czwartek, 4 lutego 2010

Wysokie cholewki


Cóż, PJ Harvey włożyłam w zakładkę lata 90. A dokładnie Holandia 93'. Wtedy panna Polly Jean była jeszcze mało znaną (tzw. alternatywną) artystką. W tamtejszych klubach (dla tzw. fraków) dopiero zaczęto grać jej numery, a przeraźliwy (tzw. wyzywający) image artystki robił spore wrażenie. Głos. Mogła z nim robić wszystko. Numery - nadawały się do bardzo wielu rzeczy. Od razu zapadały w pamięć. Najbardziej lubiłam To Bring You My Love. Niesamowita płyta. Taka bardziej znośna wersja Diamandy:-).
Potem rzuciłam PJ. Poszła sobie wraz z kolejnymi latami, fotografią analogową, ciuchami już nie-do-nałożenia, kolekcją biletów z dziwacznych koncertów, nieprzespanymi nocami. Biologia robi swoje :-).
Tymczasem.... Albo "Wtem!", trafia mi w ręce płyta PJ z 2007 roku White Chalk. Piję więc wino i słucham sobie onirycznych wędrówek wokalistki, bardzo dyskretnych, z akompaniamentem fortepianu. Niesamowita rzecz. Spójna, dobrze skompilowana. Well, jak właśnie przeczytałam PJ walnęła już 40. Kuwa, to nie możliwe! Najlepszy z Braci spojrzał na zdjęcie PJ i powiedział: tak powinny chodzić ubrane kobiety... po ulicach :-). Nie wiem czy miał na myśli wizerunek Harvey z White Chalk, czy ten, który możecie zobaczyć na zdjęciu powyżej. Nevermind(e). Jest skończenie piękna. Zarówno w wersji wokalnej jak i wizualnej.

Brak komentarzy: