środa, 30 lipca 2008

Osioł kataloński


Borko, tancerko flamenco z ulicy Traugutta;) - czasem to ja się czuję jak osioł kataloński wrzucony do krainy zdominowanej przez byki...
Eh, no właśnie wróciłam, a powroty bywają ciężkie i wymagają od nas wiele cierpliwości.
A Barca tymczasem okazała się zaskakująco oszałamiająca - i dokładnie w taki sam sposób jak rok temu. Bo czasem, kiedy wybieramy się do znanego nam już miejsca, to bywa różnie. Pełni obaw obserwujemy miasto i zastanawiamy się: czy to co nas uwiodło w nim wcześniej, teraz również okaże się tak wspaniałe i niepowtarzalne. Dlatego cieszę się, że Barcelona jest właśnie taką krainą - w której ciągle czujemy się jak na dobrej fazie - niezależnie od tego czy widzimy ją pierwszy raz, czy może gdzieś tam w przeszłości padło już jakieś małe "cześć", a raczej należałoby napisać "hola!". :)

Podróżowanie pokazuje też, że wyruszamy w świat nie tylko w rzeczami, miastami i zabytkami, ale może przede wszystkim emocjami, marzeniami i relacjami między-ludzkimi. Tego roku w Barcelonie było biało, jasno i soczyście. Zupełnie odwrotnie niż rok temu, kiedy zapamiętałam głównie półmrok, upojenie i kolor ciemnego wina oraz jakiś nostalgiczny smutek jak z nokturnowej poezji, którą serwował Lorca.
Aj, jak to uznała Monique - to najlepsze wakacje w jej życiu. W sumie też tak sobie myślę i jeszcze myślę o tym aby znów rzucić okiem na lekko wieczorny Port Well;)
A zamiast rozważań o naszych przypadkach w Barcy, gdzie może lepiej napisać od razu:
- była sztuka
- był konsumpcjonizm
- był open fire z żarciem
- był wielki open fire z piciem
- i był jeszcze większy open fire z zakupami,
to... zacytuję Lorce;)

Kiedy księżyc wschodzi

głuchną wszystkie dzwony

i kreślą się tajne

niezbadane ścieżki

Kiedy księżyc wschodzi

ziemię morze zmywa

a serce jest wtedy

wysepką w otchłaniach.

Nikt nie je pomarańcz

przy świetle księżyca.

Wtedy owoce jeść

zielone i zimne.

Kiedy księżyc wschodzi

o stu bladych licach

pieniążki ze srebra

szlochają w sakiewce


ps. na focie osioł kataloński:)

piątek, 18 lipca 2008

Zaraz kolejna przesiadka


Borko nie widziana od tylu tygodni, że normalnie powinnyśmy się chyba zapłakać księżniczko za sobą :). Tak więc ja tu właśnie kończę sobie pobyt swój wojszycki i opiekę nad strasznym Karusiem co dzisiaj postanowił normalnie wjebać sobie po prostu mojego klapka z Baty, a teraz leży pod biurkiem w sypialni i ściemnia jakim to jest fajnym psem oraz jak bardzo mnie lubi. He he ... nie z nami te numery Karuś:)
Niestety - kolejny raz stwierdzam, że jestem zadeklarowaną kociarą i cholera psy fajne są, ale nie dla mnie ta rozrywka i gonitwa spacerowa.
Więc wczoraj urwałam się na operę filmową węgierskiego kompozytora i reżysera, który postanowił zrobić obraz o wędrowcy z kraju węgierskiego co poszedł do Tybetu, a w drodze spotkał mnóstwo kluczowych dla siebie i świata postaci. Właściwie poszedł tam po historię i tajemnicę swoich przodków oraz po to aby znaleźć odpowiedź co jest stałym sensem naszego życia. Przodkowie i historia okazali się być kwestią wyobraźni i naszej interpretacji, rozmytym horyzontem na który spoglądamy do tyłu, a nie do przodu. Nie znalazł jednoznacznej odpowiedzi na temat "stałości", bo to tylko realny jest wiatr, który czujemy w dłoniach pędząc w bitwie na czele oddziału oraz czas, którego zagadki i stanu nie jesteśmy w stanie pojąć od tysiącleci. Wszak cały czas się z nim zmagamy:)
I jeszcze ten weekend i Barcelona, oby tak soczyście piękna jak ją zapamiętałam.

poniedziałek, 14 lipca 2008

"serfując" po Wojszycach


Borko, a więc wakacje pełną gębą trwają od dwóch tygodni w mojej głowie - tak przynajmniej określiłabym ten stan. Jako, że nie potrafię odpoczywać "od - do" w sensie 2 tygodnie, tydzień planowanego urlopu i zawsze wolę po prostu przestawić się na trochę bardziej leniwe z serem, ale nadal coś sobie robić, grzebać, gdzieś się powałęsać, przestawić tylko na jakiś chwilowy inny świat - to mogę powiedzieć, że w tym roku to naprawdę jakoś wszystko nawet całkiem tak miło, lekko nostalgicznie upływa.
"Serfuję" sobie właśnie na Wojszycach, siedząc z "okropnym Karusiem" w całkiem fajnym domostwie w zupełnie cool części mego miasta Wro. Wprawdzie (he he he) nie jest to, to upojenie co ogrodem na Biskupinie, ale lubię te wszystkie wojszyckie okoliczności i wspomnienia: Ags, sporo imprez, w tym kilka całkiem eufemistycznie mówiąc szalonych, parenaście rozmów ważnych o życiu i zawsze to miejsce kojarzyć się mi będzie z czymś co zazwyczaj nazywamy "zmianą odczuwalną". Bo po pobycie na Wojszycach zawsze coś w moim życiu się zmienia, skutecznie i ba nawet można rzec: nieodwracalnie.
Nie chcę spekulować sobie tym razem. Bo to może być coś kluczowego, ale jednocześnie nieprzyjemnego, a może po prostu trochę kraczę na czarno jak to fance przypraw w stylu black przystoi. I chyba też dlatego, że właśnie odwaliłam Sekrety sypialni mistrzów kuchni, książkę którą przyrządził Irvine Welsh i trochę mnie zaponurzyła ta książa. Oj nawet bardzo. Eh.
Ale, ale nam tu się szykuje całkiem miły dzień następny: koncert Manu Chao we Wro, na który cudem, prawdziwym cudem udało się nam zdobyć bilety i fajnie bo też właśnie płyty Manu i hulanka przy nich do białego rana to właśnie jedno z wojszyckich wspomnień.
I tak właśnie wakacje - coś przychodzi, coś odchodzi. Po Wojszycach Barcelona - jak mówi Monique corazone :), a potem morze i Hel. No tak, to chyba byłoby na tyle. Jeszcze gdzieś pomiędzy tą dziwną i tajemniczą chwilą kiedy to lato przemienia się we wczesną ciepłą jesień zdarzą się mi imieniny i hm urodziny. Ale o formie spędzania tego rodzaju rozrywek - to może proszę państwa - kiedy indziej:-)

Ps. dzisiaj siedząc sobie leniwie na tarasie naszła mnie jedna stu procentowa myśl: gdybym miała córkę, to nazwałabym ją Astrid. Na 100 proc. Pewnie mieć już nie będę, ale tak sobie pomyślałam, że nierealność wypadków życiowych nie może nas zniewolić do nie upewniania się w ich kształcie i formie oraz treści :)