poniedziałek, 23 lutego 2009

El Beso de la mujer araña


Borko mieszka w swojej "połamanej przestrzennie" norce już trzy lata z hakiem, a jej kształt i zawartość ulega nieustannym przemianom. Dążenie do upragnionej doskonałości jest trudne, a czasem zastanawiam się czy ten wyznaczony na początku "pik" w ogóle jest osiągalny. Są czasem sytuacje, kiedy ustalenie i uporządkowanie staje się jakby "samo z siebie", są ludzie dotykający zaledwie zastanej rzeczywistości, a ta jakby za magicznym pstryknięciem układa się, porządkuje i klaruje. Zapewne jest to kwestia energii, która przylepiona do nas determinuje wszystko z czym się w życiu stykamy. Brak "końca osiągnięcia porządku" w mieszkaniu Borko nastraja mnie do pogodnej, choć nieco melancholijnej myśli, że swój ciągnie do swego i nie bez powodu tak dobrze się rozumiemy.
W "weekendowym międzyczasie" zdarzyło się za jednym zamachem sporo i nic:-) Ot, taka ciekawa forma - że niby dzieje się, ale w zasadzie z perspektywy wielkich narracji (ha ha) nic się nie dzieje znaczącego. Wyjazd z koncertem nawet udany, choć zmęczenie masakryczne - A4 w piątek i padający śnieg to wykańczająca mieszanka, na szczęście powrót nocny upływał w o wiele lepszych warunkach i mimo starczych bólów w kościach, zmęczenia i zimna - chyba warto pozostawać w tym "dziwacznym ruchu". Natomiast w sobotę przemądra Ags urządzała urodziny (ostatnie przed 40.) - zabawne, a ja pamiętam jak obchodziłyśmy razem moje ostatnie przed 30., kończąc "na Bukowskiego" w jednym pubie o tzw. szkockim sznycie, gdzie mniej więcej o 3 nad ranem zawzięcie dyskutując o zdaje się postmodernistycznym sznycie myślenia (kuwa, że też człowiek tracił tyle energii na takie spory;-) do naszej "beczki" chcieli się dosiąść jacyś inni zagubieni w odwrotności trzeźwości "chłopacy" i dialog pomiędzy obiema stronami rozegrał się mniej więcej taki: - Moszchemy się do was pszyyyssiąść, dziewczyny? - Nie. - dlaszszszego nie? - Bo rozmawiamy o Deleuze i nie mamy czasu (sic!!! - przyp. red.) - Ale my jesztessmy na luzzie i mamy szass. - Kurwa, jak mówię wypierdalać to wypierdalać i to już! - ...no dobhra, pszechcie rozumiemmmmy co do nas mówicie...
Ano. Z łezką w oku wspominam to krzewienie klasyków postmodernizmu wśród ludu. Ale niech tam co - jak sama często mówię - trzeba skupić się na wszystkich All Tomorrow's Parties, a nie tak w tej przeszłości ryć nosem:-) By the way właśnie przeszłości i urodzin Ags: party było hm nader dalekie od tego co preferuję i wybaczcie mi prostoduszność chamki, ale sama będąc piewcą nierówności - w sensie nie ma czegoś takiego jak powszechna dostępna równość - nie toleruję tekstów w stylu "a ten/ta to był margines...", "nieee, no ten nie mógł wyrosnąć na kogoś z klasą" itp itd i poziom mojego zniesmaczenia był równy poziomowi chęci przypierdolenia tej czy owej:-), ale jako żeśmy już przysypani pyłem refleksji nad życiem i społecznymi relacjami - cały "dramat wątpliwości" rozegrał się w mej główce i sącząc przyjazne czerwone wytrawne uśmiechałam się ze zrozumieniem słuchając paplaniny interlokutorek. W sumie, że tak zacytuję "klasyka": a co mnie to obchodzi czym te panie żyją?. Korzystną stroną party okazało się zapoznanie z książką Sztuka Prostoty - Dominique Loreau - choć nie przepadam za "poradnikami" (co ja kuwa piszę - przecie ja zawsze wyśmiewam poradniki w mało subtelny sposób) to wiele fajnych uwag w tej knidze zawarto - właśnie przy okazji kotwic wspomnień i przedmiotów zlepionych w symbiozie z naszymi ciałami i duchami. No i pani Domique radzi rano rozpoczynać dzień od szklanki ciepłej wody z octem jabłkowym i łyżką miodu - a to świetna rzecz i przez lata przeze mnie wypraktykowana jako specjalistyczny drink detoksykacyjny i zapobiegający powstawaniu zwałów tłuszczowych:-), więc od razu nabrałam sympatii do autorki. A zresztą co tam, lubię japoński design (przy projektowaniu grafiki) wszak więc trudno z sympatią nie potraktować Sztuki Prostoty. W niedzielę, kiedy to nas zastała "zima o poranku" - utoczyłyśmy sobie z Ags w końcu fajną rozmowę i w sumie na tyle byłoby o imprezowaniu, jak zwykle rozmowy w pościeli okazały się być lepsze od rozmów przy stole. A potem, a potem to już mnie zastała wiadomość o śmierci Reginy (93. lata, najstarsza z naszej mikrej rodzinki, brzydsza siostra nieżyjącej już mojej pięknej babki Seweryny - a raczej winnam napisać Severine - bo kojarzyła mi się babka z bohaterką Piękności dnia Luisa Bunuela). Regina - prawdziwy ancymon - eh, wiele by opowiadać, ale kogo to wszak obchodzi? Zajmowała się moim wychowaniem przez czas jakiś: rózgą przekonując do wyższości jabłek nad pepsi, katując godzinnym zaplataniem długich do pasa włosów w dwa dziwaczne warkocze, które potem misternie upinała mi w jakąś koronę oraz krojąc kromki bułki pszennej z masłem i serem w maleńkie kosteczki ponieważ jej zdaniem dziewczynka musiała nauczyć się jeść małymi kęsami i nie mieląc mordą jak krowa:-), a w końcu to ta sama Regina, która obrażona na starość nieakceptowanym przez nią moim stylem życia zmieniła swój testament pozbawiając mnie w zasadzie wszystkiego czym karmiono mnie od lat - poczucia bezpieczeństwa. I nic to. De mortuis nil nisi bonum - i tyle tego mówienia, koniec i kropka. Wszystko co nas spotyka w jakimś celu nas spotyka.
Rano przypomniała mi się książka Manuela Puiga - Pocałunek kobiety pająka. Wszak wszyscy sobie opowiadamy jakieś "filmy":-)

Brak komentarzy: