czwartek, 28 maja 2009

Pieprz i sól


Borko bywasz często natchnieniem do robienia wpisu, ale są takie dni pod szczurem kiedy za cholerę nie da się znaleźć tematu.
Leniwie toczący się czwartek nie zapowiadał żadnych wydarzeń. Psy nie zaczęły miauczeć, a z nieba nie spadły żaby tylko zwykły deszcz. Standardowa wizytacja agentury przez zaprzyjaźnione persony również nie wniosła żadnego twórczego zawirowania. Redaktor Sylvunia siedzi w Tykocinie ze starymi babami debatując nad przyszłością reportażu, ani jednej towarzyskiej awantury, nie pokłóciłam się z nikim, ani też nikt mnie nie zaskoczył w sposób pozytywny bądź negatywny... Jednym słowem nuda jak kij bez marchewki. I tak by sobie dzień przeszedł gdyby nie rozmowa na tak zwanym "gadu-gadu" z zaprzyjaźnionym Blogerem. Otóż zaczęło się od kwestii polityki.
Ano w związku z pracą prędzej odgryzę sobie mały palec u stopy niż w ciągu najbliższych dni z przyjemnością przeczytam "coś" o polityce. No pasaran! Muszę wytrzeźwieć po "schizofrenii", wyciszyć się, a potem znów uwierzyć, że rozmawianie o tym ma większy sens. Oczywista mogłabym tu zacząć plotkować, ale z tego korzyści nie byłoby żadnych. Wróćmy więc do rozmowy z "gadu-gadu". Bo chciałam się tylko dowiedzieć, czy będzie niebawem jakiś wpis na blogu, który lubię czytać, nie-koniecznie o polityce, ale na przykład spełniający jakieś fajne założenia estetyczne (niczego tak dobrze się nie czyta, jak dobrze napisanego tekstu;-). Więc dowiedziałam się, tak a i owszem, ale to będzie jednak o polityce - choć fikcyjnej - jednak będzie też sex and violence. Na co ja (z żalem), że wolałabym sam sex and violence jeśli już, bo za przeproszeniem polityka w łóżku budzi we mnie tylko violence i nie zniosłabym o tym pieprzenia w takiej buduarowej sytuacji. Bloger na to, że fakt bo w łóżku to ma facet kobietę pieprzyć. I tu, Eureka, przyszedł mnie do głowy pomysł/puenta: po pierwsze, wniosek z tego taki, że ktoś kogoś musi pieprzyć - bo inaczej fundament tego świata - na który wszyscy narzekają - zawaliłby się. Rzeczywistość jest oparta o to, że raz oni nas, a raz my ich - ciach. Wygrywa ten, kto pieprzy, a nie jest pieprzony. Cholera, nie używam ani pieprzu ani soli. I jak tu żyć poza układem?
Jakby komu przyszło się poczuć zbulwersowanym to śpieszę donieść, że jest to wpis o polityce i używaniu pieprzu oraz soli:-).
Jednym zdaniem - z polityką i pieprzeniem jest jak z świnką morską, ani to świnka, ani nie morska.
A co do nowych odkrywczych interpretacji starego zjawiska związanego z używaniem słowa pieprz, to dam sobie odgryźć drugi mały palec u stopy jeśli powstanie coś w tym temacie co mnie zaskoczy.
Got me lookin so crazy right now
Your love's got me lookin so crazy right now
:-)
...to kręci, a nie jakieś tam same przyprawy co wietrzeją prędzej czy później w słoikach.

1 komentarz:

Anonimowy pisze...

Pozwolę sobie na subiektywne veto wobec paradygmatu "pieprzyć czy być pieprzonym". Otóż, polegając na wieloletnim doświadczeniu własnym, stwierdzam z całą stanowczością: bywają takie sytuacje liryczne i kulinarne, kiedy "być pieprzonym" jest całkiem, a całkiem przyjemnie. Przyjemniej nawet, niż "pieprzyć". Wszystko zależy od rodzaju potrawy, umiejętności i intencji kucharza. Oraz oczywiście dobrego smaku, bowiem nie ma nic gorszego niż "przepieprzyć" lub "zapieprzyć na śmierć" ;)