poniedziałek, 31 grudnia 2007

To jest pierwszy dzień z reszty twojego życia


Borko, tak mniej więcej zaczerpnęłam tytuł tego wpisu z jednego numeru, który znamy chyba dobrze obie, zwłaszcza, że śpiewa te słowa niezastąpiony Brian Molko:)
No cóż - każdy poranek, czy też inna chwila przebudzenia się to właśnie taki pierwszy dzień z reszty naszego życia.
Może nawet lepiej, że nie znamy tego co będzie za dzień, miesiąc, rok czy dekadę bo wówczas jest taka możliwość, że nie chciało by się na to czekać. Być może, być może...
Koniec roku to nieprzyjemny dzień. Chyba dlatego miliony ludzi musi nawalić się tego wieczoru do nieprzytomności aby jakoś znieść ten ciężar tego smutnego dnia:)
O czym myślimy? Czego żałujemy? O czym marzymy?
To już sprawa każdego z nas z osobna. W przeciwieństwie do świąt jakoś nie czuję się w obowiązku składać Wam jakiś szczególnych życzeń. Życzcie sobie sami tego czego oczekujecie. I tyle.
Miało nie być smutno - jednak trochę wyszło lekko dekadencko, ale ja już taką mam naturę. W chwilach radości zawsze szukam upadku, a w momentach depresji zapowiedzi szcześcia:)
Tia, jakoś tak to idzie.

poniedziałek, 24 grudnia 2007

Świat jest wszystkim, co jest faktem


Borko życzenia można składać na wiele różnych sposobów. Zazwyczaj bagatelizujemy ich znaczenie, odbierając je jako część kurtuazji.
Nieważne.





Zawsze staram się życzyć ludziom dokładnie tego czego pragną, dokładnie tego na co zasługują, dokładnie tego co jest ważne, a czego zazwyczaj sobie nie-uświadamiamy.
Dlatego dzisiaj...
...powiem tak:

Nieważne jakiego jesteście wyznania, nieważne jakiej orientacji życiowej i seksualnej :) Nieważne czy wolicie czytać przed snem kolorowe magazyny czy choćby cytowany w tytule tego wpisu "Tractatus logico-philosophicus" Wittgensteina. Nieważne czy sieć służy Wam do zdobywania wiedzy czy do zaspokajania namiętności. Nieważne czy chcecie czynić ironiczne gesty, czy być ikoną porządku. Nieważne czyście lewaki, prawaki, konserwatyści czy anarchiści. Ważne jest to, że życzę Wam wszystkim różnorodności i wielości bez której ja żyć nie mogę:) Życzę Wam dokładnie tego czego pragniecie i na co zasługujecie i niczego mniej ani więcej. I jeszcze tego aby Wasze ciała nie odmówiły posłuszeństwa wcześniej niż sami będziecie tego chcieli.
"Endżoj" :))))

I pamiętajcie:
Świat jest wszystkim, co jest faktem.
Świat jest ogółem faktów, nie rzeczy.

wtorek, 18 grudnia 2007

Właściwie to usprawiedliwiam się...


Borko, włąściwie ja tego wpisa trochę na usprawiedliwienie robię.
Mogłabym powiedzieć: oto zjechał mi się czas, zsunęły ściany, a nadmiar wydarzeń, radości przemieszanych ze skrajnymi kryzysami czyni mnie obojętną na resztę świata.
Coś w tym stylu.
W zasadzie od kilku dni poziom mojego bytowania orbituje wokół branżowej końcówki roku, co przekłada się na totalny zjazd bez możliwości napisania bardziej elokwentnego wpisu.

Bo, wyobraźcie sobie taki poranek:
Wstajesz rano. W radiu leci reklama zrobiona przez twoją agencję. Na murach miasta właśnie rozklejają billboardy z drukarni odbierasz gotowe materiały, a setki osób czekają na świąteczne eventy, które niebawem im zrobisz...
Idziesz przez miasto - delektując się zapachem nowych perfum i zastanawiając się: jak minie dzień, jak minie dzień...
W tym samym (mniej więcej dniu) z innej perspektywy: drukarnia jebie ci pół zamówienia, nadąsany klient wymaga, ale zapomina płacić w terminie (he he) faktur, księgowość załamuje ręce nad dokumentami, które jej dostarczasz. Ludzie okazują się tylko ludźmi i kradną ci karton wina (obyście zwymiotowali je pijąc:), debil za kierownicą chce staranować cię na parkingu pod wielkim centrum handlowym, a w między-czasie (jeśli takowy istnieje) borykasz się z ciężką zasadą i regułą znaczeń: przyciąć i w miarę uczciwie.
Do wyboru, do koloru. Jaki nastrój taka opcja życiowa....
Zapomniałam jeszcze dodać, że Mama Tobs (czyli moja mama) w drugi dzień świąt idzie do szpitala. Rok temu miałam w zasadzie beztroskie święta, w ogóle beztroskie kolejne sześć miesięcy.
Teraz wszystko wygląda inaczej. Beztroska mija zawsze, tak jak najlepsza impreza. Choć zawsze trzeba widzieć horyzont "wszystkich jutrzejszych imprez", które jeszcze na nas czekają :)

wtorek, 11 grudnia 2007

W pogoni za... Niczym? :)


Borko czy ludzie żyjąc w pośpiechu i goniąc za niekończącymi się oczekiwaniami i przyjemnościami (czasem o lekko bolesnym zabarwieniu - bo przyjemność może być też taka właśnie) mogą jeszcze miewać przebłyski genialnych myśli?
Longiem myślę to już rzadko kiedy leci, ale przebłyski czyli "flesze" bywają. To nawet pasuje do naszej dzisiejszej rzeczywistości.
Ostatnio zmaterializowało mi się takie powiedzonko:

Młodość to incydent, który wspominamy przez całe życie


Od czasu do czasu przemijanie młodości mnie bardziej męczy niż dojrzewanie. Zresztą z tym ostatnim to nie miałam problemów, podobnie jak z trądzikiem ha ha ha ;) Bywa. Niektórym się udaje po prostu.
Ale dla odmiany świat wychodzenia okazuje się bardziej ciężki do strawienia niż czas wchodzenia. Tandetna symbolika przeżywania smętnych poranków po zarwanych nocach, opakowań po kremach przeciwzmarszczkowych, na poły żartobliwe, a na poły rozpaczliwe rozmowy z moimi koleżankami o zabiegach kosmetycznych, o sztuczkach optycznych...
Po jakiego tak do cholery się męczyć?

Czasem chodzi o to, aby potrafić dotknąć ustami zmurszałego muru i nie zadławić się z obrzydzenia


Pojutrze dzień wygra z nocą i powoli zacznie się kończyć ten okres roku, który bardzo lubię i który też mnie z drugiej strony bardzo irytuje.

ps. grzebiąc sobie na dobranoc po sieci znalazłam taką stronę co mi pasuje to zastanawiania się nad ludzikowymi rewirami wyobraźni i tęsknot, ale uprzedzam, że raczej to musicie mieć lat 18 i żeby mi tu narzekania potem nie było.

poniedziałek, 10 grudnia 2007

Wino, czekolada oraz inne tego typu przyjemności


Borko nie wiem czy zauważyłaś, ale do wina wytrawnego zdecydowanie bardziej pasuje czekolada niż sery pleśniowe. Przynajmniej w niektórych sytuacjach...
Smak jest zdolnością wrodzoną. Chama nie uczyni panem ani pełna sakiewka, ani nabyte obycie towarzyskie. Tym bardziej zaś nie uczyni go panem, sama chęć nim zostania :)
Oczywiście stara popkulturowa "prawda" mówi, że jeśli czegoś będziesz bardzo chciał to otrzymasz to.
Czyżby? Przekonajcie się sami - tylko nie płaczcie nad "zdeformowanym ciastem" jakie otrzymacie z tego "piekarnika życia".
Myślę sobie, że zasadniczo moje dywagacje nie wpłyną ani na wzrost, ani na spadek populacji "chamów", na szczęście też nie wpłyną na zwiększenie spożycia czekolady do wina - stąd z całą pewnością będziemy się jeszcze trochę cieszyć tym dość specyficznym połączeniem "smaczków" oraz lekkimi nudnościami towarzyszącymi przedawkowaniu tych dwóch specyfików :)
Ale do rzeczy.
Grzebiąc sobie po biblioteczce czasem wpadają mi książki z dedykacjami. W zasadzie pisanie dedykacji w książkach jest sprawą ryzykowną. Nie dość, że naruszamy czystą strukturę woluminu to jeszcze ryzykujemy, że dedykacja po latach nabierze zupełnie innego znaczenia, albo zniechęci obdarowanego/obdarowaną do ponownego zagłębiania się w lekturę. Czasem tak mam :) Więc staram się dedykacji już nie pisać. Ani to dla obcych oczu, ani dla zatrzymania czasu. Bo czasu, ani jego upływu nie da się zatrzymać. I lepiej z tym faktem się zaprzyjaźnić niż walczyć - lepsze samopoczucie gwarantowane :)
Z takich czasowych fałdów książek z dedykacjami, których raczej nie staram się otwierać dzisiaj mi wpadła jedna - ot, tak stara, że aż zawstydziłam się na myśl o czasie, w którym zostałam ją obdarowana :)
Pewnie bym najchętniej ją teraz wcisnęła pod łóżko, ale niech tam co, czasem wielkość "książki" pozwala nam zrzucić woal niepamięci na towarzyszącą jej dedykację.
Tak więc idzie w tej książce tak:

