poniedziałek, 28 września 2009

Become the "lodzik"


Borko, a więc wszystko zaczęło się od opowieści o wyprawie do sklepu. Udałam się do centrum handlowego zwanego: współczesna świątynia konsumpcji i powszechnej radości rodzinnej w celu nabycia dwóch pstrągów patroszonych, jednego płynu do płukania tkanin oraz soli morskiej. Przechadzając się między regałami zachciało mi się zjeść loda. Ale doszłam do wniosku, że nie będę kupować żadnego tam badziewia w papierku co mnie się rozpuści "namarkiecie", tylko jak "człowiek" udam się na "pasaż" i kupie na jakimś mniej lub bardziej znanym stoisku, gdzie lud zasiada nad szklanymi miseczkami i takimi tam innymi. Jak pomyślałam tak już prawie uczyniłam, ale... w ostatniej chwili przyszedł mnie do głowy kolejny pomysł: eee, nie będę siedzieć jak palant w cukierni z siatką ryb skoro mogę jeszcze zajrzeć tu i ówdzie "nasklepy", a przecież lodzika sprzedają jeszcze na dworze zaraz przy wyjeździe, a do tego włoskiego, kręconego. Tak więc zostawiłam sobie przyjemność na koniec. Radośnie zmierzając do domu pobiegłam w kierunku przyuważonych wcześniej budek. Tyle, że tam zamiast uroczej pani co kręci lody powitał mnie napis: "lodów chwilowo brak". Kuwa. A że zmęczenie i znużenie handlem było już przeogromne, to poszłam se w pizdu mawiając po wschodniemu, siarczyście przeklinając pecha. A to właśnie tak w życiu jest, przekładasz, przekładasz, a na końcu lodzików brak :-)
Z tej okazji przypomniał mi się taki piękny epizod jak będąc małą dziewczynką otrzymałam na zakończenie roku od dziadków odpowiednią gratyfikację finansową za uzyskanie wzorcowych wyników w nauce i w ramach odwiecznej radości zrzucenia na 2 miesiące z ramion opresji systemu, postanowiłam całą kasę przepuścić w ulubionej włoskiej lodziarni. Skończyłam zdaje się na 10 albo 12 sztukach, po których chorowałam przeokropnie. Ale radość z udziału i wyników była bezcenna.
I jeszcze taką fascynującą sprawą ze szczeniactwa to było mleko w tubce - z logo z krówką i wersji waniliowej i kakaowej. O kuwa, bieganie po podwórku z własną tubką, zwijanie aluminium żeby wycisnąć więcej i kurs dla zaawansowanych: rozcinanie tubek:-) Ehhhhhhhhhh. No dobra, to byłoby na tyle. Lodzików w tym sezonie już nie będzie.

Fot. obraz z galerii ulicznej w Altei - kot smutny po stracie właściciela albo kot czeka na swojego pana/panią - o ile w przypadku kotów można mówić o byciu ich "panem".

6 komentarzy:

tow.von trotsky pisze...

śmieszny wpis dir pat, strasznie się mi podoba!
pozdrawiam, u nasz w stolycy ( bynajmiej na Białej Łące gdzie chwilowo przebywam ) się chmurzy, może popada?
tymczasem

Terezjusz pisze...

Przypomniałaś mi mleczko w tubce, które zazwyczaj spożywałem na wakacjach w Trzęsaczu. Ale krówek na tubce nie pomnę. I nie wiem, czemu, oprócz lodów na Komandorskiej, kiedy stało się po nie w długich kolejkach i nawet kupowało do termosu, Twój tekst przywołał takie zwykłe śmietankowe w papierku, opakowane jak masło niemal i które się z tego papierka odwijało i albo nabijało na patyczek, albo tym patyczkiem jadło z owego papierka. Cholera! Nabrałem ochoty właśnie na takie lody śmietankowe.

Patrycja Blaum pisze...

von trotsky@
właściwie to smutny wpis, ale cóż jak to głosi napis na jednym "pomniku" w moim przydomowym parku: And sorrow is the portion of God - (tylko oczywista nie w tym języku:-), więc bywa i tak.
Co do pogody: "pocieszę" Cię - u nas Bre dzisiaj sparszywiała również:-(
Terry@
Krówka to było logo zakładów mleczarskich, które produkowały wspomniane produkty w tubkach. I jakie tam stężenie cukru było:-)
Lody jak kostka masła oczywista pamiętam - szczególnie znad morza. I Komandorska - tak, choć były tylko do wyboru śmietankowe i truskawkowe takie bardziej jak sorbet. Ale królem lodów był też tort lodowy z Ambrozji (obecnie tam jest Marche) który kupowało się na wagę - rewelka.

Terezjusz pisze...

eee... chyba nie tylko dwa rodzaje lodów. Mi się kojarzy coś więcej albo pamięć płata mi figle.

Patrycja Blaum pisze...

Terry@
właśnie dwa - tako zapamiętałam z lat 80. Potem nastąpiły eksperymenta, a na koniec mamy to co mamy i już nie lubię lodziarni na Komandorskiej:-( Zresztą teraz nawet nie pamiętam gdzie jadłam coś dobrego w sensie lodzikowego.

tow.von trotsky pisze...

pat
może miał być smutny ale ci nie wyszło, tak naprawdę tego rodzaju kombatanckie wspominki jeśli podejść do nich z należytym dystansem są zabawne, choć pewnie jakaś łza w kącie oka się kręci, ale może też czegoś nie zrozumiałem, proste chłopisko ze mnie, pozdrówko, niechętnie biorę się za robotę...