskakującą w chwili uiszczania rachunku. W Patronie jest sporo "angielskich" tropów i figur - dlatego czyta się to dobrze, jeśli kiedyś lubiło się ślęczeć nad elżbietańskimi dramatami. Wprawdzie autor kpi sobie z Szekspira, ale jego postaci wymieniają się uwagami w stylu Snu nocy letniej. I na tym poprzestańmy. Nadmierne porównanie do innych znanych, raczej tej pozycji szkodzi, niż pomaga :-). Dlaczego więc chce mi się o tym pisać? Ano spodobał mi się złośliwy szkic przedstawiający moment zgody autora na zrobienie "dilu" z Lucyferem. Nie była to kwestia kasy, sławy, miłości czy innych (choć a i owszem - w pakiecie oferty znalazły się te pozycje), tylko perspektywa, że tekst/opowieść, nad którą pisarz pracował, miałaby przepaść, zniknąć i rozpłynąć się w niebycie. Ot, wniosek z tego taki, że przerażająca - najbardziej ze wszystkiego - jest utrata naszych marzeń i transmisji wyobrażeń, roszczeniowych życzeń.
A przecież... Przecież nie ma nic bardziej złudnego niż te skarłowaciałe mrzonki i ciche zaklęcia, które skrzętnie chowamy w swych tajnych zakamarkach naszych wnętrz.
Chyba warto to przemyśleć :-)

Brak komentarzy: