wtorek, 4 grudnia 2007

Era przedinternetowa i tranzytowość świata


Borko, a pamiętasz jak poszłyśmy do kina na film Pawlikowskiego "Lato miłości"? I stwierdziłaś później, że był to moment, który zasadniczo potem wpłynął na kolejny rok jaki przeżyłaś? :)
Tia, ja pamiętam bardzo dobrze to lato i jak nam potem się życie w różnych zadziwiających kierunkach rozjechało :) Tak czy siak - chyba do końca nie ma co narzekać. Wszak mamy ciekawiej od wielu, wielu innych ludzi i trzeba widzieć te bardziej pół pełne szklanki niż te bardziej puste. Ile wyjazdów, zdarzeń, ludzi, kłótni, chwil bezgranicznego szczęścia, zadowolenia i rozpaczy...sporo ha ha ha.
Może to dziwne, ale w sumie są tacy co przecież nie pamiętają ery przedkomórkowej ani ery przedinternetowej ani innych takich atrybutów cywilizacji konsumpcji globalnej.
Wszak nie ma dziś problemu z tym, że robię projekt we Wro, wykonawstwo graficzne odbywa się obecnie w LA, tłumaczenia tekstów w London, a druk na powrót znów we Wro... Jak sobie tak właśnie maszerowałam w erze przedinternetowej (u nas znaczy się w Polszy przedinternetowej) po szkole i marzyłam pod wpływem lektury pisma BruLion o możliwościach sieci i wynikających z niej atrakcji, to w głowie mi się nie mieściło, że komputer kiedyś będzie dla mnie naprawdę osobisty :)
Oczywiście "nasze nowe wspaniałe czasy" mają też wady (nie ma na świecie struktury idealnej, nawet DNA w jakiś sposób jest trefne skoro nowotwory dopuszcza). Wadą dla mnie "nowego świtu" jest tranzytowość świata - szybkość błysku z jakim niektóre sytuacje, ludzie, emocje przelatują przez nasze życie. Jedno cięcie i już nie ma. Ale coś za coś - nie ma nic za darmo - jak kiedyś usłyszałam w najbardziej zadziwiających życiowych okolicznościach, ale widać tak jest:)

Brak komentarzy: