sobota, 7 lutego 2009

Pop-o-kultura czyli wariactwa na temat Aleistera Crowleya


Borko, a dziś zamiast pitu pitu, recenzja z wczorajszego nocnego seansu.
Chemical Wedding (2008) reż Julian Doyle. Scenariusz: Bruce Dickinson (voc. Iron Maiden)
Obsada: Simon Callow/John Shrapnel/Karl Weber/Lucy Cudden

Ceniony okultysta nowego sortu, oraz teoretyk magii chaosu i interpretator mitów Cthulhu – Phil Hine, napisał: każdy bóg sprowadza na swych wyznawców własny rodzaj szaleństwa. Tylko i wyłącznie dzięki tej - jakże wyrozumiałej - interpretacji mogę zabrać się do recenzji filmu, który wysmażyli do spółki Julian Doyle i Bruce Dickinson (tak, ten od zespołu Iron Maiden).
Nie jest to film z aspiracjami nawet do bycia atrakcyjnym kąskiem dla przeciętnego sortu fanów okultyzmu albo po prostu zwolenników horroru. To średnio udane, nasączone bełkotem, „dzieło” może co najwyżej wydać się pociągające dla nastoletnich fascynatów czegoś co laicy nazywają czarną magią połączoną z lekką perwersją, kinem przygodowym i science fiction (ilość bigosu z zakresu fizyki kwantowej czyni ten film na pozór „mądry”, choć tak naprawdę jest to tylko warstwa farby olejnej położona na starą lamperię przeżartą przez grzyb).
Mając takiego bohatera jak Crowley, niezłych aktorów, nastrojowe plenery i chyba dość spory budżet (a na pewno wystarczający) autorzy „Chemicznych Zaślubin” wycisnęli z siebie kupę (gówno zresztą jest „bohaterem” jednej z ważnych – zamierzeniem filmowców – scen, więc ta kloaczna symbolika zdaje się była myślą przewodnią scenariusza). Nie będę streszczać tej historii, dość żeby powiedzieć: jest Bestia, jest opętanie, jest rudowłosa dziewoja i goniący za tajemnicą faceci. Zło to zło i basta. Oczywiście mamy rytuały, młodzież na tropie mrocznego sekretu, trochę zaklęć, parę cytatów z Aleistera, orgietkę i pojedyncze sceny bardziej lub mniej rozpasanego obcowania seksualnego. Na szczęście całość jest dość krótka i przed ostatecznym zniesmaczeniem ratują nas napisy końcowe, które pojawiają się naprawdę w odpowiednim momencie :-)
Nie wiem co w Crowleyu znaleźli Doyle i Dickinson, ale z całą pewnością ich opiekuńcze bóstwo sprowadziło na nich ten rodzaj szaleństwa, który dla mnie jest niezrozumiały i napawa wstydem. A do tego ostatniego zaliczam tylko głupotę. Pozostaje więc czytać Aleistera i mieć wolę do nieco mniej przeszarżowanej interpretacji.
Szkoda tematu. Od jakiegoś czasu myślałam sobie o tym, jak wyglądałby film o Crowleyu (dobry film), co uczyniło w nim połączenie blagi i genialnych myśli oraz czynów? Dlaczego Opactwo Thelemy (ta zrujnowana niewielka willa na Sycylii) do tej pory budzi takie emocje, a oglądanie ocalałych fresków konfuduje odbiorcę i do cholery dlaczego tam nikt nie mieszka? :-)
Aleister Crowley to dzisiaj już część pop kultury i takiego obleśnego pajaca sprzedaje nam „Chemical Wedding” - niby groźny, ale w sumie do pokonania – jak zły sen. Beznadziejne to. Gdyby brać po uwagę słowa Hinego, to właśnie sen ma nieocenioną moc: „Jedną z najskuteczniejszych technik otwierania portali wiodących do krain związanych z mitami Cthulhu, stanowi właśnie śnienie magiczne (…) Jest coś w dynamice śnienia, co zbliża ją do pobudzenia emocjonalnego, właściwego tym mitom. Sen wydaje się szczególnie bliski stanom granicznym związanym z poszerzoną percepcją i paranoją”.
Niestety Doyle i Dickinson śnili o czym innym i chyba lepiej nie wnikać w podstawę tych majak.

ps. nigdy nie lubiłam Iron Maiden i to powinnam wziąć sobie do serca w chwili gdy sięgałam po ten film - to raz. A dwa: jak - no jak kurwa - poważnie potraktować "coś", gdzie w zajawce reklamującej filmu pojawia się poważny błąd w imieniu bohatera. Eh.
I jeszcze w innych kwestiach filmowych: widziałam Idealnego chłopaka dla mojej dziewczyny (może być, choć za długi i trochę jednak w całości miałki oraz Drogę do szczęścia - rzecz wybitna, depresyjna i nie owijająca w bawełniane gacie sprawy, o których często myślimy, a sto pięćdziesiąt razy przygryzamy sobie zęby żeby o nich nie mówić. Warto zobaczyć, ale lepiej nie iść samemu na ten film.

2 komentarze:

Studyta pisze...

Mariaż chemiczny to jeden z głównych etapów opus alchymicum. Towarzyszące mu obrazy to kopulujący bądź umarli kochankowie (Szekspir sie kłania), Księżyc i Słońce, drapieżne ptaki. Pod koniec z tej gmatwaniny wyłania się Kamień Filozoficzny. Jest coś takiego w tym filmie czy raczej tylko kupa i obscena?

Patrycja Blaum pisze...

Stu - otóż to, że nie ma. Jak dla mnie jest tam sporo błędów jeśli chodzi o interpretacje magiczne. Głównie kupa i obscena strojąca się w fatałaszki "czegoś wyjątkowego". A zresztą, nawet ta obscena to taka kulawa. Pokazują (m.in.) niby rytuał eleuzyjski, ale umówmy się, to chyba wedle interpretacji autorów filmu, bo mogli choć zaglądnąć do książki K. Kerenyi, albo ja wiem trochę obrazów pooglądać. Szkoda czasu na te film. Jak kiedyś będę miała czas i humor to sama napiszę o rytuałach to i owo.