środa, 30 września 2009

The Randy Dandy


Borko droga, mam czasem przeczucie estetyczne co do tego, że mi się szerokość geograficzna pod względem twórczości, zarobkowania i nosa minęła:-) Choć zapewne te wnioski i przekonania nie wpłyną jakoś szczególnie na rzeczywistość, jednak sprawiają niezłą frajdę.
A to właśnie otworzyłam dzisiejszą subskrypcję NTY Style Magazine i z jakim radosnym zaskoczeniem obaczyłam najnowsze trendy dla mody męskiej jakie wieszczą bolki z niujorka. I kto jest idolem wyobraźni na czas najbliższy? Gabriel De'Annunzio:-) Tu artykuł jaki New York Times o Gabrielu wysmażył: The Randy Dandy, a tutaj sesja zdjęciowa mode.
Można byłoby nieco skusić się na refleksję dekonstrukcyjną by the way tej estetyki, ale Mała Pat musi pozarobkować i to nie w NYT:-)

wtorek, 29 września 2009

Merchdesign


Borko, co zastaje się w domu samotnego (czasowo lub długoterminowo) faceta? Wczoraj usłyszałam pytanie o to czy kojarzę ten charakterystyczny zapach jaki wytwarza się w opuszczonym domostwie, mieszankę starych kapciuchów, skarpet oraz oparów browara i przegrzanego powietrza od nieustannie włączonego komputera. Tia, a i owszem. Choć mnie się zdarzyło raz po dłuższej nieobecności (jeszcze za czasów związkowych) zastać gruz z wannie:-)))), który musiałam o 1. nad ranem wynieść chcąc się wykąpać:-) Borko by jeszcze dorzuciła, że można zastać też inną babę pijącą z naszych kubeczków. Pewnie lista byłaby baaaardzo długa. Ale czy teraz czujemy się bezpieczniejsze? Well...

Ps. Na focie: idealny zestaw gospodyni domowej bądź rewolucja w kwestii merchdesign:-)

poniedziałek, 28 września 2009

Become the "lodzik"


Borko, a więc wszystko zaczęło się od opowieści o wyprawie do sklepu. Udałam się do centrum handlowego zwanego: współczesna świątynia konsumpcji i powszechnej radości rodzinnej w celu nabycia dwóch pstrągów patroszonych, jednego płynu do płukania tkanin oraz soli morskiej. Przechadzając się między regałami zachciało mi się zjeść loda. Ale doszłam do wniosku, że nie będę kupować żadnego tam badziewia w papierku co mnie się rozpuści "namarkiecie", tylko jak "człowiek" udam się na "pasaż" i kupie na jakimś mniej lub bardziej znanym stoisku, gdzie lud zasiada nad szklanymi miseczkami i takimi tam innymi. Jak pomyślałam tak już prawie uczyniłam, ale... w ostatniej chwili przyszedł mnie do głowy kolejny pomysł: eee, nie będę siedzieć jak palant w cukierni z siatką ryb skoro mogę jeszcze zajrzeć tu i ówdzie "nasklepy", a przecież lodzika sprzedają jeszcze na dworze zaraz przy wyjeździe, a do tego włoskiego, kręconego. Tak więc zostawiłam sobie przyjemność na koniec. Radośnie zmierzając do domu pobiegłam w kierunku przyuważonych wcześniej budek. Tyle, że tam zamiast uroczej pani co kręci lody powitał mnie napis: "lodów chwilowo brak". Kuwa. A że zmęczenie i znużenie handlem było już przeogromne, to poszłam se w pizdu mawiając po wschodniemu, siarczyście przeklinając pecha. A to właśnie tak w życiu jest, przekładasz, przekładasz, a na końcu lodzików brak :-)
Z tej okazji przypomniał mi się taki piękny epizod jak będąc małą dziewczynką otrzymałam na zakończenie roku od dziadków odpowiednią gratyfikację finansową za uzyskanie wzorcowych wyników w nauce i w ramach odwiecznej radości zrzucenia na 2 miesiące z ramion opresji systemu, postanowiłam całą kasę przepuścić w ulubionej włoskiej lodziarni. Skończyłam zdaje się na 10 albo 12 sztukach, po których chorowałam przeokropnie. Ale radość z udziału i wyników była bezcenna.
I jeszcze taką fascynującą sprawą ze szczeniactwa to było mleko w tubce - z logo z krówką i wersji waniliowej i kakaowej. O kuwa, bieganie po podwórku z własną tubką, zwijanie aluminium żeby wycisnąć więcej i kurs dla zaawansowanych: rozcinanie tubek:-) Ehhhhhhhhhh. No dobra, to byłoby na tyle. Lodzików w tym sezonie już nie będzie.

