poniedziałek, 31 grudnia 2007

To jest pierwszy dzień z reszty twojego życia


Borko, tak mniej więcej zaczerpnęłam tytuł tego wpisu z jednego numeru, który znamy chyba dobrze obie, zwłaszcza, że śpiewa te słowa niezastąpiony Brian Molko:)
No cóż - każdy poranek, czy też inna chwila przebudzenia się to właśnie taki pierwszy dzień z reszty naszego życia.
Może nawet lepiej, że nie znamy tego co będzie za dzień, miesiąc, rok czy dekadę bo wówczas jest taka możliwość, że nie chciało by się na to czekać. Być może, być może...
Koniec roku to nieprzyjemny dzień. Chyba dlatego miliony ludzi musi nawalić się tego wieczoru do nieprzytomności aby jakoś znieść ten ciężar tego smutnego dnia:)
O czym myślimy? Czego żałujemy? O czym marzymy?
To już sprawa każdego z nas z osobna. W przeciwieństwie do świąt jakoś nie czuję się w obowiązku składać Wam jakiś szczególnych życzeń. Życzcie sobie sami tego czego oczekujecie. I tyle.
Miało nie być smutno - jednak trochę wyszło lekko dekadencko, ale ja już taką mam naturę. W chwilach radości zawsze szukam upadku, a w momentach depresji zapowiedzi szcześcia:)
Tia, jakoś tak to idzie.

poniedziałek, 24 grudnia 2007

Świat jest wszystkim, co jest faktem


Borko życzenia można składać na wiele różnych sposobów. Zazwyczaj bagatelizujemy ich znaczenie, odbierając je jako część kurtuazji.
Nieważne.





Zawsze staram się życzyć ludziom dokładnie tego czego pragną, dokładnie tego na co zasługują, dokładnie tego co jest ważne, a czego zazwyczaj sobie nie-uświadamiamy.
Dlatego dzisiaj...
...powiem tak:

Nieważne jakiego jesteście wyznania, nieważne jakiej orientacji życiowej i seksualnej :) Nieważne czy wolicie czytać przed snem kolorowe magazyny czy choćby cytowany w tytule tego wpisu "Tractatus logico-philosophicus" Wittgensteina. Nieważne czy sieć służy Wam do zdobywania wiedzy czy do zaspokajania namiętności. Nieważne czy chcecie czynić ironiczne gesty, czy być ikoną porządku. Nieważne czyście lewaki, prawaki, konserwatyści czy anarchiści. Ważne jest to, że życzę Wam wszystkim różnorodności i wielości bez której ja żyć nie mogę:) Życzę Wam dokładnie tego czego pragniecie i na co zasługujecie i niczego mniej ani więcej. I jeszcze tego aby Wasze ciała nie odmówiły posłuszeństwa wcześniej niż sami będziecie tego chcieli.
"Endżoj" :))))

I pamiętajcie:
Świat jest wszystkim, co jest faktem.
Świat jest ogółem faktów, nie rzeczy.

wtorek, 18 grudnia 2007

Właściwie to usprawiedliwiam się...


Borko, włąściwie ja tego wpisa trochę na usprawiedliwienie robię.
Mogłabym powiedzieć: oto zjechał mi się czas, zsunęły ściany, a nadmiar wydarzeń, radości przemieszanych ze skrajnymi kryzysami czyni mnie obojętną na resztę świata.
Coś w tym stylu.
W zasadzie od kilku dni poziom mojego bytowania orbituje wokół branżowej końcówki roku, co przekłada się na totalny zjazd bez możliwości napisania bardziej elokwentnego wpisu.

Bo, wyobraźcie sobie taki poranek:
Wstajesz rano. W radiu leci reklama zrobiona przez twoją agencję. Na murach miasta właśnie rozklejają billboardy z drukarni odbierasz gotowe materiały, a setki osób czekają na świąteczne eventy, które niebawem im zrobisz...
Idziesz przez miasto - delektując się zapachem nowych perfum i zastanawiając się: jak minie dzień, jak minie dzień...
W tym samym (mniej więcej dniu) z innej perspektywy: drukarnia jebie ci pół zamówienia, nadąsany klient wymaga, ale zapomina płacić w terminie (he he) faktur, księgowość załamuje ręce nad dokumentami, które jej dostarczasz. Ludzie okazują się tylko ludźmi i kradną ci karton wina (obyście zwymiotowali je pijąc:), debil za kierownicą chce staranować cię na parkingu pod wielkim centrum handlowym, a w między-czasie (jeśli takowy istnieje) borykasz się z ciężką zasadą i regułą znaczeń: przyciąć i w miarę uczciwie.
Do wyboru, do koloru. Jaki nastrój taka opcja życiowa....
Zapomniałam jeszcze dodać, że Mama Tobs (czyli moja mama) w drugi dzień świąt idzie do szpitala. Rok temu miałam w zasadzie beztroskie święta, w ogóle beztroskie kolejne sześć miesięcy.
Teraz wszystko wygląda inaczej. Beztroska mija zawsze, tak jak najlepsza impreza. Choć zawsze trzeba widzieć horyzont "wszystkich jutrzejszych imprez", które jeszcze na nas czekają :)

wtorek, 11 grudnia 2007

W pogoni za... Niczym? :)


Borko czy ludzie żyjąc w pośpiechu i goniąc za niekończącymi się oczekiwaniami i przyjemnościami (czasem o lekko bolesnym zabarwieniu - bo przyjemność może być też taka właśnie) mogą jeszcze miewać przebłyski genialnych myśli?
Longiem myślę to już rzadko kiedy leci, ale przebłyski czyli "flesze" bywają. To nawet pasuje do naszej dzisiejszej rzeczywistości.
Ostatnio zmaterializowało mi się takie powiedzonko:

Młodość to incydent, który wspominamy przez całe życie


Od czasu do czasu przemijanie młodości mnie bardziej męczy niż dojrzewanie. Zresztą z tym ostatnim to nie miałam problemów, podobnie jak z trądzikiem ha ha ha ;) Bywa. Niektórym się udaje po prostu.
Ale dla odmiany świat wychodzenia okazuje się bardziej ciężki do strawienia niż czas wchodzenia. Tandetna symbolika przeżywania smętnych poranków po zarwanych nocach, opakowań po kremach przeciwzmarszczkowych, na poły żartobliwe, a na poły rozpaczliwe rozmowy z moimi koleżankami o zabiegach kosmetycznych, o sztuczkach optycznych...
Po jakiego tak do cholery się męczyć?

Czasem chodzi o to, aby potrafić dotknąć ustami zmurszałego muru i nie zadławić się z obrzydzenia


Pojutrze dzień wygra z nocą i powoli zacznie się kończyć ten okres roku, który bardzo lubię i który też mnie z drugiej strony bardzo irytuje.

ps. grzebiąc sobie na dobranoc po sieci znalazłam taką stronę co mi pasuje to zastanawiania się nad ludzikowymi rewirami wyobraźni i tęsknot, ale uprzedzam, że raczej to musicie mieć lat 18 i żeby mi tu narzekania potem nie było.

poniedziałek, 10 grudnia 2007

Wino, czekolada oraz inne tego typu przyjemności


Borko nie wiem czy zauważyłaś, ale do wina wytrawnego zdecydowanie bardziej pasuje czekolada niż sery pleśniowe. Przynajmniej w niektórych sytuacjach...
Smak jest zdolnością wrodzoną. Chama nie uczyni panem ani pełna sakiewka, ani nabyte obycie towarzyskie. Tym bardziej zaś nie uczyni go panem, sama chęć nim zostania :)
Oczywiście stara popkulturowa "prawda" mówi, że jeśli czegoś będziesz bardzo chciał to otrzymasz to.
Czyżby? Przekonajcie się sami - tylko nie płaczcie nad "zdeformowanym ciastem" jakie otrzymacie z tego "piekarnika życia".
Myślę sobie, że zasadniczo moje dywagacje nie wpłyną ani na wzrost, ani na spadek populacji "chamów", na szczęście też nie wpłyną na zwiększenie spożycia czekolady do wina - stąd z całą pewnością będziemy się jeszcze trochę cieszyć tym dość specyficznym połączeniem "smaczków" oraz lekkimi nudnościami towarzyszącymi przedawkowaniu tych dwóch specyfików :)
Ale do rzeczy.
Grzebiąc sobie po biblioteczce czasem wpadają mi książki z dedykacjami. W zasadzie pisanie dedykacji w książkach jest sprawą ryzykowną. Nie dość, że naruszamy czystą strukturę woluminu to jeszcze ryzykujemy, że dedykacja po latach nabierze zupełnie innego znaczenia, albo zniechęci obdarowanego/obdarowaną do ponownego zagłębiania się w lekturę. Czasem tak mam :) Więc staram się dedykacji już nie pisać. Ani to dla obcych oczu, ani dla zatrzymania czasu. Bo czasu, ani jego upływu nie da się zatrzymać. I lepiej z tym faktem się zaprzyjaźnić niż walczyć - lepsze samopoczucie gwarantowane :)
Z takich czasowych fałdów książek z dedykacjami, których raczej nie staram się otwierać dzisiaj mi wpadła jedna - ot, tak stara, że aż zawstydziłam się na myśl o czasie, w którym zostałam ją obdarowana :)
Pewnie bym najchętniej ją teraz wcisnęła pod łóżko, ale niech tam co, czasem wielkość "książki" pozwala nam zrzucić woal niepamięci na towarzyszącą jej dedykację.
Tak więc idzie w tej książce tak:

(...)
śpiew ptaków
jest trenem żałobnym
grabarzami - korzenie kwiatu

zasadziłam jeden
który zapachem
przypomina
o jej nieobecności

jestem biedną kobietą
matką - garści piachu



I dalej na innych stronach jeszcze:

(...)
Koniu czarnej maści,
dokąd niesiesz wędrowca zmarłego?

Noc o czarnych bokach
gwiazd ostrygą wspięta
cwałuje przez niebo

Koniu chłodnej sierści
jakiż zapach ma nóż, który okwitł!

Pod czarnym księżycem,
krzyk i blask szeroki
weselnego ognia.

Koniu czarnej maści,
dokąd niesiesz wędrowca zmarłego?


Cool - nieprawdaż? :)


ps. wczoraj mój zabarwiony kornwalijskim nastrojem brat powiedział, że nie ma nic bardziej obciachowego niż ludzie o postawie wilka z bajki o "Wilku i zającu". Ta postawa aroganckich prostaków rozsiadłych w ławkach amfiteatru, którzy z zblazowaną miną i "symbolicznym" petem w ustach oglądają przedstawienie życia udając, że "nie takie rzeczy oni już widzieli".
A ja tam wolę sobie przeżywać. Za każdym razem wszystko inaczej :) I może jeśli nawet nie znacie tych cytowanych "kawałków poezji numerów" ani tym bardziej nie wiecie co to za obraz im towarzyszy - to może nawet lepiej i dla was na szczęście.

środa, 5 grudnia 2007

Słowa, słowa, słowa :)


Borko, w zasadzie pisze się zawsze dla kogoś i po coś. Wszak bloga też założyłam właśnie w prezencie dla Ciebie królowo ziemskich rozkoszy - więc wiem co mówię, a Ty wiesz co czym ja mówię.
Czasem jest tak, że obawiamy się tego naszego pisania, albo inaczej: obawiamy się konsekwencji i odbioru naszej małej twórczości.
Dlatego trochę na przekór i z lekkiej potrzeby numeru - zdecydowałam się zamieścić refleksyjną prackę Małej Blogerki, która mnie bardzo miło nastroiła. Jest to Martkowe pierwsze dziełko i mam nadzieję, że nie ostatnie. A więc zaczynajmy:


Teraz już wie, że zachowywała się zupełnie bez sensu. Myślała, że jest nie-wiadomo jak mądra. W swoim mniemaniu była wielką intelektualistką. Dopiero czas pokazał, że głupie dzieci takie już pozostają. Problem w tym, że nigdy sobie z tego nie zdają sprawy. Ze mną jest tak samo...

Miała wtedy 15 lat. Było gorąco. Dokładnej daty nie pamięta. Wie, że za kilka dni później – może tydzień – miały być jej urodziny. Szła przez las do swojej koleżanki, wtedy jeszcze przyjaciółki przez duże „P”. W zasadzie to traktowała ją jak guru – psychologa, kreatora mody i wyrocznię w jednym.
Miała na sobie spodenki, które więcej odkrywany niż zasłaniały, czarną koszulkę na ramiączkach i adidasy. Wszystko oczywiście markowe, bo jak można na dupie nosić spodnie, które nie są Big Star’a? I jak można założyć buty tańsze niż 250 złotych?!
Pierwszy raz zobaczyła go jak wchodziła do lasu. Na oko miał około 30 lat. Nawet przystojny. Wydawał się jakby nieobecny. Może żył we własnym świecie? Tak, to było to. Zawsze jej imponowali ludzie, którzy bytują w 3d, bo muszą. Ludzie, którzy są bogami swoich wymarzonych krajobrazów, zachowań i emocji. Zapytał o godzinę. 15.18!
Ubrany był w niebieskie dżinsy, czerwoną bluzę spod której wystawała czarna koszulka i glany. Nie wydało jej się dziwnym to, że szli w przeciwnych kierunkach, a mimo tego wrócił. Szedł za nią cały czas. Początkowo nawet ją to bawiło. Bo może Radek będzie zazdrosny jak się dowie?
Kiedy dochodzili do Opolnicy wyprzedził ją i stanął na jej na drodze.
- Mogę pójść z tobą? – zapytał
- Jestem umówiona, ale jak idziesz w tym samy kierunku, to pewnie. Możemy pogadać po drodze – naiwnie zaproponowała, wierząc, że facet, który od 20 minut idzie za nią dopiero teraz zdecydował się zagadać.
Złapał ją mocno za rękę. Była lodowata.
- Chcę, żebyś poszła ze mną tam – powiedział, wskazując na boczną ścieżkę, która prowadziła donikąd.
Próbowała puścić jakoś jego dłoń. Był bardzo silny. Wreszcie się udało. Krzyknęła tylko, że nie chce, że nie pójdzie. Słowa te, jakby przeleciały gdzieś obok niego. Zaczął ją ciągnąć na bok. Ponownie próbowała się uwolnić. Kopnęła go w nogę i zaczęła biec. Od pierwszych domów dzieliło ją jakieś 1 000 metrów. Bała się, że ją dogoni.
Miała szczęście. Na drodze zobaczyła rowerzystę. Była pewna, że teraz już jej nic nie grozi. Ale biegła dalej.
Uciekła...

Dopiero później dowiedziała się, że zgwałcił już 2 dziewczyny w tym miejscu. Nie była trzecią. Nigdy nie potraktowała tego, że udało jej się uciec, jako prezentu od losu. Mało tego – nie robiła z tego problemu. Nie poszła na policję. Nie powiedziała nawet rodzicom. Dodatkowo tydzień później puściła się z kretynem, który zadziałał na zasadzie fuck and never touch again. I tak oddała cnotę idiocie.

