poniedziałek, 14 września 2009

Popkultura zgarnęła wszystko, nawet real


Borko, a więc trafiłam - dość nieoczekiwanie - na Bękartów Wojny, Q-Tarantino. I dobrze. Najpierw jednak dwie uwagi. Primo - nie należy rozpatrywać tego filmu w kategoriach historycznego czy politycznego dyskursu (raczej jeśli już to pop-polityka, ale o tym na koniec). Secundo - jeśli nie podoba się Wam przynajmniej he he połowa filmów Q-T, to nie ma sensu na to kino iść. Ja mieszczę się właśnie w grupie tych, co jednak połowa się podoba, więc jakoś szczególnie głowa mnie nie bolała w czasie przyjmowania zaproszenia na ten film:-). I jest jeszcze jedna wskazówka. Nie wiem czy ktoś pamięta taki stary komiks o niejakim agencie Richardzie Sorge - czytało i oglądało się to świetnie, cała historia z punktu widzenia realu była kiepsko trzymającym się kupy łajnem:-). Podobnie jest z Bękartami. Wdawanie się w głębsze dywagacje jest kuwa podobnie absurdalne jak większość dysput o polityce po wypiciu "półlitera" absyntu. Po prostu nie da się. A jak się przypomni o czym szła gadka to lepiej zwalić wszystko na amnezję. No, znam ja ci też parę takich dyskusji co po trzeźwemu odbywają się:-), ale to myślę sobie wyjątki potwierdzające regułę ha ha.
No więc - a to kawałek estetycznego filmu jest - na pewno najlepszym epizodem (for me) jest spotkanie w piwnicy na francuskiej prowincji i dyskusja dotycząca akcentów z równych regionów Niemiec. A rola? Zdecydowanie Til Schweiger jako sierżant Hugo Stiglitz. Choć trzeba zauważyć, że to bardzo podobny klimat jak jego rola w Anarchistach.
A wracając do pop-polityki. Gdzie jej triumf? Ano, zwycięstwo polega na tym, że właśnie takie filmy się robi. Myślę, że niektórzy mogą nawet uwierzyć, że wojna skończyła się 1944 roku, a Hitler i Goebbels (m.in.) zginęli w pewnym paryskim kinie, a prawdziwym oddziałem komando była grupa żydowskich "freaków". Tiaaa, perspektywa może i ciekawa, niestety było zupełnie inaczej.

Brak komentarzy: