środa, 30 stycznia 2008

Sylwia


Borko, to jest 50. wpis na tego bloga - tego czyli tej wersji na bloggerze. Nie wiedziałam, że 50. kawałek jaki Wam tu zapodam będzie akurat miał takie dziwne konotacje. Wczoraj zmarła Sylwia Sworowska, moja koleżansia z tego miasta dzieciństwa co to jak mara senna z książek Poego ciągle się za mną ciągnie. Sylwia ruda, dziwna, palaczka namiętna, malarka uparta, wielbicielka ekspresjonistów, Tamary Łempickiej, zespołu The Doors i przede wszystkim piwka na Grzybku. Co tu więcej pisać. Miała 33 lata. A raczej miałaby. Bo urodzona tego samego dnia, miesiąca o rok później niż ja. Taka Sylwia, po prostu Sylwia:(

poniedziałek, 28 stycznia 2008

Cigarette burns...


Borko, rozstanie z namiętnością mojego życia to naprawdę rzecz, którą trudno porównać do czegokolwiek innego co przytrafiło mi się przez te wszystkie lata. Oto właśnie rozstałam się z najbardziej adorowanym przeze mnie towarzyszem, wobec którego i ja byłam najwierniejszą ... Co tu dużo mówić - jestem tym przypadkiem, który rodzi się aby żyć dla używek:) I teraz z wielkim bólem muszę porzucić coś co było mi kumplem, wzmacniaczem, inspiracją, gadżetem firmowym, świadkiem najfajniejszych i najtrudniejszych chwil w moim życiu - papieroskiem ;((((((((((((((((((((((((((((

No cóż, wiele lat za nami kolego. A ile wspomnień! ;)
Tia, o paleniu, piciu i hm innych używkach to ja już myślałam gdzieś tak mniej więcej od poziomu II klasy szkoły podstawowej. W zasadzie - żeby była jasność - nie miałam jakiś negatywnych wzorców. Wręcz przeciwnie. Wczesne lata 80. w małej podwrocławskiej mieścinie to był taki pieprzony "wiek niewinności". Pieprzony dla mnie, bo innym chyba całkiem te dulskie i takie porządnickie czasy podobały się. Mi nie. Właściwie to nie wiem dlaczego. Wszak nikt nigdy mi nie zrobił nic złego. Ale może to już tak jest, że rodząc się leworęczną poszłam ścieżką "lewej ręki" ha ha ha.
Tak czy siak, kiedy inne dziewczynki marzyły o kwiatkach, rabatkach i ładnych porządnych rzeczach mi dla odmiany marzyły się papieroski palone w długich lufkach, picie alkoholu do białego rana na przykład w nadmorskich kasynach, kiecki skrojone z materiałów jakich dzień oglądać nie powinien oraz jeszcze parę innych rzeczy, o których lepiej tu nie pisać ;)
Jednym słowem - śniło mi się rozwalanie zastałego mieszczańskiego systemu w sposób dekadencki i komiksowy. Bo jako że wychowałam się na komiksie, to i świat był dla mnie poukładany w obrazki i longi obrysowane kreską ulubionych rysowników.
Ale wróćmy do pecika.
Cygaretki to pojawiły się u mnie gdzieś tak w okolicach wakacji pomiędzy VII, a VIII klasą. Chyba na rok przed pierwszym świadomym zakosztowaniem w destylacie z linii miód pitny. I w zasadzie od razu było dobrze nam razem. Bo jak fajnie było przez lata być zaprzeczeniem tego, że od pecików cera się psuje, włosy wypadają, nie rośnie się, zęby ciemnieją. Nic podobnego. Nawet głos się nie obniżył ha ha.
I tak z różnym natężeniem byliśmy ze sobą przez te wszystkie lata. Zmieniała się muzyka, przyjaciele, poziom wiedzy w mózgu, marki pecików, ale sam tytoń nie zmieniał się. Oczywiście różnie bywało. Najfajniejszym pecikiem były paczki brązowych EVE przywożonych z Berlina. Jeszcze Marlboro z NYC - też całkiem cool, a ostatnio z Egiptu - też zauważalna różnica w jakości tytoniu. Z czasów holenderskich zachowam luzackie kręcenie tytoniu i efekt żółtych palców, a dziwnych wypraw to na pewno pozostanie mi w pamięci wypalenie "karauska" z Monique podczas eventu w Górach Sowich ;). Albo jeszcze papierosy w Rumunii - jakie fajne Monte Carlo się nazywały:) A taniocha w Bułgarii i eksperymenty bałkańskie. Normalnie kawał doświadczenia! Gro przygody;)
A teraz koniec. Koniec historii.
Do 30. człowiek nie martwi się za bardzo. Czas ulega karnawałowemu zawieszeniu jak u Bachtina. Później nagle zaczyna się wszystko zmieniać. I to wbrew nam samym. Tyle, że przywiązywanie się do przeszłości, paniczne nie pozwalanie na "przemijanie" nic nie daje, nie wzbogaca. Jak to pisał C. Noica, aby otrzymać nową perspektywę, trzeba czasem wejść w coś i zamknąć się, aby jednocześnie zyskać możliwość otwarcia się.
Mam przynajmniej taką nadzieję :)

czwartek, 24 stycznia 2008

Powrót osła


Borko dawno już chyba osła na moim blogu nie było. Więc trzeba nadrobić zaległości:) Tym razem osioł w ujęciu rzeźbiarskim - motyw z Sagrada Familia czyli Święta Rodzina w komplecie. Warto zauważyć przy tej okazji jak wielką rolę (nie-docenianą dodajmy) odegrały osły w "historii mitów światowych":)
Nie wiadomo z jakiej (podłej) przyczyny osioł stał się synonimem głupoty, tępego uporu i nieporadności. Wszak to przecież bardzo urocze, mądre i cierpliwe zwierze, a do tego obdarzone niezłym wigorem:). Na Cyprze - gdzie osłów mnogość jest - istnieją nawet specjalne ośle stadniny i szkółki, gdzie można zobaczyć ośle życie oraz wybrać się na wyprawę z osłami. W Polsce osły nie są popularne. Zresztą tutaj jest dla nich nieco za zimno, a i kojarzą się przeważnie z branżą spożywczą, czyli z salami (choć te ostatnie to raczej wyrabia się już z wieprzowiny).
Anyway. Doceńmy osły - czasem osiołek wart więcej od rwącego rumaka:)

wtorek, 22 stycznia 2008

Mysterion


Borko nutko cheri moja. Nic co bym dzisiaj osobistego napisała nie byłoby prawdziwe.







Co wyróżnia
Bogów nad ludzi?
Że fala za falą
Przed nimi płynie,
Prąd wieczysty:
Nas wznosi fala,
Pochłania fala
W fali toniemy


Egalitaryzm człowieka dotyczy tylko tego, że każdy ulega czasowi i każdy kiedyś umiera. Pewnie to mało trendy słowa, ale ja cała jestem de mode :) Co do reszty ludzkich losów - to no rules jak to się po "anarchowemu" mawia.

poniedziałek, 21 stycznia 2008

Najgorszy dzień w roku?


Borko dear jak słyszałam dzisiaj rano w radiu - podobno to jest najgorszy dzień w roku. Gorzej nie będzie: szaro, deszczowo, nisko-ciśnieniowo, depresyjnie, ani zimno ani ciepło, a mnie do tego wykręca w każdą stronę.
Czasem dla żartu mawia się, że Polacy to naród Południowców, którzy przez przypadek zostali osadzeni na Północy - stąd nasza nerwowość i ciągłe złe samopoczucie. I coś jest na rzeczy:) - bo jak tu cholera żyć skoro przez 10 miesięcy w roku marznę, a te dwa co niby mają mnie podgrzać nieco i tak bywają deszczowe oraz wcale nie-ciepłe.
Pisać też mi się nie chce. Bo o czym? O powalonych przygodach w jednostkach służby zdrowia, pomylonych fakturach, zaginionych płatnościach....? ...szkoda gadać.
W zamian: fota z widokiem na Barcę, słoneczną, fajną, pomidorowo apetyczną, soczystą winem, eh. Dla osłody.

czwartek, 17 stycznia 2008

Poe spotyka Lovecrafta albo na odwrót...


Borko nie wytrzymam z czekaniem:) Grafika jest tak zabawna i fajna, że warto ją zobaczyć. Oto komiksowa wersja spotkania dwóch światów: Edgara A. Poe i Howarda P. Lovecrafta. A więc...zmory, upiory, delirium, płazie monstra i widma z przestworzy w jednym!

ps. dzisiaj krótko bo "kręciłyśmy" drugi odcinek produkcji sygnowanej jako Kwaśna Jabłonka (co możecie zobaczyć na YouTube). Już jutro w sieci.

środa, 16 stycznia 2008

Tam, gdzie eter w roztańczeniu*


Borko, Edgar Allan Poe 19 stycznia 2008 roku skończy 200 lat. Piszę to w czasie teraźniejszym bo zdaje mi się czasem nocą długą, że są Rzeczy i są Byty które umierają nigdy... że tak pojadę frazą wiadomą:)

Przez cały mroczny, głuchy i smętny dzień jesienny, pod ciężką posową obłoków, co wlokły się nisko po niebie, nie opuszczałem siodła przebiegając samotnie na koniu dziwnie zamarłą połać kraju i dopiero z nastaniem wieczornych zmierzchów ujrzałem przed sobą posępny Dom Usherów. Gdy po raz pierwszy zamajaczył mi przed oczyma, targnęła mą duszą - sam nie wiem dlaczego - nieuskromiona żałość.


Za każdym razem, gdy czytam początek Zagłady Domu Usherów przypomina mi się ze swoistym sentymentem chwila kiedy zdarzy się mi odwiedzić miejsce, w którym spędziłam dzieciństwo :) Ha,wbrew pozorom to właśnie ta gotycka melancholia czyni mi je atrakcyjnym i godnym zapamiętania. Choć żeby to zrozumieć i zaakceptować potrzebowałam nieco czasu. Jak chyba każdy z nas w momencie kiedy czuje, że czas rozliczeń i dewaluacji mitu dzieciństwa nieuchronnie nadchodzi. Bo dzieciństwo zakłamujemy przez pół swojego dorosłego życia, a przez kolejne dekady próbujemy odsłonić warstwy tego kłamliwego tiulu, choć nigdy nie zdążamy dojść do tej poszukiwanej przez nas "prawdy".
Anyway
...wróćmy do Poego.
Jakiś czas temu cytowałam Kruka, więc nie będę wracać do tego chyba dość znanego kawałka. Mam nadzieję, że znanego. Bo jeśli Poego czy też Kruka w szczególności nie znacie, to na melancholii ani na grozie się nie znacie ;))))
Pamiętam na przykład bardzo dobrze pierwszy tomik opowiadań Poego jaki przeczytałam. Było to Zdradzieckie Serce, pamiętam serial cudnie popkulturowy Rogera Cormana interpretującego na swój sposób Poe'go. I za każdym razem pamiętam przeczucie, że Poe pisze dokładnie o tym co w środku mnie siedzi. W zasadzie to zanim sięgnęłam do Edgara A.P. to byłam już młodym acz dobrze zaprawionym czytelnikiem horrorów. Ba, byłam już po lekturze Świątyni Howarda P. Lovecrofta (o nim za chwilę) i wiedziałam jakie mroczne tajemnice snują się po świecie Chtulu i innych płaziookich stworów oddychających skrzelami i wychodzących nocą czarniejszą od zapuszczonej i wyschniętej studni po duszę zabłąkanego człowieka.
W rzeczy samej, świat po lekturze Poego i Lovecrafta nie był już nigdy taki sam, a niebo w majowe noce, choć pełne gwiazd wcale nie kojarzyło mi się z romantycznym nastrojem, a z tym wszystkim czego ludzki język nazwać nie potrafi, a co czyha gdzieś tam daleko w przestworzach.
:)
Mogę spokojnie powiedzieć, że niespokojność książek amerykańskich klasyków (bo Poe i Lovecraft to nie tylko kunszt literatury grozy. To kunszt pisarstwa, narracji i oryginalności, a także cholernie zajebisty fenomen popkultury) wpływała często na moje myśli ;)
Co do rocznic - to 15 marca upłynie 61 lat od śmierci Lovecrafta. Tak więc i urodziny i śmierci załatwiam tu jednocześnie i z wyprzedzeniem jak zawsze jako oddana i gorliwa wyznawczyni wymienionych autorów ;)

ps. a właściwie ten wpis to dedykuję 2 osobom: panu Darcy'emu czyli mojemu bratu, z którym ostatnio ucieliśmy sobie niesamowitą pogawędkę na temat prawdziwego horroru i oczywista black metalu ha ha oraz Redaktorowi Piniowi, z którym horrory oglądami i dla odmiany rozmawiam o punk rocku. Enjoy!

... i jeszcze kiedyś wrzucę Wam niezłą komiksową wizję połączenia świata Poego i Lovecrafta, ale to przy innej okazji bo wszak o tych panach to ja lubię sobie pogadać ;)

* Do jednej w Raju Edgar A. Poe

niedziela, 13 stycznia 2008

Co w sieci piszczy, co w sieci płonie...


Borko, lepsza z najlepszych, ostatnio muszę przyznać jakoś zbyt długie przerwy czynię w pisaniu do Ciebie bloga. Ale musisz mi wybaczyć. Wszak inne sfery działalności też wymagają aktywności - że "se" tak pojadę rymem.
Skoro jednak zalogowałam się na panelu to posłuchaj...

1. Czasem w zbiorowej świadomości krążą fale odosobnione, które nagle spotykają się w jednym punkcie i "eksplodują". Tak było ostatnio z tematem show-girls i Dity von Teese oraz innej (nieco starszej showmanki) Bettie Page.
Z zakamarków popkulturowych mroków, sekretów i plotek wyciągnęły na "światło dzienne" temat "Wysokie Obcasy". Oczywiście jak to bywa tradycyjna gazeta skraca i wycina jeden konkretny fragment, ale wszak od czego mamy sieć?
Dlaczego akuratnie takie panie? Kiczowato rozedrgane mieszanką seksu, kiczu, perwersji i żartu. Beceause I like It :) I tak myślę sobie, że jeśli ktoś uznaje ten image za wulgarny, to powinien zastanowić się jak wulgarnym gustom pochlebia nasza oficjalna pop-kultura i jakie "lasie" w stylu "yha yha" bywają zapraszane do programów TV aspirujących do bycia "rozrywką na wysokim poziomie". Jeśli w Polsze doczekam się choć jednej tak fajnie kiczowatej acz stylowej i oryginalnej show-gwiazdki to umrę spokojniejsza;) Bo jak a razie jesteśmy na etapie podróbek (kiepskich) Pam Anderson, co dowodzi, że nawet w popie mamy opóźnienie przynajmniej 15-letnie ha ha.
A więc enjoy - Ditą i Bettie, a jeśli chcecie bardziej "podziemnych" przeżyć artystycznych to odwiedźcie Eve :)

2. Słucham ja ci zawsze rano poranków w swojej dość lubianej stacji radiowej (reklamy robić nie będę;) i jak w innych mediach słyszę o serwisie społecznościowym "Nasza klasa". Oczywiście jak to z modnymi boom bywa, oprócz pochlebnych zachwytów zawsze mamy do czynienia z falą ironicznych kontekstów, żarcików i sub-śmiechawek. W sumie sama jestem nie bez winy, bo wszak konta na NK nie posiadam i też zdarza mi się lekko ironizować na tema "wrzucaj fotę!", "ale Photoshop był w robocie" itp itd.
Dlaczego nie założyłam konta? A co ja bym miała tam pokazywać? Jeśli zaś chodzi o poszukiwani znajomych to chyba wole "przyszłość" niż "przeszłość" w realu. Oczywiście nie ma nic fajniejszego niż wspomnienia - i tej zdolności do wspominania ludzie czasem chyba nie doceniają. Czy NK padnie? Czy okaże się za czas jakiś bańką internetową, która pęknie tak nagle jak nagle się objawiła?
Nie sądzę. Myślę, że idea i liczba uczestników pozostanie na bardzo wysokim poziomie udziału. Jedno co może się zmienić to emocjonalny wydźwięk uczestnictwa. Zacznie powszednieć. Zapewne czeka nas fala ostentacyjnej likwidacji profili. Spotkania po latach znudzą się. Ekscytacja liczbą zebranych przyjaciół minie. Bo tak naprawdę...czy przeciętny wolny wieczór użytkownika NK posiadającego 200 przyjaciół różni się od tego, który ma ich choćby 15? Nie sądzę :). Jednak mimo wszystko NK spełnia kawał dobrej terapeutycznej roboty - i dobrze, że powstała dla tych co mają potrzebę :)

3. Sylvunia.
W zasadzie to ja najmniej piszę o mojej drogiej Redaktor Sylv.
Podświadomym powodem jest najprościej ujmując ukłon w stronę intymności. Bo Sylv nigdy nie była i nie jest osobą, która lubi jak jej grzebie się w "trzewiach osobistego życia".
A jaka jest Sylv?
Sylv to wszystko to co możecie wysnuć sobie z "Dzienników" Sylvii Plath jeśli poetka by ich nie napisała :) Sylv bywa czasem jak "Hydra" Cortazara, albo niefrasobliwa jak bohaterka "Śniadania u Tiffany'ego" Capote.
Z Sylv to znamy się jeszcze od ubiegłego wieku :) Nie mogę powiedzieć, że nasza przyjaźń zawsze utkana była z harmonijnej nici wysnutej z płatków róż ha ha ha. Łoj, ile my razy obrażały się na siebie, kłóciły, nie-odzywały, nie-widziały i niewątpliwie miewały żal wzajemny w tej chwili kiedy układamy się do snu i w trzymanej na poduszce głowie krążą nam myśli najdziwniejsze:)
No, ale koniec końców - przyjaźnimy się z Sylv już dość długo. Ostatnio chadzając głównie na filmy o doświadczonych życiowo babkach w stylu "Karmel", albo "Klub miłośników Jane Austen", choć nie odbierajcie tego jako zalążek klubu złośliwych plotkar :)
Tia, ale jakiż świat byłby bez nas nudny i ile fajnych info byście byli pozbawieni moi drodzy :)

poniedziałek, 7 stycznia 2008

O chorobach śnią demony


Borko droga o sercu lepszym od niejednej potrawy włoskiej, dziś dzień taki, że mój wzrok nieporuszony snem lśni, jaki śnią demony.*
To takie motto w ramach surrealistycznej mikstury mojego (chyba nie tylko mojego zresztą) nastroju.
2008 jakoś tak się smętnie neurotycznie dla wszystkich rozwija. Niby okej, a jednak czegoś tam brak, albo innego jeszcze w nadmiarze jest. Jednak zgodnie z zasadami: nie narzekamy.
Dzisiaj rano między szarpnięciem się z łóżka, a dotarciem do ekspresu z kawą zastanawiałam się kto ma rację w kwestii miłości i czy ona istnieje oraz w jaki sposób. Bo wszak kiedyś cytowałam mojego ulubionego dekadenckiego filozofa, że to miłość to taka wariacka choroba wyssana z powietrza (tak teraz mniej więcej parafrazuję sobie te poglądy). To pewnie nie zgadza się z tymi wszystkimi tezami o czystości miłości, jej wyjątkowości, oddaniu i innych takich serpentynach ludzkiego super ego. A ja tam chyba jednak bardziej bliska Id jestem w tym wypadku ;)
Dlaczego? Bo prawda jest taka, że kochamy zarówno za głupotę jak i za mądrość. Bo kiedyśmy zakochani to wybaczamy wszystko i nic nie widzimy, nic nie słyszymy. Ba, jak wiele też jesteśmy w stanie puścić płazem tej ukochanej przez nas osobie. Sami zresztą wymagamy dla siebie tego samego - a jak;)
A więc zakochanie mija dokładnie w dzień, w którym przestajemy tolerować, akceptować, przymykać oczko - czyli generalnie dochodzimy do punktu, w którym drugi człowiek "jest", ale mogłoby go z nami nie być. Po prostu mija choroba, zdrowiejemy.
Nie ma w tym nic strasznego - wszak już pisałam, że z głupoty, narwaństwa oraz innych takich przyczyn, zdarza nam się przeżyć chwile i rzeczy tak fajne, że ho ho i jeszcze trochę. Gdyby kierować się racjonalizmem, dyplomacją i dobrym rachunkiem przez czas cały, to może i zaszlibyśmy daleko, ale w jak smętnym stylu i z nudnym przeświadczeniem o swej płaskości przyswajania życia.
Ot, tak właśnie mi to się widzi - w dniu dzisiejszym 7 stycznia roku 2008.
W zasadzie nie bardzo lubię o czymś takim jak miłość pisać, bo wszak to temat tak ograny jak piwo w pubie, a jednocześnie temat niezbędny jak wspomniany trunek dla bywalców knajp.
W zasadzie piszę też o tym ze względu na Borko, co ma ochotę ciągle na tę chorobę zachorować i trochę dla tych co czasem opacznie rozumieją wspomnianą przypadłość, albo się tak skutecznie przed nią szczepią, że aż uszkadzają inne organy. I dla siebie, żeby nie zapomnieć w tak nie-przysiadalny dzień, że w tym roku byłoby w końcu fajnie trochę się rozchorować tak zupełnie przypadkiem.



* And his eyes have all the seeming of a demon's that is dreaming - E.A Poe "Raven"
Na zdjęciu powinien być kruk, a nie kot - ale ja wolę jednak koty - to raz, dwa - zdjęcie zrobiła Hanah w Bułgarii, a ja na Balkan teraz bym chętnie uciekła, trzy - demon zmienia swą postać - więc z kruka w kota tym razem wskoczył. Surreal? Jasne, ale w taki dzień - wybaczcie wszystko może się zdarzyć.

środa, 2 stycznia 2008

Now, Diabolical:)


Borko to zaczynajmy tym pierwszym wpisem w roku 2008.
Niech się zacznie.
Postanowień noworocznych nie robię, więc pisać podobnych bzdur nie będę. Może poza tą jedną: ha ha zapuszczam włosy;) Byłby to cud niebywały dla wszystkich, którzy mnie znają, ale, ale, ale... to jedyne postanowienie noworoczne, które jestem w stanie poważnie traktować.
Zamiast o postanowieniach lepiej napisać o tym "z czym się ten nowy rok zaczyna". Z całą pewnością nie z takim beztroskim optymizmem jak ubiegły.
Myślę sobie, że czas i doświadczenia skrajne uczą nas dystansu lekkim pejczem wymierzając razy;) Ale w sumie wszak już od starożytności wiadomo, że umrzeć mądrze, to umrzeć staro;) Nie ma bata na to, żeby czuć, znać, rozumieć w wieku lat 20 tak jak to przychodzi w wieku 30.
Nie wiem na czym to polega - oczywiście butnie mogę stwierdzić, że mając lat 20. i tak miałam już za sobą więcej książek i doświadczeń niż nie jeden trzydziestoparolatek w tej przestrzeni geograficznej, ale moim zdaniem jeśli chodzi o tzw. doświadczenie życia i czasu byłam bezgranicznym głupkiem. I dobrze. Gdyby nie to, ileż pięknych, wzruszających i naiwnych chwil bym nie przeżyła.
Bo czasem tak się składa właśnie, że to dzięki nierozwadze i głupocie przeżywamy coś naprawdę cudownego, co wspominamy potem całymi latami :)
Mniejsza z tym.
Wróćmy do walizki, z którą zaczyna się nowy rok.
Na razie oczywiście jest dość pustawa. Potem narośnie w niej tyle, że znów na koniec roku trzeba będzie szybko biec na śmietnik, żeby pozbyć się tych złych odpadków, których nie chcemy zabierać w "nową przyszłość".
Ja też tak ostatniego dnia 2007 roku zresztą uczyniłam. Po prostu wyrzuciłam trochę rzeczy i trochę spraw.
I to jest taki dobry, fajny zabieg terapeutyczny - który Wam wszystkim polecam.
A teraz, a teraz to zaczynam rok z płytami norweskiego Satyricon, a szczególnie z "Now, Diabolical" (płyta z 2006, ale w moich zasobach prywatnych w końcu teraz;) i tak po cichu marzę sobie, żeby może przyjechali do Polszy w tym roku na koncert. "Now, Diabolical" - to jedna z lepszych płyt jakie słyszałam.
Raz, że to kawał dobrego black metalowego rock and rolla ;), dobre kompozycje i to "coś" co decyduje o tym, że wiemy iż mamy do czynienia ze sztuką, a nie ze szmirą, powielaniem czy też wyścigowym napierdalaniem albo po prostu doskonałą kopią 'tego wszystkiego co gdzieś już kiedyś słyszeliśmy'. I dlatego warto po Satyricon sięgnąć - bo kawał przyzwoitej muzy.
Inna sprawa, z Satyriconem to mi się teraz będzie kojarzyło przyznanie się kolegi Dantego to tego, że nie rozróżnia black od death metalu.
Ha ha ha, ja wiem, że to raczej normalna postawa u niezainteresowanych (czyli większości pewnie), ale mnie to bardzo rozbawiło i to w taki fajny sposób. Bo to tak jakby nie rozróżnić lasagne od spaghetti :))))))). Że tak sobie na kulinarny żart pozwolę;).
A oprócz "Now, Diabolical" to wniosłam sobie jeszcze w nowy rok wizytę na "Obcy vs. Predator", którą zaliczyliśmy z Redaktorem. I co tu dużo mówić - było EXTRA. W tej części nie oszczędzono nawet dzieci ani kobiet w ciąży i innych pozytywnych męskich bohaterów. Zresztą na recenzję zapraszam na blog Redaktora "Horrorowisko".
No dobrze. To poza pracą na razie tyle w mojej walizce. Nie wiem jak w waszych walizkach sprawy się układają.
I jeszcze mam przesłanie od siebie na ten rok (na razie wirtualne) - jeśli mnie kochasz, to nie okłamuj mnie.
;)

ps. Monique namawiała mnie, żebym wrzuciła zdjęcie pt. "oto jak spędzałam Sylwestra", ale chrzanić to - lepiej nie pokazywać ludziom tak brutalnie straszliwych obrazów ;). Dlatego w załączniku fota z Monique - z napojem, który mamy zamiar w tym roku spożywać w ilościach proporcjonalnie większych niż czerwone wino - ściemniam trochę jak zwykle;)