środa, 31 października 2007

Czym nas mamy zaskakują...


Borko bardzo ceni sobie życie i relacje ze swoją rodziną. Bo rodzina/ka to taki dziwny twór. Albo czasem przesłodzony, albo kompletnie niestrawny, albo pogmatwany w swej strukturze nakładek świadomego na nieświadome. Jakie są nasze rodziny - tego do końca my sami nie wiemy :)
Czasem nas te nasze rodziny zaskakują, a czasem bardzo rozczarowują. Nie powiem, że jestem zachwycona z każdej swojej rodzinnej relacji, bo ja z jakiegoś zimnego chowu jestem i nigdy nie zauważyłam ani nie odczułam konkretnych profitów z posiadania rodziny (ba, wręcz muszę jeszcze alimenty na własną kotkę płacić - ale to zupełnie inna story i nie czas na to żeby się teraz tłumaczyć. Ale, ale z drugiej strony jakoś nie wyobrażam sobie tego życia bez "mojej drogiej rodzinki", nie wyobrażam na tyle, że tak naprawdę przyznaję się bez bicia - to jedyny konkretny powód dla którego nie wyprowadziłam się z Wrocławia. Choć z drugiej strony ta "miłość rodzinna" to czasem tak mi dowali w plecy, że po dwóch godzinach spędzonych w gnieździe familijnym włącza mi się klasyka gatunku pt. "run Forest, run" - ale w sumie, to "run" to mi się niezasadnie często włącza przy wszystkich okazjach relacji międzyludzkich, więc nie ma co się tłumaczyć (to druga rzecz po kocie ha ha).
Ale wracając do zaskakujących sytuacji. Wczoraj - tak by the way zbliżającego się święta - odwiedziłam matkę, i tak my sobie gadu, gadu o festiwalu horroru, o naszych drogich zmarłych i innych takich, aż w ramach żartu sprzedałam jej stronę "Zegar śmierci" (wybaczcie linkować nie będę). Jak się okazało - nie mogłam zafundować lepszej zabawy mojej matce niż ta rozrywka. Niestety - musiałam wyczekać aż sprawdzi datę swojej śmierci, swoich dzieci (czyli mnie i mojego kapryśnego brata - podobno umrzemy w tym samym czasie). Największe rozczarowanie czekało zaś mamę przy sprawdzaniu daty śmierci ojca. Okazało się, że powinien on nie żyć już od 13 lat :) i za cholerę nie wiadomo dlaczego nadal życie. Cóż, życie zaskakuje. Nawet najbliższych:)
To tak gwoli rozpamiętywania o śmierci na dni najbliższe i intrygującej wigilii dnia Wszystkich Świętych.

wtorek, 30 października 2007

Relatywizm bardziej obnaża?


Borko bardzo się cieszę, że jutro przyjdziesz mi gotować i przyrządzać. Na wątróbkę jestem zawsze chętna jak kotka na rozgrzany blaszany dach :) I w ogóle to czekam na nasz wyjazd mały (oby się udało), bo szczerze to mam chwilowo już troszeczkę dość siedzenia na tyłku tu w tym mieście, tu z tymi, a nie innymi ludźmi. Nie obraźcie się - ale od czasu do czasu trzeba urwać się na trochę, żeby Was potem lepiej lubić :)
Tak czy inaczej - zastanawiam się ostatnio nad jedną niepokojącą mnie wizją rzeczywistości: czy relatywiści mają rację? Oczywiście, relatywizm został obrzucony błotem, zdeptany, osądzony od czci i innych takich, przypisany zwyrodnialcom bez etyki, albo zawłaszczony przez najbardziej prymitywnych hedonistów. A czy to aby dobry punkt widzenia? Czy relatywizm naprawdę tak bezwzględnie usprawiedliwia wszystkie subiektywne racje i pozwala na dowolność interpretacji?
A może relatywizm w niepokojący sposób definiuje naszą "naturę" (tfu! co za słowo). Może my tacy jesteśmy, sami dokonując wyboru punktu oceny. Czyż namiętnie nie szukamy usprawiedliwienia dla siebie? Czyż nie czujemy się centrum - prawdziwym axis mundi? Czy aby kontekst sytuacji nie jawi się nam przez szkiełko naszej sytuacji, naszego interesu?
Tokarska-Bakir pisze, że gdzieś mniej więcej po 20 latach od dojrzewania znudziła ją centralizacja siebie: ja, ja, ja. Z mojej perspektywy, w moim interesie. Coś jest na rzeczy. Nie chce mi się liczyć lat od mojego dojrzewania (ha ha), ale to bardzo prawdopodobne, że gdzieś się ta zmiana pojawia, otwierają się nowe możliwości i nowe perspektywy czegoś fajniejszego niż pozycja horyzontalna mojego ego (nie piszę tego szczególnie o sobie tu akurat, może to dotyczy wszystkich, a może część po prostu przesypia ten moment). Kiedyś napisałam "felieton" o pojęciu intru pojawiającej się w filozofii, którą zaproponował Constantin Noica. To intru jest trochę nieprzetłumaczalne, ale z tego co pamiętam "opowiada" o tym, że aby otworzyć się na nowy punkt widzenia, dostrzec coś niedostrzegalnego z zajmowanej tu i teraz pozycji, trzeba się zamknąć w czymś. A więc: zamknięty aby się otworzyć. Teraz na szybko sobie rekonstruuje to pojęcie - szukając odpowiedzi na problem relatywizmu.
Bo po trochę wszyscy jesteśmy relatywistami - zwłaszcza jeśli chodzi o karmienie własnego egoizmu. Nie wiem czy kiedyś obudzę się i stwierdzę: oh, dziś przestałam być egoistką, egotyczką, egocentryczką. Nie wiem. Wiem, że wielu budzi się każdego dnia z nieświadomością swego egoizmu i tej perspektywy poznawczej - i to chyba jest na swój sposób straszniejsze, niż czkanie na wyjście z świadomego egoizmu. I jak zauważyliście na koniec popłynęłam "relatywizmem" bo podświadomie szukam lepszej pozycji dla siebie niż dla innych:)))))

ps. A podobizna tego "Idola" dlatego, że tak sobie dzisiaj myślę: płynę w rzece pełnej bytów, ale płynę sama, samiutka :)

poniedziałek, 29 października 2007

Horror party na finiszu


Borko sweet dear, a więc pierwszy w Polsce festiwal horrorów zakończył się. Było warto, było strasznie, było fajnie...
W zasadzie oprócz wyjątków (a nawet wyjątku) wszystkie filmy reprezentowały dobry poziom i naprawdę trzymały w napięciu. Każdy opowiadał o innej stronie tej gorszej części naszej "natury" i robił to w sposób dobry.
Oczywiście ciosem były produkcje zasłużonych reżyserów takich jak choćby Romero czy Argento, którzy w wyjątkowo trafny sposób potrafią się babrać w wnętrznościach grozy. Bardzo fajnym akcentem na zakończenie festiwalu był norweski horror z górami i śniegiem w tle. Trzymał w napięciu nie gorzej niż Blair Witch Project. Choć na pewno po tym festiwalu moją ulubioną bohaterką będzie niejaka Sadie Blake:)* Eh.
A tak w ogóle to my tu w naszym wesołym grajdole właśnie w tygodniu "Halloween" jesteśmy, więc zajmujemy się przeważnie rzucaniem klątw i innymi takimi necro-man-tycznymi rozrywkami wspomagając się typowym dla subkultury voo-doo anturażem w stylu gorzka żołądkowa z miętą (bardzo dobre połączenie) i odpowiednią ilością dymu z cygar. Cóż, życie - cokolwiek to znaczy - nie jest łatwe ani lekkie, a tu jeszcze przede mną trochę wydarzeń.

* Sadie jest właśnie na zdjęciu:)

piątek, 26 października 2007

Maraton Horroru


Borko najdroższa długonoga contesso:) Jako się planowało, tako się stało. Redaktor zorganizował nam maraton horroru - dzięki czemu bierzemy właśnie udział w pierwszym w Polsce festiwalu filmów grozy. Pomysł super, atmosfera rewelacyjna, doznania - niezastąpione:)
Machnę parę recenzji jak dojdę do siebie, bo na razie chciałabym móc wyspać się trochę bo dzisiaj lekko zawieruszona jestem:)
Nie dość, że tydzień napięty to jeszcze od wczoraj maraton kinowy.
Na pierwszy rzut poszedł "Topór" - bardzo zgrabna i rozrywkowa igraszka z wszystkimi znanymi smaczkami amerykańskich horrorów! Warto. Wprawdzie nie jest to obraz dla zbyt delikatnych. Mamy w "Toporze" więc skuteczną bestię o wdzięcznym imieniu i nazwisku Victor Crowley (sic!), najdokładniejsze ujęcie wyprutych jelit oraz jedną z najdłuższych scen odrąbywania barku. A do tego rzecz się dzieje na bagniskach pod Nowym Orleanem z świętem Marii Grass w tle. EXTRA.
Potem poszedł na tapetę "Tunel". I ja powiem tak. Ja już mam dość japońskich traum. Alienacji, pochmurnego nieba. Zmór kurwa wyłażących z szafy czy tunelu metra oraz kolejnych wariacji na temat dzieci, ciąż, matek samobójczyń. Japończykom więc na razie dziękuję, ale "tym razem zjem kolację z kimś innym" :)
Po powrocie do domu - wstyd się przyznać, ale Redaktor musiał odprowadzać mnie do drzwi i jeszcze sprawdzić czy w przedpokoju ni czeka na mnie jaka zmora przyczajona he he - na szczęście i telewizja kablowa postanowiła przyłączyć się do festiwalu grozy i zaoferowała mi neo-gotycką rozrywkę w postaci "Królowej Potępionych". Do 2 nad ranem sen miałam z głowy. Co jeśli połączyć z nadwyrężoną kondycją z dnia poprzedniego nie daje najlepszych skutków dzisiaj:)
Ale warto było. Bo ten rodzaj kiczu wampirycznego z jakim mamy do czynienia w "Królowej..." całkiem, całkiem miło mnie nastraja do życia. Nawet na tyle lepiej, że rzeczy "czarne" przy bliższym poznaniu nabierają jakiś ciekawych konturów.

czwartek, 25 października 2007

Borko odnowicielka :)


Borko - idolka moja - nie dość, że zrobiła prawo jazdy to jeszcze rzuciła palenie. Jeśli ta pierwsza sprawa jest dla mnie zwykłą dobrą wiadomością, to ta druga urasta do cudu autentycznego. Bo Borko i papierosy to była jedność i mandala w pełni. Bo akt rzucenia przez Borko nałogu oraz zakomunikowanie mi tego właśnie dzisiaj w ten, a nie inny dzień potraktowałam bardzo, ale to bardzo symbolicznie :)
I solennie obiecuję poprawę i odnowę moralną w tym układzie. Normalnie, stara zła Pat z jej wszystkimi nałogami i "zwichnięciami", została przez mnie zatłuczona jak świnia w wiejskiej ubojni.
:) Cholera, czuję się prawie jak na zebraniu inaugurującym powstanie IV RP ha ha.
Ale coś trzeba w końcu zrobić z tym wszystkim.

wtorek, 23 października 2007

Les liaisons dangereuses....


Borko księżniczko z Trójkąta Bermudzkiego, ...czyż nie ma na świecie kobiety, która nie nadużywała władzy, jaką zdobędzie? *. Nie wiem :). Ale chyba wiem coś innego, więc inaczej można to pytanie zadać:
Czyż nie ma na świecie partii, która by nie nadużywała władzy, jaką zdobędzie?

Co tu pisać, co tu pisać skoro nam na "zieloną krainę szczęśliwości" trzeba czekać. No to poczekamy. Dlatego krytyki nie będzie i basta :)

Co do cytatów i romansów - bo mam nadzieję, że zanim przypis na dole znajdziecie to domyślicie się z jakiej książki jest to cytat. Polityka to jest trochę kwestia miłosnego odurzenia, więc mi tak od wczoraj zaczęły sie przypominać ulubione "romance".
Oczywiście ta książka, z której cytat jest to najlepsze opracowanie meandrów uwodzenia i jego konsekwencji jakie kiedykolwiek powstało. I lepsze pewnie nie powstanie. Bo cóż tu dodać w tym temacie. Podobnie jest w polityce. Cóż więcej po tych wszystkich wielkich napisać, co byłoby odkrywcze?
A wracając do romansów, i jeszcze trochę politykując, to myślę sobie, że to tak jak z moimi ulubionymi lekturami. Obok "Les liaisons dangereuses" zawsze chętnie wspominam "Pamiętnki" Duca de Lauzun'e (kochanka Izabelli Czartoryskiej) czy też fantastyczne wynurzenia Casanovy. Ale, ale. Różnica między tymi trzema książkami jest zasadnicza. Mimo, że "Les liaisons..." to fikcja w porównaniu do tamtych dwóch (przynajmniej tak zakładając), to mnie zdecydowanie bardziej przekonuje. Przekonuje brakiem romantyzmu i chłodnym efektem poniesienia konsekwencji. Nie ma bata. Cuda i ohy i ahy, księżniczki wykute z dziwek, przemiany bohaterów dokonujące się w cudowny i szybki sposób to raczej temat na taśmowe scenariusze z TV kablowej, a nie życie. Dlatego też pewnie tak lubimy TV oglądać - bo mało ma wspólnego z tym prawdziwym życiem.
Ale już na dobranoc nie będę tu pleść pajęczyny skojarzeń bo mnie tu wyjdzie jeszcze jedna zaskakująca teoria społeczno-polityczna, a na razie mam tego dość.
Na koniec, taki mały kawałek tekściku zespołu z Kanady o fantastycznej nazwie No Means No o zwycięstwie i wygranej :))))

Victory

When I set out on this journey
I thought it would never end
When I started down that road
I could not see the end
And when I took that first step
I fell in so deep
And all those things that were so hard won
I thought I would always keep

Now what do you think I see
Standing like a wall in front of me
Defat, Not Victory
Defat, Not Victory
Defat, Not Victory

So what are you going to do? Die?
No.
You going to lay down and die?
No.
I will not admit defeat
I will not admit defeat
I will see Victory



* "Niebezpieczne Związki" - Pierre Choderlos de Laclos.

niedziela, 21 października 2007

A może konserwatywni libertyni?


Borko najdroższa, która idąc na wybory zawsze kierujesz się rachunkiem ekonomicznym i stosunkiem jaki mają ugrupowania partyjne do podatków...Chcę Ci powiedzieć, że należysz chyba do tej zdecydowanej mniejszości, która po pierwsze jest wierna swojej orientacji, a po drugie bardziej zwraca uwagę na przysłowiowy "bilans" niż na piękne oczęta czy cudaczne zwroty danego lidera.
Różnych ludzi miałam za znajomych (czasem bliskich), byli lewacy, skrajni liberałowie, monarchiści, trockiści, konserwatywni chrześcijanie z rewolucyjnym zacięciem oraz wyjątkowo politycznie poprawni wielbiciele demokracji i liberalnego podejścia do spraw społecznych...o i zapomniałam jeszcze o anarchistach :) - bo jak wiadomo anarchia jest matką porządku i basta. Neverminde. Wracajmy do sedna sprawy. Otóż właśnie każdy z tych ludzi reprezentował jakąś emocjonalną więź z wyznawanym światopoglądem. Oczywiście sielanki nie było. Były kłótnie, koalicje towarzyskie i te kontr, oraz bitwy na argumenty. Jednym słowem grajdoł masakra. Ale był w tym sens, a nie pierdolenie kotka za pomocą młotka. Bo jednego czego nie jestem w stanie organicznie zaaprobować to brak postawy, prymitywny pseudo-hedonizm pogoni za karierą, stanowiskami i władzą bez względu na własne możliwości, wiedzę itp itd. Byle być, byle wyszarpnąć, byle nauczyć się socjotechnicznej sztuczki wciskania ludziom kitu.
Tokarska-Bakir (etnolożka) pisze fantastycznie w "Rzeczach mglistych", że na Polskę trzeba patrzyć się czasem z dystansu zagranicy. Ta "cenzura odległości" pozwala zobaczyć nas w zupełnie innym kontekście i czasem powściągnąć własną megalomanię, albo uchronić się od głupoty. Nie wiem dlaczego od ponad dekady "ludzie u nas" wierzą, że można mieć naszą Japonię, Tygrysa Azjatyckiego" czy teraz "Irlandię". Nie wiem czemu tak bezgranicznie czekają na psychologiczne głaski w stylu "jesteśmy narodem uczciwym i mądrym". Człowiek jaki jest każdy widzi:) I odnosi się to również do nas.
Nie napiszę na kogo głosuje, bo do 20 mamy ciszę wyborczą he he. Na pewno nie będzie to nikt kto mówi tanie i gładkie slogany w takim stylu w jakim zazwyczaj "lowelasi" mówią kobietom, kiedy za wszelką cenę chcą je zaciągnąć do łóżka:)
A co do poglądu czy postawy życiowej napiszę wam kiedyś o konserwatywnym libertynizmie - ale muszę jeszcze przemyśleć to i owo - żeby było lekko, złośliwie i zabawnie.

czwartek, 18 października 2007

Piękna Asia przeklina w cudowny sposób...


Borko moja droga, patrzę sobie właśnie na "kobietę mojego życia" - Asię Argento w TV i myślę, że człowiek rodzi się bardziej pokręcony niż na to mogłyby wskazywać wszystkie układy astrologiczne na niebie:) Cholera, żaden facet mi się tak nie podoba jak panna Argento, a przecież nie lecę na babki (choć one czasem na mnie tak:).
To tyle z obscenicznych wynurzeń na dobranoc, żeby potem koszmary wam się nie śniły.
Myślę zresztą, że nadmierna wylewność albo zbyt niefrasobliwa szczerość nie jest wcale cennym darem. Trzeba czasem posiadać odrobinę umiejętności, żeby wiedzieć co komu i jak powiedzieć. Czasem tak jest, że nie widzimy się z kimś całymi latami, a kiedy następuje w końcu ten kontakt nie mamy żadnego problemu aby mówić, opowiadać, słuchać bez osłonek, konwenansów udawanych tematów zastępczych. Z drugiej strony można mieć kogoś tuż obok siebie, bardzo blisko. Czasem nawet bez otwierania oczu czuć zapach czyjeś skóry i nie móc zupełnie nic sensownego, szczerego choć odrobinę powiedzieć. Można też mieć wszystko z wszystkiego co wchodzi w skład człowieka, rozmawiać bez słów, łapać sens zdań w połowie, a potem nagle już tego nie mieć, już kompletnie nie potrafiąc znaleźć niczego wspólnego. I co wtedy? Nic. Nie ma rzeczy, które nie podlegają idei przepływu. Więc wszystko płynie i nie mamy umiejętności złapania tej samej kropli wody co wtedy.
Inna rzecz: jest też coś takiego jak umiejętność oddalania. To trochę trudna sztuczka i wymaga dobrej praktyki i ostrzegam, że na początku boli. Ale, ale jak się już troszeczkę w tym obeznamy to bywa nam w życiu łatwiej. No właśnie bohater filmu z panną Argento, mówi o niej: "im bardziej się do kogoś zbliżamy, tym mniej o nim wiemy". :) - by the way, Asia gra tu szelmę wyjątkową, ale za to jak wyglądającą...
Czy warto się więc zbliżać? Może tak jest, że zgodnie z zasadą: w chwili szczęścia doszukuj się zapowiedzi smutku, a w tragedii możliwości odrodzenia - po to żeby jedni mogli bliskość realizować, inni muszą jej się wyzbywać.
No dobrze, ale czasem sobie myślę, że jak już się wszystkiego i wszystkich pozbędę to trochę mi smutno będzie.

środa, 17 października 2007

Wejść na drzewo od czasu do czasu


Borko, musiałabym dzisiaj pisać o różnych dziwnych zakrzywionych teoriach. O mijającej się czasem komunikacji, albo zmęczeniu, które ogarnia nas wbrew woli. Ciągle czegoś odmawiam, albo nie chce mi się czegoś tłumaczyć. Czasem tak jest, że "trzeba wejść na drzewo, żeby pobyć samemu przez jakiś czas" :)
Redaktor Pinio organizuje nam wyjście na festiwal horror filmów w tym paru niezłych niszowych kawałków. Może jak się "najem" tym i owym "horrorowym" to napisze coś znów dla fanatyków "mrocznych sprawek" ;)

ps. i pamiętajcie, że nawet oślikom trzeba czasem odrobinę czułości okazać.

wtorek, 16 października 2007

W poszukiwaniu utraconego wampira


Borko droga moja duszko..."wyskoczyłam" ja dzisiaj sobie podczas kawki popołudniowej na mały spacer sieciowy. Ot, tak bez powodu poodwiedzać trochę starych haseł, kilka miejsc i nostalgicznych wspomnień. Poszłam więc na - wampiry. A zaczęło się tak, że od dni kilku za Mongolię całą i stadninę osłów, nie mogłam przypomnieć sobie jak nazywał się jeden węgierski malarz co to był autorem takiego intrygującego obrazu, co ja go sobie trzymałam w starym "podręcznym" (czyt.: laptopie). Pamiętałam tylko imię: Istvan. Obraz, ba mogłabym sama z pamięci odrysować ha ha. Tak więc, rzuciłam się na poszukiwania. Oczywiście znalazłam, tutaj.
Artysta to Istvan Csok, a obraz pt. "Wampiry" z 1907 roku znajduje się w rękach prywatnych. O, poznałabym te ręce bardzo chętnie. Nic to. Wracajmy do głównego nurtu wydarzeń.
Przy okazji, żeglując po wirtualnych falach wampirycznego oceanu, zawinęłam do kilku portów na wampiryczne barbecue, wampiryczne party, wampiryczne mody, ciuchy, piosenki, kodeksy, akcesoria, randkownie i tylko cholera wampirycznego domu spokojnej starości nie znalazłam. Jednak myślę sobie, że on gdzieś pewnie w Mongolii Wewnętrznej leży, a tam jeszcze z pozycjonowaniem stron mają problemy:)
Z wampiryzmem jest tak, że obok niepokojących aspektów psychologicznych (nikomu nie życzę załapać takiego ludzkiego ssacza na kark, co to wyssie z nas soki życia, pomysły i nie tylko) jest w nim sporo dobrze znanego dekadenckiego uroku: egzystencja istnienia, powtarzalność cykli, urok dla uroku. Jest też mnóstwo kiczu. Bo już czasem od tych mało kreatywnych przetworzeń farbowanych długich włosów, lic bladych i peleryn to normalnie rzygać się chce i to nie krwią bynajmniej. Podobnie od patrzenia się na prze-monstrualne cycate Vampirelle, co to w realu to chyba musiałyby pod tym czymś pchać mostek rehabilitacyjny - tak to nie proporcjonalne jest:) A na cycate aspekty to ja mam ostatnio zęba i cynizm. I jak mi to znajomy opowiadał raz dowcip o facecie co miał do wyboru trzy kobity: mądrą, świetnie ubraną, dobrze gotującą. I którą to wybrał? Tą, która miała największe cycki!
Rewelacja. Eureka. Toż mi się ostatnio przypomniało, jak przy jakiejś wódce znajomy redaktor tak mi klarował wspomnienie po jednej pięknej stażystce co to ją nie zdążył (nie miał odwagi) poderwać: ...i jak przypomnę sobie jej maleńką główkę, mleńkie rączki i maleńkie cycuszki pod bluzką...to jeszcze nie mogę. Tak mówił, dokładnie tak.
Więc myślę sobie, że to wszystko jakoś mi z tym wampiryzmem sie poukładało. Uzależnienie od ssania, zatracanie zmysłów i rozumu. Wszak wampir otumania, na tym polega jego siła :)

ps. przeszukałam ze 40 stron żeby jakiś Wam fajny obrazek (niebanalny) z wampirami znaleźć, ale wszystko ograne, albo cycate cholera. Zapodam więc ten. Nic nowego, ale dziewczę jakoś podobne do mojej byłej pięknej bratowej. To tak sentymentem wampirycznym pojadę:)

poniedziałek, 15 października 2007

Mostek czarownic czy pokutnic?


Borko, czasem nawet zwykły czas zaskakuje nas swoją niezwykłością:) Zwłaszcza w środku dnia roboczego, zwłaszcza kiedy jest to poniedziałek. Prawie jak
Blue Monday
:)
Nie będzie wpisu. Za wpis niech wystarczy zdjęcie. Podobnie, niech czytający wybiorą nazwę właściwą dla siebie patrząc na to miejsce.
Miłej nocy...
...bez snów o debatach i wyborach (sic!)

ps. a mówiąc językiem Ireny Obermanovej: moi koledzy łajdaccy z łajdaków są:))))

niedziela, 14 października 2007

Zmutowane uszko i moje łóżko


Borko, jak się okazuje na świecie dzieją się bardziej zaskakujące rzeczy niż kampania wyborcza w Polce:). Otóż znany performer Stelarc wyhodował ucho na swoim przedramieniu.
Może ktoś pamięta, że Stelarc, gwiazda body art'u, która na skalę światową rozbłysła w latach 90. (wystąpił w teledysku zespołu Queen - tańcząc ze swoją "wirtualną ręką" - że tak opowiem w skrócie) był równo 10 lat temu we Wrocławiu.
Stało się tak przy okazji festiwalu WRO w maju 97 roku. A pisząca te słowa miała wówczas okazję "ochraniać" jego występ w Ośrodku Jerzego Grotowskiego - traktując zresztą swoje obowiązki wolontariuszki zdecydowanie zbyt poważnie he he.
Stelarc to postać niesamowita, jak z surrealistycznego snu. Z jednej strony mogą Was odrzucić jego dokonania: podwieszanie się na hakach w galeriach sztuki, eksperymenty z łączeniem ciała z komputerem itd itp. Jednak Stelarc, to też szalenie fajny i przystępny Australijczyk, którego zapamiętam z eventu w BWA, kiedy stał uśmiechnięty w zamszowym kapeluszu i skórzanej kurtce oglądając wyczyny polskich performerów.
Stekarc to nurt podobny do tego, który reprezentuje inna artystka - Orland. Ta przez całe lata poddawała sie operacjom plastycznym, które miały na celu upodobnić Orland do wszystkich klasycznych "elementów" znanych i uznanych piękności sztuki (z tego co pamiętam czoło Orland miało być wzorowane na Mona Lisie). Obok tej dwójki lubię sobie też podglądać Tracey Emin. O Emin pisałam obszernie na MySpace właśnie, a tytuł jej wystawy posłużył mi wówczas za motto opisujące bloga. Nie będę raz jeszcze rozwodzić się o tym dlaczego lubię Emin i takich freaków sztuki - wystarczy zobaczyć jej pracę pt. Moje łóżko. Dla mnie to zadziwiająca "sekcja zwłok" samotności, inności i wszystkich grzeszków współczesnych kobietek.
Odgrzebując w pamięci, niektóre wyczyny "moich" artystów, spojrzałam przez pryzmat performerskich sztuczek na kampanię wyborczą. Może czasem warto wyłączyć chłodny racjonalizm i w zupełnie odjechany sposób spróbować pooglądać debaty, konferencje prasowe, nie mówiąc już o wisience na torcie jaką są spoty reklamowe przeróżnych partii. Ho, ho - czego tam nie ma! Kogo tam nie ma! Można powiedzieć, że gdyby szarpnąć się i zgromadzić w jednej sali jakiejś dowolnie wybranej galerii sztuki współczesnej wszystkie wyborcze filmy, puścić je w tym samym czasie na zawieszonych telebimach, a do tego kazać liderom partyjnym wygłaszać na żywo swoje "najlepsze" kawałki. Mielibyśmy niezłe piekiełko he he. Tylko ilu z nas wytrwałoby na takim evencie?:)

sobota, 13 października 2007

Don't play with me


Borko, zasadniczo to ani dziesięć lat temu, ani nawet rok temu (tym bardziej) nie wyobrażałam sobie, że noc z 12 na 13 października 2007 roku będę spędzać "śledząc" nocne życie zajezdni tramwajowych. Czy jest coś zaskakującego w tym? Nic. Wszak nigdy nie wiemy co nasz czeka:)
Moja przyjaciółka Agnes, ma marzenie żeby móc uczyć się przez całe życie. Myślę sobie: ta noc na zajezdniach też była bezcenną lekcją, choć może żadnego dyplomu za nią nikt z nas nie dostanie, to będziemy ją wspominać przynajmniej przez dwie kolejne dekady:).
I tak jak sobie nie wyobrażamy często przyszłości, tak bardzo zabawnym zderzeniem jest zapoznanie się z artefaktami z przeszłości, w których to "przewidujemy" przyszłość, bądź kierunki jej rozwoju.
Dziś udało mi się "posprzątać" jedną ze skrzynek pocztowych - ponad rok korespondencji i dyskusji. Zamiast szybkiego "usuń" zaczęłam oczywiście grzebać się w listach. Zaskakujące jak po czasie nasze prognozy wydają się być albo skrajnie nieprzytomne, albo cholernie celne. Może warto czasem sobie "odkopać" taki grobek bo w nim można znaleźć sporo wskazań na przyszłość. Choć oczywiście jest to podobna bzdura jak solenne obiecywanie sobie: "już nigdy więcej tego nie zrobię...".
Zrobię. Zrobisz. Zrobimy. Przez połowę życia popełniamy błędy, aby przez następną połowę przestrzegać innych przed ich popełnianiem. Ha, nawet jest to urocze na swój sposób. Jak to szło? Gdyby młodość wiedziała, a starość mogła:) Cudowne przysłowie!

piątek, 12 października 2007

"Działamy po omacku..."


Borko,

Działamy po omacku... robimy, co możemy... dajemy to, co mamy. Nasze zwątpienie jest także naszą pasją, a pasja jest naszym zadaniem. Reszta to już obłęd sztuki.

Henry James - amerykański pisarz, który wybrał bycie "Anglikiem" - napisał te słowa w "Wieku średnim". Zaś David Lodge, pisarz brytyjski wybrał ten właśnie cytat jako motto do swojej książki o Jamesie pt. "Autor, Autor". Lubię Jamesa za to, że był lepszy od sobie "równych". Za wszystkie te "sztuczki" psychologiczne w powieściach, o których jemu współcześni mogli pomarzyć. Natomiast Lodge'a cenię za inteligenty, lekko ironiczny opis środowisk na pozór zamkniętych, na pozór tak poważnych i dalekich od żartów (vide: "Mały światek"). Jednak pozory mylą. Za fasadą, którą budujemy przez całe życie, zazwyczaj tętni zupełnie inny świat. Bynajmniej nie tak czarowny jak ten znany choćby z "Zaczarowanego ogrodu". W pewnym sensie taka jest też istota blogowania. Czy blog, jego forma, sposób narracji jaki wybieramy w tym danym momencie dla określonych odbiorców jest krystalicznym odbiciem naszego szczerego tu i teraz, czyli mnie i mojego "małego osobistego"? Chyba nie. Piszę to kursywą, bo wszak sama do końca nie jestem przekonana czy aby rzeczywistość jest w stanie na tyle się zawiesić tu i teraz, żebym na sto procent mogła powiedzieć: o, to piszę szczerze. :)
Myślę, że szczerość bywa "wartością idealną" - do której a i owszem dążymy, ale nie musi oznaczać to wcale, że ją osiągamy. Czasem celowo nawet zawieszamy się w tym dążeniu aby nie pozbawić się pancerza ochronnego, pod którym to już tylko wystarczy mały kopniak, aby rozłożyć nas na łopatki.
Bardzo to będzie wulgarne w porównaniu do Henry Jamesa, ale czy oczekujemy od polityków szczerości? Czy warto zasiąść przed TV oglądając kolejną debatę? Czy warto wrzucać do urny kolejny raz zakreślone nazwisko, na kolejnej liście:))) Nie odpowiem na to pytanie, bo ani to nie czas (jesteśmy przed wyborami), ani nie miejsce.
Czy na bloggerze czuję ten sam luz na co na My Space - jeszcze nie. Na pewno daleko mi do tej swobody myśli, opinii, ilości skojarzeń wulgarnych, zabawnych czy prowokacji do jakiej przyzwyczaiłam się tam. Pewnie się rozkręcę. Ale ma to też swoją zaletę. Może ta sytuacja dowodzi, że sieć nie jest wcale poszatkowaną, wszędzie tak samo wyglądającą przestrzenią. Przynajmniej ja się dzisiaj tak czuję:)
Blogowanie nie ma nic wspólnego (przynajmniej dla mnie) z fazą "...a więc mój drogi pamiętniku, dzisiaj to...". Ha ha, prowadziłam niegdyś pamiętnik, ale cierpliwości zabrakło mi dniach trzech, kiedy kolejny wpis zaczynał się mniej więcej w stylu "...dzisiaj po lekcjach poszliśmy na wino. Tym razem "Pokusa" dała radę" :). Podobno - tak po "sartrowsku" mówiąc, nawet takie małe wybory wpływają zasadniczo na całe nasze późniejsze życie. Czy pijąc wino po lekcjach zamiast biegnąć wkuwać matmę zmarnowałam sobie życie zostając humanistką? :) Czy może jednak "cudowne" olśnienia związane z dekonstrukcją Kanta nad winem marki "Pokusa" okazały się być zbawienne?. A bo to wiadomo? - że tak zacytuję magister inżynier Borko:).
Wracając do istoty blogowania. Żeby nie Łukasz, to by nie było blogowania. Żeby nie wyprowadzka z Biskupina, to by nie było tematów na posty. A potem, potem to już jakoś idzie, coraz dalej rozrasta się i wrzuca nas zupełnie w inne fałdy czasu i życia.
Poza tym, jak napisałam dwa miechy temu na MS - jesień to czas włóczykijów, a ja jestem takim włóczykijem co lubi się szwędać tu i ówdzie. Stąd przeprowadzka i stąd blogowanie - jedyne stałe axis mundi jakie mam na teraz. Całkiem zresztą miłe.
A kończąc wulgarnie i po swojemu, dobrze, że się kończy powoli ta polityczna młócka. Jadę dzisiaj w nocy z Monique "pilnować" oklejania tramwai, co po raz kolejny dowodzi, że praca w agenturze, to normalnie ciężka fabryczna praca i czego my to nie przeżyjemy w tej robocie (he he to byłby dopiero temat na bloga;). A dobrze, że się kończy, ponieważ jutro z redaktor Sylv mamy zamiar wypić zasoby winne i inne. Bo wszak po robocie człowiek napić się musi:)
nie zapominając, że pasja jest naszym zadaniem.
Czego też wszystkim życzę;)

środa, 10 października 2007

Witam, witam


Borko droga - tego nagłówka zmieniać nie będę. A więc stało się. Zmykam z MySpace w podskokach. Roczny eksperyment zakończony. Było miło i ciekawie, ale bynajmniej brakowało w tym wszystkim - treści. MySpace to profile, a nie blogowanie. Można pooglądać zdjęcia, można dostawać maile od ludzi mniej lub bardziej znajomych, ale nie można robić wielu rzeczy. Można kolekcjonować, podrywać, lansować się. Pisać nie-prawdę, albo kłamstwa zupełne. Tymczasem (słowo zakazane) zapragnęłam czegoś więcej. Oczywiście blogspot nie wziął się ot tak z powietrza. Przecież tuż za rogiem jest 5 Władza :)
Tyle gwoli zaproszenia - na resztę atrakcji zapraszam niebawem.