Fot. obraz z galerii ulicznej w Altei - kot smutny po stracie właściciela albo kot czeka na swojego pana/panią - o ile w przypadku kotów można mówić o byciu ich "panem".

niedziela, 27 września 2009

Element gnostyczny w gminie Walim;-)



Borko, a skoro Ty zaraz przyjedziesz na Celtic Street to nie będę do Ciebie nic pisać:-)
Tak więc...
Ostatnia sobota miała w naszym małym regionie zabójczy urok. Idealny jesienny kicz. Wszystko jak trzeba. Niebo tak niebieskie jak na freskach Giotto, słońce, ciepło, pnącza czerwonego wina na stylowych domach, zapach świeżo ciętego drewna, krystaliczne wibrujące powietrze. Afkors nie w mieście, choć co tu wiele mówić, Wro najpiękniej wygląda właśnie w słoneczny jesienny poranek, kiedy niska temperatura sprawia, że krew szybciej pulsuje w żyłach, parki zamieniają się w najlepszy melanż kolorystyczny, a refleksy świetlne dają jedyną i niepowtarzalną szansę do uchwycenia w kadrze aparatu "ducha miasta". W innych porach roku tenże jest widoczny tylko połowicznie, albo chowa się gdzieś za gzymsami lub podszywa pod innych ludzi, a jesienią widać jego cały urok i niesamowitość. Jednak tym razem całe piękno jesieni oglądałam z łagodnych szczytów Gór Sowich, gdzie się Panna Blaum udała podreperować swoje zdrowie i zapomnieć o wszelakich używkach na czas jakiś (zostańmy przy bezterminowym jakimśczasie:-) oraz innych problemach vide kryzys gospodarczy, życiowy, uczuciowy, kosmetyczny, gastronomiczny itp itd.
Sowie są niesamowite. I choć czasem wkurza ta patyna dziadostwa towarzysząca naszej regionalnej turystyce, to i tak warto tam zaglądać.
Ale frukt związany z ostatnim wyjazdem nie trafił się w górach, ani na pod wieżą widokową, ani w lochach kompleksu Riese. Wszystko to wina małych zarośniętych schodków. Wyrosły sobie ot tak, nieopodal głównej trasy, już na obrzeżach miasteczka. Zupełnie zmurszałe pięły się wysoko w górę do małej zarośniętej zdziczałymi krzewami i za bardzo wybujałymi drzewami kwatery. Rodzinnej nekropolii. Mauzoleum musiało być niegdyś okazałe, ale teraz wejście zostało zamurowane surową cegłą, a wszystko wokół zdewastowane i zeszmacone bo jak to bywa rzeczy mistyczne w otoczeniu ludzi często muszą obcować prawdziwym gównem.
Grobowiec w każdym bądź razie został ciekawie udekorowany. Można powiedzieć - miano pod tym względem fantazję, a może i była w tym wszystkim jeszcze jakaś myśl, albo tajemnica, albo sekret lub inne takie fanaberie:


Na głównym portalu zamieszczono scenkę rzymską.


Po lewej stronie wyskoczył gnostycki Ureusz.


Na "rewersie" wyskoczyła zaś klepsydra, którą unosiły skrzydła nietoperza. Ulatujący czas. Posępne, ale i zabawne, w stylu noir.


A na koniec, kolejny wąż trzymał w pysku jajo. Nowe życie.

Taka to historia hm w czasie cyklicznym, nie historycznym.

czwartek, 24 września 2009

Przypadki pewnej anonimowości


Borko, po prawdzie to ja dzisiaj chyba lekki stan zapaści zaliczyłam, ale jak to bywa w bajkach bądź niektórych filmach, zażycie tabletki postawiło mnie na nogi. Nie ma co, albo nic śmiesznego, czeka mnie diametralna zmiana stylu życia, co jest bardzo przerażające. A smutek przy tym taki, że numery Tristesse de la Lune są wesołym hop siup:-( - a w sumie kuwa są, to może lepiej wymienić Everything dies Type o Negative. Bu:-( Sanatorium i klepsydra. Choć Lou Med napisał dzisiaj, że starość to stan ducha nie ciała. Ja sobie jednak myślę, że nadmierne poczucie szczeniactwa na ciało nie wpływa korzystnie.
Zostawmy kwestie stetryczałej medycyny przedsionka wieku średniego na boku. W całym tym ferworze wydarzyła się jeszcze inna - przynajmniej zabawna historia - i to związana z blogosferą.
A to ostatnio na 5Władzy, patrzę ja patrzę, a tu jest "nowy dyskutant" co bloguje jako Wittman i ma nader ciekawego dla mnie bloga Krajobraz po bitwie, który jest dla tych co lekko spieprzone oko mają na post-militarny ślad:-). Tak czy owak ciekawe to miejsce i opisy fajne. Więc postanowiłam zostać obserwatorką.
He, i z jakim zdumieniem odpaliłam dzisiaj maila znajdując list od dawnego kolegi od studiów, piwa, koncertów i plotek co... jest jak się okazuje autorem Krajobrazu:-)))))))))). Tak czy inaczej dowód jest na to, że po pierwsze: w necie zawsze trafi swój na swojego, po drugie: są tu sami znajomi w gruncie rzeczy, choć czasem przepadają gdzieś na lata.
No co tam Greg mogę powiedzieć: welcome:-) i ja polecam Krajobraz po Bitwie - wielbicielom nor, okopów oraz strupów wojennych.

środa, 23 września 2009

Z notatnika kocopalnika;-)


Borko, nie idzie mi dzisiaj pisanie. Dość więc posłużę się cudzym słowem:
Never fear shadows, for shadows only mean there is a light shining somewhere near by.


Ps. A fota by Mała Blogerka, podpisy mogą być takie: komiksowe sny panny Pat albo Pat śni o bohaterach z komiksów:-)

wtorek, 22 września 2009

...w ciszy nie wiadomo, trzeba iść, nie mogę iść, jednak pójdę*


Borko, Lacan:-) napisał, że prawda ma zawsze strukturę fikcji, zaś Eco w przedmowie do jednego z komiksów o Corte Maltese, że nie wierzy autorom, ale wierzy tekstom. Jestem skłonna przyznać obu nieco racji. Drwiąc lekko czasem z niektórych ludzi, lubię sobie zacytować baby klozetowe z filmu "Miś", które o Prezesie Ryśku mówią: ten człowiek w życiu prawdy nie powiedział:-), ba sama częściej piszę prawdę niż ją wypowiadam. Zatem pozostaje jeszcze jedna kwestia: w co wierzysz? W to co mówię czy w to co widzą oczy? To taki nieco przydługi wstęp, który tak naprawdę dotyczy czegoś innego ha ha (może to być właśnie to nienazwalne Becketta) ale tym razem będzie wyprowadzeniem w pole, a raczej do Barda:-), bo ten wpis obiecałam Małej Blogerce.
A więc Bardo... Hasło pozycjonujące to miasteczko brzmi: Miasto cudów. Ale żeby było jasne to raczej mamy tu do czynienia z cudami rodem z Świętego Wrocławia Orbitowskiego, a nie innymi. Lubię (i znam Bardo) z dwóch powodów: 1. bo to gród Małej Blogerki i zawsze jak tam przyjadę i zaczynamy się kręcić po zakamarkach to odnoszę wrażenie, że jesteśmy jak w którymś z lepszych odcinków Archiwum X (tych z elementami horrorów i spraw dewiant-mentalnych); 2. bo napisałyśmy niegdyś z Małą o tym mieście całkiem fajny reportaż pt. Bardo Maryja!, w którym zajmowałyśmy się handlem świętą wodą i kornikami w kaplicach oraz obcasem pewnego świętego bucika.
Poza tym w Bardzie jest jak Miasteczku Twin Peaks, w całym dobrym i jeszcze większym złym znaczeniu. Jednak po co pisać o zwyrodnialcach jeżdżących rowerami po leśnych drożynach, o sprzedajnych klerykach, babach z mięsnego co żywemu nie przepuszczą i gejach co zasadzają się na dobre perfumy i szale w kwiatuszki:-) Zostawmy to na boku. Wszak to tylko pył.
Pamiętam i wizualizuję sobie Bardo jadąc najwolniejszym w historii PKP osobowym relacji Wrocław-Międzylesie właśnie wczesną jesienią w słoneczny dzień. Najpierw mijamy wszystkie te cudne wiochy, w których tyleż interesujących i tajemnych miejsc (o których mało kto wie:-(, ja choćby zawsze z nostalgią patrzę na wzgórze Białego Kościoła (opisane m.in przez Sapkowskiego w Bożych Bojownikach) wiedząc, że jadąc jeszcze dalej wpadniemy na skraj bukowego lasu, gdzie zacznie się łagodna - choć niepozbawiona podskórnej dzikości - trasa na Gromnik. Gromnik to takie lekko diaboliczne miejsce. Nie tylko ze względu na legendę o tym jak to diabeł ciskał gromem grając w kręgle z jednym zwyrodnialcem, ale przez iluzoryczność, która jest w tym miejscu prawie namacalna. Bo Gromnik to góra, na którą wchodząc ma się wrażenie, że zgubiło się szlak i trzeba jej szukać. Nie potrafię tego ładnie ani precyzyjnie opisać, ale musicie zawierzyć tekstowi:-). Więc jedziemy dalej. I nagle, kiedy kończą się łagodne połacie zieleni, wiosek, lekkich wzgórz wyrasta fajnie imponujące pasmo zielonych gór, w wąską przełęcz wjeżdża się z napięciem oczekując jaka to kraina da się poznać naszym oczom? I jeszcze jedno: stacja Bardo Śląskie - jest w sumie stacją nierealną - bo nie ma czegoś takiego jak Bardo Śląskie poza tamtym jednym miejscem: tablicą na drewnianej budce niewielkiego dworca, z którego liszaj ohydnej farby olejnej próbuje obedrzeć całą estetykę i godność, ale mimo wszystko nie udaje się to. Na szczęście:-)
A więc Mała Blogerko - to jest Bardo:-)


* Samuel Beckett Nienazwalne

piątek, 18 września 2009

Boli głowa oraz inne potworności dnia następnego


Borko, jak mnie dzisiaj kuwa głowa boli oraz kac męczy strasznie :-) Ale widok na stolyczny socreal w jasnym słońcu i przy błękitnym niebie bardzo mnie się podoba, ale to zapewne wina tego, że jeszcze trzeźwa do końca nie jestem.

Ps. na zdjęciu kot Coto Marii:-)

poniedziałek, 14 września 2009

Popkultura zgarnęła wszystko, nawet real


Borko, a więc trafiłam - dość nieoczekiwanie - na Bękartów Wojny, Q-Tarantino. I dobrze. Najpierw jednak dwie uwagi. Primo - nie należy rozpatrywać tego filmu w kategoriach historycznego czy politycznego dyskursu (raczej jeśli już to pop-polityka, ale o tym na koniec). Secundo - jeśli nie podoba się Wam przynajmniej he he połowa filmów Q-T, to nie ma sensu na to kino iść. Ja mieszczę się właśnie w grupie tych, co jednak połowa się podoba, więc jakoś szczególnie głowa mnie nie bolała w czasie przyjmowania zaproszenia na ten film:-). I jest jeszcze jedna wskazówka. Nie wiem czy ktoś pamięta taki stary komiks o niejakim agencie Richardzie Sorge - czytało i oglądało się to świetnie, cała historia z punktu widzenia realu była kiepsko trzymającym się kupy łajnem:-). Podobnie jest z Bękartami. Wdawanie się w głębsze dywagacje jest kuwa podobnie absurdalne jak większość dysput o polityce po wypiciu "półlitera" absyntu. Po prostu nie da się. A jak się przypomni o czym szła gadka to lepiej zwalić wszystko na amnezję. No, znam ja ci też parę takich dyskusji co po trzeźwemu odbywają się:-), ale to myślę sobie wyjątki potwierdzające regułę ha ha.
No więc - a to kawałek estetycznego filmu jest - na pewno najlepszym epizodem (for me) jest spotkanie w piwnicy na francuskiej prowincji i dyskusja dotycząca akcentów z równych regionów Niemiec. A rola? Zdecydowanie Til Schweiger jako sierżant Hugo Stiglitz. Choć trzeba zauważyć, że to bardzo podobny klimat jak jego rola w Anarchistach.
A wracając do pop-polityki. Gdzie jej triumf? Ano, zwycięstwo polega na tym, że właśnie takie filmy się robi. Myślę, że niektórzy mogą nawet uwierzyć, że wojna skończyła się 1944 roku, a Hitler i Goebbels (m.in.) zginęli w pewnym paryskim kinie, a prawdziwym oddziałem komando była grupa żydowskich "freaków". Tiaaa, perspektywa może i ciekawa, niestety było zupełnie inaczej.

niedziela, 13 września 2009

She' got a date at midnight


Borko droga, co w czerni i z przyciętą grzywką zawsze wyglądasz cool, a to jesień powoli skrobie do naszych drzwi. Ja to mam ostatnio wrażenie uczestnictwa w czymś takim jak lato przed zmierzchem, ale to może li tylko potrzeba lekkiej hibernacji.
Z racji warunku niezbędnego powrotu do pionu, droga Ags, namówiła mnie na festiwal Dialog w towarzystwie jakiś ludzi, których nie znam, ale co tam, niech będzie, bylebyśmy na T.E.O.R.E.M.A.T Jarzyny dotarli, to uznam całe przedsięwzięcie za udane. Tak czy inaczej nie o tego rodzaju sztuce chce ja dzisiaj tutaj napisać.
Przesilenia ujawniają sfery naszego życia, o których nie mamy zielonego pojęcia. Ba, pełne pychy stwierdzenie, że zdaje nam się wiedzieć o kimś wszystko tylko z tak błahych powodów jak wspólne mieszkanie, dekady znajomości, setki awantur, tysiące uścisków, hektolitry przegadanych godzin... to za mało. Ludzie cholernie niewiele wiedzą o sobie w gruncie rzeczy, posępna zasada głosi nawet, że to co w nas najlepsze rzadko kiedy może znaleźć swoje ujście w tym materialnym świecie i pozostaje zamknięte przed innymi. Zdecydowanie łatwiej wychodzić na zewnątrz różnego rodzaju diabelstwu. Mhm, jest coś na rzeczy. Każdy ma jakieś sekrety i sekreciska - jak się okazuje. Rzecz niepojęta. Kiedy zdarza się - wychodzą na jaw - są tak szokująco absurdalne jak sadomasochistyczna randka o północy (to przenośnia ma się rozumieć;-). Tylko co z tą wiedzą zrobić? Jak po czymś takim wrócić do ciepełka prozaicznej harmonii codzienności. Nie mam zielonego pojęcia. Cóż, pomyślę o tym jutro...
Dla lepszego samopoczucia dodam, że bywają również niewypowiedziane sekrety, które choć dziwne i nieme są jasnymi komunikatami. A to, że nie są to historie z realnym zakończeniem? Kogo to obchodzi. Nie pojmuję tego kultu materialności za wszelką cenę;-)

sobota, 12 września 2009

Oczywiście w 90. rocznicę Fiume


Na temat Gabriele D'Annunzio i marszu na Fiume wymądrzałam się na 5Władzy, gdzie zapraszam na małego posta, drugi raz języka sobie nie będę strzępić jak mawiał wielki Hegemon w jednym polskim komiksie:-).
Tak czy siak - dziś ciekawa rocznica - 90 lat od wejścia do Fiume. Kto zna Triest, przejechał trakt dalmacki prowadzący do dawnej Fiume, a obecnie Rijeki ten wie co tam głowie Adriatyk potrafi namieszać. Eh, a kalmary jak tam smażą na masełku i wermut chłodzą:-)

czwartek, 10 września 2009

Raport z dziwnej podróży


Właśnie wróciłam... z najdziwniejszej podróży swojego małego życia. Może powinnam napisać najstraszniejszej, ale myślę, że pojęcie dziwności oddaje zdecydowanie bardziej skalę wszystkich doznań. Myślałam sobie: będę radośnie pisać o przygodach w dalekich stronach. Nic z tego. Jeszcze chwila, muszę wrócić do pionu, zastanowić się nad wszystkim. Paplać bez sensu - to każdy robi.
Najgorsze jest to, że nie mogę czytać. Ale to też pewnie musi "odleżeć".

piątek, 4 września 2009

Ostatnia wspólna fotografia


Jastarnia/sierpień 2008 - i to byłoby na tyle z realu. Mama Tobs odeszła. Przeżyła 63 lata. Za mało. Próbowałam przypomnieć sobie dzisiaj rano, kiedy ostatni raz widziałam ją uśmiechniętą. Nie pamiętam. Może właśnie już tylko na tym zdjęciu.
Różne rzeczy pamiętamy, sporo przekręcamy, a nasza wyobraźnia deformuje rzeczywisty obraz wydarzeń. Zostawiam sobie taki wizerunek, który lubiłam najbardziej. 21 czerwca - Jej imieniny - początek wakacji, najlepsza pora roku, słońce. O 6. rano stukot jej pantofli na wysokich obcasach i zapach perfum, potem widok jak, w zawsze dobrze dobranej sukience, biegnie do ogrodu żeby zerwać do koszyka nieco wczesnych czereśni. Na stole zapakowane ciasto do pracy. Ściąga ostatnie papiloty albo wałki z włosów, maluje szminką usta i pędzi obładowana do biura. Po południu wracała z największym jaki kiedykolwiek widziałam naręczem kwiatów. Nikt nie dostawał tyle i tak pięknych kwiatów na imieniny co Tobs. Często brakowało wazonów w domu.
Dziwne to wszystko.

wtorek, 1 września 2009

Just Drifting


Podobno biblioteka jest labiryntem, literatura opiera się na mitach i onirycznych sterach, a prawdziwą zagadkę stanowi czas, który nie odtwarza tego co tracimy. To ostatnie dzieje się właściwie nieustannie. Zmienne są tylko proporcje, inne dla każdego człowieka. Niektórym dzieje się straty tyle ile jest ziaren w paczce od kawy, innym, mocne razy trafiają się jak świst batoga, raz na jakiś czas tylko, ale bardzo mocno. Następnie jest długa przerwa. Bywa i tak, że pewien negatywny consensus (cóż za dziwny zlepek znaczeniowy, ale tylko pozornie wykluczający się jakby nad tym głębiej zastanowić się) stanowi niejako treść bytu. Zresztą to zupełnie nieważne. Lata świetlne temu maniakalnie lubiłam słuchać nagrań pana G. P-Orridge'a, właściwie to temat na długą - czasem śmieszną, czasem straszną - opowieść, ale jakoś mnie się jeszcze nie chce wspominać, więc sorry. Sednem, a raczej jądrem całego odniesienia się do GP-O jest utwór rozpoczynający płytę Psychic TV Force The Hand Of Chance co zwie się "Just Drifting", jest to jedna z najbardziej doskonałych piosenek, która łącząc w sobie kawał lirycznego popu pod względem kompozycji (tak popu, co może głupio brzmi w połączeniu z PTV, ale w sumie jak kto zna ten projekt i samego ojca założyciela to stanie się dla niego bardzo jasne o co w tym "podprogowym grzebaniu" chodzi), dobry tekst i interpretację, która do tej pory wprawia mnie w niepokój, a to bo wydaje mi się, że jest depresyjna, a to że pełna ironii i drwiny z życia i ciągle nie wiem w sumie... a to znaczy: jest to dobry numer.
Sometimes, just drifting in this simple world.
Może zdecydowanie bardziej pasowałby teraz fragment z Force The Hand Ov Chance, o dekonstrukcji, sprawdzaniu, rozbiorach i ponownym składaniu, ale, ale to już mamy inne czasy i zupełnie przestałam jakby w to ufać (nie-najlepsze słowo) i z "de" to mi widzi się dziś tylko de-strukcja, de-stabilizacja i de-prawacja, wiec cóż, może lepiej zostawić w spokoju to de.
I co będzie dalej? Co dalej? Na końcu długiej uliczki mamy więc drzwi. Szczelnie zamknięte. Widzimy je tylko z oddali, z lekka zachwianą perspektywą. Błąd fotografki, która nie-chcąc stracić kunsztownego detalu okiennego po stronie lewej, zaburzyła harmonię. Stąd "korytarz" niespokojnie chwieje się. Nikogo tu nie ma. Słońce nie przebija się pasmami zza wysokich, wąsko zabudowanych, ścian śródziemnomorskich kamieniczek. Nikogo nie ma. Albo wszyscy już poszli, albo jeszcze nikt nie nadszedł.