czwartek, 8 kwietnia 2010

Trochę się zebrało tego

Dziś zapowiadali u nas (w sensie na Dolnym Śląsku) ładny dzień, ale jak na razie to lekko mgliście aura rozwija swe uroki. Myślałam sobie ostatnio o Wro, że nigdy niczego bardziej nie chciałam jak w końcu opuścić to me ukochane miasto. I jak bardzo - właśnie to miasto - zaskakująco trzyma mnie w kleszczach. Nie to, że jakoś szczególnie z żalem to piszę. W zasadzie z lekką obojętnością. Tak się dziwnie zawsze układa, że już już już podejmuję trud opuszczenia Wro, a wtedy coś się dzieje tak istotnego i mającego wpływ na resztę spraw, że nie da rady i trzeba tu nadal żyć :-). Mawia się, że Wro to miasto w którym wszystko płynie, jest jak strumień niekończącej się rzeki, a my tylko mamy to szczęście (albo nieszczęście) stać chwilę w jego nurcie i czuć jak masy wodne opływają nasze ciała. A potem hyc i do widzenia. Następny proszę... do strumienia. Cóż, ja myślę sobie po latach obserwacji mego miasta, że to jest miejsce mgieł. Mgieł, które zasłaniają nieco prawdziwy obraz, mgieł zwodzących i tworzących nierealne krajobrazy.
Nie mniej mgła - ma wiele wspólnego z wodą :-). Szkoda, że nie mogę być "tyranem od architektury", nakazałabym odbudowę miasta tylko i wyłącznie w stylu neogotyckim.

Miałam opisać ubiegłotygodniową wyprawę po gminie Bardo. Polecam wędrówkę od wsi do wsi - jest zdecydowanie bardziej pożywna niż wędrówka od marketu do marketu. Jest coś pierwotnego (długo zastanawiałam się nad określeniem tego stanu) w pieszym przemierzaniu pół, rozdroży, łąk, spoglądaniu na wzgórza i doliny, docieraniu do jednych osad, a następnie opuszczaniu ich. W podróży najbardziej cieszy sam akt podróżowania. Podobnie jak w życiu. Wszystko co dzieje się przed i po - należy do innego porządku.

Z lekkim niepokojem zaczęłam sobie czytać Ruczinskiego Powrót Wolanda. Nie da się tego bez rozdrażnienia czytać, ale nie można też powiedzieć: to zła literatura, zrobił straszną rzecz. Nie ma w niej za grosz tego gorączkowego klimatu z "Mastera i Margarity", ale doceniam jedno; dzieląc książki na te, po przeczytaniu których chcę odwiedzić dane miasto oraz na takie, które tylko zniechęcają, to Powrót... ma coś w sobie. Chciałoby się zobaczyć Moskwę. Realnie, szybciej zobaczę w tym roku Rzym albo Malagę, ale nigdy nic nie wiadomo. Wszak, rok temu miałam na sto procent pewność podróży do Stambułu, a wylądowałam w Walencji i Alicante;-)

A tak poza tym, to cieszę się z tygodnia rektorskiego, z tego, że w niedzielę jednak nie muszę zaliczać wachty 12 godzinnej, a zaledwie 7 godzinną:-), że spotkam się z ex-rodziną (choć trzeba będzie chyba sobie prozac kupić wcześniej) i z jutrzejszego wieczoru bo będzie się działo ;-)

Brak komentarzy: