poniedziałek, 26 kwietnia 2010

Bit of a mind still left to me

Do you really think that I have not had any sort of premonition concerning all these? Well, this is the truth! I feel miserable for being endowed with a sixth sense. I am able to foresee how many things fate is preparing for me. What else could I say to you? After all I have already lost, I have come to be afraid even not to lose that bit of a mind still left to me.

Veronica Micle - letter to Eminescu.
First hour after midnight
September 2, 1879

Właściwie to przecież nie znoszę tych pieprzonych blogów z cytowanymi pioseneczkami i wierszykami. A przeceż sama to czasem robię :-) W zamian - posypując głowę popiołem - tym razem fragment listu :-)

piątek, 23 kwietnia 2010

Strzelnica


Pewnie jesteście porządnymi ludźmi z bagażem "dobrego dzieciństwa" i motyw, który mi dzisiaj zaskoczył - przy 2 kawie i kawałku czekolady - wyda wam się cieniem czegoś podłego, ale cóż nikt z nas nie ma już wpływu na bagaż dświadczeń. Ba, nawet na przyszłość, w połowie peletonu, to ma się już w gruncie rzeczy znikomy wpływ. Zastanawiałam się czy mi czegoś brakuje z przeszłości? Poza Mamą i fresh optymistyczną naiwnością (ta gubi się gdzieś powoli mniej węcej od 20. urodzin - tak sobie diagnozuję).
Co takiego jest pod poduszką zmitologizowanych i przekłamanych (naturalnie) wspomnień, co powoduje, że wraca do nas fala nostalgii, tajemnicy, obietnicy przygód, które - jak potem okazuje się - nigdy nie nastąpią? Być może jest to pierwsze czytanie 20 tysięcy mil podwodnej żeglugi albo pierwszy seans z Pojedynkiem Potworów, tak, to też, ale coś jeszcze - strzelnica.
Nie pamiętam początku, nie wiem skąd się wzięła pierwszy raz. Wiem tylko, że jako dziecko, które dość długo nie rosło (w związku z czym, wszyscy mówili na mnie grosik:-) musiałam najpierw zostać wniesiona na podest (tradycyjnie, przez z Najlepszego - który był mistrzem w organizacji zabaw innych niż wszystkie), a potem na tym podeście, dawali mi cegłę pod stopy, żebym choć mogła nos oprzeć na ladzie i zerknąć co dzieje się w środku. Nie wiem, czy dzisiaj cała zawartość tego bajzlu byłaby warta 20 PLN. Mieli czarno-białe fotografie przebrzmiałych gwiazd, gumy w kształcie papierosa na patyku, kwiaty z pianki, obrzydliwe misie i nie wiem co tam jeszcze. Z całą pewnością wóz był zawsze udekorowany pustymi puszkami po zagranicznych piwach oraz innym szmelcem. Osobną atrakcję stanowiła "gra w Żyda" - była to maszynka, obudowana szybą, do której wrzucało się moniaka 2 albo 5 złotowego i trzeba było tak manewrować dźwignią żeby "chodzący żyd" nie zgarnął monety do koszyka. Kurwa mać - jak się nad tym zastanowię, to był to jakiś Sajgon mentalny. Tak czy inaczej, na szczęście kiedy w końcu zaczęłam rosnąć i sama mogłabym strzelać i grać - strzelnica przestała przyjeżdżać. Teraz, myślę sobie, mama Tobs, miała do nas świętą cierpliwość. Ja bym nie zniosła takiego poziomu prymitywizmu u własnych dzieci.
I nie wiem dlaczego, ta cholerna strzelnica utkwiła mi w głowie i jak tylko sobie ją przypomnę to mam uczucie jakbym znalazła się na pokładzie Nautilusa :-)

Ps. Zaglądnęłam sobie - ot, tak - na swoje posty sprzed 2 lat. Zaczęłam się zastanawiać, czy ja czasem tego bloga nie powinnam zlikwidować. Dość pstro w głowie się kręciło. Dalej nie kontynuowałam lektury.

poniedziałek, 19 kwietnia 2010

Po deszczu

Dziś rano było "po deszczu". Słonecznie, lekko mokro i ciepło. Bardzo ładny, dobry poranek. Zajadałam jogurt z miodem i gapiłam się na rzekę w oddali za pasem zalewowym. Jeszcze kilka ciepłych nocy i korony dębów zasłonią mi perspektywę. Wiosną wszystko wariuje; jest trochę przereklamowaną porą roku, ale bywa znośna.
I chyba potrzebuję urlopu, ponieważ poziom agresji wobec pracy osiągnął pogranicze sztormu.

niedziela, 18 kwietnia 2010

...w gruncie rzeczy

W gruncie rzeczy nic tak bardzo mnie czasem nie rozbraja, jak własna rozbrajająca głupotka. Bo łatwiej jest uznać ją u innych, spuszczając zasłonę tolerancji pod hasłem: cóż, to tylko ludzie. Gorzej, widzieć ją czasem u siebie. Oups. Pocieszam się, Inni widzą ją zapewne u mnie o wiele częściej niż ja sama, zaiste wartość to niezwykła, ta niewiedza wypływająca z niemożliowści (szczęśliwej) poznania cudzych przemyśleń. Ależ dziwny dzień, skrajny w przebiegach.

Dryfując czy pulsując?

Od piątku zaczął się sezon light. Przeszłam ukochaną uliczką Zyndrama z Maszkowic, popatrzyłam co na "skwerku" przy elektrowni wodnej słychać, pobłąkałam się z Najlepszym z Braci po Ołbinie, zaliczyłam z Inżynierką Niskie Łąki i wały odrzańskie oraz Rakowiec, aż po dwóch dniach wróciłam do domu. Trzeba było "zrestartować twardy dysk". Jak zwykle przytaszczyłam do chatki mnóstwo rzeczy :-). Swoją drogą, w sobotę rano doszłam do zabawnej konstatacji: niegdyś nie zważałam na to, gdzie zdarza mi się spać, jak rano wyglądać oraz co mieć w serwisie porannym. Teraz to wszystko się zmieniło i nie znoszę spać poza domem (no, za wyjątkiem Barda;-). Tego ranka pochwaliłam Najlepszego, że jednak jest jedyną osobą (mimo że notorycznie podnosi mi ciśnienie) bo wie, że nie mogę żyć bez płynu Listerine i dżemu z fig na śniadanie. Cholera, jednak to bydle ma kawałek serca i jest spostrzegawcze.
A dziś - zastanawiając się - co będzie Jutro, jak zacznie się Tydzień, przeczytałam od cher Dantego maila, że oto trzeba konspirować w tej sytuacji ;-), a mnie się zdaje, że po pierwsze stare podziały na my i oni nie mają żadnego zastosowania, bo linie przebiegają po skonkretyzowanych akcydentach i są zmienne, można rzec: pulsują. Mamy też więcej "kłączy", niż "centrów". Zetem, ten "wygra" (w zasadzie to też anachronizm), kto zawładnie wyobraźnią. A wyobraźnie zagospodarowuje się twórczością - słyszycie, cholerne lenie;-)))).

FOT. Mała Blogerka z trasy Bardo-Kłodzko, którą za 2 tygodnie pokonamy razem.

środa, 14 kwietnia 2010

Jak placek

Nie mam jeszcze dobrego nastroju na pisanie bloga. Ale o tym kiedy indziej, kiedy indziej...
Tymczasem mam nową "dziewczynę", tym razem z jabłkiem na plecach, leopardem na brzuchu i safari w głowie. Oraz całym pakietem programów dla wariatów od składu, rysunków i fotoszaleństw.
Szkoda, że nie zdarzyło się to w moim życiu 20. lat temu. Być może byłabym kimś lepszym i bardziej pożytecznym, może dostarczyłabym ludziom więcej radości tworzeniem rysunków i zabawnych historii niż... anyway. 
Nie wiem skąd biorą się spleeny wszelakie, nie mają pozornie nic wspólnego z racjonalnym światem i działaniem, ale są. Sama chętnie wytrzaskałabym się po gębie. Ale przecież tak wielkie odczuwam zmęczenie, że staje się to coraz bardziej paraliżujące. I myślę sobie... 
Nie, nie mogę pisać o tym co sobie myślę, na blogach w gruncie rzeczy nie pisze się o tym, co sie myśli, tylko o tym, co chciałoby się myśleć. 

sobota, 10 kwietnia 2010

-------------------------10kwietnia---------------

Mieszkam przy parku, który niegdyś był cmentarzem. Jedną z niewielu pozostałości po starej nekropolii jest niewielki pomnik. Nie ważne co przedstawia, kto kiedyś zawędruje w te zachodnie okolice Wrocławia, może sam się przekonać. Na cokole, pod przedstawieniem, pozostaje ciągle widoczny niemiecki napis, w luźnym tłumaczeniu znaczy: i smutek jest udziałem Boga. Zaskakujące, a w sumie takie zwyczajne, jak za każdym razem inaczej sobie tę sentencję tłumaczę.

czwartek, 8 kwietnia 2010

Trochę się zebrało tego

Dziś zapowiadali u nas (w sensie na Dolnym Śląsku) ładny dzień, ale jak na razie to lekko mgliście aura rozwija swe uroki. Myślałam sobie ostatnio o Wro, że nigdy niczego bardziej nie chciałam jak w końcu opuścić to me ukochane miasto. I jak bardzo - właśnie to miasto - zaskakująco trzyma mnie w kleszczach. Nie to, że jakoś szczególnie z żalem to piszę. W zasadzie z lekką obojętnością. Tak się dziwnie zawsze układa, że już już już podejmuję trud opuszczenia Wro, a wtedy coś się dzieje tak istotnego i mającego wpływ na resztę spraw, że nie da rady i trzeba tu nadal żyć :-). Mawia się, że Wro to miasto w którym wszystko płynie, jest jak strumień niekończącej się rzeki, a my tylko mamy to szczęście (albo nieszczęście) stać chwilę w jego nurcie i czuć jak masy wodne opływają nasze ciała. A potem hyc i do widzenia. Następny proszę... do strumienia. Cóż, ja myślę sobie po latach obserwacji mego miasta, że to jest miejsce mgieł. Mgieł, które zasłaniają nieco prawdziwy obraz, mgieł zwodzących i tworzących nierealne krajobrazy.
Nie mniej mgła - ma wiele wspólnego z wodą :-). Szkoda, że nie mogę być "tyranem od architektury", nakazałabym odbudowę miasta tylko i wyłącznie w stylu neogotyckim.

Miałam opisać ubiegłotygodniową wyprawę po gminie Bardo. Polecam wędrówkę od wsi do wsi - jest zdecydowanie bardziej pożywna niż wędrówka od marketu do marketu. Jest coś pierwotnego (długo zastanawiałam się nad określeniem tego stanu) w pieszym przemierzaniu pół, rozdroży, łąk, spoglądaniu na wzgórza i doliny, docieraniu do jednych osad, a następnie opuszczaniu ich. W podróży najbardziej cieszy sam akt podróżowania. Podobnie jak w życiu. Wszystko co dzieje się przed i po - należy do innego porządku.

Z lekkim niepokojem zaczęłam sobie czytać Ruczinskiego Powrót Wolanda. Nie da się tego bez rozdrażnienia czytać, ale nie można też powiedzieć: to zła literatura, zrobił straszną rzecz. Nie ma w niej za grosz tego gorączkowego klimatu z "Mastera i Margarity", ale doceniam jedno; dzieląc książki na te, po przeczytaniu których chcę odwiedzić dane miasto oraz na takie, które tylko zniechęcają, to Powrót... ma coś w sobie. Chciałoby się zobaczyć Moskwę. Realnie, szybciej zobaczę w tym roku Rzym albo Malagę, ale nigdy nic nie wiadomo. Wszak, rok temu miałam na sto procent pewność podróży do Stambułu, a wylądowałam w Walencji i Alicante;-)

A tak poza tym, to cieszę się z tygodnia rektorskiego, z tego, że w niedzielę jednak nie muszę zaliczać wachty 12 godzinnej, a zaledwie 7 godzinną:-), że spotkam się z ex-rodziną (choć trzeba będzie chyba sobie prozac kupić wcześniej) i z jutrzejszego wieczoru bo będzie się działo ;-)

niedziela, 4 kwietnia 2010

sobota, 3 kwietnia 2010

"Ister"

Życzę, zastanawiania się nad tym czym są Te święta, a nie jak spędzić Te święta.
Dobrych i bez mroku.

czwartek, 1 kwietnia 2010

Every

Carve your name into my arm.
Instead of stressed, I lie here charmed.
Cuz there's nothing else to do,
Every me and every you.