poniedziałek, 7 stycznia 2008

O chorobach śnią demony


Borko droga o sercu lepszym od niejednej potrawy włoskiej, dziś dzień taki, że mój wzrok nieporuszony snem lśni, jaki śnią demony.*
To takie motto w ramach surrealistycznej mikstury mojego (chyba nie tylko mojego zresztą) nastroju.
2008 jakoś tak się smętnie neurotycznie dla wszystkich rozwija. Niby okej, a jednak czegoś tam brak, albo innego jeszcze w nadmiarze jest. Jednak zgodnie z zasadami: nie narzekamy.
Dzisiaj rano między szarpnięciem się z łóżka, a dotarciem do ekspresu z kawą zastanawiałam się kto ma rację w kwestii miłości i czy ona istnieje oraz w jaki sposób. Bo wszak kiedyś cytowałam mojego ulubionego dekadenckiego filozofa, że to miłość to taka wariacka choroba wyssana z powietrza (tak teraz mniej więcej parafrazuję sobie te poglądy). To pewnie nie zgadza się z tymi wszystkimi tezami o czystości miłości, jej wyjątkowości, oddaniu i innych takich serpentynach ludzkiego super ego. A ja tam chyba jednak bardziej bliska Id jestem w tym wypadku ;)
Dlaczego? Bo prawda jest taka, że kochamy zarówno za głupotę jak i za mądrość. Bo kiedyśmy zakochani to wybaczamy wszystko i nic nie widzimy, nic nie słyszymy. Ba, jak wiele też jesteśmy w stanie puścić płazem tej ukochanej przez nas osobie. Sami zresztą wymagamy dla siebie tego samego - a jak;)
A więc zakochanie mija dokładnie w dzień, w którym przestajemy tolerować, akceptować, przymykać oczko - czyli generalnie dochodzimy do punktu, w którym drugi człowiek "jest", ale mogłoby go z nami nie być. Po prostu mija choroba, zdrowiejemy.
Nie ma w tym nic strasznego - wszak już pisałam, że z głupoty, narwaństwa oraz innych takich przyczyn, zdarza nam się przeżyć chwile i rzeczy tak fajne, że ho ho i jeszcze trochę. Gdyby kierować się racjonalizmem, dyplomacją i dobrym rachunkiem przez czas cały, to może i zaszlibyśmy daleko, ale w jak smętnym stylu i z nudnym przeświadczeniem o swej płaskości przyswajania życia.
Ot, tak właśnie mi to się widzi - w dniu dzisiejszym 7 stycznia roku 2008.
W zasadzie nie bardzo lubię o czymś takim jak miłość pisać, bo wszak to temat tak ograny jak piwo w pubie, a jednocześnie temat niezbędny jak wspomniany trunek dla bywalców knajp.
W zasadzie piszę też o tym ze względu na Borko, co ma ochotę ciągle na tę chorobę zachorować i trochę dla tych co czasem opacznie rozumieją wspomnianą przypadłość, albo się tak skutecznie przed nią szczepią, że aż uszkadzają inne organy. I dla siebie, żeby nie zapomnieć w tak nie-przysiadalny dzień, że w tym roku byłoby w końcu fajnie trochę się rozchorować tak zupełnie przypadkiem.



* And his eyes have all the seeming of a demon's that is dreaming - E.A Poe "Raven"
Na zdjęciu powinien być kruk, a nie kot - ale ja wolę jednak koty - to raz, dwa - zdjęcie zrobiła Hanah w Bułgarii, a ja na Balkan teraz bym chętnie uciekła, trzy - demon zmienia swą postać - więc z kruka w kota tym razem wskoczył. Surreal? Jasne, ale w taki dzień - wybaczcie wszystko może się zdarzyć.

Brak komentarzy: