czwartek, 25 lutego 2010

Heaven can wait


Nie powinnam narzekać. To był dobry miesiąc. Zima sobie poszła. Pokończyłam sporo tekstów pod poduszkę. Wyspałam się na najwygodniejszym łóżku świata. Na chwilę "włożyłam cudze życie na siebie" (całkiem miłe jak się okazało), a na koniec wystawiło się parę faktur. Zawsze coś. Marzec pewnie tak genialny nie będzie, choć przecie wiosna idzie, więc może, może... Na razie trzeba się obronić przed doroczną inwazją przeziębienia, które do znudzenia atakuje mnie zawsze w tych samych miesiącach co do sekundy.
Najgorsze jest to, że niebezpiecznie dochodzę do wniosku, że coś takiego jak życie zawodowe nie ma nic wspólnego z tym co chcemy w sobie pielęgnować wartościowego - o łoł, jak mnie to ładnie wyszło;-). Rzecz w tym, że w sumie mogłabym zarabiać laniem kawy, prasowaniem, albo mieszaniem w garze, bo to co robię wcale mnie jakoś nie wzbogaca i tak "właściwe pole gry" leży zupełnie gdzie indziej. Chociaż nie, "dzieci" lubię uczyć, ale to w sumie można podciągnąć częściowo pod działalność charytatywną :-).
Jak poszłam dziś wieczorem do apteki to przede mną w kolejce stała taka śliczna ciemnowłosa dziewczyna. Taka ładniutka w nieczęsty sposób. Niska, z wielkimi oczami, gładkimi ciemnymi włosami, ostro przyciętymi nad karkiem. W cudownym czarnym płaszczyku, lakierowanych botkach i przepasana paseczkiem od CK. Cudeńko - pomyślałam i zaciągnęłam na oczy czapkę, bo dzisiaj czuję się jak androgyn, zresztą przeważnie tak się czuję, więc nie ma czym gadać, wróćmy do ślicznej brunetki. Ja więc - po środki na przeziębienie - a to cudo? Myślę sobie. Kiedy nadeszła jej kolej, pięknota poprosiła o trzy listki nicorette (czy jak to się nazywa), aspirynę w tabletkach i dwa opakowania deprimu. Well, nawet istoty doskonałe miewają słabości i gorsze dni. Zatem wybaczcie, dzisiaj mam ten smutny dzień.

piątek, 19 lutego 2010

Zupełnie właśnie taki wieczór


Prozaiczne uzasadnienie życia w jednym głupim zdaniu: że jakoby warto, jest największym triumfem postępującej na równi z ekspansją technologiczną, ludzkiej głupoty. Nie mniej, skoro już się jest żywym, należy zrobić coś pożytecznego. jeden zabawny poeta radził, żeby umyć słonia, kiedy tak ciśnie na to "coś". Miałam chyba ze 120 marzeń o tym wierszowym słoniu. Z wiekiem jakoś przechodzi. I wtedy, naprawdę COŚ się robi. Dziwne to życie. Pełne zakrętów i nieprawdziwe. A to, że nie prawdziwe to nie oznacza, że nie-realne. Skomplikowane? Bynajmniej. Porządek mózgu, czynu, uczucia, logiki, wiary (sic!) - jest równorzędny wobec siebie, we wszystkich tych aspektach. Kwestia wyboru poziomu, kanału - gry. To tyle, odnośnie refleksji: życie i kwestii nie da się żyć więcej. Tyle odnośnie Pani Kotów - lepiej Ci sama tego nie powiem osobiście.

Był u mnie Najlepszy z Braci na przerwie kawowej (czyli na sępa), sprawił mi doła, bo oświadczył, że Luzerz (w sensie życiowa towarzyszka) zainkasowała od swego taty 35 kawałków na wiosnę pod kątem jesieni życia. Zapytałam się: co z tym zrobi. Najlepszy odrzekł: jak to co? Wpłaci na konto. A ty co byś zrobiła? Oj, rozmarzyłam się na chwilę. Pewnie najpierw poszłabym powiedzieć wszystkim koleżansiom, potem nie pracowałabym z tydzień, kupiłabym w "pasji win" karton wymarzonego namierzonego za drogiego, oraz bilet (a nawet bilety) do Mediolanu i puściłabym trochę kasy na ciuchy, kosmetyki i książki... mniej więcej po tej wyliczance Najlepszy zaczął mieć kwaśną minę, więc - wtrąciłam szybko - naturalnie wcześniej podzieliłabym się z tobą. Żegnał mnie z uśmiechem. Cóż, ludziom można sprawić przyjemność, nawet nierealną obietnicą. Od wieków nic się nie zmienia. O, właśnie - podobno stara miłość też nie rdzewieje - być może, ale z całą pewnością rdzewieją obiekty miłości:-)
Czas na przedwiośnie.

środa, 17 lutego 2010

wtorek, 16 lutego 2010

Smaczne abecadło (3)


Kończmy więc Waść, wstydu oszczędźmy;-) Ale tak to bywa, jak chciałoby się pisać o fajnych rzeczach, a praca i świat zawracają głowę nieistotnymi sprawami;-)

S - jak sushi. Owszem, lubię bardzo jadać, ale jak nie płacę za to. Tak się składa, że sushi to moja ulubiona potrawa darmowa:-) Zawsze na uczty sushi trafiałam na "krzywego" albo "zapraszanego" - i dobrze, pokarm ma być darem serca, zwłaszcza taki, który jest niebotycznie drogi. Najlepsze w historii uczty sushi to:
1. impreza u pięknej Kate - gdzie zapoznałam się w wersją wege sushi, zapijaną hektolitrami ginu i podprawioną analogową muzyką w niesamowitej kolekcji jej "ex". Tego ostatniego to nie szkoda, płyt natomiast tak.
2. przepijanie końcówek reprezentacyjnych pewnego dyrektora banku. Po tonach sushi, wasabi i mrożonej wódki, nie tylko mój żołądek odmówił posłuszeństwa, ale i cera zbuntowała się od nadmiaru "ostrości". Ale było warto. Dyrektora potem wyrzucili, ale zdążyliśmy jeszcze na konto karty reprezentacyjnej... nie jedno kulinarne szaleństwo uczynić. Cóż, nic nie trwa wiecznie. Zwłaszcza w korpo:-)
3. Sushi w Barcy. Tak się złożyło, że trafiłyśmy do knajpki prowadzonej przez przybyszów z Dalekiej Azji, gdzie za jedyne 6 euro można było zjeść i wypić szystko. Kontrolnie - po zakupieniu biletu - obrzuciłyśmy okiem bufety. Było tego sporo i z każdej części świata. Sushi mieli oszałamiające. Ekspresowo oszacowałyśmy swoje możliwości i wymieniając znaczące spojrzenia umówiłyśmy się co do jednego: jakby nas pytali to jeseśmy "from raszja" - nikt by nie uwierzył, że kobiety z Polski tyle potrafią zjeść. Prawie trzy godziny gastro-eventu. Potem skok w Morze Śródziemne do solanki, aby spalić co się da. Są to te chwile, kiedy patrzysz się w niebo i myślisz: życie jest piękne. Zazwyczaj trwa to krótko. Zwłaszcza do pierwszego ważenia:-)
Wniosek z tego taki: dobre sushi to takie za które nie płacisz. I trzymajmy się tego:-)

T - jak tapas. Długo nie mogłam pojąć hiszpańskiej manii tapasowej czyli przystawkowej. Ale wchodząc i smakując kraj, otwierają nam się coraz bardziej najróżniejsze drzwi percepcji oraz kubki smakowe:-). W gronie tapas uwielbiam szynkę hiszpańską, również na grillu, niesamowitą rosyjską sałatkę, słodkie pomidory okraszone serem oraz...chorizo inferno - ostre kiełbaski polane alkoholem i podpalone!!! Niesamowita sprawa. W Walencji poszłyśmy raz na kolację z miejscowymi. Typowy pomysł. Żarcie o 23.00, zatłoczona ciasna knajpa, wszyscy palą, alkohol leje się, leje się też z nas, bo jest chyba z 45 stopni we wnętrzu, siedzimy jeden na drugim (bo tak super, fajnie i kuwa to standard, że wszyscy się całują, trykają... a my już stan przedzawałowy kuwa gotowy), więc co jeszcze można zrobić w taką noc? No, przecież za zimno jest - więc zamówili gorąca kiełbasę, ale kij z tym, jak zobaczyłyśmy, ze pani kelnerka jeszcze ją podpala - wymiękłyśmy. Poszłyśmy na dwór, ogladać wypasione wielkie miejscowe karaluchy żerujące dookoła. Ale przyznaje - kiełbasa fantastyczna :-)

W - jak wino:-). Bez wina życie byłoby jak... wykastrowany kot, niby żyje dłużej, ale kuwa czegoś mu brak. Lata całe dałam się unieść fantazji, że najlepszym miejscem na emeryturę jest Dolina Centralna w Chile albo Madera. Cóż może być piękniejszego niż widok dobrze uprawianych winnic. Tak się złożyło, że pisząca te słowa, miała okazje popracować w winnicach - piękne zajęcie, a świadomość odpalania beczek na winobraniu, łoł. No winko, no life! Poważnie, moim ulubionym winem jest łagodne chianti toskańskie. Ale numero uno - to region Rioja, położony w dolinie rzeki Ebro. Rioja reserva - królową win jest.

U - jak uszka. Uszka z farszem z prawdziwków. Nic dodać nic ująć. Barszcz czerwony gorący do tego przebłyski, że kiedyś moja rodzina była liczna, bardzo liczna i że przetrwała (tylko w części) w piwnicy, ba, nawet przemaszerowała pod bramą Brandenburską. Ale to dawne czasy i nie ma co się rozczulać. Z biologią, historią oraz polityką nikt nie wygra. Uszka i barszcz pozostaną:-)

X - jak kuchnia extremalnie gówniana. czyli fast food oraz produkty podobne. Nigdy nie zjadłam niczego w tzw. "maku", a i epizodycznie zdarzało mi się przekąsić coś w tym stylu w innych lokalach. Szkoda nerwów i układu trawiennego. Wolę truć się używkami i ideami. Ostatnio byłam namawiana na jedyną szansę spróbowania czegoś w "maku", nie skorzystałam. Może kiedyś zrobią o mnie film - ta co nie zna smaku McDolsa:-). Ale od płyty zajefajnego MDC - nie mogłabym tego skosztować, to nie wypada;-)

Y - jak yerba mate. Nie załapałam się na szaleństwo "mate". Jakoś tak ok, ale bez histerii. Jak pisałam już - ja, kawosz. Ale... zawsze jest jakieś ale:-). Było to raz wiosną w Berlinie. Po kilkudniowym meetingu czas było zapakować zady w auto i wracać do Wro. Koleżansie prowadzące agencję interaktywną poradziły nam na zmęczenie nie chlanie kolejnej kawy ani dopalacza, tylko naturalną schłodzoną zabutelkowaną Yerba Mate - w fantastycznych vintage butelkach 0,7. Wypiłyśmy jedną na pół. Fantastyczny ciekawy smak, gęby nam nie zamykały się az do rogatek Wrocławia. Miałyśmy podejrzenie, że dolały tam czegoś jeszcze:-)

Z - jak zbiorowe żywienie. Bo moi wszyscy blogowi ukochani - nie ma nic lepszego jak gotowanie i jedzenie w gromadzie. Moim osobistym cichym rekordem jest przygotowanie domowej imprezy dla 50. osób:-) i to wszystko na 55 metrach kwadratowych. Oczywista pomagała mi w tym przez dwa dni nieoceniona Sylv. Ale wydawanie posiłków, karmienie, urozmaicanie - było największą frajdą wieczoru, oraz wyciąganie butelek z lodówki. Nie wyszłyśmy z kuchni, ale jaka impreza toczyła się przy kuchence i lodówce... więcej nie pamiętam, po kilku kolejkach i dymach, poszłam spać. Podobno kota mi wtedy biesili. Wpuścić draństwo do domu:-) Ale to dawno i nieprawda, wszystko gone with the wind, więc jak ładnie idzie fragment z mojej ulubionej opery La bohème... więc pijmy, no i jedzmy :-). Ostatnio lubię jak Borko dla mnie gotuje i gospodaruje moimi kaloriami, twierdząc żem trochę po zimie niedożywiona. Well, ale we wszystko się mieszczę, więc... dlatego piszę o jedzeniu;-)

wtorek, 9 lutego 2010

Smaczne abecadło (2)


...a więc kontynuujmy :

M - jak malaga, melon, mięta - łącząc te trzy żywioły spożywcze można całkiem miło spędzić całe lato:-). Malaga to ostatnio mi się roi i to bardzo i może się wyroi:-). Podobno to słodkie andaluzyjskie wino straciło obecnie swoje pięć minut, ale dla mnie (obok boskiej Madery) jest jednym z niewielu słodkich trunków alkoholowych, które lubię podegustować. Malaga tak jak i Madera mają to do siebie, że trzeba je dobrze zestawić. Błędem jest zagryzanie tych esencjonalnych, wyposażonych w cukier win innymi słodkimi produktami. Spróbujcie z chłodnym melonem, a dla detoksu po cukrze polecam miętkę - najlepiej z dodanymi świeżymi liśćmi. Po ostatniej wyprawie do Walencji wiem jedno, w Hiszpanii mają lepszą miętę - z bólem to przyznaję:-). A mięta to napój twardzieli he he.

N - jak nerkowce. Staram się nie kupować dużych paczek bo opróżnię każdą ilość tych orzechów. Posiekałam raz nerkowca, zmieszałam z pistacjami uprażyłam na oliwie, dodałam nieco siekanej podsuszanej ostrej papryczki i ze trzy suszone pomidory, a do tego mnogo pesto i wszystko hop na makaron wstążki - Viva Italia!

O - jak oliwki i oliwa. Bez tego nie byłoby świata ani filozofii, niczego by nie było mówiąc językiem Kononowicza:-) Pojawienie się dobrej oliwy i oliwek w polskich sklepach było wiekopomnym wydarzeniem. Wcześniej to małe, zielone i okrągłe znałam tylko z serialu M.A.S.H, że dawali sobie do pędzonego własnym sumptem martini. Rzeczywiście warto było czekać, a może inaczej - dlaczego kuwa tak długo! Chwilę później zaczęłam sama kręcić się po świecie i robić własne rankingi oliwek i oliw. Nauczyłam się więc z oliwą jadać wszystko, polewać, dusić, doprawiać. Ba, oliwę zabieram nawet do łazienki. Nic lepszego jak natrzeć się przed kąpielą oliwą i wskoczyć do osolonej sola kąpielową wanny. I ładnie się potem pachnie, jak kawałek południowego podpłomyka he he. Co najważniejsze - skóra potem nie schnie, zwłaszcza zimą. Oliwa jest też dobra zamiast masła na chleb. Fantastyczne zestawienie. Oliwki za to sentymentalnie prowadzą mnie do holenderskiej Bredy. Nad kanałami, nieopodal katedry był taki targ spożywczy pełen kramów. Sprzedawano na wagę i na miejscu oliwki (o takich wielkościach i odcieniach, że ho ho). W czwartek, jak udało mi się zerwać szybciej z roboty, brałam rower i jechałam do Bredy na zakupy (był to jedyny dzień handlowy z dłużej otwartymi sklepami, w sensie do 20.), ale zanim rozpoczęłam żer po półkach, szłam na porcje oliwek, frytek i majonezu. Kaloryczne jak sam sukinkot, ale po pracy fizycznej dobrze robiło.

P - jak pizza i pomidory oraz pesto, a przede wszystkim pączki. Pizza powinna dostać kulinarną nagrodę Nobla, gdyby takie dawali:-). Niech to wystarczy. Właściwie można jeść tylko pizze na różne sposoby i żyć. A pomidory? Ponad cztery lata temu po chorobie, mama Tobs karmiła mnie przez dwa miesiące przecierem pomidorowym własnej produkcji, gotowanymi jabłkami i lekkim białym serwem. Na pytanie czy potem mogę patrzeć się jeszcze na takie jedzenie, odpowiedziałam: tak, a i owszem. Przecież to smaczne! Pesto - zielone królestwo. Na ciepło i na zimno. Na pieczywie i w potrawie. Zawsze. Co do pączków - jak mogłabym zrezygnować z ciast i ciasteczek, tak pączki nigdy nie stracą mej sympatii. Dobry pączek należy doprawić spirytusem, aby nie naciągał tłuszczem podczas pieczenia. Kiedyś podmieniłam spiryt na absynt - były jeszcze lepsze. Jutro tłusty czwartek, wprawdzie te sklepowe są raczej podłego sortu, ale nie oszczędzajcie sobie. Dla mnie to straszny dzień tego roku, pierwszy raz nie zjem już nigdy pączka made by Tobs. I nie chce mi się robić własnych. Chyba po prostu muszę przeczekać.

R - jak raclette. Szwajcarzy mają ciekawe góry, mentalność, historię i kuchnię. Mają też Gigera:-). Ten ich pieprzony ser zwany raclette, mlący się, płynący, kulkowany, z geneza pastewną cholernie mnie smakuje. Zamiast bombonierki wolałabym coś takiego:-)

... no dobra, głodna jestem już z tego wszystkiego. Deser z końcowych pozycji abecadła niebawem.

piątek, 5 lutego 2010

Smaczne abecadło (1)


Przymierzałam się do tego tekstu od jakiegoś czasu. Sporo myślę o żarciu tej zimy, a to dlatego, że jak w ubiegłym roku "nie-myślałam" to wiosną wyglądałam jak całkiem spora kluseczka i trzeba było się z tym zmagać przez parę miesięcy:-). W tym roku (i ubiegłej końcówce) postanowiłam działać taktycznie - jako odporna na wszelkiego rodzaju diety - tak, aby rozmiar 38 na dupie, a 36 na górze, został tym z tych sklepów, które nie zaniżają numeracji żeby poprawić nastrój swoim klientkom:-). Mało kiedy baby mają na górze i na dole ten sam rozmiar (jak widać w przypadku kobiet zasada hermetyczna, że jak na górze tak na dole, raczej nie działa). Zresztą co ja tu tylko o kobietach, zapuszczony tłusty brzuch - jeśli chodzi o mężczyzn - wygląda dobrze tylko na posążkach Buddy (zapaśnicy Sumo są poza oceną estetyczną). Wróćmy do diet. Oj, to jest tak straszna rzecz jak pobyt w więzieniu. Zawsze mi szkoda ludzi, którzy są na diecie. Spadający we krwi poziom cukru sprawia, że są smutniejsi, bardziej rozdrażnieni, ciała przechodzą dziwną metamorfozę, a skóra reaguje różnie. Standardem dietowszczaków są podkrążone oczy. Oczywista, detoks spożywczy raz na jakiś czas jest niby dobry, wskazany, a jak jest nadmiar sadła to trzeba coś z nim zrobić, chyba że jest się obiektem w związku z wypasaczem, wtedy przerąbane:-) Ale to margines. Tak czy inaczej - lepiej zapobiegać niż leczyć, zupełnie kuwa jak w polskiej służbie zdrowia :-)
Ale do rzeczy. Nie zdrowym, chudym jedzeniu chcę pisać. Podczas jesienno-zimowego gotowania posiłków przyszło mi do głowy stworzenie katalogu ulubionych smakołyków bez których życie nie miałoby sensu. Od idei bazy przeszłam do uporządkowanego alfabetu. A więc zaczynajmy:

A - jak absynt. Późno zakosztowałam w tym trunku, bo już mając 30. na karku, ale była to miłość dojrzała i wyjątkowo wierna;-) Absynt można zawsze i wszędzie (choć nie z każdym;-). Pijam czysty, lekko schłodzony, choć latem lepiej mieszać z sokami na cukrze. Ale uwaga! Absynt potrafi zwodzić na manowce i lekko uzależnić. Kiedy zrobić sobie przerwę? Kiedy wypijasz na raz ze swoją koleżansią całą butelkę i na własnych nogach wracasz do domu - czas powiedzieć basta (na chwilę).

B - jak bazylia, świeża z doniczki. Niesamowita zieleń. Chciałabym mieć sukienkę w kolorze bazylii. I zapach. Mhhhmhmh. Można wrzucać do wszystkiego, lubię kluseczki w sosie beszamelowym (robionym, nie z torebki) z wrzuconą na koniec bazylią. W jednej takiej knajpce wyjadam bazylię z doniczek, zdarza się:-)

C - jak cytryna. Poranna szklanka wody zaprawionej suto cytryną to najbardziej energetyczny drink wszech-czasów. Kiedyś polecono mi go jako remedium dla imprezowiczki, czyli detox. Został ze mną do dziś. Zapewniam Was, po wypiciu czegoś takiego o poranku z pyska lepiej pachnie (a niektórym niekiedy czasem nawet pasta nie pomaga).

Cz - jak czekolada! Królowa jest tylko jedna :-). Uwielbiam czekoladę i dlatego staram się jej nie jeść :-). Ranking czekolad wygląda tak (mówimy tu raczej o masowych produkcjach): Ritter Sport (wszytko i do oporu, ale najbardziej to jogurtowa, z herbatnikiem i masłem orzechowym oraz ta z marcepanem), Toblerone - marzenie o Alpach szwajcarskich (będzie ziszczone, będzie), Sarotti - tabliczka opatrzona logo z Turkiem w oldskulowym klimacie, rozbraja moje kubki smakowe.

D
- jak daktyle. Suszone są najlepszą przekąską na jesienno/zimowe wieczory, w zamian za ciasteczka, które są złem w stanie czystym. Jedna moja koleżanka twierdzi, że jak można jeść coś co wygląda jak pieczone karaluchy, albo wielkie szczurze bobki... hm, myślę, że bigos dla cudzoziemców może wyglądać również przerażająco, a te efekty gastryczne? Kapuściany koszmar ha ha.

E - jak eklerki. Jedyne ciasteczka, które wspominam z dziecinnym sentymentem. Kruche cienkie ciastko wypełnione kremem i polane czekoladą. Najbardziej lubiłam wersję mini. Z czarną kawą są świetne, ale nie należy ich jeść. Będąc brzdącem na jednej imprezie u ciotki, zakradłam się do kuchni i wyżarłam z tacy wszystkie przygotowane eklerki. Dostałam skrętów żołądka. Kurowali mnie jakimiś obrzydliwymi solami. Chodziło o to, aby wywołać wymioty. Cóż za barbarzyństwo, cud, że nie zostałam anorektyczką. Ale co zjadłam to moje :-)

F - jak figa; smak życia. Lubię bardzo dżemy wszystkie, byleby były z fig. Figa to boski owoc. Niepowtarzalny smak. Czy to na świeżo, czy z puszki w zalewie, czy przetworzona. Figa nie nudzi się. Nigdy. Uwielbiam chodzić we Wro do "Piotra i Pawła" bo ta jest największy wybór dżemów z fig. Najlepszy dżem dostawałam z Kairu, był prosto ładowany do puszki, słodzony oczywista cukrem (kto by się tam przejmował), do tej pory nigdy nie odnalazłam podobnego smaku na półkach w naszych sklepach. Trzeba się dowiedzieć kto w tym roku kupił "se wczasy w Egipcie":-)

G - jak groch. Ugotowany i zmielony na pastę, przyprawiony solą morską i pieprzem. Powiew Wschodu:-) W innych wersjach groch mam w głębokim poważaniu. Ale pasta grochowa, jeszcze jak jest ciepła, jedzona łyżką prosto z gara - rewelacja. Najlepiej zaopatrzyć się w Verdin i Espumisan, ale warto!

H - jak chałwa (he he, ale ze mnie ortograficzna psotnica, ale cóż? O herbacie mam pisać? Nie... bo piję herbatę bo muszę i tylko zdrowotną, chyba że w orientalnych knajpach - zaprawioną cynamonem, to tak. Jestem jednak typowym kawoszem). A więc chałwa. Tłusta, czysta - bez wynalazków - za PRL-u, to bułgarską w puszkach zażerałam się. Potem wprowadzili produkty zastępcze, bloki przypominające chałwę, czekoladę... zniechęciłam się zupełnie. Teraz mogę kupować taką extra prosto ze Stambułu. Nie uznaję batoników chałwowych, ani produktów smakowych. Chałwę można polać sokiem malinowym, albo zeżreć z gałką lodów, też pięknie się łączy. Choć najlepiej chałwę zagryzać winogronem i popijać winem - miesza się to w pysku niesamowicie.

I - jak imbir, naturalnie. Jako, że poza pieprzem i papryką średnio lubię suszone czy przetworzone przyprawy (a i te dwie w wersjach umiarkowanych) to tyczy się to też imbiru. Nauczyła mnie koleżansia po angielskich wojażach, że można wziąć cały korzeń, zapiec w oliwie ziemniaczki, a na końcu utrzeć tego imbiru i wymieszać. Popijać kefirem. Naprawdę, jak nie przepadam za taką mocną kuchnią, to ta potrawa jest prosta i rewelacyjna. Kompletnie nie przekonałam się zaś do dżemu z pomarańczy z imbirem, jednak mam cofkę przy drugiej kromce.

J - jak jajecznica:-) Ostatnio powoli jedyna potrawa, gdzie cenię smażenie. Zazwyczaj uważam, że nie ma rzeczy, której nie można zgrillować, udusić, albo zapiec w naczyniu żaroodpornym. Smażonki odpuszczam. Ale jajecznica raz w tygodniu musi być, najlepiej z obranym pomidorem, duszonym czosnkiem (skromnie) i bazylią oraz twarożkiem obok i pełnoziarnistym chlebkiem. Typowe sobotnio-niedzielne śniadanie. Ogórek małosolny też dobrze wchodzi w tym zestawie.

K - jak kawa. Jedno zaznaczę - kawa rozpuszczalna, czy też jakieś formy latte to dla mnie nie są kawy. Kawa jest czysta, czarna i spieniona. Lubię przyprawy w kawach. Kawa ma ścinać krew w żyłach, a potem doprowadzać ją do wrzenia. Najlepszą kawę piłam w Konstancy. Był to jakiś szatański napój, działała lepiej niż amfa. W Polsce tak sobie podchodzi się do kaw. W gruncie rzeczy mamy zwykły supermarket, a nie kawiarnie. Wystarczy walnąć się do Berlina żeby zobaczyć różnice. Ostatnio zdarzyło mi się pić dwa razy dobrą kawę: jedną na Kreuzbergu, a drugą w Nowy Rok u mojej funfeli co wróciła z "greckiego wygnania". Rankiem (w południe:-) wzięła garnek, sypnęła na wodę swoje specjały przywiezione z południa, zaprawiła, dosłodziła, podgotowała i zapodała nam najsmaczniejszą historię noworoczną. To była pierwsza cudowna rzecz w 2010 roku. Potem było już tylko lepiej:-)

L - jak lasagne. Tylko DIY liczy się. Wszelkie inne robione z produktów gotowych, to plastry makaronowe przełożone farszem:-) Uwielbiam lasagne z brokułami w sosie beszamelowym, mięsnymi też nie-pogardzę, ale warzywne są zdecydowanie lepsze. No i polane oliwą, posypane parmezanem... do tego jeszcze tylko film Viscontiego, butelka chianti i można z chaty nie wychodzić.

Ł
- jak łodygi czyli bambus:-). Podobno kuchnia tajska i azjatycka to najlepsze na świecie. Wolę zostać przy tej znad basenu morza Śródziemnego. Od czasu do czasu na coś się skuszę, ale zawsze czuję się tak jakbym poszła do klubu z muzyka, którą trochę znam, jakoś mnie nie drażni, ale płyt bym nie kupiła. Najlepszą sprawą z tamtejszej kuchni jest bambus. Zupa bambusowa spokojnie mogłaby dla mnie zastąpić nasz tłusty rosół, który mnie się zawsze będzie kojarzył z zarzynaniem biednej kury, losowo wybranej z gromady.

...dobra tak zwany Ciąg Dalszy Nastąpi :-). Czas na kofi-brejka i robotę, a nie pieprzenie po próżnicy:-)

czwartek, 4 lutego 2010

Wysokie cholewki


Cóż, PJ Harvey włożyłam w zakładkę lata 90. A dokładnie Holandia 93'. Wtedy panna Polly Jean była jeszcze mało znaną (tzw. alternatywną) artystką. W tamtejszych klubach (dla tzw. fraków) dopiero zaczęto grać jej numery, a przeraźliwy (tzw. wyzywający) image artystki robił spore wrażenie. Głos. Mogła z nim robić wszystko. Numery - nadawały się do bardzo wielu rzeczy. Od razu zapadały w pamięć. Najbardziej lubiłam To Bring You My Love. Niesamowita płyta. Taka bardziej znośna wersja Diamandy:-).
Potem rzuciłam PJ. Poszła sobie wraz z kolejnymi latami, fotografią analogową, ciuchami już nie-do-nałożenia, kolekcją biletów z dziwacznych koncertów, nieprzespanymi nocami. Biologia robi swoje :-).
Tymczasem.... Albo "Wtem!", trafia mi w ręce płyta PJ z 2007 roku White Chalk. Piję więc wino i słucham sobie onirycznych wędrówek wokalistki, bardzo dyskretnych, z akompaniamentem fortepianu. Niesamowita rzecz. Spójna, dobrze skompilowana. Well, jak właśnie przeczytałam PJ walnęła już 40. Kuwa, to nie możliwe! Najlepszy z Braci spojrzał na zdjęcie PJ i powiedział: tak powinny chodzić ubrane kobiety... po ulicach :-). Nie wiem czy miał na myśli wizerunek Harvey z White Chalk, czy ten, który możecie zobaczyć na zdjęciu powyżej. Nevermind(e). Jest skończenie piękna. Zarówno w wersji wokalnej jak i wizualnej.

poniedziałek, 1 lutego 2010

Czasem i zima może być... ale niech już odejdzie


Można powiedzieć: nawet i ja czasem lubię zimę... zwłaszcza jak mija, albo na zdjęciach:-). Mniej więcej na wysokości własnych urodzin zaczynam marznąć, a trwa to do długiego weekendu majowego. Ba, ostatnio ze względu na babrzącą się pogodę to nawet marzłam i maju i w czerwcu. Psia krew, przerąbane. Gdyby nie skoki na Południe, aby porządnie się wysmażyć, uszczknąć choć na chwilę lepszej aury, to pewnie obumarłabym w tym naszym padole wilgoci, zimna, grzybu, śluzu i depresyjnych zmian cyklów trzydniowych. Rzygać mnie się na samą myśl, kiedy przypomnę sobie niektóre letnie miesiące, gdzie niby jest dość ciepło, ale niebo zaciąga ciężka płyta posępnych chmur i właściwie to nie wiadomo z czym mamy do czynienia. Ehhh. Nic to. W porównaniu do takiego shitu, niewątpliwie słoneczny zimowy i mroźny dzień ma przewagę. W ostatnią sobotę stycznia wsadziłam tyłek do pociągu i pierwszy raz zimą (w sensie, że koleją) udałam się w Kotlinę:-). "Wrota Ziemi Kłodzkiej";-) powitały mnie jak zwykle baśniowym widokiem, ale ogromne wrażenie, takie z rozdziawieniem paszczy, to zrobiły na mnie wielkie połacie zlodowaciałego śniegu równomiernie ciągnące się po górzystych polach. Perspektywa bieli po horyzont. Zimne słoneczne niebo, jasnobłękitne, stykające się z twardą lukrową bielą. I tylko gdzieś daleko pojedyncze oblodzone drzewa. Extra. Wprawdzie prawie przymarzłam w pociągu i złorzeczyłam Perfidnemu Krajowemu Przewoźnikowi, zwłaszcza za informację na Głównym, że regionalne przewozy nie honorują kart kredytowych, a IC i TKL od dziś mają podwyżki (aj, trzeba płacić za ten pieprzony luksus zbiorowej komunikacji). I w ten weekend przysięgłam sobie, że nie ma pieprzenia i tłumaczenia, ani atawizmów w postaci wspomnień z wypadków, ale siadam za kierownicę i zdaję egzamin. A jak nie, i złamię obietnicę, to odgryzę sobie... koniec palca co mnie w nim reumatyzm strzyka;-)
Jednak to tylko suplement bo w sumie to chciałam o czymś innym. Ostatnimi miesiącami to czytałam raczej literaturę podłą. A i owszem, niektóra była dość rozrywkowa, a nawet zabawna czy też ciekawa, ale nie zmienia to jednego - należała do gatunku podłej. Właściwie to przez chwilę zaczęłam zastanawiać się czy czasem nie straciłam już zdolności do czytania rzeczy nieco lepszych, albo oka do trafiania na książki zaskakujące. Cóż, każdy się z wiekiem degeneruje, nie ma co. Inna sprawa, jak kręcisz się nieustannie wokół tematów kto ile, za ile, gdzie, co kupił, co ubrał i jaki fajny żarcik opowiedział, to powoli zaczynasz nasiąkać tępotą otoczenia. Dość aby zachować w sobie te resztki ironii i trzeźwości aby walnąć się w pysk i przyprowadzić do porządku, że przecież nie o to chodzi w tym wszystkim. I tak właśnie trafiłam na Sto butelek na ścianie autorki co zowie się Ena Lucia Portela. Łoł, tania jest dobra literatura, bo kosztowała mnie mniej niż cieniutki browar na wrocławskim Rynku. I dobrze. Ostatnio nacięłam sie na wino grzane, które standardowo kosztuje 7-8 zeta, a ja głupia będąc w jednym lokalu gastronomicznym, nie rzuciłam oczkiem w kartę, a tylko se zamówiłam i jakież zdziwienie przeżyło moje serce kiedy pani kelnerka zażyczyła sobie złotych 20. No kuwa bez przesady z tym rżnięciem bez "kocham cię". Solennie sobie obiecałam, że w tym sezonie nie będzie już wydatków w lokalach. I naprawdę w styczniu już w wystarczająco wsparłam lokalną przedsiębiorczość. Ale wróćmy do książki. Niezłą rzecz wysmażyła Pani Kubanka. Taki hawański Grek Zorba na gorzko. I mnogość smacznych odniesień, niedrażniąca erudycja (bez pouczania) i puszczenie oka jeśli chodzi o cytowanie książek i odniesienia do bohaterów. Bardzo dobrze to się czyta i jest przede wszystkim ciekawe.
I tak płynąc sobie lekko z gorzko-słodkim smakiem książki rumowo-cygarowej, pomyślałam sobie, że co jak co ale człowiek do życia czy tam losu nie powinien mieć żadnych pretensji. Przecież nic nie jest tak jasne jak reguły life play - oto jesteśmy, przeżyjemy tyle ile się da, i na ile pozwolą nam okoliczności, może zestarzejemy się (na pewno nie odmłodniejemy;-), a potem umrzemy z tym lekkim drżeniem bardziej pewni wiary, bądź mniej pewni niewiary. I finito. Tak więc cieszmy się, że biegnie zima, ale smućmy się, bo nadchodzące lato doda nam więcej, a nie ujmie;-)