środa, 10 czerwca 2009

Anty-traktat o wieśniactwie:-)


Borko, każdy ludzik ma taką skrytkę - zazwyczaj pod poduszką - w której ukrywa swoje skarby, czyli małe wieśniactwa. I dziś będzie o wieśniarzeniu.
Wieśniak - nie jest kategorią opisującą mieszkańca wsi w formie obciachowego określenia (bynajmniej, obecnie możliwość mieszkania na wsi uchodzi wśród moich dalszych czy bliższych znajomków za szczyt snobizmu i zamożności. Nie podzielam tego entuzjazmu, ponieważ spędziłam he he nieco czasu na holenderskich i belgijskich wsiach. Poza naprawdę szalenie ciekawymi obserwacjami dotyczącymi życia i zachowania śledzonych godzinami krów jakoś nie zapałałam szczególną miłością do bycia in the country. Właściwie to przez to cholerne obcowanie z naturą wpadłam w nałogi. A to zabawiając się w pastucha, godzinami jarałam drum i inne takie co wymagały opanowania skręcania bibułki palcami jednej ręki, a to z powodu zimna nauczyłam się popijać kiepski koniak, którego nazwy nie pomnę, a ten spaczył mnie kubki smakowe na długi czas:-). Ok, dość dygresji. Wyjaśnię o co chodzi z wieśniaczeniem.
Otóż wieśniak oznacza artefakt podłego gustu, kiepskiego stylu, zero wartości intelektualnej, coś zupełnie przeciwstawnego do tych wszystkich eh oh i ah jakie zazwyczaj słyszymy od gawiedzi zachwalającej nasze upodobania i wybory ;-). I każdy takiego małego "wieśniaka" gdzieś sobie trzyma na zapleczu, radując się jego wieśniackim charakterem i zastanawiając się z niepokojem, dlaczego to nam się kuwa podoba? Odrębną sprawą są zachowania wieśniackie, z których zdajemy sobie sprawę, a które z jakiego chorego powodu celebrujemy. Może to być na przykład siedzenie w przereklamowanej ulicznej kafejce, która od pobliskiej ławki różni się tylko tym, że za sok pomarańczowy trzeba zapłacić cztery razy tyle co w zwykłym spożywczym (też znajduje się nie-opodal) i obgadywanie krążących po staromiejskim deptaku lasek, a to, że w butach na obcasach chodzić nie potrafią, a to, że koronki przed południem to tylko w burdelu uchodzą, a to, że w wieku post-balzakowskim róż nie jest najlepszym wyborem ani na "fejsie" ani w ubraniu, a to, że w kolorowych pismach ciągle źle tego "photoshopa" używają, bo retuszując nie zachowują proporcji przez co "modelki" czy innego rodzaju "celebrytki" wyglądają jak owady, a nie normalnie zbudowane kobiety... wiele tego wymieniać. Akuratnie skupiłam się na tematach babskich, bo akt wieśniaczenia dzisiaj dokonał się w takim gronie:-), ale miałabym na podorędziu też kilka takich "kejsów" z kolegami.
Co do artefaktów wieśniackich, to z całą pewnością należą do nich ostatnio: przerzucanie się wiedzą na temat teledysków i nagrań Lady Gagi, oraz kupienie poduszki z osiołkiem, który maszeruje z parasolką (nie napiszę jaki jest tam slogan, bo nie jest mi to w stanie przejść przez klawiaturę), nabycie bladoróżowego etui na telefon z cekinami (o shit!), albo wyśmiewanie się z białych kozaczków, a następnie zakup lakierowanego białego sandałka na lato i wiele, wiele innych (nie wszystko akurat z moim udziałem się działo).
Cóż, tak to bywa, nie samą wysublimowaną estetyką człowiek żyje. O, kulinarnym szczytem wieśniactwa jest jedzenie pieczonej kaszanki i śledzi z beczki:-)
Tak, czy inaczej z powodu niekończących się wyrzutów sumienia musiałam dzisiaj napisać o uczestnictwie w wieśniactwie.
A foto z innej kategorii: zrobione za murami wrocławskiego Polmosu - oj, nie każdy tam na zakład może wejść, a nam się udało i w ogóle po próżniaczemu to Mo ładną fotę trzasnęła:-)
I na koniec, mało wysublimowane wieśniactwo (ale wiem, że drogiej Sylv będzie się podobać, więc to z dedykacją:-) czyli numerek, który mnie się dobrze słucha, choć naturalnie w życiu nigdy nie nabyłam płyty tej wokalistki:-):

4 komentarze:

sylwia pisze...

podoba się podoba a płyta służę oczywiście :)

pozdro sylwka

Patrycja Blaum pisze...

You're everything I need and more
It's written all over your face
Baby I can feel your halo
Pray it won't fade away

I can feel your halo halo halo
:-)

Anonimowy pisze...

A propos wiesniaczenia, co ty na taki case... po kilku latach ciszy zaprasza mnie oraz kilku naszych wspolnych znajomkow i kilku obcych (prezesow) do siebie stary kumpel. Na pierwszy rzut oka full wypas, jest wszystko - domek, furki no i ba, oczywiscie catering. Po kilku godzinach, polowa "prezesow" nie wytrzymuje "tepa" a organizator tego "spedu" uwalony w 3 dupy ora swoim mocurem o pojemnosci zbizonej do sredniej klasy samochodu osobowego swoj wlasny trawnik wywalajac sie w koncu i parzac dotkliwie!!! To jest kurna dopiero wiesniactwo, co???

Patrycja Blaum pisze...

A@
nie mam pojęcia na temat takich kejsików:-), bo chyba na szczęście omijają mnie takie urocze meetingi. Ale to mnie się zdaje, że to taki standard w tym towarzystwie (jeśli mnie pamięć nie myli:-) i aż dziw, że obyło się bez rzucania półmiskami albo podpalania trawnika sąsiada :-)