niedziela, 18 lipca 2010

Pamięć jako wielka niewiadoma

Pamięć płata nam figle i stanowi wielką niewiadomą. Podobnie jak przyszłość. Rozważania nad tym co przeszłe, wcale nie muszą być klarowne i pełne jasności, zrozumienia oraz pewności, że właśnie to było, tak, a tak, dokładnie działo się w ten sposób i basta. Podważam pewność? Bezpieczeństwo? Być może, być może. Zdaje mi się dziś, operujemy pewną kolekcją wrażeń i emocji, a nie - pełnym, oszacowanym z każdego punktu i miejsca, udokumentowanym materiałem. Zresztą, a coż to za dokumentacja... wystarczy chwila braki uwagi, wada wzroku, inny kąt widzenia, a nawet leżąca przed naszym nosem fotografia może - w tej danej chwili percepcji - wyrażać dla oglądającego coś zupełnie innego. Idźmy dalej, bo tu można zwalić wszystko na defekt odbiorcy, a co powiemy, kiedy to mechanizm rejestrujący dokumentację zaciemni i zmieni charakter naszego "obiektu"? Wystarczy przecież drobna usterka narzedzia rejestracji - dotyczy to zarówno mechaniki przedmiotów: nagrania, vdeo, utrwalenia druku, jak i pracy mózgu i pamięci zdolnej do rejestrwania i odkładania w zasobach sytuacji, zdarzeń, słów, wrażeń. Myślę, zdecydowanie bardziej działają na nas wrażenia. To one zabarwiają niezależne dzianie się. Bo przecież - o ironio - gdzieś tam ta czysta, właściwa sytuacja rozegrała się dokładnie wedle tego jak wyglądała naprawdę. Tylko czy do tego "naprawdę" docieramy, czy aby na pewno jest to możliwe?

Od czasu do czasu - zaskakuje wielka nie-pamięć. Łatwość kasowania, czyszczenia, odrzucania wniosków. To jest obecne i w sferze prywatnej, jak i - bardzo często - w sferze publicznej. Taka cicha zgoda na nie-pamięta-nie. Ale też i od tego - przysłowiowego - czasu, następuje swoista archeologia - rekonstrukcji przeszłości - nagłe odkrycie, próba przypomnienia. Gorzej, że zazwyczaj nakłada się na to już siatkę odpowiedniego tłumaczenia, potrzebnej "archeologowi" interpretacji dla użytecznej w danej sytuacji tezy. Czy więc nadal obcujemy - z rzeczywistym oglądem przeszłości, którą jakoby znamy (po przecież była i nie można jej zmienić!), czy też z pewnym rzutem, a nawet ujęciem rzutu, niestety nie pozwalającym nam nasycić się czy odkryć pełnię prawdziwości wydarzeń z przeszłości.

Mam często takie wrażenie (sic!) - właśnie, widzicie, znów piszę o wrażeniach (pomyślcie, ile razy w ciągu dnia używacie tej formy: odnoszę wrażenie, miałam wrażenie...) - a więc mam często takie wrażenie rejestrując to co dzieje się w czasie teraźniejszym z przeszłością, czasem nie tak wcale odległą. Wielkie zapomnienie, może już najść człowieka raptem po miesiącach, ba tygodnaich, a nawet dniach. Patrząc się czasem w TV i nadawane tam wiadomości, to nawet i u niektórych, jest to stan chorobowy, który już ujawnia się po kilku godzinach :-). Widać ten cholerny cud nie-pamięci jest eliksirem niezbędnym do budowania i kreowania przyszłości.

Ćwiczeniem z pamięci - bynajmniej nie politycznej - była dla mnie w ten weekend, wycieczka do jednego z wrażeń, które z lubością pielęgnuję w swej kolekcji dobrych intymnych nastrojów. Ponad dwie dekady temu. Początek wakacji. Ostatni dzień roku szkolnego. Odstawiam świadectwo do domu, przebieram się w spodenki i zwykłą koszulkę, biorę rower "Flaming" i jadę na skraj lasu i pola obsianego pszenicą, pogapić się - w upragnionej samotności - na lazurowe niebo, ciemną zieleń lasu i zalane złotym słońcem wzgórza. Bawiąc się w "archeologię" pomyślałam sobie, że lata w tamtych czasach były inne. Temperatura bardziej stabilna, bez skrajnych upałów, męczących duchotą wieczorów... a moja ekscytacja i przeczucie co do tego, że coś się zmienia, coś się zaczyna, że jeszcze jeden zakręt i nie będę musiała z niczego się tłumaczyć, że wszystko będę mogła, dodaje całej sekwencji wspomnień dodatkowej radości. Tyle, że - zaczęłam sobie myśleć, w gruncie rzeczy, to wówczas wszystko się skończyło. Niebezpieczny ten cud pielgrzymowania w przeszłość. Ale z drugiej strony - przecież i tak lepszy niż defekt niepamięci, albo pamięć ułamkowa.

czwartek, 8 lipca 2010

Włączyć lampkę

Dzisiaj zdarzyło się wysłać mi pewne zapytanie. Odpowiedź, którą uzyskałam brzmiała, że w pewien sposób blogosfera jest passe, że komentarz przeniósł się do serwisów społecznościowych i tam jego obecność, a co za tym idzie ważność oraz wpływ - jest bardziej zasadna.

Nie zgadzam się z tym.

Odpowiem subiektywnie, wbrew wskaźnikom rynkowym i badaniom preferencji.

Po pierwsze: SS (czyli serwisy społecznościowe) mają jeszcze krótszą żywotność mody, topu, zainteresowania niż blogi. Przemiał i anegdotyczność wypowiedzi jest tam drobnicą, która bawi, prowokuje, ale jej siła jest płomieniem dość krótkotrwałym. Sama, po sobie wiem, że tak szybko zapalam się do społeczności, a jeszcze szybciej ten zapał zamienia się na nudę i wzruszenie ramion podczas czytania kolejnych beknięć dotyczących: słuchania w danej chwili muzyki, uczestnictwa w życiu, kupowania nowych rzeczy, nachlania się ze znajomymi, czy wrzuceniem kolejnego odnośnika do jakiejś informacji czy foty, który wyparuje z pamięci internautów mniej więcej po pięciu minutach. Choć SS bywa przydatne, lekkie podglądnięcie pasji danego zbioru, aliansów towarzyskich, tego kto akuratnie w danej chwili się nudzi życiem wisząc na necie, albo kto ma potrzebę walki ze swą frustracją wywalając silące się na zabawność wpisy, albo tego, kto w zasadzie w imię bycia transparentnym dla wszystkich i pozbawionym jakichkolwiek opinii (pozornie) rozwiązuje kolejne testy, lub zamieszcza postępy w zdobywaniu zasobów i poziomów kolejnych aplikacji.
Bywamy "tymi wszystkim postawami" w różnych momentach wszyscy. To zależy od chwili i emocji, interesów - naszego życia. Nikt nie realizuje wzoru jednej sztywnej matrycy. Przestawiamy na niej pola - odpowiednio do sytuacji.
Pod tym względem magiel SS jest ciekawy, jak się dobrze przekopać, można wiele dowiedzieć się o internetowych znajomych. Ale czy komuś się tego chce? I następne pytanie: Po co?. Na chwile dobre, a dłuższą metę morderczo nudne.
I tu dla odmiany, wole blogi. Jednak jak już ktoś się wysili na zrobienie notki, to jest to zdecydowanie bardziej wypracowane i ciekawe. I nawet jeśli coraz mniej mi się chce uczestniczyć w netowym życiu, to chętniej rzucę okiem na to co słychać na blogu, niż na to co wisi u kogoś na tablicy.
Inna sprawa, jakoś tak się ułożyło, że internet stał się rozpaczliwą przestrzenią intencyjną. Jakby smutek z gmatwania się i sporu z sensem, zasadnością i celem życia, był tak dominujący w realu, że ten net służy za taki mały opornik, próbę na przekór wykreowania lepszej wersji naszego istnienia, życia, jego barw, niuansów itp itd. Trudno, to krytykować. Odbieranie nadziei, marzeń to nie moja domena. Bo i po co?

Czy więc i blogosfera i SS i inne netowe wcielenia pójdą w odstawkę i nudę? Pewnie się zmienią, przeminą, a na ich miejsce wejdzie coś nowo-starego. Inna sprawa: ciągle sobie myślę, że mimo wszystko wynik w meczy real - wirtual to zdecydowanie 1 do O dla realu. Dlatego jeśli macie możliwość przeżycia życia/spotkań/dyskusji/relacji w realu, nigdy nie przekładajcie ich do internetu - bo to nie jest to samo. Choć, tak a i owszem w krainie powszechnego zajęcia, zabiegania i zarabiania, albo nieumiejętności komunikowania się bezpośredniego - to net bywa niezastąpiony.