piątek, 26 czerwca 2009

Może to wina nadmiaru?

Borko droga, jakoś po ostatnim meetingu zapadły mnie w głowę dwie "prawdy". Pierwsza, że funkcjonowanie korporacji nie ma najmniejszego logicznego sensu (tym bardziej gospodarczego:-) - co najbardziej mnie rozbawiło, choć myślę sobie, ma za to ogromną zasadność pod względem psychologicznym jako specyficzna organizacja zasobów ludzkich. Na marginesie, trzeba też zrozumieć, że są ludzie, którzy dobrze czują się w korpo i nie można ich dyskredytować, choć czasem kusi. No i skąd ja bym te wszystkie fajne story czerpała gdyby korpo nie było? :-) No skąd?
Druga "prawda" to zdanie charakteryzujące osobowość pewnej "łomen": "nie ważne jak, nie ważne gdzie, byle w mercedesie" :-) He he he. Że też mnie takie złote myśli nie nachodzą. Stąd wnioskuję: etap neo-romantyzmu mamy zdecydowanie za sobą, ale odrzucając złośliwostki na bok, naiwnie myślałam sobie, że "niemożliwy jest nadmiar prawdy, piękna czy dobra"*
Nic poważnego dziś nie wykluję, rzeczywistość mnie pożarła:-) Poza tym, jak się dowiaduję niektórym blogerom to i blogować się powoli nie chce, więc co ja Wam tu będę w piątek popołudniu chrzanić:-)


* Constantin Noica - Sześć chorób ducha współczesnego

środa, 24 czerwca 2009

Świętojańskie żniwo:-)

Borko, a ja dzisiaj sobie leniwie dryfuję wspominając ciągle wczorajszy gig Nine Inch Nails w Poznaniu:-). Choć Najlepszy z Braci tak prowadził, że myślałam sobie: ano nie dojechać na Trenta Reznora w jednym kawałku byłoby chyba lekką ironią losu. Stąd musiałyśmy drzeć się z Agą żeby nas oszczędził skoro sam chce najwyraźniej dokonać żywota na krajowej "5". Udało się i zdążyliśmy punktualnie o 21.50 wejść na koncert. Słońce pięknie zachodziło nad Wielkopolską, a Pozen przywitał nas bezdeszczową aurą (co za ulga po tym co się we Wro działo) i ciepłym powietrzem. A potem, a potem to już były dwie godziny in Art we trust i naprawdę dobrze się zanurzyć raz na jakiś czas w ciepło-lepkim morzu ludzkich ciałek. Poza tym - miło stwierdzam - żeśmy chyba jeszcze nie tak bardzo zdziadziali skoro nic dzisiaj nie boli ani nie strzyka, a z racji ostatnio bardzo, ale to bardzo dobrego prowadzenia się, to nawet prawa nerka nie kuje. Jednym słowem: tak trzymać, bo z racji naszego systemu ubezpieczeniowego i emerytalnego to lepiej nie podskakiwać:-). Takie mądrości to z wiekiem pojawiają się, bo jak lat temu ładnych kilka trafiłam na wyspę co Madera się nazywa, to obliczałam sobie na karteczce w notatniku ile muszę zarobić i sprzedać żeby tam sobie domek na starość kupić co by można było tam siedzieć, knuć przeciwko światu i na Ocean spoglądać... naiwnie mnie się zdało, że wyrobię budżet he he:-) Choć z drugiej strony nigdy nie wiadomo. Ale co tam, mam ja dzisiaj nastrój bardzo przysiadalny, sama słodycz w rzeczy samej, pracy zapowiada się w wór (chyba), no i droga Borko jak się okazuje zaraz mnie sprzed oblicza neta zabierze, więc dzisiaj wyjątkowo narzekać nie będę.

Ps. a w ramach kolejnego odcinka Rumunia daleka i bliska - będzie wpis o my hero, czyli Constantin Noica w roli głównej:-)

środa, 17 czerwca 2009

Pośmiertne życie moich Rumunów


Borko na koniec wirtualnego dnia czasem hycam sobie po sieci, żeby zobaczyć co tam słychać u moich drogich zmarłych Rumunów. Wprawdzie dzisiaj chciałam zaglądnąć zupełnie w inną internetową piwniczkę, ale... ostatnio jakoś tak przypomniał mi się Mihai Eminescu, bo zerknęłam w niewielki tomik z jego poezją (chyba jedyny jaki w Polszy wyszedł) i przypominając sobie Bukareszt trochę się pośmiałam, trochę powzdychałam, pokręciłam głową nad niemożliwą stylistyką romantyzmu i egzaltacją, która na równi dech zapiera co ciągnie na wymioty:-). Nie mniej - należy tu ukłon strzelić - bo gdyby nie Eminescu nie byłoby współczesnego języka rumuńskiego. Tożsamość Rumunów to mega-temat i nie chce mnie się o tym rozpisywać, zresztą Lucian Boia zrobił to wcześniej i lepiej:-). Nie mam akurat w pracy na biurku poezji Eminescu (za to innego Rumuna trzymam:-), więc po naszemu na szybko mogłam znaleźć tylko taki kawałek z "ciorba de burta" rumuńskiej klasyki:



Kiedy wieczorem zaś na progu
Twoja kochana na cię czeka,
Gdy dwojga kochających droga
Jest jak świetlista gwiezdna rzeka,
Świat pierzcha, strach na sercu leży
I strop niebiański w mgle się chowa,
Bo całe życie twe zależy
Niekiedy od jednego słowa.

(Eminescu - Czym jest miłość?)
Ło matko, daję słowo - po rumuńsku to brzmi lepiej, ba nawet przepięknie:-). W tej wersji trudno się jakoś mnie wkręcić w Eminescu, ale jak mówię, łapiąc całość, porównując mnogość innych fajnych numerów, ciekawych refleksji o przemijaniu i przede wszystkim śmierci (nie byłby Rumunem gdyby o śmierci nie pisał:-), to jest to zacny poeta. I symbol Rumunii. Więc właśnie, idę ja idę przez internetową równinę, aż tu nagle trafiam na stronę taką. Dla nieznających za grosz rumuńskiego ani politycznych szyfrów tej krainy to jest to opcja kojarząca się z tym. Hm, i to mnie zawsze zaskakuje. Jak życie pośmiertne moich bohaterów nabiera zupełnie alternatywnego kierunku interpretacji. Jednak genetycznie mnie obcego, bo maszerowanie w zbiorowym szyku to ja proszę państwa toleruję tylko na filmach w stylu Gwiezdne Wojny i nie sądzę aby coś się u mnie w tej kwestii zmieniło:-), choć zupełnie nie wiem dlaczego zawsze się tak składa, że to towarzystwo podbiera mnie persony mi bliskie:-(
Tak czy inaczej, doprawdy Eminescu w połączeniu z "celtykiem" to już kuwa awangarda awangardy bezsensu. Wielka Rumunia Eminescu to nie kuwa nacjonalistyczna grajda okopana rowem i otoczona drutem kolczastym. Zresztą za życia to Eminescu raczej kręcił się wokół idei co zwała się Veronica Micle, również poetka i do tego nie mniej zdolna. Tu akuratnie służę tylko fragmentem po angielsku:
"Go", I say, my mind foretelling
only bad things for it, all;
"Stay", an inner voice is spelling
For my longing and my soul.

You do know I love you dearly
More than I could ever say,
Yet, my words are harsh and really
Always chasing you away;

Then, what to believe indeed
You don’t know, the words I said,
Or the boundless love you read
In my loving eyes, instead.

Alas! My confusion’s greater
Much more work I have to do
As I don’t know what is better :
Reason, heart to listen to?

(Veronica Micle - Fugi)
Kochania, rozstania, awantury i tłuczenia były więc treścią relacji tej pary, co akuratnie pasowało do anturażu tamtych czasów, zresztą tak jakby te były inne. W końcu Eminescu zmarł na mało nacjonalistyczną chorobę jaką jest syfilis, a panna Micle zamknęła się w klasztorze, po czym sporządziwszy rozliczenie wzajemnych relacji (w tym twórczych) otruła się arszenikiem. Cóż, nie byłabym złośliwcem, gdybym nie sparafrazowała tytułu pewnego programu ze stacji kobiecej: taka miłość się nie zdarza, po prostu. A tak poza wszystkim to oczywista, że i łzę (najchętniej w Bukareszcie przy kuflu piwa Ciuk i dobrze wypieczonymi mici) bym uroniła w związku z całą historią.
Natomiast w Târgu Neamţ, jeśli tam kiedyś traficie, można zobaczyć muzeum (dom) Veroniki Micle. Poważnie kończąc: ciekawa to była poetka.

wtorek, 16 czerwca 2009

Akbarska estetyka

Borko, był więc kiedyś sobie taki Birbal, co pełnił funkcję wezyra na XVI wiecznym dworze władcy zwanego Dżalal-ud-dina Muhammad Akbar, w skrócie Akbar co oznacza (bez zdziwienia;-) Wielki. Ten Akbar to w ogóle niezły i ciekawy przypadek króla, ale nie o tym teraz, ani o jego niskim krępym wzroście, brodawce, wygadaniu przy braku umiejętności pisania, ciekawym podejściu to kwestii religii oraz umiejętnym wyczuciu sztuki, szczególnie zaś poezji. Tak, w tym Akbar mam wrażenie nie miał sobie równych. Zresztą, sama będąc bardzo wkręconą w "akbarską" estetykę, wiele lat temu, wybrałam fragment jego ulubionego wiersza za motto dla finału swojej pracy czeladniczej, zwanej przez innych magisterską, choć szczerze mówiąc była to bardziej deklaracja światopoglądowa, niż tam ot taki zwykły se cytat:-). Nevermind(e). Co z tym Birbalem? Hindusem na dworze władcy, określmy to, muzułmańskiego. Otóż Wielki Wezyr nie tylko był urzędnikiem i doradcą, słynął przede wszystkim z niebanalnego poczucia humoru, umiejętności radzenia sobie z nieustannym kryzysem w koteriach dworskich (taka proto-korpo), humorami władcy oraz z mądrości. Jak sam Birbal mawiał, jest brzydki bo kiedy przy stworzeniu wszyscy pognali do kolejek, gdzie dawano urodę i bogactwo on stanął po mądrość, bo jak stwierdził: tam tłumów nie było:-). "Kejsy" z życia Birbala dostałam w ramach przewodnika jak rozmawiać z idiotą. Myślę, za rzadko zaglądam do tej książki, bynajmniej nie tylko z powodu nieumiejętności radzenia sobie z idiotami, ale też ze względu na sytuacje chwilowej zamiany w idiotę:-). Bywa, bywa.
Z całej palety przypadków wielkiego wezyra lubię jego przygodę z podstępnym dworskim cyrulikiem. Otóż ten, zazdrosny o pozycję Birbala, a wykorzystując kiepską sytuację w królestwie, rzekł do władcy świata Akbara: bo dbasz panie tylko o swych poddanych żyjących, a zupełnie nie troszczysz się o zmarłych przodków. Może nadszedł czas aby wysłać w niebiosa kogoś mądrego, kto i im posłuży radą, a wtedy nam będzie wiodło się lepiej. Oczywiście miał na myśli Birbala. Król, po długim namyśle, wezwał swego wezyra i przedstawił zasłyszaną od cyrulika opinię. Birbal pomyślał chwilę i zgodził się na wstąpienie na płonący stos, którego podmuch płomieni miał unieść wezyra do niebios:-). Poprosił tylko o dwa miesiące zwłoki, aby zdążył pozałatwiać wszystkie bieżące sprawy. W tym czasie, zbudował pod stosem tajemny tunel, który spod sterty drewna prowadził wprost do jego domu. Kiedy nadszedł czas, na oczach władcy i całego dworu stanął na stosie. Przy pierwszym buchnięciu dymu, wskoczył do swojej kryjówki i zamknął się w komnacie. Żona Birbala, która obserwowała całe zajście i widziała kto najbardziej cieszył się z "egzekucji" wezyra, wskazała jednoznacznie na cyrulika. Birbal uśmiechnął się tajemniczo, a następnie przestał golić brodę. Minęło trochę czasu, aż w końcu wezyr stanął przed obliczem Akbara. Oznajmił, że tak, a i owszem był w zaświatach, spotkał przodków króla, ale tym wiedzie się świetnie i nic im do doczesnego życia, natomiast - tu wskazał na swoją brodę - zdecydowanie brakuje im cyrulika, widzisz panie w jakim stanie powracam - rzekł. Akbar przytaknął i szybko postanowił wesprzeć zaświaty osobą królewskiego cyrulika:-)

