środa, 25 lutego 2009

Obciach jako forma radosna


Borko, nie mnie tu dzisiaj poważnie pisać (zresztą, czy ja w życiu swym choć raz poważną byłam? - zapytam się retorycznie, bo nie bardzo mi się do uzyskania odpowiedzi śpieszy). Jednak brak ważności podjęcia tematów ważnych wynika też i z tego, że(śmy) się napracowali ostatnio przy okazji awantur 5Władzowych i wolałabym coś lekkiego i szurniętego napisać. Tym bardziej - bo ostatnio ciężko gatunkowe z życia wzięte incydenty - nadmiernie grozą swą rzucają cień na mój dzień powszedni, a przecież chodzi w tym wszystkim o to aby się nie dać, przynajmniej jeszcze nie teraz.
Wczoraj, przed snem, na odpędzenie kwestii ewentualnego zawału (związanego z 5W) i żeby nie myśleć o sprawach neurotycznych na noc (bo potem śni się woda w basenie co mnie wciąga w głębiny:-) pozastanawiałam się nad kwestiami obciachowymi. Gwoli wyjaśnienia - kategorię obciachu determinuję sobie twórczością Kozyry - z tym zastrzeżeniem, że ja do obciachu z ciepłem wielkim podchodzę i sercem na dłoni, bo mi to bliskie, jak wszystko co odtrącone przez jedynie słusznie poważnych, dobrych i uczciwych mieszkańców planety Ziemia :-). Ale - niezmiennie obciach to obciach; myślę sobie: większość ludzi nie znosi rozmawiać o obciachu, chyba, że tylko i wyłącznie z pozycji prześmiewczych arbitrów lub obserwatorów. Jak pogmeram sobie w pamięci i przeanalizuję sytuacje, w których słucham jakiś narracji to moi rozmówcy zazwyczaj stawiają siebie w rolach herosów, geniuszy złotych myśli, ciętych ripost i stonowanych zachowań, dyplomatycznych posunięć. To cała reszta okazuje się być błaznami, albo tępymi niezgułami:-) Może tak czynimy wszyscy - ratując własne resztki potrzeby dumy;-), a może cały ten zgiełk wynika z problemów komunikacyjnych, z błędnych interpretacji? Pewnie jakoś tak po środku to wszystko się rozkłada. Wróćmy do przemyśleń o incydentach obciachowych... Tak właśnie zaklinając się do poduszki - strzeliła mi do głowy myśl, że jednym z największych obciachowych przedsięwzięć w moim życiu było... przeczytanie prawie (z naciskiem na PRAWIE) wszystkich książek Jerzego Putramenta w wieku nastoletnim ha ha ha ha ha ha ha. W gruncie rzeczy, pocieszam się tylko, że nie wytrwałam meetingu z Karolem Dobraczyńskim, bo tego już sobie chyba bym nie darowała. No i jednak Machejek od razu wzbudził we mnie niechęć, ale pamiętam za to świetny reportaż o nim (w GW he he he - to "he" to z racji ostatnich dyskusji blogowych).
Mo - argumentowała mi przy winie z Biedronki w Świeradowie, że są książki do których nie należy w żadnym wypadku wracać, zamknąć zaklęciem, zachować w pamięci tamto przeszłe odczucie i nigdy nie wracać bo nasza konfrontacja po latach może być bolesna. Nooo, nie wiem, nie wiem, jeszcze nie jestem przekonana;-). Do "starego agenta" na pewno nie wrócę, choć pamiętam, że Odyniec mnie się wtedy podobał, bo było coś denerwująco rozpaczliwego w dwójce bohaterów gryzących się przez całe życie, a jednak nieustannie dążących do interakcji. Kuwa, nieee, no obciach jednak ten Putrament:-). Ale pamiętam też jak czytałam sobie Młot na czarownice - i poziom mojego zniesmaczenia sięgał korzeniom Drzewa Sefirotów. Bu. Ale to zupełnie inna bajka z innymi bohaterami.
Kończąc - obciach w swym uświadomieniu - bywa lekko oczyszczającym środkiem, może nawet i przeczyszczającym - pomaga zaśmiać się z siebie samego, pomaga zasnąć.

Chciałem żyć sam. Nad ścieżką przefrunął jednak drogi ptak Lou, a ja spostrzegłem, że to był orzeł. I zapragnąłem mieć orła przy sobie.


Dokładnie jak w bajce o szczurku, który stał się orłem:-)

Ps. obrazek dostałam od cheri Dante - i on mnie tak pasuje, taki obciachowy gotyk komiksowy i choć ja teraz blondynka, to jednak z sentymentem wspominam swoje czarne wcielenie ;-)

Brak komentarzy: