piątek, 27 lutego 2009

License to Ill


Borko stara inżynierko, ja tu chora, a Ty co? Gdzie wspomożenie, ciepłe słowo i inne takie :-) Bu. Nie nadaję się do niczego dzisiaj, a zwłaszcza do pracy - choć przywlekłam tyłek na spotkanie to jednak sił na fajny wpis już zabrakło. Zresztą, fajnymi wpisami to jest blogerskie piekło wybrukowane i cóż z nich wynika oprócz "wypisania"? Tak sobie pogderam....
A więc - wiosny w Wiedniu sobie życzę, takiej jak w ubiegłym roku na skwerze Freuda, no i w knajpie węgierskiej nad kluseczką i sznapsem;-)
Bu. bu. bu. ^-^ ^-^ ^-^ ... w takie dni to nietoperze ludzika obsiadają;-(

środa, 25 lutego 2009

Obciach jako forma radosna


Borko, nie mnie tu dzisiaj poważnie pisać (zresztą, czy ja w życiu swym choć raz poważną byłam? - zapytam się retorycznie, bo nie bardzo mi się do uzyskania odpowiedzi śpieszy). Jednak brak ważności podjęcia tematów ważnych wynika też i z tego, że(śmy) się napracowali ostatnio przy okazji awantur 5Władzowych i wolałabym coś lekkiego i szurniętego napisać. Tym bardziej - bo ostatnio ciężko gatunkowe z życia wzięte incydenty - nadmiernie grozą swą rzucają cień na mój dzień powszedni, a przecież chodzi w tym wszystkim o to aby się nie dać, przynajmniej jeszcze nie teraz.
Wczoraj, przed snem, na odpędzenie kwestii ewentualnego zawału (związanego z 5W) i żeby nie myśleć o sprawach neurotycznych na noc (bo potem śni się woda w basenie co mnie wciąga w głębiny:-) pozastanawiałam się nad kwestiami obciachowymi. Gwoli wyjaśnienia - kategorię obciachu determinuję sobie twórczością Kozyry - z tym zastrzeżeniem, że ja do obciachu z ciepłem wielkim podchodzę i sercem na dłoni, bo mi to bliskie, jak wszystko co odtrącone przez jedynie słusznie poważnych, dobrych i uczciwych mieszkańców planety Ziemia :-). Ale - niezmiennie obciach to obciach; myślę sobie: większość ludzi nie znosi rozmawiać o obciachu, chyba, że tylko i wyłącznie z pozycji prześmiewczych arbitrów lub obserwatorów. Jak pogmeram sobie w pamięci i przeanalizuję sytuacje, w których słucham jakiś narracji to moi rozmówcy zazwyczaj stawiają siebie w rolach herosów, geniuszy złotych myśli, ciętych ripost i stonowanych zachowań, dyplomatycznych posunięć. To cała reszta okazuje się być błaznami, albo tępymi niezgułami:-) Może tak czynimy wszyscy - ratując własne resztki potrzeby dumy;-), a może cały ten zgiełk wynika z problemów komunikacyjnych, z błędnych interpretacji? Pewnie jakoś tak po środku to wszystko się rozkłada. Wróćmy do przemyśleń o incydentach obciachowych... Tak właśnie zaklinając się do poduszki - strzeliła mi do głowy myśl, że jednym z największych obciachowych przedsięwzięć w moim życiu było... przeczytanie prawie (z naciskiem na PRAWIE) wszystkich książek Jerzego Putramenta w wieku nastoletnim ha ha ha ha ha ha ha. W gruncie rzeczy, pocieszam się tylko, że nie wytrwałam meetingu z Karolem Dobraczyńskim, bo tego już sobie chyba bym nie darowała. No i jednak Machejek od razu wzbudził we mnie niechęć, ale pamiętam za to świetny reportaż o nim (w GW he he he - to "he" to z racji ostatnich dyskusji blogowych).
Mo - argumentowała mi przy winie z Biedronki w Świeradowie, że są książki do których nie należy w żadnym wypadku wracać, zamknąć zaklęciem, zachować w pamięci tamto przeszłe odczucie i nigdy nie wracać bo nasza konfrontacja po latach może być bolesna. Nooo, nie wiem, nie wiem, jeszcze nie jestem przekonana;-). Do "starego agenta" na pewno nie wrócę, choć pamiętam, że Odyniec mnie się wtedy podobał, bo było coś denerwująco rozpaczliwego w dwójce bohaterów gryzących się przez całe życie, a jednak nieustannie dążących do interakcji. Kuwa, nieee, no obciach jednak ten Putrament:-). Ale pamiętam też jak czytałam sobie Młot na czarownice - i poziom mojego zniesmaczenia sięgał korzeniom Drzewa Sefirotów. Bu. Ale to zupełnie inna bajka z innymi bohaterami.
Kończąc - obciach w swym uświadomieniu - bywa lekko oczyszczającym środkiem, może nawet i przeczyszczającym - pomaga zaśmiać się z siebie samego, pomaga zasnąć.

Chciałem żyć sam. Nad ścieżką przefrunął jednak drogi ptak Lou, a ja spostrzegłem, że to był orzeł. I zapragnąłem mieć orła przy sobie.


Dokładnie jak w bajce o szczurku, który stał się orłem:-)

Ps. obrazek dostałam od cheri Dante - i on mnie tak pasuje, taki obciachowy gotyk komiksowy i choć ja teraz blondynka, to jednak z sentymentem wspominam swoje czarne wcielenie ;-)

poniedziałek, 23 lutego 2009

El Beso de la mujer araña


Borko mieszka w swojej "połamanej przestrzennie" norce już trzy lata z hakiem, a jej kształt i zawartość ulega nieustannym przemianom. Dążenie do upragnionej doskonałości jest trudne, a czasem zastanawiam się czy ten wyznaczony na początku "pik" w ogóle jest osiągalny. Są czasem sytuacje, kiedy ustalenie i uporządkowanie staje się jakby "samo z siebie", są ludzie dotykający zaledwie zastanej rzeczywistości, a ta jakby za magicznym pstryknięciem układa się, porządkuje i klaruje. Zapewne jest to kwestia energii, która przylepiona do nas determinuje wszystko z czym się w życiu stykamy. Brak "końca osiągnięcia porządku" w mieszkaniu Borko nastraja mnie do pogodnej, choć nieco melancholijnej myśli, że swój ciągnie do swego i nie bez powodu tak dobrze się rozumiemy.
W "weekendowym międzyczasie" zdarzyło się za jednym zamachem sporo i nic:-) Ot, taka ciekawa forma - że niby dzieje się, ale w zasadzie z perspektywy wielkich narracji (ha ha) nic się nie dzieje znaczącego. Wyjazd z koncertem nawet udany, choć zmęczenie masakryczne - A4 w piątek i padający śnieg to wykańczająca mieszanka, na szczęście powrót nocny upływał w o wiele lepszych warunkach i mimo starczych bólów w kościach, zmęczenia i zimna - chyba warto pozostawać w tym "dziwacznym ruchu". Natomiast w sobotę przemądra Ags urządzała urodziny (ostatnie przed 40.) - zabawne, a ja pamiętam jak obchodziłyśmy razem moje ostatnie przed 30., kończąc "na Bukowskiego" w jednym pubie o tzw. szkockim sznycie, gdzie mniej więcej o 3 nad ranem zawzięcie dyskutując o zdaje się postmodernistycznym sznycie myślenia (kuwa, że też człowiek tracił tyle energii na takie spory;-) do naszej "beczki" chcieli się dosiąść jacyś inni zagubieni w odwrotności trzeźwości "chłopacy" i dialog pomiędzy obiema stronami rozegrał się mniej więcej taki: - Moszchemy się do was pszyyyssiąść, dziewczyny? - Nie. - dlaszszszego nie? - Bo rozmawiamy o Deleuze i nie mamy czasu (sic!!! - przyp. red.) - Ale my jesztessmy na luzzie i mamy szass. - Kurwa, jak mówię wypierdalać to wypierdalać i to już! - ...no dobhra, pszechcie rozumiemmmmy co do nas mówicie...
Ano. Z łezką w oku wspominam to krzewienie klasyków postmodernizmu wśród ludu. Ale niech tam co - jak sama często mówię - trzeba skupić się na wszystkich All Tomorrow's Parties, a nie tak w tej przeszłości ryć nosem:-) By the way właśnie przeszłości i urodzin Ags: party było hm nader dalekie od tego co preferuję i wybaczcie mi prostoduszność chamki, ale sama będąc piewcą nierówności - w sensie nie ma czegoś takiego jak powszechna dostępna równość - nie toleruję tekstów w stylu "a ten/ta to był margines...", "nieee, no ten nie mógł wyrosnąć na kogoś z klasą" itp itd i poziom mojego zniesmaczenia był równy poziomowi chęci przypierdolenia tej czy owej:-), ale jako żeśmy już przysypani pyłem refleksji nad życiem i społecznymi relacjami - cały "dramat wątpliwości" rozegrał się w mej główce i sącząc przyjazne czerwone wytrawne uśmiechałam się ze zrozumieniem słuchając paplaniny interlokutorek. W sumie, że tak zacytuję "klasyka": a co mnie to obchodzi czym te panie żyją?. Korzystną stroną party okazało się zapoznanie z książką Sztuka Prostoty - Dominique Loreau - choć nie przepadam za "poradnikami" (co ja kuwa piszę - przecie ja zawsze wyśmiewam poradniki w mało subtelny sposób) to wiele fajnych uwag w tej knidze zawarto - właśnie przy okazji kotwic wspomnień i przedmiotów zlepionych w symbiozie z naszymi ciałami i duchami. No i pani Domique radzi rano rozpoczynać dzień od szklanki ciepłej wody z octem jabłkowym i łyżką miodu - a to świetna rzecz i przez lata przeze mnie wypraktykowana jako specjalistyczny drink detoksykacyjny i zapobiegający powstawaniu zwałów tłuszczowych:-), więc od razu nabrałam sympatii do autorki. A zresztą co tam, lubię japoński design (przy projektowaniu grafiki) wszak więc trudno z sympatią nie potraktować Sztuki Prostoty. W niedzielę, kiedy to nas zastała "zima o poranku" - utoczyłyśmy sobie z Ags w końcu fajną rozmowę i w sumie na tyle byłoby o imprezowaniu, jak zwykle rozmowy w pościeli okazały się być lepsze od rozmów przy stole. A potem, a potem to już mnie zastała wiadomość o śmierci Reginy (93. lata, najstarsza z naszej mikrej rodzinki, brzydsza siostra nieżyjącej już mojej pięknej babki Seweryny - a raczej winnam napisać Severine - bo kojarzyła mi się babka z bohaterką Piękności dnia Luisa Bunuela). Regina - prawdziwy ancymon - eh, wiele by opowiadać, ale kogo to wszak obchodzi? Zajmowała się moim wychowaniem przez czas jakiś: rózgą przekonując do wyższości jabłek nad pepsi, katując godzinnym zaplataniem długich do pasa włosów w dwa dziwaczne warkocze, które potem misternie upinała mi w jakąś koronę oraz krojąc kromki bułki pszennej z masłem i serem w maleńkie kosteczki ponieważ jej zdaniem dziewczynka musiała nauczyć się jeść małymi kęsami i nie mieląc mordą jak krowa:-), a w końcu to ta sama Regina, która obrażona na starość nieakceptowanym przez nią moim stylem życia zmieniła swój testament pozbawiając mnie w zasadzie wszystkiego czym karmiono mnie od lat - poczucia bezpieczeństwa. I nic to. De mortuis nil nisi bonum - i tyle tego mówienia, koniec i kropka. Wszystko co nas spotyka w jakimś celu nas spotyka.
Rano przypomniała mi się książka Manuela Puiga - Pocałunek kobiety pająka. Wszak wszyscy sobie opowiadamy jakieś "filmy":-)

piątek, 20 lutego 2009

A4 = Route 66?


Borko, pamiętam jak z lat kilkanaście temu, poszła taka dyskusja o tym, dlaczego w "my" to jednak nie taka "kalyfornia" czy "niujorkas" - rozmowa szła wówczas o muzyce, komponowaniu i biadoleniu nad brakiem dobrych wokalistów i perkusistów na tzw scenie. Dyskurs - chciałoby się powiedzieć (z perspektywy czasu) jałowy. Życie wszystkich zaskoczyło ha ha;-)
Najzabawniejszym fragmentem całej tej paplaniny było obrazowanie sobie kwestii robienia dziar;-) ... i tak wyobrażaliśmy sobie np.: "duma Rzeszów", "załoga Kozanów", "Kazio niszczyciel", "hard core Krzyki" ... - wytatuowane choćby na plecach albo wyćwiczonym brzuszku (by the way jakoś ogólnie tych wyćwiczonych brzuszków to było na palcach jednej ręki...). Zaśmiewaliśmy się długo. Pewne rzeczy i sprawy dalekie są od cienia analogii.
Podobnie rzecz się ma z autostradami w Polsce:-). Taka mnie naszła refleksja dzisiaj rano bo właśnie za kilka godzin ruszę ponownie A4, tym razem w kierunku zachodnim. Spoglądając za okno, pokiwawszy głową nad bezradnością komunikacyjną mojego ukochanego miasta (1,5 godziny "podróży spod Gądowianki do Rynku) pomyślałam, że dzisiejsza jazda będzie dużym wyzwaniem... pod wieloma względami ha ha ha. Mimo wszystko - to jednak nie Route 66 i nie ma co demonizować pewnych spraw. Choć - tak, a i owszem - ostatnie wydarzenia jakie rozegrały się na tej nieszczęsnej trasie - przeczą zdrowemu rozsądkowi (ilość i częstość wypadków oraz ich negatywna spektakularność), to bądźmy dobrej myśli.
Kończąc - zapewne wrócę, a jak nie wrócę to trudno - bywa - jak niektórzy mawiają:-)
Udanego weekendu życzę - każdemu wedle jego ego pragnień (nieszczęśliwie) monadycznych.

ps. Zamiast autostrady "tajemnicza" brama do nigdzie:-)

wtorek, 17 lutego 2009

Gone with the Cat


Borko dzisiaj przeczytała ja, że akuratnie wypada właśnie jedno z tych z dupy wyjętych "świąt" dla współczesnych jełopów czyli "dzień kota". Jak wiesz na punkcie kotów to ja mam mega jogę kota, jednak od tzw. świąt trzymam się z daleka. Śpieszę Ci tylko powiedzieć: już nie mam Koti:-(

Ps. Powinnam wrzucić tu film z Koti ze "świata", którego już nie ma, ale... Ale skoro tego świata nie ma - to nie ma co go celebrować, bo zupełnie jak się okazuje nie warto. Kot - tak, "świat" - nie. Więc niech będzie tak:

poniedziałek, 16 lutego 2009

Właśnie wróciłam...jak zwykle;-)


Borko, jak można zauważyć po blogu - właśnie wróciłam. Ledwie dochodzę do siebie po całej eskapadzie, choć z zadowoleniem stwierdzam: zakwasów już dzisiaj w łydkach nie mam:-) Ano, zastosowałam wczoraj starą sprawdzoną metodę czyli panaceum z aspiryny i kieliszka czerwonego wina. Wczoraj nie było lekko, w krakowskim hostelu (o tym przybytku zaraz będzie więcej) idąc na śniadanie nie mogłam wleźć zgrabnie na trzecie piętro bo nózie odmówiły posłuszeństwa. Jak domyślasz się wyjazd okazał się być nadzwyczaj udany...
A było tak:
W piątek 13 z rana (to znaczy dla nas z rana, bo była 10 przed południem;-) ruszyłyśmy opłotkami i dziwnymi dolnośląskimi drogami w kierunku Stogu Izerskiego na rekonesans "eventowy" oraz po to aby odetchnąć od wszechobecnego miasta i zdobyć jakąś zimową górę. Trasa piękna, góry extra, śniegu mnóstwo, a na szczycie czekało na nas prawdziwe zlodowaciałe białe piekiełko. Brodząc po kolana w śniegu zachwycałyśmy się narciarskim (Mo) i snowboardowym (ja) szaleństwem. Jako, że na górę wjechałyśmy gondolom, skąd się właśnie uśmiechamy:
Photobucket
...to do ludzkich sadyb postanowiłyśmy wrócić piechotą (ku rozbawieniu obsługi stacji przewozowej) śnieżnym traktem; jak się okazało warunki nie były aż takie złe i spory odcinek udało nam się pokonać biegiem - bardzo polecam, nie ma jak zimowa zaprawa w śnieżycę;-). Tak czy siak - jak to bywa w baśniach - zło zawsze wraca, i po godzinie byłyśmy już w Świeradowie na winie. Spałyśmy w neogotyckim pałacyku, którego kolumny ozdobiono niesamowitym wzorem w nietoperze:
Photobucket
Prowadząca ten ponury (w sensie pozytywnym) obiekt (pełen Niemców i szalonych instruktorów narciarstwa;-) namówiła nas na pobyt w pobliskiej saunie. Na szczęście - bo po wielu koperkowych aferach (a to sauna była mało dogrzana, a to napite towarzystwo 50. latków chciało z niewiadomych przyczyn integrować się z nami przy wódce) wlazłyśmy do "kotła", który okazał się być rewelacyjnym miejscem - a wybiegnięcie z sauny w mroźną i śniegową świeradowską noc dostarczyło nam więcej energii niż nie jeden reklamowany "dopalacz" ;-)
Po winach, pałacowych gadu-gadu zległyśmy w końcu bo dzień później (po szklance uzdrawiającej wody mineralnej w jednej z najładniejszych pijalni przy zakładzie przyrodoleczniczym) ruszyłyśmy do Krakowa na Tiamat i The 69Eyes :-)
Jakoś ta podróż okazała się być prawdziwym pasmem "przygód". Najpierw śnieżyce, mijanki na pobocznych drogach, potem mokra autostrada i... karambol na A4. Tir w poprzek, drugi w rowie, a na to jeszcze kraksa 5 autek osobowych (w tym oczywista takich królowych szos jak matiz czy VV golf - nie znoszę tego auta jak sam skurwysyn). Dość, że znalazłyśmy się w oku cyklopa i czekała nas godzina tkwienia w bezruchu (zanim puścili nas na zjazd), bez jedzenia, bez używek, bez napojów - dobrze, że choć CD działało. Potem frajda przejazdu po okolicznych wsiach i bezdrożach i w końcu Wro, który minęłyśmy z radością przedzierając się na kolejny odcinek A4 tym razem na nasz ulubiony Śląsk i dalej do Małopolski. Dość żeby powiedzieć, że wyjechałyśmy ze Świeradowa he he bez porannej toalety (zapomniałyśmy suszarki ha ha, a i wydało nam się, że zażyjemy w Krakau kąpieli przed koncertem:-) i sunełyśmy w śniegu z niewesołymi minami - bo czas jakoś tym razem przeszedł do obozu "wroga".
Kiedy w końcu dobijałyśmy na obrzeża Starówki w Krakowie wybijała godzina kiedy w klubie "Studio" na Budryka miał się zacząć gig. I jakież było nasze "zdziwienie" (sic!) na widok obiektu w którym miałyśmy złożyć swoje cielska w nocy z 14 na 15 lutego;-)
Photobucket
Poster z filmu "Hostel" przywitał nas na wejściu, więc pomyślałyśmy sobie: jesteśmy w domu ha ha ha. Kamienica w której urządzono noclegi z powodzeniem musiała pamiętać absyntowe party młodopolskich poetów i mędrków, a zimno było jak w kostnicy. Jak łatwo się domyślić: z długiej kąpieli i zabiegów kosmetycznych wyszło nici. I kierując się starą zasadą: w wieczór można liczyć na "efekt barokowy" (półmrok i nieregularne oświetlenie bywa sprzymierzeńcem estetyki) po szybkiej szpachli, przebierance pomknęłyśmy z jakimś buraczanym kierowcą taxi na Budryka. I dobrze się stało, że przyjechałyśmy z prawie 1,5 godzinnym opóźnieniem. Akuratnie na scenie przyjaznego klubu "Studio" wiła się gotycka cierpiętnica o sporych, wybujałych kształtach czyli Ava Inferni. Gosh, jak ja nie przepadam za tymi cierpiącymi dziewojami, które wspiera ponura drużyna mrocznych "jeźdźców". Najgorsze było to, że wokalistka niestety nie posiadała jakoś szczególnie porażających możliwości skali ani barwy i naprawdę musiałabym być zdrowo napita i na krańcu depresyjnym i totalnym spadku poziomu hormonów aby znaleźć w sobie garść empatii dla takiego grania.
Generalnie jestem prostą dziewczyną i jakoś te meandry ohów, westchnień i wilczych zawodzeń oraz pląsów nie trafiają do mnie. Ale widać to trzeba się urodzić z subtelną harfą emocjonalnych zasobów żeby poczuć klimat w stylu Ava Inferni. Nam wystarczyło za to czasu aby zobaczyć kto przyjechał na koncert, jak ubrany, co i gdzie się pije o czym plotkuje. Ale nie minęło 30 minut, kiedy wszystkie nadwyrężające przeżycia walentynkowego dnia poszły sobie na dno mrocznego dołu z wapnem gaszonym:-) A to za przyczyną występu The 69Eyes - gdzie chłopaki w prosty i przejrzysty sposób, a przy tym z punkową werwą - opowiedzieli swoją muzyczną historię. Było naprawdę extra i o koncercie Tiamat wypada mi tylko napisać: zachwycający. I warto było w zimę, wypadki i śnieg gnać do Krakau na to "spotkanie":
no candycoloured paradise
no stary blackholed eyes
no more dreams of neverend
through embers only dark descends
*
* tego numeru akurat nie zagrali, ale pasuje mi ten tekst na podsumowanie.

Padłyśmy w naszym zimnym pokoiku do wyrek (bardzo wygodnych) około 2 nad ranem, przemarznięte, ale zadowolone z życia, sztuki, z siebie i nawet ze śniegu za oknem:-)
W hostelu jak to w Hostelu czekała na nas jeszcze jedna niespodzianka. Otóż około 4 nad ranem wybudziły nas ze snów hordy angolskich pijaków wracających w krakowskich dyskotek. Jeden z bohaterów wyspiarskiej bandy najwyraźniej źle znoszący nadmiar procentów zawartych w polskiej gorzale tak przypieprzył w nasze drzwi swoim cielskiem, że przez chwilę było ryzyko, że będziemy spać we trójkę - bo chyba tego zwalonego draba byśmy nie wykopały łatwo z pokoju. Potem jeszcze trzeba było przeżyć poranny "wyjazd" tej rozwrzeszczanej hałastry (ciągnięcie po drewnianych schodach walizek na kółkach - jako jedna z atrakcji) i wydzieranie ryja do siebie na temat poznanych w Krakau panienek - dowiedziałam się w związku z tym, że furorę robiła tego wieczoru jakaś Dorota o wielkich cycach, a inne dwie były jak "prawdziwe krowy". No cóż, nie ma czym się bulwersować: jaki target taki produkt. Na szczęście około 7.30 pojechali w pizdu czyli na Balice, a myśmy mogły pohibernować do 9.00. Była jeszcze jedna zaleta z tej angielskiej inwazji: śniadanie:-) W związku z tym, że wieś wyjechała na swoją wieś szybciej szwedzki stół został do dyspozycji na reszty gości czyli dokładnie 6 sztuk:-).
A potem, a potem to już szybki powrót do starego, dobrze znanego świata i jego problemów. Taka to nasza Via Dolorosa :

Drag me down and chain me

This is not what it seems
This ain't no cozy little dream
This ain't no mysterious way, no no
This is just another Sunday (...)


Ano w niedzielę popołudniem wszak właśnie wróciłyśmy. Eh. Tak czy siak, kiedy dzisiaj z rana do kawy zadumałam się przy Eriku Satie, westchnęłam i burknęłam szpetnie, że życie to... zresztą napisałam już kilka razy co ja sobie myślę o życiu, wiec tym razem nie będzie wulgaryzmów.

ps. fota by Mo - The 69Eyes - eh, ale bez perkusisty, a szkoda, bo na to zwierzę warto popatrzeć. A - i jeszcze właśnie miałam napisać, że chłopaki zagrały numer LA Woman w brawurowej interpretacji:-)

środa, 11 lutego 2009

marionety.com


Borko otóż nic dzisiaj o ludziach i atrakcjach społecznych. Nie chce mnie się głowy zaśmiecać. Umilam sobie czas Party pod wojennym niebem (Elias Canetti), książką którą wspominałam kilka postów temu. Nic tak nie cieszy jak zjadliwość innych wobec innych. A to też dzisiaj przypomniały mi się "wersety" jakie raz mailem do mnie przyszły: każdy chce siebie widzieć wyjątkowym/ciebie zaś nazwie takim jak wszyscy - frapujące do kawy porannej się nadające:-)
Architektura w przeciwieństwie do ludzi miewa nam naprawdę sporo do powiedzenia, a przy tym nie trajkoce jak stare babsko na bazarze. Stąd czasem lepiej pokontemplować budynki, kompleksy, mapy, plany zagospodarowania przestrzennego lub projekty niźli kiwać głową w rytm usypiających słów na podobieństwo tego obciachowego psa co się go umieszcza za tylną szybą samochodu:-). Tym samym maszerując dzisiaj "radośnie" przez Rynek do naszej agenturalnej placówki zastanawiałam się czy jeszcze kiedyś uda mi się zgubić we Wro? Znaleźć miejsca, zakamarki, których jeszcze nie znam. Labirynt nadający się do próby. Ciekawe.

ps. zdjęcie autorstwa Mo z praskiej włóczęgi. Tak pasuje jakoś: marionety.com.

wtorek, 10 lutego 2009

Boli głowa oraz inne kataklizmy dnia powszedniego


Borko, obrazy Balthusa obecnie uznano by za nader kontrowersyjne, ale na szczęście namalował je dawno, a do tego artysta już nie żyje więc... ujdzie jak to bywa. Osobiście - uwielbiam oglądać Balthusa i basta. Z dwóch powodów: koty i dziewczynki (ja jebię, ale to zabrzmiało;-). Koty - bo jestem kociarą mentalną. Dziewczynki - bo ja dokładnie jestem taką niedojrzałą walniętą dziewczynką z książką i kotem jak te u tego dziwnego, ale jakże czarującego malarza. Wprawdzie stara już ze mnie dziewczynka he he, ale jak mi to raz jeden taki po złości powiedział: ty to taka dziewczynka jesteś, a tu trzeba kobietą być. Ano racja. Ktoś musi, ale ja chyba nie odrobiłam tej lekcji, a i "musi to na Rusi, a w Polsce to co tam każdy chce";-) - jakie piękne anarchistyczne powiedzenie, prymitywne i aroganckie:-). To tyle gwoli wyjaśnień. Przejdźmy do spraw bardziej interesujących czyli kotów i zagłady.
Po wczorajszej wizycie TS Eliota ciągle mnie boli głowa. Jak wiadomo ubijanie interesów wiąże się w branży komunikacyjnej z odbijaniem korków od wina (a do tego TS Eliot przywiózł wino z Bukaresztu;-), to jak łatwo można się zorientować ciężko bywa w naszej pracy. Pozostaje nam mieć też uniżone życzenia aby owoce naszych wspólnych interesów ujrzały w końcu światło dnia i przyniosły żniwo mamony. Eh. Ciężkie te ostatnie czasy kryzysowej zarazy. Dość, dzisiaj dzień trudny. Ostatnio u nas w kwestiach prywatnych jest prawie jak w opowiadaniu "Zagłada domu Usherów" (pisałam kiedyś, że to moje ulubione, więc pewnie taki numer mi moje Bóstwo wywinęło i postanowiło przenieść do literaturę na ekran życia). I dlatego coś mi się zdaje, że moja Kocia Księżniczka odejdzie do krainy wiecznych kocich łowów;-((((. Niestety kuracja i leczenie skutku żadnego nie odnoszą, a Koti słabnie z dnia na dzień. Nie bardzo uśmiecha się mi przeżywać jej "śmierć głodową", a oczywista rzecz reszta familii oczekuje ode mnie podjęcia tak sympatycznej decyzji jaką jest ewentualne uśpienie. No cóż, na kogoś potem trzeba wszystko zwalić. Trochę jestem niesprawiedliwa, ale to zapewne wina wina wczorajszego.
Spędziłam z moją kotką świetne lata. Kawał z niej fajnej eleganckiej dziewczynki. Mądra, zgrabna, układna, piękna, o bursztynowych oczach i futerku czarnym podbitym czekoladowym brązem, w dotyku aksamitnym oraz o łapce, której stąpanie po ziemi ani innych brudnych powierzchniach nie pokalało. Cokolwiek się stanie będzie to strata niepowetowana. Bu.

I dla mojego kota wyszukałam ten obrazek made by Balthus:
Photobucket

a gdybym mogła stać się postacią z komiksu i żyć w nim razem z Koti, to chciałabym abyśmy wyglądały dokładnie tak:
Photobucket

sobota, 7 lutego 2009

Pop-o-kultura czyli wariactwa na temat Aleistera Crowleya


Borko, a dziś zamiast pitu pitu, recenzja z wczorajszego nocnego seansu.
Chemical Wedding (2008) reż Julian Doyle. Scenariusz: Bruce Dickinson (voc. Iron Maiden)
Obsada: Simon Callow/John Shrapnel/Karl Weber/Lucy Cudden

Ceniony okultysta nowego sortu, oraz teoretyk magii chaosu i interpretator mitów Cthulhu – Phil Hine, napisał: każdy bóg sprowadza na swych wyznawców własny rodzaj szaleństwa. Tylko i wyłącznie dzięki tej - jakże wyrozumiałej - interpretacji mogę zabrać się do recenzji filmu, który wysmażyli do spółki Julian Doyle i Bruce Dickinson (tak, ten od zespołu Iron Maiden).
Nie jest to film z aspiracjami nawet do bycia atrakcyjnym kąskiem dla przeciętnego sortu fanów okultyzmu albo po prostu zwolenników horroru. To średnio udane, nasączone bełkotem, „dzieło” może co najwyżej wydać się pociągające dla nastoletnich fascynatów czegoś co laicy nazywają czarną magią połączoną z lekką perwersją, kinem przygodowym i science fiction (ilość bigosu z zakresu fizyki kwantowej czyni ten film na pozór „mądry”, choć tak naprawdę jest to tylko warstwa farby olejnej położona na starą lamperię przeżartą przez grzyb).
Mając takiego bohatera jak Crowley, niezłych aktorów, nastrojowe plenery i chyba dość spory budżet (a na pewno wystarczający) autorzy „Chemicznych Zaślubin” wycisnęli z siebie kupę (gówno zresztą jest „bohaterem” jednej z ważnych – zamierzeniem filmowców – scen, więc ta kloaczna symbolika zdaje się była myślą przewodnią scenariusza). Nie będę streszczać tej historii, dość żeby powiedzieć: jest Bestia, jest opętanie, jest rudowłosa dziewoja i goniący za tajemnicą faceci. Zło to zło i basta. Oczywiście mamy rytuały, młodzież na tropie mrocznego sekretu, trochę zaklęć, parę cytatów z Aleistera, orgietkę i pojedyncze sceny bardziej lub mniej rozpasanego obcowania seksualnego. Na szczęście całość jest dość krótka i przed ostatecznym zniesmaczeniem ratują nas napisy końcowe, które pojawiają się naprawdę w odpowiednim momencie :-)
Nie wiem co w Crowleyu znaleźli Doyle i Dickinson, ale z całą pewnością ich opiekuńcze bóstwo sprowadziło na nich ten rodzaj szaleństwa, który dla mnie jest niezrozumiały i napawa wstydem. A do tego ostatniego zaliczam tylko głupotę. Pozostaje więc czytać Aleistera i mieć wolę do nieco mniej przeszarżowanej interpretacji.
Szkoda tematu. Od jakiegoś czasu myślałam sobie o tym, jak wyglądałby film o Crowleyu (dobry film), co uczyniło w nim połączenie blagi i genialnych myśli oraz czynów? Dlaczego Opactwo Thelemy (ta zrujnowana niewielka willa na Sycylii) do tej pory budzi takie emocje, a oglądanie ocalałych fresków konfuduje odbiorcę i do cholery dlaczego tam nikt nie mieszka? :-)
Aleister Crowley to dzisiaj już część pop kultury i takiego obleśnego pajaca sprzedaje nam „Chemical Wedding” - niby groźny, ale w sumie do pokonania – jak zły sen. Beznadziejne to. Gdyby brać po uwagę słowa Hinego, to właśnie sen ma nieocenioną moc: „Jedną z najskuteczniejszych technik otwierania portali wiodących do krain związanych z mitami Cthulhu, stanowi właśnie śnienie magiczne (…) Jest coś w dynamice śnienia, co zbliża ją do pobudzenia emocjonalnego, właściwego tym mitom. Sen wydaje się szczególnie bliski stanom granicznym związanym z poszerzoną percepcją i paranoją”.
Niestety Doyle i Dickinson śnili o czym innym i chyba lepiej nie wnikać w podstawę tych majak.

ps. nigdy nie lubiłam Iron Maiden i to powinnam wziąć sobie do serca w chwili gdy sięgałam po ten film - to raz. A dwa: jak - no jak kurwa - poważnie potraktować "coś", gdzie w zajawce reklamującej filmu pojawia się poważny błąd w imieniu bohatera. Eh.
I jeszcze w innych kwestiach filmowych: widziałam Idealnego chłopaka dla mojej dziewczyny (może być, choć za długi i trochę jednak w całości miałki oraz Drogę do szczęścia - rzecz wybitna, depresyjna i nie owijająca w bawełniane gacie sprawy, o których często myślimy, a sto pięćdziesiąt razy przygryzamy sobie zęby żeby o nich nie mówić. Warto zobaczyć, ale lepiej nie iść samemu na ten film.

piątek, 6 lutego 2009

Nibylandia bez creme brule


Borko nie odebrałam od Ciebie telefonu bo Kocia Księżniczka zachorowała i ma powiększoną nerkę dlatego ten tydzień mi się trochę rozjechał i nie bardzo jakoś na rozmowy chciało mi się dobrej energii znaleźć. Sporo w tym tygodniu dobrych rzeczy, ale też i głupio ponuro kryzysowych, więc jeszcze nie wypowiem się wieszczo o perspektywach gospodarczych polskiego rynku, ale może kurwa Tarota postawię to będzie coś wiadomo. Ostatnio jak słucham, czytam relacje ekonomistów i bilansistów to zastanawiam się czy naprawdę trzeba wypasione studia ekonomiczne kończyć aby popierdalać takie bzdury. Nevermind. Dziś dla odmiany podpisałyśmy zlecenie z firmą, w której pracują same ciacha i co najpiękniejsze mają tą boską cechę myślenia w kategoriach zero-jedynkowych, i tak myślę sobie: nie zapeszać, nie zapeszać. Ale ze złej strony: nasz dobry "zielony" zleceniodawca zawiesza projekty i to mnie dear trochę martwi - kłamię, bardzo mnie martwi. Ale może to tak ma być, cube przesuwa się - zmienia charakter naszego położenia - i wymaga odnalezienia się w nowych "realiach". Co dalej droga Filipinko? Co dalej?
I ogólnie jest mi kurwa dzisiaj źle, zimno, oraz nawet zakupy nie cieszą. Zupełnie nie wiem dlaczego zamiast creme brule ciągle dostaję zwykły budyń, a "kelner życia" bezczelnie się przy tym uśmiecha i wciska mi, że tak ma być.
Za tydzień będę chodzić po "Izerskich" a potem czas na "piekiełko" w Krakowie, dobrze, że choć w końcu ruszymy w trasę.
I'm only waiting for the proper time to tell you
That it's impossible to get along with you
It's hard to look you in the face when we are talking
So it helps to have a mirror in the room.


bu.

środa, 4 lutego 2009

PO PROSTU DRI!!!

Borko, ale to jest najlepszy prezent jaki dostałam ostatnio (w kontekście przykrości ostatniego czasu) i to jasna rzecz od Najlepszego z Braci;-)
Co tu pisać! TCHAD :-)

wtorek, 3 lutego 2009

Gastronomia i Kafka


Borko, a to fotka przypadkowa, ale sennie urocza z dzielnicy żydowskiej w Pradze. gastronomiczno-kafkowski nastrój. Bardzo miły. A ja dodam tylko dzisiaj: synagoga tak, karczma nie, zdecydowanie nie :-)

poniedziałek, 2 lutego 2009

Od czasu do czasu, od zmierzchu do zmierzchu...


Borko czasem to mi się zdaje, że to wszystko przeze mnie się dzieje. Może to irracjonalne, ale z drugiej strony czym jest racjonalizm?
Niczym.
Całe życie gadamy o śmierci, a ona za każdym razem wystrychnie nas na dutka.
...any colour you like as long as it's black/you have anything if you just give it back/you could be a celebrity like me/it won't change anything as you will see/any colour you like as long as it's black...

niedziela, 1 lutego 2009

Do You Dream of Me?


Borko, gałązko aloesu na moim parapecie;-), ostatnio śni mi się podejrzanie tak fajnie, że coraz bardziej z tych onirycznych podróży nie chce mi się wracać. Zawsze miałam pewność odnośnie flory bakteryjnej snów - zależy ona od legowiska i otoczenia. To jak listopadowa przeprowadzka wpłynęła na moje majaki zauważyłam dość szybko. Jednak ostatnio dzieje się w mojej głowie jakaś zupełna fantastyczna rozpusta. Żadnych mrocznych symboli ani paktów, bez tłuczenia się, umierania, bez kąsania ani innych nie-nazwanych istot, które zazwyczaj lubią mnie odwiedzać żeby sobie trochę pogadać z nudów;-). Oto moje senne odcinki komiksu układają się w nieskończenie fajną przygodę, dźgają mnie nasączonymi esencjonalnie wstawkami o emocjonalnym podłożu i udzielają odpowiedzi na najbardziej zwariowane pytania. A przy tym tonacja kolorystyczna jest dokładnie utrafiona w moje gusta;-) Eh, ale uczciwie mówiąc na real jakoś to wszystko się nie przekłada. A może to ja sama jestem sobie winna? Wszak nie szanując zbytnio realu i mając każdego dnia posmak lekkiej goryczki cynizmu pomieszanego ze smutkiem taki los właśnie sobie zgotowałam. Nie wiem, nie będę się upierać. I wczoraj nocą truptając sobie po świeżym śniegu co o północy zakrył cale miasto pomyślałam sobie: a do dupy z tym wszystkim i jest mi już wszystko obojętne. Interesujące jest teraz bardziej to, że Zmory z Żytniej najwyraźniej opuściły mnie, co świadczyłoby za tym, że przypisane były miejscu, a nie mnie. Oczywiście nie byłabym sobą gdybym tego wszystkiego nie zinterpretowała zupełnie jeszcze inaczej: może to Piekło już po mnie się zgłasza? Sygnalizując: "game over" i dla osłody podsyła mamiące moje ego obrazki;-)

Come down, slowly
Im waiting by your side
Come down, carefully
Im waiting by your side

Ill grab you when you fall
Down to the waking hours
Silents sweeps as golden corn
Down to the waking hours

How I wish that I could
Break into your dreams
Do I have the force I need
To break into your dreams

I hold you in my arms
Dimmed by scarlet morning red
I whisper in your ear
Do you dream of me ?

Ps. nieee, no muszę pochwalić się nowymi manipulacjami Monique;-)

Photobucket

Photobucket