piątek, 23 kwietnia 2010

Strzelnica


Pewnie jesteście porządnymi ludźmi z bagażem "dobrego dzieciństwa" i motyw, który mi dzisiaj zaskoczył - przy 2 kawie i kawałku czekolady - wyda wam się cieniem czegoś podłego, ale cóż nikt z nas nie ma już wpływu na bagaż dświadczeń. Ba, nawet na przyszłość, w połowie peletonu, to ma się już w gruncie rzeczy znikomy wpływ. Zastanawiałam się czy mi czegoś brakuje z przeszłości? Poza Mamą i fresh optymistyczną naiwnością (ta gubi się gdzieś powoli mniej węcej od 20. urodzin - tak sobie diagnozuję).
Co takiego jest pod poduszką zmitologizowanych i przekłamanych (naturalnie) wspomnień, co powoduje, że wraca do nas fala nostalgii, tajemnicy, obietnicy przygód, które - jak potem okazuje się - nigdy nie nastąpią? Być może jest to pierwsze czytanie 20 tysięcy mil podwodnej żeglugi albo pierwszy seans z Pojedynkiem Potworów, tak, to też, ale coś jeszcze - strzelnica.
Nie pamiętam początku, nie wiem skąd się wzięła pierwszy raz. Wiem tylko, że jako dziecko, które dość długo nie rosło (w związku z czym, wszyscy mówili na mnie grosik:-) musiałam najpierw zostać wniesiona na podest (tradycyjnie, przez z Najlepszego - który był mistrzem w organizacji zabaw innych niż wszystkie), a potem na tym podeście, dawali mi cegłę pod stopy, żebym choć mogła nos oprzeć na ladzie i zerknąć co dzieje się w środku. Nie wiem, czy dzisiaj cała zawartość tego bajzlu byłaby warta 20 PLN. Mieli czarno-białe fotografie przebrzmiałych gwiazd, gumy w kształcie papierosa na patyku, kwiaty z pianki, obrzydliwe misie i nie wiem co tam jeszcze. Z całą pewnością wóz był zawsze udekorowany pustymi puszkami po zagranicznych piwach oraz innym szmelcem. Osobną atrakcję stanowiła "gra w Żyda" - była to maszynka, obudowana szybą, do której wrzucało się moniaka 2 albo 5 złotowego i trzeba było tak manewrować dźwignią żeby "chodzący żyd" nie zgarnął monety do koszyka. Kurwa mać - jak się nad tym zastanowię, to był to jakiś Sajgon mentalny. Tak czy inaczej, na szczęście kiedy w końcu zaczęłam rosnąć i sama mogłabym strzelać i grać - strzelnica przestała przyjeżdżać. Teraz, myślę sobie, mama Tobs, miała do nas świętą cierpliwość. Ja bym nie zniosła takiego poziomu prymitywizmu u własnych dzieci.
I nie wiem dlaczego, ta cholerna strzelnica utkwiła mi w głowie i jak tylko sobie ją przypomnę to mam uczucie jakbym znalazła się na pokładzie Nautilusa :-)

Ps. Zaglądnęłam sobie - ot, tak - na swoje posty sprzed 2 lat. Zaczęłam się zastanawiać, czy ja czasem tego bloga nie powinnam zlikwidować. Dość pstro w głowie się kręciło. Dalej nie kontynuowałam lektury.

Brak komentarzy: