poniedziałek, 16 lutego 2009

Właśnie wróciłam...jak zwykle;-)


Borko, jak można zauważyć po blogu - właśnie wróciłam. Ledwie dochodzę do siebie po całej eskapadzie, choć z zadowoleniem stwierdzam: zakwasów już dzisiaj w łydkach nie mam:-) Ano, zastosowałam wczoraj starą sprawdzoną metodę czyli panaceum z aspiryny i kieliszka czerwonego wina. Wczoraj nie było lekko, w krakowskim hostelu (o tym przybytku zaraz będzie więcej) idąc na śniadanie nie mogłam wleźć zgrabnie na trzecie piętro bo nózie odmówiły posłuszeństwa. Jak domyślasz się wyjazd okazał się być nadzwyczaj udany...
A było tak:
W piątek 13 z rana (to znaczy dla nas z rana, bo była 10 przed południem;-) ruszyłyśmy opłotkami i dziwnymi dolnośląskimi drogami w kierunku Stogu Izerskiego na rekonesans "eventowy" oraz po to aby odetchnąć od wszechobecnego miasta i zdobyć jakąś zimową górę. Trasa piękna, góry extra, śniegu mnóstwo, a na szczycie czekało na nas prawdziwe zlodowaciałe białe piekiełko. Brodząc po kolana w śniegu zachwycałyśmy się narciarskim (Mo) i snowboardowym (ja) szaleństwem. Jako, że na górę wjechałyśmy gondolom, skąd się właśnie uśmiechamy:
Photobucket
...to do ludzkich sadyb postanowiłyśmy wrócić piechotą (ku rozbawieniu obsługi stacji przewozowej) śnieżnym traktem; jak się okazało warunki nie były aż takie złe i spory odcinek udało nam się pokonać biegiem - bardzo polecam, nie ma jak zimowa zaprawa w śnieżycę;-). Tak czy siak - jak to bywa w baśniach - zło zawsze wraca, i po godzinie byłyśmy już w Świeradowie na winie. Spałyśmy w neogotyckim pałacyku, którego kolumny ozdobiono niesamowitym wzorem w nietoperze:
Photobucket
Prowadząca ten ponury (w sensie pozytywnym) obiekt (pełen Niemców i szalonych instruktorów narciarstwa;-) namówiła nas na pobyt w pobliskiej saunie. Na szczęście - bo po wielu koperkowych aferach (a to sauna była mało dogrzana, a to napite towarzystwo 50. latków chciało z niewiadomych przyczyn integrować się z nami przy wódce) wlazłyśmy do "kotła", który okazał się być rewelacyjnym miejscem - a wybiegnięcie z sauny w mroźną i śniegową świeradowską noc dostarczyło nam więcej energii niż nie jeden reklamowany "dopalacz" ;-)
Po winach, pałacowych gadu-gadu zległyśmy w końcu bo dzień później (po szklance uzdrawiającej wody mineralnej w jednej z najładniejszych pijalni przy zakładzie przyrodoleczniczym) ruszyłyśmy do Krakowa na Tiamat i The 69Eyes :-)
Jakoś ta podróż okazała się być prawdziwym pasmem "przygód". Najpierw śnieżyce, mijanki na pobocznych drogach, potem mokra autostrada i... karambol na A4. Tir w poprzek, drugi w rowie, a na to jeszcze kraksa 5 autek osobowych (w tym oczywista takich królowych szos jak matiz czy VV golf - nie znoszę tego auta jak sam skurwysyn). Dość, że znalazłyśmy się w oku cyklopa i czekała nas godzina tkwienia w bezruchu (zanim puścili nas na zjazd), bez jedzenia, bez używek, bez napojów - dobrze, że choć CD działało. Potem frajda przejazdu po okolicznych wsiach i bezdrożach i w końcu Wro, który minęłyśmy z radością przedzierając się na kolejny odcinek A4 tym razem na nasz ulubiony Śląsk i dalej do Małopolski. Dość żeby powiedzieć, że wyjechałyśmy ze Świeradowa he he bez porannej toalety (zapomniałyśmy suszarki ha ha, a i wydało nam się, że zażyjemy w Krakau kąpieli przed koncertem:-) i sunełyśmy w śniegu z niewesołymi minami - bo czas jakoś tym razem przeszedł do obozu "wroga".
Kiedy w końcu dobijałyśmy na obrzeża Starówki w Krakowie wybijała godzina kiedy w klubie "Studio" na Budryka miał się zacząć gig. I jakież było nasze "zdziwienie" (sic!) na widok obiektu w którym miałyśmy złożyć swoje cielska w nocy z 14 na 15 lutego;-)
Photobucket
Poster z filmu "Hostel" przywitał nas na wejściu, więc pomyślałyśmy sobie: jesteśmy w domu ha ha ha. Kamienica w której urządzono noclegi z powodzeniem musiała pamiętać absyntowe party młodopolskich poetów i mędrków, a zimno było jak w kostnicy. Jak łatwo się domyślić: z długiej kąpieli i zabiegów kosmetycznych wyszło nici. I kierując się starą zasadą: w wieczór można liczyć na "efekt barokowy" (półmrok i nieregularne oświetlenie bywa sprzymierzeńcem estetyki) po szybkiej szpachli, przebierance pomknęłyśmy z jakimś buraczanym kierowcą taxi na Budryka. I dobrze się stało, że przyjechałyśmy z prawie 1,5 godzinnym opóźnieniem. Akuratnie na scenie przyjaznego klubu "Studio" wiła się gotycka cierpiętnica o sporych, wybujałych kształtach czyli Ava Inferni. Gosh, jak ja nie przepadam za tymi cierpiącymi dziewojami, które wspiera ponura drużyna mrocznych "jeźdźców". Najgorsze było to, że wokalistka niestety nie posiadała jakoś szczególnie porażających możliwości skali ani barwy i naprawdę musiałabym być zdrowo napita i na krańcu depresyjnym i totalnym spadku poziomu hormonów aby znaleźć w sobie garść empatii dla takiego grania.
Generalnie jestem prostą dziewczyną i jakoś te meandry ohów, westchnień i wilczych zawodzeń oraz pląsów nie trafiają do mnie. Ale widać to trzeba się urodzić z subtelną harfą emocjonalnych zasobów żeby poczuć klimat w stylu Ava Inferni. Nam wystarczyło za to czasu aby zobaczyć kto przyjechał na koncert, jak ubrany, co i gdzie się pije o czym plotkuje. Ale nie minęło 30 minut, kiedy wszystkie nadwyrężające przeżycia walentynkowego dnia poszły sobie na dno mrocznego dołu z wapnem gaszonym:-) A to za przyczyną występu The 69Eyes - gdzie chłopaki w prosty i przejrzysty sposób, a przy tym z punkową werwą - opowiedzieli swoją muzyczną historię. Było naprawdę extra i o koncercie Tiamat wypada mi tylko napisać: zachwycający. I warto było w zimę, wypadki i śnieg gnać do Krakau na to "spotkanie":
no candycoloured paradise
no stary blackholed eyes
no more dreams of neverend
through embers only dark descends
*
* tego numeru akurat nie zagrali, ale pasuje mi ten tekst na podsumowanie.

Padłyśmy w naszym zimnym pokoiku do wyrek (bardzo wygodnych) około 2 nad ranem, przemarznięte, ale zadowolone z życia, sztuki, z siebie i nawet ze śniegu za oknem:-)
W hostelu jak to w Hostelu czekała na nas jeszcze jedna niespodzianka. Otóż około 4 nad ranem wybudziły nas ze snów hordy angolskich pijaków wracających w krakowskich dyskotek. Jeden z bohaterów wyspiarskiej bandy najwyraźniej źle znoszący nadmiar procentów zawartych w polskiej gorzale tak przypieprzył w nasze drzwi swoim cielskiem, że przez chwilę było ryzyko, że będziemy spać we trójkę - bo chyba tego zwalonego draba byśmy nie wykopały łatwo z pokoju. Potem jeszcze trzeba było przeżyć poranny "wyjazd" tej rozwrzeszczanej hałastry (ciągnięcie po drewnianych schodach walizek na kółkach - jako jedna z atrakcji) i wydzieranie ryja do siebie na temat poznanych w Krakau panienek - dowiedziałam się w związku z tym, że furorę robiła tego wieczoru jakaś Dorota o wielkich cycach, a inne dwie były jak "prawdziwe krowy". No cóż, nie ma czym się bulwersować: jaki target taki produkt. Na szczęście około 7.30 pojechali w pizdu czyli na Balice, a myśmy mogły pohibernować do 9.00. Była jeszcze jedna zaleta z tej angielskiej inwazji: śniadanie:-) W związku z tym, że wieś wyjechała na swoją wieś szybciej szwedzki stół został do dyspozycji na reszty gości czyli dokładnie 6 sztuk:-).
A potem, a potem to już szybki powrót do starego, dobrze znanego świata i jego problemów. Taka to nasza Via Dolorosa :

Drag me down and chain me

This is not what it seems
This ain't no cozy little dream
This ain't no mysterious way, no no
This is just another Sunday (...)


Ano w niedzielę popołudniem wszak właśnie wróciłyśmy. Eh. Tak czy siak, kiedy dzisiaj z rana do kawy zadumałam się przy Eriku Satie, westchnęłam i burknęłam szpetnie, że życie to... zresztą napisałam już kilka razy co ja sobie myślę o życiu, wiec tym razem nie będzie wulgaryzmów.

ps. fota by Mo - The 69Eyes - eh, ale bez perkusisty, a szkoda, bo na to zwierzę warto popatrzeć. A - i jeszcze właśnie miałam napisać, że chłopaki zagrały numer LA Woman w brawurowej interpretacji:-)

3 komentarze:

Studyta pisze...

"Jaki target - taki produkt" - cudne :-DDDDDD

Patrycja Blaum pisze...

:-) no myślę sobie, że to raczej potomkowie klanów rzeźnickich bawili w Krakau niż wysublimowani angielscy arystokraci z prowincji;-) Więc dziewczęta musiały odpowiadać ich gustom. Z całą pewnością z spadkobierczyniami misji BruLionu tej nocy chłopaki się nie bawili:-)

Anonimowy pisze...

Chyba nie posądzałaś "Sromotnych Kobziarzy" o to ze przyjechali do Cracow zwiedzac Wawel ;-) Duch.