sobota, 30 maja 2009

Miniatura

Borko, zapewne "czasy" nie mają nic z tym wspólnego, ani tam inne pan-demagogiczne biadolenie nie wchodzi w rachubę, oraz tym bardziej ewentualna śmierć kultury. Jednak :-), jednak nieprzyjemnie mnie się zdaje, że nadszedł ten manierystyczny moment kiedy nawet piękno sili się na wulgarność, a cnota aspiruje do bycia dziwką. Cóż, rwać włosów z głowy nie ma co. Wszystko minie. Manieryzm w malarstwie zazwyczaj zapowiada nadejście czegoś nowego, zmiany, powolnej, ale nieuniknionej. Zastany fałd spiętrzy się wysoko, aby następnie łagodnie opaść i rozłożyć się gładką nieskazitelną przestrzenią, aż do następnego - "hyc". Nevermind(e).
Hycając dzisiaj uchem po płytach The Hilliard Ensamble - naszły mnie takie refleksje, a to, że David James ma głos niebywały (i tu zdecydowanie nie ma co w "naszych czasach" narzekać na wybór świetnych wokalistów:-), a przy okazji znalazłam ciekawą stronę z tropami kontratenorycznymi. By the way - znajomy śpiewak mawiał mnie kiedyś, że przy słowie tenor można spokojnie postawić synonim - idiota:-), ale myślę sobie, skoro jest -kontra to nie może być tak źle:-). Zostawmy dzisiaj muzykę The Hilliard Ensamble, kto słuchał to wie w czym rzecz. Nazwa tego "klasycznego teamu" powstała z inspiracji Nicholasem Hilliardem, "sztukmistrzem" od miniatur z czasów elżbietańskich. Miniatury to szalenie ciekawy nurt w sztuce - zarówno w muzyce jak i malarstwie, zresztą w każdej Jej dziedzinie:-). Rzecz w tym, aby w jak najmniejszym zmieścić jak najwięcej. Tyle, że to najwięcej nie pięknieje od samego "najwięcej", ale od precyzji i pomysłu. Mogłabym rzec - perfekcyjna sztuka kreacji - to właśnie miniatura.
Hilliard "preparował" swoje miniatury na najwyższym poziomie i nic dziwnego, że należał do ulubieńców angielskiego dworu. Po privie lubię jego miniaturę (na głównym zdjęciu) przedstawiającą Elżbietę I z lutnią. Bo pomysł jest wspaniały (choć tak, a i owszem nie-nowatorski bo przedstawiciele dynastii Tudorów lubowali się w portretach z instrumentami muzycznymi), układ palców królowej na gryfie i naturalne, płynne - uderzenie w struny, można powiedzieć: oto dźwięk zamknął się poza czasem i zadrwił z nigo. Spróbujcie odtworzyć ten akord - wyjdzie nawet na zwykłym pudle! Królowa lutnistka/gitarzystka z całym backgroundem Elżbiety, jak się nad tym zastanowić wszystkim: cóż teraz jest szokującego w naszej wyszczekanej masowości?
Nevermind(e) - również. Najfajniejszą miniaturą Nicholasa jest jednak ten oto portret:
Uwielbiam to przedstawienie! zapewne koncept miał dość proste przesłanie i cel, ale rzecz w tym, że wielkość sztuki polega na tym aby oderwać dzieło od koncepcji zamiarów i pozwolić aby żyło własnym życiem. I tak dzieje się z tą miniaturą. Postać ukazano w dość swobodnej pozie, z rozpiętą koszulą, mężczyzna podtrzymuje lewą dłonią medalion, który zbliża do serca, charakterystyczny gest palca wskazującego sugeruje sekret i obietnicę. Z tyłu, zamiast neutralnego tła, albo przedstawienia wnętrz, artysta stworzył "tapetę" z płomieni. Plan za postacią - płonie. Dość niebanalne, gdyby przyjrzeć się - bardziej to przypomina pomysły impresjonistów niż XVI-wieczną estetykę. Wspaniały i niepokojący! A przy tym cała "tajemnica" kryje się na cholernie małej przestrzeni, tak małej, że większość nie jest w stanie jej zauważyć, a co za tym idzie ogarnąć.

ps. Śniło mnie się dzisiaj, że straciłam po części wzrok i wszystko widziałam w czerwonej poświacie, która do tego jeszcze błyszczała. Kuwa, ja mam nadzieję drogi Qubo, że Ty jednak umiesz ten samochód prowadzić i wrócimy cali z tego gotyckiego spędu, bo kto semestr skończy?:-) To tak na marginesie - gdybym nie wróciła.

piątek, 29 maja 2009

Mała w agenturze:-)


Miało być jak na twitterze. Ale, ale... ale jakoś tak wyszło inaczej.
Więc: 15.30/piątek/29.05.09 - Mała Blogerka z wizytą w agenturze.

Crash party


Borko, zamieszki kiboli w Barcelonie to taki sam klimat jakby zaprosić kogoś na fantastyczne party, a twoi goście najpierw wyrzucą wszystkie meble za okno, a potem narzygają do łóżka w sypialni i obsikają drzwi od domu. Cóż, widywałam to i owo, ba zdarzyło mnie się być na jednym skłot-party, gdzie choć bawili się sami wegetarianie, to dziwnym trafem ktoś wyżarł mięso dla psów co się gotowało na piecu. Ale to dawne i zamierzchłe czasy i nie ma co deliberować. Nie za bardzo mam wiedzę na temat tego co w głowie tłumu siedzi (a może inaczej: nie chce tego wiedzieć), ale tłukąc się dzisiaj z rana przez namokły deszczem Wro, przyszło mnie do głowy, że na stadiony powinni wpuszczać same babeczki. Wyobraźmy sobie... zawsze byłby komplet, bo to świetna okazja aby zaprezentować nową kiecę i bucik. Harmider sprawiałby taki, że nie trzeba zatrudniać komentatorów. Najpierw obgadałyby siebie na wzajem, połowa nadęłaby się z powodu posiadania bardziej drogich fatałaszków i torebek, przynajmniej jedna czwarta dostrzegłaby w tłumie te zołzy, które rwały naszych chłopaków, albo co gorzej z nimi spały - byłby to niewątpliwy powód do bójki i targania włosa. W przerwie doszłyby jednak do wniosku, że to nie ma sensu, bo to po prostu "wina chłopów" i postanowiły zostać przyjaciółkami.
Toalety byłyby zdecydowanie bardziej czyste, a przepisy futbolowe musiałby wyeliminować kwestię "spalonego", bo żadna z babek nie dałaby sobie wcisnąć tego kitu:-). Kluby na pewno sprzedawałyby więcej gadżetów podczas rozgrywek. Trzeba byłoby wypuścić linię perfum klubowych, szminek itd itp. Po zakończeniu meczu, "łowczynie" zgarnęłyby drużynę wygraną, a odwieczne "siostry miłosierdzia" przytuliłyby do piersi przegranych. Te bardziej wyżarte - wiedzące już co w trawie piszczy - uszarpałby trenerów i sędziów.
No i po końcowym gwizdku z całą pewnością byłaby kolacja i oprócz piwa sporo wina i martini. Nie byłoby rozrób, bo mniej więcej po czterech godzinach, połowa babeczek zaczęłaby sprzątać i zmywać oraz pakować brudne stroje do pralek. Kilkanaście obudziłoby się o poranku z przeświadczeniem: "będzie moim mężem" - i zaczęłyby zastanawiać się nad imprezą weselną oraz listą gości...
Z całą pewnością byłoby inaczej.
Nie wiem co prawda, czy nadal byłabym fanką futbolu, ale z drugiej strony nigdy nie należy mówić nigdy :-)

czwartek, 28 maja 2009

Pieprz i sól


Borko bywasz często natchnieniem do robienia wpisu, ale są takie dni pod szczurem kiedy za cholerę nie da się znaleźć tematu.
Leniwie toczący się czwartek nie zapowiadał żadnych wydarzeń. Psy nie zaczęły miauczeć, a z nieba nie spadły żaby tylko zwykły deszcz. Standardowa wizytacja agentury przez zaprzyjaźnione persony również nie wniosła żadnego twórczego zawirowania. Redaktor Sylvunia siedzi w Tykocinie ze starymi babami debatując nad przyszłością reportażu, ani jednej towarzyskiej awantury, nie pokłóciłam się z nikim, ani też nikt mnie nie zaskoczył w sposób pozytywny bądź negatywny... Jednym słowem nuda jak kij bez marchewki. I tak by sobie dzień przeszedł gdyby nie rozmowa na tak zwanym "gadu-gadu" z zaprzyjaźnionym Blogerem. Otóż zaczęło się od kwestii polityki.
Ano w związku z pracą prędzej odgryzę sobie mały palec u stopy niż w ciągu najbliższych dni z przyjemnością przeczytam "coś" o polityce. No pasaran! Muszę wytrzeźwieć po "schizofrenii", wyciszyć się, a potem znów uwierzyć, że rozmawianie o tym ma większy sens. Oczywista mogłabym tu zacząć plotkować, ale z tego korzyści nie byłoby żadnych. Wróćmy więc do rozmowy z "gadu-gadu". Bo chciałam się tylko dowiedzieć, czy będzie niebawem jakiś wpis na blogu, który lubię czytać, nie-koniecznie o polityce, ale na przykład spełniający jakieś fajne założenia estetyczne (niczego tak dobrze się nie czyta, jak dobrze napisanego tekstu;-). Więc dowiedziałam się, tak a i owszem, ale to będzie jednak o polityce - choć fikcyjnej - jednak będzie też sex and violence. Na co ja (z żalem), że wolałabym sam sex and violence jeśli już, bo za przeproszeniem polityka w łóżku budzi we mnie tylko violence i nie zniosłabym o tym pieprzenia w takiej buduarowej sytuacji. Bloger na to, że fakt bo w łóżku to ma facet kobietę pieprzyć. I tu, Eureka, przyszedł mnie do głowy pomysł/puenta: po pierwsze, wniosek z tego taki, że ktoś kogoś musi pieprzyć - bo inaczej fundament tego świata - na który wszyscy narzekają - zawaliłby się. Rzeczywistość jest oparta o to, że raz oni nas, a raz my ich - ciach. Wygrywa ten, kto pieprzy, a nie jest pieprzony. Cholera, nie używam ani pieprzu ani soli. I jak tu żyć poza układem?
Jakby komu przyszło się poczuć zbulwersowanym to śpieszę donieść, że jest to wpis o polityce i używaniu pieprzu oraz soli:-).
Jednym zdaniem - z polityką i pieprzeniem jest jak z świnką morską, ani to świnka, ani nie morska.
A co do nowych odkrywczych interpretacji starego zjawiska związanego z używaniem słowa pieprz, to dam sobie odgryźć drugi mały palec u stopy jeśli powstanie coś w tym temacie co mnie zaskoczy.
Got me lookin so crazy right now
Your love's got me lookin so crazy right now
:-)
...to kręci, a nie jakieś tam same przyprawy co wietrzeją prędzej czy później w słoikach.

środa, 27 maja 2009

Bo dziś Barca gra:-)


Borko, uwielbiam atmosferę meczów, te wszystkie emocje związane z nerwowym paleniem tytoniu, siarczystymi przekleństwami i pochłanianiem hektolitrów browaru. Najlepiej jak jest jeszcze gorąco i epatujący zewsząd pot z cielsk miesza się z powietrzem i adrenaliną:-)
No więc dziś - Barca gra, ukochana ma. Nie przepadam za Manchesterem U., pamiętam jednego swojego "adoratora", fana Manchesteru do deski grobowej, z którym oglądaliśmy mecze, a będąc "elegancką" w ciszy swej duszyczki radowałam się z każdego wpieprzonego przez MU meczu, głośno mówiąc: no, nie rozpaczaj miśku, wygrywa po prostu lepszy.
Nie wierzył szczególnie w moją tkliwość:-)
I miał rację.
Visca el Barca! Dios:-)
No i Messi afkors na focie.

Ps. jak nie daj mi dadzą "se wkopać" to proszę mi tu nie komentować ani maili nie przysyłać na ten temat, bo oka wydłubię, wrr.

niedziela, 24 maja 2009

Chudy barok

Borko, w przeciwieństwie do Ciebie dear, wiolonczelistką nie jestem, i zapewne już nie zostanę. Dość, w życiu swym namęczyłam bliskich "próbami" z melodyką i cymbałkami:-) w rolach głównych he he. Jednak dzisiaj nie będzie o nauce gry na instrumentach, tylko o baroku - w sensie mentalnej ucieczki. Długo nie mogłam ustosunkować się do tego "kierunku" czy "stylistyki". Jakoś nie szło nam razem, a że wyobrażam sobie zawsze słowa jako postaci - to przez wiele lat hasło baroque - błyszczało mi przed oczami pod postacią - starej obleśnej perły upapranej tłustymi paluchami:-). Ale tak już w życiu bywa, że nie należy za bardzo przyzwyczajać się do stałości... nawet w gustach estetycznych ha. Więc zmiana stosunku do baroku nastąpiła pod wpływem dwóch wielkich wydarzeń: 1. po wydaniu w Polsce książki Nicolasa Harnoncourta Muzyka mową dźwięków 2. zapoznaniu się z interpretacjami utworów w wykonaniu kontratenorów. Jako pierwszego "trafiłam" - Dariusza Paradowskiego i do dziś mam niewątpliwą przyjemność podczas słuchania jego popisów:-). Taka adoracja poprzez wspomnienie inicjacji. Największą miłością okazał się jednak inny kontra-głos męski, którego nota bene właśnie słucham podczas robienia tego posta - Philippe Jaroussky i co tu wiele mówić, to wspaniałej ręce Hanah zawdzięczam estetyzację Philippem. Jeśli musiałabym znaleźć przykład na rozpięcie binarne pojęcia estetyki - żeby podać dwa skrajne (jednocześnie tak bardzo przegięte, że stykające się końcami) kategorie przeżycia subiektywnego piękna na najwyższym rejestrze - takim, kiedy przyjemność i obcowanie z pięknem stawia nas w sytuacji bezsilnej, strasznej, kiedy to doświadczenie bardziej boli niż raduje - ze smutku za niedoścignionym ideałem... to mogłabym właśnie powiedzieć: oto, to wszystko słyszę na "Beata Vergine" i chwilach gdy Philippe śpiewa: Vulnerasti cor meum... W muzyce klasycznej - jak w każdym innym rodzaju - jest wiele sztampy, blagi i cekiniarskiej przebojowości. Nic dziwnego, wszak nie tworzono jej tylko i wyłącznie ku "awangardzie". Ale czasem są takie kompozycje czy wykonania, że egoistyczna chęć zagarnięcia wzruszenia, przeżycia i doświadczenia nie pozwala mi nigdy słuchać właśnie Jaroussky'ego z kimś innym. Straszna jędza ze mnie:-)
Gabriele D'Annunzio utrwalił w Le vergini delle rocce taki dość słynny fragment:
Kiedy wszystko będzie już sprofanowane, kiedy wszystkie ołtarze Myśli i Piękna będą przewrócone, kiedy wszystkie urny zawierające esencje idealne będą potłuczone, kiedy zwykłe życie codzienne zejdzie do najniższego poziomu degradacji, kiedy w wielkiej ciemności zgaśnie ostatnia paląca się lampka, wtedy tłum zatrzyma się ogarnięty paniką (...)
Nie bardzo wierzę w tłum i jego refleksję, ale cenię sobie ten fragment (choć nie jego następstwo i obowiązkową konsekwencję - jeśli wiecie co jest dalej;-) bo staram się widzieć w nim ostatnią palącą się lampkę jako głos Philippe Jaroussky'ego.
Tylko z estetyki uwaliłabym to upodobanie do tłustego dupska i zapuszczonych pleców. Więc barok tak, ale chudy baroque:-)

czwartek, 21 maja 2009

Short Songs

Borko, przy niektórych okazjach najlepsze są krótkie piosenki. Niegdyś - to był taki numer zespołu Dead Kennedys (patrz poniżej), który drzewiej sobie słuchałam na złość sąsiadom (nota bene, byli oddaleni sporo - więc doceńcie inwencję:-). Ale wróćmy do kwestii esencji - czyli istoty krótkich piosenek. Ma być mocno, szybko, dosadnie. Krótko po to, aby potem przez te wszystkie długie chwile analizować ten czas bardzo zwięzły i rozpamiętywać eksplozję sekundowego momentu. Osobiście - lubię krótkie formy, do tej pory cenię sobie umiejętność zwięzłego wypowiadania się czy smakowania życia. I tak, dla przykładu opowiadał nam jeden znajomy jak to się odbyło rozstanie z partnerką: ona do niego: lubisz mnie? on na to: lubię! a więc ona na to: to spierdalaj. Koniec, kropka, trąbka.
Wszystko co trwa długo i miele się w maszynce - to efektywnie staje się kotletem mielonym, a tak, a i owszem smaczne to danie, ale jakże ciężkie na żołądek i jak bardzo konsekwentne w próbie metabolizmu. Stąd, zła i stara zasada jest taka, że co ma się stać to się stanie, a co ma wisieć to nie utonie. I że to co krótkie to wcale nie znaczy - mniej wartościowe. Więc "enjoy" tym co na chwilę:-)

wtorek, 19 maja 2009

Kaganek, ogarek i świeczka


Borko, serdeczniksie mój drogi, a raczej droga... a to my właśnie z Mo dzisiaj zadebiutowałyśmy na naszej małej wrocławskiej ASP (Akademii Sztuk Pięknych - to tak gwoli wyjaśnienia, bo dziś jeden znajomek z serwisu sporej korpory co to jej nie jest wszystko obojętne, na hasło "jestem na ASP" - odczytał: aha jesteś na aspirynie, to zdrowiej! I bardzo to udane przedsięwzięcie, jest związane z kształceniem, więc mamy nadzieję, że to będzie fajna przygoda. Wprawdzie nieoceniona Ags mawia, że dzisiejsi studenci to przyjaźni idioci, ale ja jestem w nastroju ugodowym i aż tak bardzo surowa nie będę. Zresztą, po prawdzie to ostatnią osobą chyba jestem aby kogoś oceniać. Nie, żebym to tak skromna i szlachetna była, po prostu w rzeczy samej to ja urodziłam się po to żeby broić, więc trzeba być wyrozumiałym i dla słabości innych. Choć fakt - jełopizmu, nie-douczenia, braku oczytania, niemożności rozumowania, bezdennego ubytku kreatywnego myślenia - strawić nie potrafię, nawet po znieczuleniu winem. Dość. Wróćmy do miłych rzeczy.
Więc dzisiaj dryfując sobie na luźnym biegu, przypomniałam sobie taki kawałek:
There in the tomb drops the faint moonlight,
But wind comes up from the shore:
They shake when the winds roar,
Old bones upon the mountain shake.

(W. B. Yeats - The Black Tower).
Eh, dzisiaj to ja czuję trochę te "old bones", ale nie jest źle:-)
Ps. a na grafice piękny kaganek oświaty ha ha.
...a poniżej zabawka w "ubierz mnie":

For Syrionia by ~Kermiit-x3 on deviantART

poniedziałek, 18 maja 2009

Łodzią po dziurawym asfalcie


Borko, w życiu jak to w życiu myślę sobie spoglądnąwszy właśnie za okno. Rankiem słońce, teraz zaciągnęło od paru godzin i coś pada. Jednym słowem w zalewie marności i dekadencji tylko od czasu do czasu bywa tak, że jest fajnie:-)
Tak więc ostatnie nasze wędrówki zawiały nas do miasta Łódź. Ja tam - nie ukrywam wcale - pierwszy raz "Ziemię Obiecaną" obaczyłam. I... Kuwa, mogłam poprzestać na filmie Wajdy - jeśli chodzi o obrazowanie. Oprócz tego, że noc z piątku na sobotę spędziłyśmy w dość sympatycznym hotelu położonym w parku, a wjechałyśmy drogą, gdzie wcześniej przygodnie zaczepiony człowiek pokierował nas tak: "pojedziecie do Prawdy, prosto, a dalej..." - a dalej tradycyjnie nie posłuchałyśmy tylko pojechałyśmy jak nam się zdało najlepiej (i dobrze:-). Bo jak to się mówi, cóż mnie po prawdzie skoro wiem "jak wygląda" i myślcie co chcecie, ale nic to ciekawego nie jest, ta cała prawda:-). Ostatnio w ubiegłym tygodniu to ja doświadczyłam na własnej skórce zaprawdę prawdy i jakoś szczególnie z tego powodu szczęśliwa nie byłam, no może oprócz konstatacji, że szczęście to ja mam, ale do jełopów:-) A wracając do Łodzi, miasta co ma łódeczkę w herbie, a rzeki nie ma, miejscowości w której nie ma Rynku ani Centrum.... Ano mnie się nie polubiło z panią Łódź. Choć raz mnie jeden drogi kolega klarował, co tam w tej Łodzi to Centrum Dowodzenia Światem jest.
Może nie ten czas, nie ten klimat. Telepanie się autkiem po wybrakowanych ulicach, rozwalonych torach, oglądanie przygnębiających industrialnych pustostanów, kiwających się postaci w bramach... to może i jest ciekawe, ale nie tym razem, nie tym razem. Do tego organizacja miasta - jak dla mnie architektonicznie obca. Może dlatego, że ja jednak burżuazji industrialnej jakoś nigdy szczególnie nie kochałam, a już cmentarzyska po tej erze znieść nie mogę. Przyrównałam sobie po powrocie ostatnią kampanię wizerunkową miasta pod hasłem "Młodzi w Łodzi" z tym co mnie się osadziło i jakoś wyszło: "Głodzi w Łodzi". Ale jak to pewnie powiedziała mi Ags, po wysłuchaniu relacji: za parę lat tam będzie pięknie... no, ale my tego nie do żyjemy... :-)

Ps. a fota z cyklu: "Starzy w Łodzi";-)

czwartek, 14 maja 2009

Boby


Borko, zasada jest taka: jesteś dobry i uczynny dla świata, to świat wyczuje twoją miękką skórkę na niezabezpieczonym tyłeczku i ukąsi tak, że nawet chirurg nie wstawi w to miejsce kawałka implantu :-). Refleksie na temat daj palec, a zeżrą całą rękę w przypadku naszej pracy to temat na epopeję wielką jak przysłowiowe dzieła Lenina (które nota bene ostatnio widziałam w bibliotece na zamku Czocha - kuwa, to jest dopiero post moderna).
Miałam napisać coś wesołego, ale po kilku dniach pracy połączonej z kontaktami z mniej lub bardziej nadętymi bobami, to cieszę się, że parę godzin pojadę do dentystki - przynajmniej będzie to pierwsza sympatyczna rzecz w tym tygodniu:-)
A na focie - kawałek przepięknej biblioteki w zamku Czocha.

wtorek, 12 maja 2009

Krótki wpis o korzystaniu z toalety


Borko, lata świetlne temu, w erze przed-komórkowej i przed-internetowej, ba nawet przed-komputerowej podstawowej, będąc małą dziewczynką słyszałam od Istot Starszych taką story o jednym temacie pracy magisterskiej na uczelni typu AWF. Otóż, student pisał pracę o wyższości pozycji kucznej podczas procesu defekowania nad pozycją stojącą. Nevermind(e). Jak widać, kwestie związane z podstawowymi funkcjami fizjologicznymi bywają ważne, choć zdawać by się mogło, że w czasach "triumfu cywilizacji" nie powinny stanowić problemu. Ale... okazuje się: nie jest to wcale takie oczywiste:-). Otóż, od trzech lat gnieździmy się jako biuro w dość sympatycznym budynku na wrocławskim Rynku. Rzecz raczej oldskulowa. Na naszym piętrze jedna toaleta została przeznaczona dla osób posiadających książeczkę SANEPiD, a druga dla pozostałej hałastry. Przez dwa lata radośnie przynależała tylko do naszej "jabłonki" i był to cudowny czas, usłany dobrym mydłem w płynie, ładnie poskładanymi ręcznikami i czystą toaletą. Ale czasy się zmieniają. Od roku z okładem, naszymi sąsiadami jest firma zajmująca się (he he he) usługami finansowymi - sieciowa. W związku tym przewalają nam się tłumy rekrutacyjne i ogarniturowane, okrawatowane itp. Można powiedzieć - dla przeciwwagi do naszego raczej lumpiego stylu bycia - zrobiło się Światowo. Wielki świat zwalił się na nasze małe pięterko z takim ogromem, że nie wytrzymała tego wspólna toaleta. Z chwilą objawienia się prawdziwego kapitału zaczęła się zapychać i wybijać. Próbowałyśmy walczyć z blokadą na różne sposoby, czasem udrażniając kanał przepływu. Po kolejnym skandalicznym, a może dywersyjnym przyblokowaniu muszli klozetowej - postanowiłyśmy wywiesić ogłoszenie (na załączonym obrazku) -pomogło na miesiąc. Dziś, po tradycyjnym lunchu, który jemy z Najlepszym z Braci, Mo udała się zmyć naczynia. Cześć z kranem i umywalką była wolna, natomiast część kluczowa - zajęta. Przebywał w niej osobnik płci męskiej - co Mo ustaliła nasłuchowo - ponieważ "PanFinansista", w trakcie, rozmawiał sobie przez telefon komórkowy:-). W końcu pan wyszedł, rzucił Mo sympatyczne "dzieńdobry" i dalej gadając przez telefon wybiegł z toalety (nie myjąc rąk). I co się ukazało oczom Mo? Zapchany kuwa i zalany wodą kibel z pływającymi wesoło zwojami szarego papieru toaletowego w cuchnącej bryi. Można powiedzieć - czara pełna shitu przelała się. Mo poszła więc do biura finansistów i poprosiła byłego użytkownika toalety aby udał się razem z nią na wizję lokalną oraz posprzątał swój śmierdzący problem. Podwinąwszy białe mankiety delikwent wziął się za robotę. Skruchy nie okazał - wyraził jeszcze, przez zaciśnięte zęby, że "stawiamy go w niekomfortowej sytuacji". Tia, być może nie jest to przyjemne zajęcie, ale na pocieszenie zauważę, że przepychanie własnego gówna to nic w porównaniu do tego, kiedy trzeba się zmierzyć z "cudzym podrzutkiem":-).

poniedziałek, 11 maja 2009

Klarowny wstręt polityki


Borko, myślę ja sobie (tak, tak czasem chyba myślę choć różnie to w życiu bywa jak tak nieopatrznie spojrzę bardziej w głąb siebie:-)... że za "kotlet" czyli robienie eventów to człowiek powinien dostawać extra kasę za pracę w warunkach podwyższonego ryzyka. Na szczeście sobotni event na zamku Czocha dla pewnej spółki Skarbu Państwa, okazał się być jedną najbardziej udanych imprez jakie od lat trzech pod szyldem jabłonki herbu absyntowe jabłuszko produkujemy. A miałyśmy obawy... Po pierwsze, bo same organizatorki były na kacu i dopiero po wychłeptaniu dwóch lampek dobrze schłodzonego białego winka z zamkowej piwniczki mogły w miarę się pozbierać i wziąć do roboty (choć to nader termin na wyrost). Po drugie - bo target prawie w stu procentach męski czynił pewien niepokój. A jednak było inaczej:-) Reasumując - poszło naprawdę dobrze, a wyjątkowo fantastyczne plenery dolnośląskiego zamczyska okazały się nader gościnnym miejscem. Z radością mogłyśmy więc zrobić hyc do zamkowego łóżeczka i rankiem powitał nas malowniczy widoczek i niedzielne słoneczko. Jako, że trudno tego typu rozrywki zaliczyć do ambitnych, ponieważ rozgrywają się w myśl dobrze pomyślanej zasady: jedzenie, tańczące kobity, wódeczka i śpiew to uraczyłyśmy się w niedzielę spektaklem "Szajba" w reżyserii Jana Klaty. Więc należałoby napisać: jak było? Co o tym myśli sobie mała Pat? Jeśli w ogóle ma prawo myśleć, bo w ramach preferowanej przez ogół - instytucjonalnej interpretacji odbioru sztuki, to może nie wypada pisać co się na dany temat myśli:-) Jednak, korzystając z wytrycha jaki daje autystyczny wdupizm na zdanie wszech-ludzi, napiszę ja tak: ano mnie sztuka Małgorzaty Sikorskiej-Miszczuk w reżyserii Jana Klaty zaskoczyła swoją przewidywalnością i ciągnięciem stereotypem. Obrazoburcze czy szokujące to jest zapewne dla dobrych mieszczan i odbiorców kanałów informacyjnych TV z oficjalnego obiegu, gdzie w żywe oczy pałuje się powagą bzdety i z dupy wyjęte incydenta. A poważnie: kto choć raz uraczył się alternatywną interpretacją rzeczywistości społecz-politycznej niż ta, którą mamy w tak zwanej telewizji, ten tropy tego spektaklu złapie od razu. Czy mnie się podobało? Ano było zabawnie - choć niestety poza fajerwerkiem trochę (a może dużo?) mało. Bo, że seks, ohyda-polityka, polew z ikon współczesnych obaw oraz te cudne naśmiewanie się z rozpadu relacji żona-mąż na zasadzie wydumanych pragnień o ekstatycznych przeżyciach, to jedno. Tyle, że co dalej? Co dalej? To jest tak jak z wulgaryzmami rzucanymi na lewo i prawo ze sceny. Jako, że samej mnie to nie jest obce, a i słowotwórczy szał w obrębie tworzenia kolejnych poziomów przekleństw obserwuję każdego dnia, to słuchając tego mamrotu ze sceny, po godzinie myślałam sobie: gosh, a niech ktoś w końcu powie jakieś piękne normalne słowo:-). Ale ten spektakl to zapewne dobra terapia dla tych, co pąsowieją przy słowie kurwa, a nocami marzą o słowie dziwka - katharsis daje radę:-) Sumując tak sobie na luzie: 1."Szajba" przypomniała mi taką jedną recenzję komiksu o debilizmie korporacji czyli o Dilbercie. Ano był to jeden z najbardziej rozpowszechnionych motywów, ponieważ naśmiewał się z realu, w którym żyli jego odbiorcy, na sposób bezpieczny. Pośmiać się z siebie przez łzy czasem, ale nie daj Boże zmieniać. Niby czujemy się tacy fantastycznie zdystansowani bo łapiemy ten luz i ironię, ale czy jesteśmy w stanie zmienić zastaną-obmierzłą rzeczywistość? 2. "Szajba" mnie się skojarzyła (nie ukrywam sentymentalnie) z numerami i poczynaniami takiego gościa co się zowie Eminem - i najbliższa to dla mnie analogia. I wracając do chatki pomyślałam sobie, że a i owszem git, ale ja Eminema to lata temu słuchałam:-) Choć oddajmy sprawiedliwość -właśnie Pan Emi nagrał nową płytę - więc może to da radę i może czekają na taki dyskurs nowi odbiorcy.
No i ta straszna ohydna polityka, taka wstrętna oraz obleśna, a fe, aż każdy fajny świadomy człowiek chce od niej trzymać się z daleka... tiaaaaaaa :-) - takie wtłuczenie wizji w głowy mas to zaiste wielki triumf współczesnych polityków.

ps. aha i jeszcze jedno: nie jest to sztuka anarchiczna. Zdecydowanie nie:-)

środa, 6 maja 2009

Tym razem przedruk;-)

Borko, tym razem przedruk z 5Władzy, kuwa własny:-)

Pod schroniskiem na Śnieżniku.

O strategii marki dla Dolnego Śląska piszemy już od dwóch lat. Po wielu trudach (w marcu 2009) udało się opracować kolejny dokument, w którym Dolny Śląsk porównano do rumuńskiej Transylwanii (komentowaliśmy to tak). W długi majowy weekend postanowiliśmy przekonać się jak to jest naprawdę, a przy okazji zdobyć jakiś szczyt - padło na Śnieżnik.

A więc:

W niedzielę - 3 maja - wyruszyłam z Dworca Głównego pociągiem osobowym w kierunku Kłodzka, w Bardzie dołączyła do mnie Marta Zieleń (wielokrotnie goszcząca na łamach 5W). Kolejnym przystankiem była Bystrzyca Kłodzka - skąd miałyśmy autobus do stacji docelowej - Międzygórza.
Pociąg do Kłodzka obłożony w stu procentach. Najwięcej weekendowych turystów okazało się być z Wielkopolski oraz naturalnie z Wrocławia. Do Bystrzycy Kłodzkiej kursują dla odmiany szynobusy - i trzeba przyznać, że komfort i urok związane z tym transportem naprawdę stanowią atrakcję; jest to świetne rozwiązanie i sprawdza się na takich trasach! Gorzej z resztą infrastruktury. Autobusów kursujących między turystycznymi miejscowościami jest niewiele. Busów (transportu prywatnego) nie ma. Mniej więcej w godzinach 16.00-17.00 - komunikacja zamiera, o czym miałyśmy przekonać się już następnego dnia...
1. Bystrzyca - Międzygórze.
Zaplecza gastro jest tyle, że z braku wyboru nie należy narzekać na to co jest:-). Stacje kolejowe na całej trasie - to raczej skansen retro w stylu horrorów o zaginionych miasteczkach pełnych duchów niż promocyjny szlak turystyczny. Dworzec PKS w Bystrzycy - ehhh, nawet poczekalnia i toaleta były zamknięte na trzy spusty, nie mówiąc już o informacji czy kasie biletowej:-)
W drodze mijamy Długopole Zdrój - ciekawe i kameralne uzdrowisko niegdyś ulubiony azyl artystów i literatów leczących w tym miejscu choroby związane z nieżytem i dolegliwościami wątroby. Woda nadal świetna i smaczna (jedyna taka na wątrobę!). Jednak większość gości Długopola to emeryci w sanatoriach. I tak dobrze, że miejscowemu zakładowi przyrodoleczniczemu udaje się jakoś konkurować z pobliskim Lądkiem Zdrojem i Polanicą.


Bystrzyckie smaczki.


Wreszcie Międzygórze. Z radością witamy kolejne miejsce związane z postacią Marianny Orańskiej.
Niderlandzka królewna to postać barwna, świetny "ambasador marki" dla naszego regionu. Tyle, że temat Marianny Orańskiej jest słabo rozegrany. Trafiają na ten trop tylko ci co rzeczywiście chcą nieco wściubić nos w kwestie historii regionu oraz lubią coś przeczytać zanim "pozwiedzają". Kompletnie brakuje komercyjnego rozegrania tego wątku. Nigdzie nie ma nowoczesnych albo stylowych pamiątek związanych z panią kamienieckiego pałacu. Dla odmiany, w takiej Madonna di Campiglio (Włochy - Dolomity) gdzie przyszło oddychać górskim powietrzem Sisi - cesarzowej Austrii, jej podobizna jest wszędzie: na kosmetykach, czekoladkach, bibelotach, kieliszkach... Nawet osoba, która nie-zgrzeszyła w swym życiu lekturą:-) musi trafić na Elżbietę i jej historię. Na Dolnym Śląsku portret Marianny wystaje z zakurzonych witryn, wyblakłych reprodukcji, starych tablic pamiątkowych i odręcznie sporządzonych notek. Zdecydowanie za mało barwnie! Szkoda, bo "na królewnie" można naprawdę nieźle wylansować region i zarobić.


Z serii "ars satanica":-) - Krecik w Ogrodzie Bajek, skansenie dla małych i dużych dzieciaków. Zwróćcie uwagę na pozdrowienie łapką:-).


Samo Międzygórze - piękne (tanie) - choć niestety nastawione na turystę weekendowego. Już w poniedziałek okazało się, że miejscowość zamiera, czynna jest jedna knajpa na krzyż i jeden sklep turystyczny oraz spożywczy. Trudno zachęcić do przyjazdu kogoś, kto miałby tam zostać dłużej niż dwa dni. Jeśli chodzi o rozrywki nocne - zapomnijcie:-). Tak, a i owszem wieczorne słuchanie szumu górskich potoków jest super, ale starałyśmy się też wczuć w rolę innego rodzaju odbiorcy usług turystycznych. Niestety nie ma choćby jednego dużego obiektu SPA - z basenem, saunami i łaźniami oraz usługami kosmetycznymi i klubem muzycznym, który mógłby stanowić atrakcję całoroczną, niezależnie od tego czy jest weekend czy zwykły dzień.
2. Śnieżnik - kto był, ten wie jaka to fajna góra, a kto nie był niech żałuje i przyjeżdża:-). Wprawdzie schronisko (jak większość w Polsce) to aria kolejnych warstw taniej farby olejnej w jakiś strasznych kolorach, ale szarlotkę posypaną jagodami podają świetną. Dalej już trasa na szczyt - malownicza, tylko na samej górze znajdujemy... worek pełen śmieci, który jakiś żartowniś postawił obok zatkniętej polskiej flagi.


Śmieci na Śnieżniku - taki "fun".


W okolicach 15.00 schodzimy z Śnieżnika i wyniku taktycznego błędu trafiamy pod Kletno:-) mijając zamkniętą na cztery spusty jaskinię niedźwiedzią (ale jest poniedziałek, a to wszak muzeum). Pogoda pod psem - załamanie - deszcz, zimno i mgła. Drzewa klekoczą jak w horrorach, ludzi na horyzoncie brak. Wyłaniające się pod lasem wielkie figury dinozaurów z parku atrakcji, w którym można zobaczyć "jaja dinozaura" - wyglądają dość upiornie, a w połączeniu z palącym się na łące gratami oblewanymi benzyną przez jakiegoś autochtona (pierwszy napotkany człowiek) przypominają nam instalacje-happeningi artysty Hasiora. W końcu docieramy do kolonii sadyb i dobrzy ludzie zbierają nas samochodem do Stronia Śląskiego - słusznie prawiąc, że po 16.00 to cholera niczym tu nie pojedziecie:-). Rozmawiając o kwestiach odległości, samochodach i przygodach telepiemy się na około - najpierw 30 kilometrów do Bystrzycy Kłodzkiej, a potem taksówką do Międzygórza:-) bo wszak nikt o tej porze nie powinien mieć potrzeby podróżowania:-).
3. Powrót. Komunikacji nie ma w godzinach 8.20-12.20, więc z Międzygórza wyruszamy spacerem i autostopem. Na stacji kolejowej Bystrzyca Przedmieścia - kolejarze proponują nam "podwiezienie do Kłodzka na stopa" - elektryczną drezyną; dziękujemy i czekamy na szynobus:-).
O 13.12 wsiadamy do osobowego w kierunku Wrocławia, nieśpiesznym tempem będzie sunął do stolicy Dolnego Śląska - dwie godziny. W sam raz na przesłuchanie wszystkich zaległych mp3 i przeczytanie gazet. Choć rozumiemy, że nie każdemu może się to spodobać.


5Władza - na samym szczycie:-). W specjalnej kapsule ukryliśmy pod kamieniami fragment komputera z blogiem:-))))


Podsumowanie.
Czy Dolny Śląsk to nasza mała Transylwania?
Zdecydowanie tak! 10 lat temu, kiedy po raz pierwszy wyruszyłam w tour po Rumunii, głównym środkiem komunikacji był autostop, przystanki oficjalnego transportu wyznaczały dziwne słupy betonowe bez rozkładów jazdy. Miejscowe atrakcje były zaniedbane, albo obok pięknego zabytku straszyły pozostałości wymarłego przemysłu. Baza noclegowa i gastro stanowiły za każdym razem ciekawe doświadczenie. Z miejscowymi "zawsze można było się dogadać" i "nagiąć nieco oficjalne przepisy". Zupełnie jak u nas:-) A jednak do Rumunii wracałam za każdym razem i w sumie to tam zostawiłam serce - więc, jak najbardziej odwiedzajcie Dolny Śląsk! Zwłaszcza jak lubicie alternatywne podróżowanie i macie poczucie humoru;-)

Ps. Dziękuję Marcie Zieleń za towarzystwo i poczucie humoru oraz to, że nie musiałam jednak jej wnosić na Śnieżnik:-)
Tekst powstał w ramach rocznicy urodzin Marianny Orańskiej - 9 maja.