(...)
śpiew ptaków
jest trenem żałobnym
grabarzami - korzenie kwiatu

zasadziłam jeden
który zapachem
przypomina
o jej nieobecności

jestem biedną kobietą
matką - garści piachu



I dalej na innych stronach jeszcze:

(...)
Koniu czarnej maści,
dokąd niesiesz wędrowca zmarłego?

Noc o czarnych bokach
gwiazd ostrygą wspięta
cwałuje przez niebo

Koniu chłodnej sierści
jakiż zapach ma nóż, który okwitł!

Pod czarnym księżycem,
krzyk i blask szeroki
weselnego ognia.

Koniu czarnej maści,
dokąd niesiesz wędrowca zmarłego?


Cool - nieprawdaż? :)


ps. wczoraj mój zabarwiony kornwalijskim nastrojem brat powiedział, że nie ma nic bardziej obciachowego niż ludzie o postawie wilka z bajki o "Wilku i zającu". Ta postawa aroganckich prostaków rozsiadłych w ławkach amfiteatru, którzy z zblazowaną miną i "symbolicznym" petem w ustach oglądają przedstawienie życia udając, że "nie takie rzeczy oni już widzieli".
A ja tam wolę sobie przeżywać. Za każdym razem wszystko inaczej :) I może jeśli nawet nie znacie tych cytowanych "kawałków poezji numerów" ani tym bardziej nie wiecie co to za obraz im towarzyszy - to może nawet lepiej i dla was na szczęście.

środa, 5 grudnia 2007

Słowa, słowa, słowa :)


Borko, w zasadzie pisze się zawsze dla kogoś i po coś. Wszak bloga też założyłam właśnie w prezencie dla Ciebie królowo ziemskich rozkoszy - więc wiem co mówię, a Ty wiesz co czym ja mówię.
Czasem jest tak, że obawiamy się tego naszego pisania, albo inaczej: obawiamy się konsekwencji i odbioru naszej małej twórczości.
Dlatego trochę na przekór i z lekkiej potrzeby numeru - zdecydowałam się zamieścić refleksyjną prackę Małej Blogerki, która mnie bardzo miło nastroiła. Jest to Martkowe pierwsze dziełko i mam nadzieję, że nie ostatnie. A więc zaczynajmy:


Teraz już wie, że zachowywała się zupełnie bez sensu. Myślała, że jest nie-wiadomo jak mądra. W swoim mniemaniu była wielką intelektualistką. Dopiero czas pokazał, że głupie dzieci takie już pozostają. Problem w tym, że nigdy sobie z tego nie zdają sprawy. Ze mną jest tak samo...

Miała wtedy 15 lat. Było gorąco. Dokładnej daty nie pamięta. Wie, że za kilka dni później – może tydzień – miały być jej urodziny. Szła przez las do swojej koleżanki, wtedy jeszcze przyjaciółki przez duże „P”. W zasadzie to traktowała ją jak guru – psychologa, kreatora mody i wyrocznię w jednym.
Miała na sobie spodenki, które więcej odkrywany niż zasłaniały, czarną koszulkę na ramiączkach i adidasy. Wszystko oczywiście markowe, bo jak można na dupie nosić spodnie, które nie są Big Star’a? I jak można założyć buty tańsze niż 250 złotych?!
Pierwszy raz zobaczyła go jak wchodziła do lasu. Na oko miał około 30 lat. Nawet przystojny. Wydawał się jakby nieobecny. Może żył we własnym świecie? Tak, to było to. Zawsze jej imponowali ludzie, którzy bytują w 3d, bo muszą. Ludzie, którzy są bogami swoich wymarzonych krajobrazów, zachowań i emocji. Zapytał o godzinę. 15.18!
Ubrany był w niebieskie dżinsy, czerwoną bluzę spod której wystawała czarna koszulka i glany. Nie wydało jej się dziwnym to, że szli w przeciwnych kierunkach, a mimo tego wrócił. Szedł za nią cały czas. Początkowo nawet ją to bawiło. Bo może Radek będzie zazdrosny jak się dowie?
Kiedy dochodzili do Opolnicy wyprzedził ją i stanął na jej na drodze.
- Mogę pójść z tobą? – zapytał
- Jestem umówiona, ale jak idziesz w tym samy kierunku, to pewnie. Możemy pogadać po drodze – naiwnie zaproponowała, wierząc, że facet, który od 20 minut idzie za nią dopiero teraz zdecydował się zagadać.
Złapał ją mocno za rękę. Była lodowata.
- Chcę, żebyś poszła ze mną tam – powiedział, wskazując na boczną ścieżkę, która prowadziła donikąd.
Próbowała puścić jakoś jego dłoń. Był bardzo silny. Wreszcie się udało. Krzyknęła tylko, że nie chce, że nie pójdzie. Słowa te, jakby przeleciały gdzieś obok niego. Zaczął ją ciągnąć na bok. Ponownie próbowała się uwolnić. Kopnęła go w nogę i zaczęła biec. Od pierwszych domów dzieliło ją jakieś 1 000 metrów. Bała się, że ją dogoni.
Miała szczęście. Na drodze zobaczyła rowerzystę. Była pewna, że teraz już jej nic nie grozi. Ale biegła dalej.
Uciekła...

Dopiero później dowiedziała się, że zgwałcił już 2 dziewczyny w tym miejscu. Nie była trzecią. Nigdy nie potraktowała tego, że udało jej się uciec, jako prezentu od losu. Mało tego – nie robiła z tego problemu. Nie poszła na policję. Nie powiedziała nawet rodzicom. Dodatkowo tydzień później puściła się z kretynem, który zadziałał na zasadzie fuck and never touch again. I tak oddała cnotę idiocie.

Od tamtej pory minęło już prawie 7 lat. Gwałciciel kilka dni temu wyszedł z więzienia. Dalej błąka się po tych lasach. Ona zresztą też. Teraz troszkę bardziej się boi, ale jej podejście do świata jest identyczne. To, co dla innych jest ważne, dla niej – niekoniecznie. Dławi się swym egoizmem. To ciekawe, ponieważ ta postawa wypływa z dziwacznej empatii. Wie, że potrafiłaby rzucić wszystko, gdyby poczuła z kimś mocną więź emocjonalną. Jak na razie jednak wszystkie linie porozumienia przecina. Bezpowrotnie.

wtorek, 4 grudnia 2007

Era przedinternetowa i tranzytowość świata


Borko, a pamiętasz jak poszłyśmy do kina na film Pawlikowskiego "Lato miłości"? I stwierdziłaś później, że był to moment, który zasadniczo potem wpłynął na kolejny rok jaki przeżyłaś? :)
Tia, ja pamiętam bardzo dobrze to lato i jak nam potem się życie w różnych zadziwiających kierunkach rozjechało :) Tak czy siak - chyba do końca nie ma co narzekać. Wszak mamy ciekawiej od wielu, wielu innych ludzi i trzeba widzieć te bardziej pół pełne szklanki niż te bardziej puste. Ile wyjazdów, zdarzeń, ludzi, kłótni, chwil bezgranicznego szczęścia, zadowolenia i rozpaczy...sporo ha ha ha.
Może to dziwne, ale w sumie są tacy co przecież nie pamiętają ery przedkomórkowej ani ery przedinternetowej ani innych takich atrybutów cywilizacji konsumpcji globalnej.
Wszak nie ma dziś problemu z tym, że robię projekt we Wro, wykonawstwo graficzne odbywa się obecnie w LA, tłumaczenia tekstów w London, a druk na powrót znów we Wro... Jak sobie tak właśnie maszerowałam w erze przedinternetowej (u nas znaczy się w Polszy przedinternetowej) po szkole i marzyłam pod wpływem lektury pisma BruLion o możliwościach sieci i wynikających z niej atrakcji, to w głowie mi się nie mieściło, że komputer kiedyś będzie dla mnie naprawdę osobisty :)
Oczywiście "nasze nowe wspaniałe czasy" mają też wady (nie ma na świecie struktury idealnej, nawet DNA w jakiś sposób jest trefne skoro nowotwory dopuszcza). Wadą dla mnie "nowego świtu" jest tranzytowość świata - szybkość błysku z jakim niektóre sytuacje, ludzie, emocje przelatują przez nasze życie. Jedno cięcie i już nie ma. Ale coś za coś - nie ma nic za darmo - jak kiedyś usłyszałam w najbardziej zadziwiających życiowych okolicznościach, ale widać tak jest:)