niedziela, 14 czerwca 2009

Kot Heideggera




Borko, na skołatane nerwy najlepsze jest karmienie. Najlepiej jak największej ilości chętnych, wtedy odpowiednio proporcjonalnie spada nam napięcie. Jak widać na załączonych obrazkach znalazłam dla siebie nową formę piękna przepuszczania pieniędzy - zgraję kocich skłotersów mieszkających na nielegalnych działkach w pasie nadodrzańskim. Wszystkie są szare poza jedną czarną kotką (fot/nr/3), z którą gryzą się, a jednocześnie pozwalają trzymać się blisko stada.
Ekipę zlokalizowałam dwa dni temu, błądząc sobie po deszczu, myśląc o ostatnich wypadkach i zdarzeniach, a przede wszystkim o Martinie Heideggerze. Bliżej zrozumienia bycia w świecie nie jestem, ale z całą pewnością już wiem skąd się biorą "wariatki" karmiące bezdomne koty. Nie wiem czy to godne Martina, ale umówmy się tenże miał na swoim koncie przemówienie zaczynające się od Heil Hitler, więc nie bądźmy tacy wymagający i surowi, czymże jest nasze życie jak nie jedną wielką próbą labiryntu i poszukiwaniem swojej Ariadny:-)

piątek, 12 czerwca 2009

Hyundai is dead...


11.06.2009/16.30/route number 8 - "Jabłonkowy" Hyundai is dead... prawie jak Béla Lugosi. Ważne, że Małe Jabłko całe aczkolwiek poturbowane. Jednak żywe. A sprawcę - jak to się mówi - ujmą. I tego Mo się trzymajmy. Wszystko co materialne można odrobić.

środa, 10 czerwca 2009

Anty-traktat o wieśniactwie:-)


Borko, każdy ludzik ma taką skrytkę - zazwyczaj pod poduszką - w której ukrywa swoje skarby, czyli małe wieśniactwa. I dziś będzie o wieśniarzeniu.
Wieśniak - nie jest kategorią opisującą mieszkańca wsi w formie obciachowego określenia (bynajmniej, obecnie możliwość mieszkania na wsi uchodzi wśród moich dalszych czy bliższych znajomków za szczyt snobizmu i zamożności. Nie podzielam tego entuzjazmu, ponieważ spędziłam he he nieco czasu na holenderskich i belgijskich wsiach. Poza naprawdę szalenie ciekawymi obserwacjami dotyczącymi życia i zachowania śledzonych godzinami krów jakoś nie zapałałam szczególną miłością do bycia in the country. Właściwie to przez to cholerne obcowanie z naturą wpadłam w nałogi. A to zabawiając się w pastucha, godzinami jarałam drum i inne takie co wymagały opanowania skręcania bibułki palcami jednej ręki, a to z powodu zimna nauczyłam się popijać kiepski koniak, którego nazwy nie pomnę, a ten spaczył mnie kubki smakowe na długi czas:-). Ok, dość dygresji. Wyjaśnię o co chodzi z wieśniaczeniem.
Otóż wieśniak oznacza artefakt podłego gustu, kiepskiego stylu, zero wartości intelektualnej, coś zupełnie przeciwstawnego do tych wszystkich eh oh i ah jakie zazwyczaj słyszymy od gawiedzi zachwalającej nasze upodobania i wybory ;-). I każdy takiego małego "wieśniaka" gdzieś sobie trzyma na zapleczu, radując się jego wieśniackim charakterem i zastanawiając się z niepokojem, dlaczego to nam się kuwa podoba? Odrębną sprawą są zachowania wieśniackie, z których zdajemy sobie sprawę, a które z jakiego chorego powodu celebrujemy. Może to być na przykład siedzenie w przereklamowanej ulicznej kafejce, która od pobliskiej ławki różni się tylko tym, że za sok pomarańczowy trzeba zapłacić cztery razy tyle co w zwykłym spożywczym (też znajduje się nie-opodal) i obgadywanie krążących po staromiejskim deptaku lasek, a to, że w butach na obcasach chodzić nie potrafią, a to, że koronki przed południem to tylko w burdelu uchodzą, a to, że w wieku post-balzakowskim róż nie jest najlepszym wyborem ani na "fejsie" ani w ubraniu, a to, że w kolorowych pismach ciągle źle tego "photoshopa" używają, bo retuszując nie zachowują proporcji przez co "modelki" czy innego rodzaju "celebrytki" wyglądają jak owady, a nie normalnie zbudowane kobiety... wiele tego wymieniać. Akuratnie skupiłam się na tematach babskich, bo akt wieśniaczenia dzisiaj dokonał się w takim gronie:-), ale miałabym na podorędziu też kilka takich "kejsów" z kolegami.
Co do artefaktów wieśniackich, to z całą pewnością należą do nich ostatnio: przerzucanie się wiedzą na temat teledysków i nagrań Lady Gagi, oraz kupienie poduszki z osiołkiem, który maszeruje z parasolką (nie napiszę jaki jest tam slogan, bo nie jest mi to w stanie przejść przez klawiaturę), nabycie bladoróżowego etui na telefon z cekinami (o shit!), albo wyśmiewanie się z białych kozaczków, a następnie zakup lakierowanego białego sandałka na lato i wiele, wiele innych (nie wszystko akurat z moim udziałem się działo).
Cóż, tak to bywa, nie samą wysublimowaną estetyką człowiek żyje. O, kulinarnym szczytem wieśniactwa jest jedzenie pieczonej kaszanki i śledzi z beczki:-)
Tak, czy inaczej z powodu niekończących się wyrzutów sumienia musiałam dzisiaj napisać o uczestnictwie w wieśniactwie.
A foto z innej kategorii: zrobione za murami wrocławskiego Polmosu - oj, nie każdy tam na zakład może wejść, a nam się udało i w ogóle po próżniaczemu to Mo ładną fotę trzasnęła:-)
I na koniec, mało wysublimowane wieśniactwo (ale wiem, że drogiej Sylv będzie się podobać, więc to z dedykacją:-) czyli numerek, który mnie się dobrze słucha, choć naturalnie w życiu nigdy nie nabyłam płyty tej wokalistki:-):

wtorek, 9 czerwca 2009

I to by było na tyle




















Jeśli nie możesz jeść powinnaś

zapalić ale nie mamy
nic do palenia: kochanie

pora już spać
jeśli nie możesz palić powinnaś

Zaśpiewać ale nie mamy

o czym śpiewać: kochanie
pora już spać

jeśli nie możesz śpiewać powinnaś
umrzeć ale nie mamy

Żadnych umierań: kochanie

pora już spać
jeśli nie możesz umrzeć powinnaś

marzyć ale nie mamy
o czym marzyć (kochanie

Pora już spać)


(Edward Estlin Cummings)

czwartek, 4 czerwca 2009

Cafe Wolność

Borko, dwadzieścia lat temu, Ty moja kochana miałaś lat dziesięć dokładnie i zapewne nam obu w głowach się nie śniło, że poznamy się i tyle razem przeżyjemy. Dzisiaj wszyscy wspominają, mnie trochę już od tego "głowa boli". Wielkie słowa zostawiam moim kolegom z 5W, gdzie piszą blog-taśmę o przeżyciach sprzed lat 20. Nie czuję się jakby w dobrej kondycji i na tyle ważna aby coś co mnie się wtedy w głowie roiło czynić zapisem dokumentalnym na "Piątce". Na politykę wcześniej byłam za mała. Osobiście, to najważniejsza dla mnie była rewolta kulturalna i możliwość kontestacji. Kilka miesięcy po czerwcu89' pierwszy raz ogoliłam sobie pół głowy bezczelnie wiedząc, że nikt mnie ze szkoły z tego powodu już nie wyrzuci. I mogłam dyskutować o czym chcę. Fakt, czasem śmieję się przez łzy, jak wspomnę co Mo raz mi zacytowała swego ojca z lat dawnych, który jej rzekł, że: "na takiej gębie to daleko ty nie zajedziesz". I gorzko sobie myślę, że "Cafe Wolność" - to tak naprawdę speluna, do której porządne dziewczyny nie powinny chadzać, bo bardziej popłaca buzia w ciup, wąsko spięte kolanka i elementarz systemowej hipokryzji. Oraz złota zasada, że milcząc możemy uchodzić za tajemnicze, nawet kiedy jesteśmy po prostu głupie.
Nic to. Na korektę za późno. Poza tym nie można stać się kimś/czymś czym w zasadzie i w rzeczy samej głęboko i organicznie widzimy dół jak grób głęboki.
Więc jednak "Cafe Wolność" - nawet jeśli ten neon lekko trąci myszką, a miejscówa ma wiele biedy i przypadkowości w sobie.
Dwadzieścia lat temu w czerwcu mieszkałam w domu dziadków w maleńkich Obornikach Śląskich - i czerwiec kojarzy mi się z tym, że musiałam zacząć podróżować, musiałam się ruszyć i zostawić znajome podwórko, boisko, ogród i topografię placów i sklepów.
To co przytrafiło mi się przez te XX lat jedni nazwaliby zajefajną historią, inni stwierdzą, że wszystko zrobiłam wbrew regułom i dlatego brak mi "normalności". Interpretacja jest osobistą wolnością i ja sama mam problem żeby tak jednoznacznie przewartościować te dwie dekady. Jedno jest pewne, chciałabym aby wielkie emocje i refleksje towarzyszyły moim rówieśnikom jeszcze teraz i w przyszłości, a nie tylko w chwilach kiedy zaczynają wspominać.

fot. Mo - Łodź/Cafe Wolność

środa, 3 czerwca 2009

wtorek, 2 czerwca 2009

Prawdziwa Trzynastka


Borko, nie wiem co u Ciebie, ale u mnie dzisiaj oszaleć idzie. I w sumie o mały włos, a nie miałabym nawet co napisać w tym poście oprócz krótkiego: a poszli wy won wszyscy razem i każdy z osobna.
Koszmarny dzień. Wszystko źle. Każdy beznadziejny. A było tak pięknie...
Jeśli znajdziesz dwie minuty wolnego czasu, napisz do mnie słów kilka byle nie o polityce - pisał raz rozżalony Mussolini do D'Annunzio. Czasem taki dzień, że nic nie wychodzi, nawet straceńcom. Bu. Więc o polityce nie będzie.
Wróćmy do kwestii piękna:-)
W sobotę pojechaliśmy z drogim Qubą do Zabrza na koncert XIII Stoleti. Uczciwie mówić, jakoś ostatnio zmęczona jestem i myślałam nawet aby obiecać sobie: rok 2009 ostatnim rokiem wyjazdów na jakiekolwiek już koncerty, imprezy, zloty, sroty, party, orgie i wszelkiego rodzaju inne banialuki bachtinowskie, których chyba dość i czas zacząć rozmyślania nad praktyką posypywania się ziemią.
Ok - miało być o koncercie, a nie o dyrdymałach.
Dobrze, że drogi Quba uparł się żeby zobaczyć "Trzynastki" i fajnie, że trafiliśmy na mój ukochany Śląsk górniczy. Nie wiem czemu, ale diabelskie rectum mnie zawsze pozytywnie nastraja. Ze Śląskiem to mnie się kojarzą same dobre sprawy, słońce oraz pierogi leniwe. Tym razem z racji programu "wolność dla brzuszka" pierogów nie było, ale zaliczyłam kawę w Barze Śląskim - jednostce nad wyraz oldskulowej, gdzie trafiliśmy na oryginalny i nie zniszczony automat do gier telewizyjnych w wielkiej drewnianej obudowie i ze słynnymi dwoma przyciskami czerwonym i czarnym. Normalnie taka to szafa cała i dumna stała w sali jadalnej Baru Śląskiego na ulicy Wolności, która już z Zabrza prowadzi do Chorzowa.
Klub Wiatrak, w którym "Trzynastki" grały znam bardzo dobrze. Dwa lata temu bawiłam tam ostatni raz na takim hm małym festiwalu BM. Przez dwa lata klub się rozbudował, przebudował i kawał niezłej sceny i dobre warunki nagłośnieniowe stworzył. Poza tym trzeba przyznać - punktualnie wszystko poszło i aż to jest zaskakujące, bo przez te wszystkie lata to człowiek przyzwyczaił się do wielogodzinnych poślizgów.
Jako support przed "Trzynastkami" zagrał polski band, z obfitą długowłosą gotycką divą - jakże by inaczej. I może humanitaryzm wymaga, żeby na tym zakończyć ten opis. Wiele jeszcze krwi muszą wampiry wyssać, aby ten zespół mógł wypadać profesjonalnie i z pomysłem. Ale żeby nie być zołzą: na pewno będzie dobrze... kiedyś :-)
A potem... a potem szybko i na szczęście pojawiły się "Trzynastki" i co tu wiele mówić, jak Brat Czech przywali muzykę to nie ma bata :-) Widziałam ich kiedyś na Castle Party w Bolkowie i wtedy a i owszem przyjaznym okiem obrzuciłam, ale nie mogłam jakoś w tej konwencji się odnaleźć. Jednak przez lata ten zespół robił postępy, a przy tym nie zatracił swej pierwotnej energii. Koncert wypadł jak doskonałe tiramisu na świeżym serku mascarpone zrobione:-) jak dobrze wydestylowana śliwowica oraz perfekcyjnie wysuszony kabanos drobiowy od naszego ulubionego grubasa-rzeźnika z pewnej podwrocławskiej miejscowości. Jednym słowem prawdziwa Drakulomania poszła:-), a gotyk w połączeniu z melodyjnym i aksamitnie głębokim głosem Petera Stepana to zajefajna sprawa. Dość, że hiciory z Elizabeth na czele, publika śpiewała całkiem nieźle radząc sobie z językiem naszych południowych sąsiadów. Mnie osobiście to miło zaskoczył cover Bauhaus - Bela Lugosi is Dead, zagrany szybciej, transowo i... z czeskim akcentem zaśpiewany. Fajnie, fajnie było to niezłe przeżycie, a przedzierając się przez tłum myślałam sobie o pierwszych scenach filmu Zagadka Nieśmiertelności.
Było warto!
A potem, potem ładnie i grzecznie wróciliśmy i nie minęła płyta The Verve w odtwarzaczu jak powitaliśmy rogatki drogiego Wro. Natomiast później to mnie się rozpętało pandemonium istne, ale to temat na osobną historię, choć pewnie nie na tego bloga, bo wolę jednak o radosnych sprawach pisać niż wyklinać - choć wiele osób twierdzi inaczej:-)

Ps. Foto Quba - i afkors thanx za wyjazd:-)