Od tamtej pory minęło już prawie 7 lat. Gwałciciel kilka dni temu wyszedł z więzienia. Dalej błąka się po tych lasach. Ona zresztą też. Teraz troszkę bardziej się boi, ale jej podejście do świata jest identyczne. To, co dla innych jest ważne, dla niej – niekoniecznie. Dławi się swym egoizmem. To ciekawe, ponieważ ta postawa wypływa z dziwacznej empatii. Wie, że potrafiłaby rzucić wszystko, gdyby poczuła z kimś mocną więź emocjonalną. Jak na razie jednak wszystkie linie porozumienia przecina. Bezpowrotnie.

wtorek, 4 grudnia 2007

Era przedinternetowa i tranzytowość świata


Borko, a pamiętasz jak poszłyśmy do kina na film Pawlikowskiego "Lato miłości"? I stwierdziłaś później, że był to moment, który zasadniczo potem wpłynął na kolejny rok jaki przeżyłaś? :)
Tia, ja pamiętam bardzo dobrze to lato i jak nam potem się życie w różnych zadziwiających kierunkach rozjechało :) Tak czy siak - chyba do końca nie ma co narzekać. Wszak mamy ciekawiej od wielu, wielu innych ludzi i trzeba widzieć te bardziej pół pełne szklanki niż te bardziej puste. Ile wyjazdów, zdarzeń, ludzi, kłótni, chwil bezgranicznego szczęścia, zadowolenia i rozpaczy...sporo ha ha ha.
Może to dziwne, ale w sumie są tacy co przecież nie pamiętają ery przedkomórkowej ani ery przedinternetowej ani innych takich atrybutów cywilizacji konsumpcji globalnej.
Wszak nie ma dziś problemu z tym, że robię projekt we Wro, wykonawstwo graficzne odbywa się obecnie w LA, tłumaczenia tekstów w London, a druk na powrót znów we Wro... Jak sobie tak właśnie maszerowałam w erze przedinternetowej (u nas znaczy się w Polszy przedinternetowej) po szkole i marzyłam pod wpływem lektury pisma BruLion o możliwościach sieci i wynikających z niej atrakcji, to w głowie mi się nie mieściło, że komputer kiedyś będzie dla mnie naprawdę osobisty :)
Oczywiście "nasze nowe wspaniałe czasy" mają też wady (nie ma na świecie struktury idealnej, nawet DNA w jakiś sposób jest trefne skoro nowotwory dopuszcza). Wadą dla mnie "nowego świtu" jest tranzytowość świata - szybkość błysku z jakim niektóre sytuacje, ludzie, emocje przelatują przez nasze życie. Jedno cięcie i już nie ma. Ale coś za coś - nie ma nic za darmo - jak kiedyś usłyszałam w najbardziej zadziwiających życiowych okolicznościach, ale widać tak jest:)

czwartek, 29 listopada 2007

...no Martini? no party!


Borko czy picie alkoholu to tryb odreagowania czy upadlania? Pytanie retoryczne. Bywają wszak różne konteksty i konsekwencje spożywania trunków wyskokowych.
Jednak, są takie dni, podczas których może okazać się, że zakupy i Martini to najlepsi przyjaciele kobiety;)
Zakupy pozostawmy na boku, bo nie ma o czym pisać. No, może o tym, że ostatecznie i bezwarunkowo porzuciłam (nie tylko ja;) markę H&M - przez lata ostatnie trochę faworyzowaną i traktowaną z sentymentem. Nie ma co - spotykać na każdym rogu "kawałek swojej garderoby" to dość frapujące. Eh, oczywiście potraktujcie to jako żart i wolny wybór konsumencki:).
Wracając do Martini. Jak się okazało - wyjątkowo atrakcyjne jest zastąpienie w drinku tradycyjnych kostek lodu zamrożonymi wiśniami. I tak do dużej szklaneczki lejemy na zamrożone wiśnie Martini, dodajemy plastry cytryny i pomarańcza (można wycisnąć też sok z cytryny) i heja. My nie rozcieńczamy Martini mineralną - uprzedzam, szkoda smaku. Jest to na tyle rewelacyjne połączenie, że 1,5 litra można zrobić wieczorową porą w środku tygodnia w sposób szybki i sprawny. A ileż radości przy tym.
Tiaaa, etap wódki już mnie nie bawi, bo "wódka już nigdy nie będzie tak pożywna"...jak kiedyś w winnych czasach, w innych kontekstach:) Piwo - pasuje na mecz i do knajpy oraz nad Odrę. Wino - jest zawsze świetne, ale czasem trzeba przełamać zwyczaje, żeby nie popaść w rutynę. Pozostaje jeszcze Jack Daniels - bardzo dobra napitka, ale nie każdy lubi i nie z każdym chce to pić;). Ginu "Szafir Bombaju" pić też raczej nie zamierzam więcej - bo to co miałam wypić w tym wcieleniu, to już chyba zaliczyłam. Nooo, na koniec warto jeszcze wspomnieć o Absyncie - he he he. Ale umówmy się, to nie jest "wódeczka", którą należy wlewać w siebie bezkarnie i obcesowo - choć mnie tam zawsze się z nią kojarzą fajne przygody. Hm, fakt - czasem z "odłączeniem prądu", ale mimo wszystko bardziej fajne niż bardziej złe.
Miałam kiedyś znajomego co nosił koszulkę "Only vodka and sex matter", hm - dość to przereklamowany slogan, myślę że hasło "Only Absynt and Cabernet Sauvignon matter" - brzmi zdecydowanie lepiej;) i mniej prostacko-krzykliwie;)
Dla przyzwoitości i po prawdzie dodam jedno: popijanie w tygodniu ma swoje konsekwencje, spóźniamy się na odcinek roboczy, kręcimy się jak mgle budyniowej, kreatywność nieco mniejsza. Ale za to jak humor dopisuje:).

wtorek, 27 listopada 2007

Pozycja "krewetki"


Borko sen to bardzo fajna sprawa :) Nie tylko dlatego, że konserwuje nas i wzmacnia. Przede wszystkim daje ukojenie i pozwala poukładać sobie w głowie to i owo. Ale najważniejsze.... to ta rozkosz odpoczywania po pracy :)
A że dzisiaj (tak jak i ostatnio) napracowałyśmy się ostro - szczególnie ostro bo przy sesji zdjęciowej, w której nasza Boska Iza pokazała wszystko to co ma najlepsze: uśmiech, piękne włosy i fantastycznie uroczy wygląd w czerwonej sukience, to tym bardziej sen będzie usprawiedliwiony. Więc nie spodziewajcie się po mnie szczytów zwierzeń i elokwencji ha ha.
Tak więc "pozycja krewetki" czyli zawinięcia się wokół własnej osi pod własną wełnianą kołdrą, we własnym wygodnym łóżeczku - dzisiaj rządzi:)
A fota Dziwnej Emilki dlatego bo torebka z moją ulubienicą to taki szczęśliwy fetysz, który dzisiaj też był ze mną oczywiście. Oprócz tego, Emilka też chce spać na tym obrazku;)
Good night, sweet dreams and more kisses ha ha.

niedziela, 25 listopada 2007

Mixując poranek niedzielny


Borko, baronowo telefonów wykonanych w samą porę, bardzo cieszę się z naszego wieczoru w Camaron. Tym bardziej, że oparłam się smażonemu bekonowi z hiszpańskimi pomidorami, bo jak wiadomo po 18 jadają tylko zakochani albo nierozważni i zdołowani :).
Flamenco ma siłę wyciągania namiętności na wierzch i czasem należy sobie "pogadać" - zwłaszcza kiedy pogadanki kończą się konstruktywnymi wnioskami :)
Tak czy siak, wieczór należał do tych celujących i nawet nie bruka mojej pamięci wspomnienie tych watach przetaczających się po Rynku i knajpach w jakiejś nowej modzie poszukiwania "szybkich namiętności". Ba, zresztą nad wyraz jestem chyba "szlachetna" używając w tym określeniu słowa "namiętność" ha ha ha.
Oke - ten weekend w naszym małym smętnym i ponurym jak azjatycki horror Wro był dość owocny w wydarzenia. A to finalizował się Festiwal Blogów, na którym lansował się Łuks z 5W, a to Redaktor postanowił zostać TWÓRCĄ i założył bloga o horrorach (link macie na mojej stronie), a to Dziewczyny spinały finał akcji Kampania Przeciwko Przemocy (też już pisałam o tym), a to Mała Blogerka przyniosła do "domu" pierwszy w swoim życiu dyplom "małego wykształciuszka" ;))))), a to rankiem doznałam "oświecenia" czytając zaległego listopadowego Pressa i wczorajsze Wysokie Obcasy.
Pressa - bo rewelacyjny kawałek jest o Wróblewskim (ex naczelny Newsweeka) oraz o Kamińskim (od kampanii wyborczych PiS) - normalnie super robota, fajnie się czyta i do tego można mieć sporo refleksji własnych - co nader jest rzadkim przypadkiem jeśli chodzi o polskie media ha ha. Natomiast Wysokie Obcasy po raz kolejny pokazują, że "potrafią" robić lepsze wywiady z mężczyznami niż z kobietami - zaskakujące cudownie he he. Tym razem jest to zaje-fajna rozmowa z Bartoszem Żurawieckim (dziennikarz) pt. Wolę własne łóżko. No, szacuneczek za takie materiały - subtelne, a jednocześnie pozbawione fałszu zasłonek kontrolowanej interakcji. Naprawdę zaskoczyli mnie w sposób pozytywny.
Na koniec komunikacyjnego poranku - dostałam sms od redaktor Sylvuni, że właśnie "Jebany Paryż zgubił jej bagaże". Mogą ręce opaść. Wro i tak EXPO ma przerżnięte, a relacjonować to z świadomością utraty własnej walizeczki to podłe, naprawdę podłe uczucie.
Mimo wszystko spoglądajmy z lekką ironiczną ufnością w przyszłość :)
Wybierając "ilu" do dzisiejszego wpisu, przeglądnęłam zasoby komórkowe i znalazłam fotę z tego roku, którą zrobiłam z nasypu nieopodal ulicy Krynickiej we Wro. Panorama jest przepiękna. Widać pustą przestrzeń podwrocławskich dzielnic i fragmenty Brochowa. Patrząc na zdjęcie robi mi się przyjemnie miło, emocjonalnie. Ale jest też druga strona medalu: czas przefiltrował negatywne aspekty tej sytuacji. I dobrze, należy kolekcjonować pozytywy, a nie tylko negatywy. Ale nie dajmy się uwieść przeszłości widząc w niej same najlepsze rzeczy. Wbrew pozorom - wszystko przed nami, kochani ;)

sobota, 24 listopada 2007

...jakoś już we mnie tego nie ma, chyba...


Borko jak wiesz utrzymywanie poziomu zadowolenia jest w naszych czasach bardzo trudnym zajęciem. Może nawet skazanym na beznadzieję i ciągłą porażkę. Prawdopodobnie jest to stan, który dotyka jednych w większym stopniu, innych w mniejszym.
Czy ciągłość niepoukładania życiowego jest czarną dziurą rozpaczy, czy może rodzajem łaski aby życie przeżyć z nerwem dynamicznym, z tym rodzajem namiętności, których inni się boją, albo zamykają w ciemnych szafach po to by tylko w sekrecie się nimi cieszyć - od czasu do czasu.
Nie wiem. W zasadzie, wbrew wyszczekaniu, rzadko kiedy mam przeświadczenie posiadania racji w stu procentach. Co zaskakujące, nawet w takich tematach jak polityka ;)
Wczoraj, rozpuszczając się w mgiełce piątkowego szaleństwa z Małą Blogerką dotarło do mnie, że oto kolejny koniec roku przede mną/nami. Jak zwykle nieplanowany, nie mogący nadejść, zupełnie nie-chciany. Taki koniec roku, który zupełnie zapowiada inne rzeczy dla każdego z nas. A ja chcę stąd wyjechać. Daleko. Dopadła mnie chyba dzisiaj choroba zasiedzenia. A entuzjazm i radość? ...jakoś już we mnie tego nie ma, chyba.

piątek, 23 listopada 2007

San Remo 81, czyli ironistki


Borko, czasem należy być ironistką. Różne są celowe założenia tej ironii. Robimy to po to aby ubiec i zabezpieczyć się przed czyimiś projekcjami. Robimy to bo się boimy rzeczywistości, odpowiedzialności, a może też samotności. Ale robimy też to po to, aby nie traktować siebie z śmiertelną powagą. A może dlatego, że po prostu możemy to robić. Ironizować ot tak, po prostu :)

czwartek, 22 listopada 2007

Bonjour Pat Blaum!


Borko, pono jest tak, że świat dzieciństwa dla niektórych się nie kończy i mutuje się w ich dorosłym życiu tworząc emocjonalne stwory. Cholera może tak jest :) Wszak zespół nerwic ciągle rozszerza się o kolejne jednostki chorobowe.
To "zdziecięcenie" przejawia się na wiele różnych sposobów. Sama się łapię na tym i myślę sobie: cholera nie jest dobrze. Najgorzej, że to człowiek już powoli stary, zdziwaczały się robi, zatwardziały w swoich nawykach, uporze i dewiacyjnych upodobaniach.
W ramach totalnego awangardowego zdziecięcenia, na przekór do lansowania się na naszej klasie zostałam użytkownikiem Second Sexe i na miłej bardzo milutkiej stronie wita mnie teraz napis Bonjour Pat Blaum! O sweet fucker - jak to miło by było słyszeć takie powitanie co rano;)
Inna sprawa, godna poinformowania. Ruszyła strona Wrocławskiej Kampanii Przeciwdziałania Przemocy Wobec Kobiet. Strona z bardzo udaną i nienachalną ikonografią. A, że rok temu z okazji 16 dni przeciwdziałania przemocy zdarzyło mi się "pobłaznować" na konferencji to z ogromną przyjemnością zobaczyłam to dziełko. Warto zaglądnąć, jest tam sporo info z zakresu prawa oraz porady on-line.
Co do przemocy. Trochę to u mnie bardziej złożony temat. Bo ja przemoc lubię, ale w sztuce. Gorzej, jeśli ktoś uzna, że to co lubię w sztuce to musi się przekładać też na życie. Tak jak ostatni dylemat: czy odbiorcy horrorów są potencjalnymi świrami? Dyskutowaliśmy o tym sporo z Redaktorem, bo jako przeciętni połykacze przynajmniej trzech horrorów tygodniowo, uważamy się za ludzi normalnych i spokojnych. Ale może jest inaczej:) A poważnie, wracając do przemocy. Ta jest wszędzie. W życiu codziennym. W interesach. W języku. Sama nie jestem aniołkiem pod tym względem:). Jednak może czasem lekko powściągnąć się?
Choć jak to mawia Monique: więcej pejcza, mniej łańcucha.
Zdecydowanie:)

poniedziałek, 19 listopada 2007

Toporem w reklamy


Borko, czasy są takie, że czasem czas przepływa nam czasowo przez palce, a czasem zaskakuje nas swoim czasowym dynamizmem:)
Ja mam zawsze takie poczucie w związku z weekendami. Nie ma nic fajniejszego od popołudnia piątkowego i sobotnich poranków. Gdyby życie składało się tylko z tych dwóch pór doby - rozpłynęłabym się ze szczęścia. Ale się nie składa. I z jakiegoś powodu numer New Order "Blue Monday" zrobił taką zawrotną karierę. Od New Order zdecydowanie wolę bardziej ich poprzednika depresyjnego czyli Joy Division, ale to już zupełnie inna historia i nie związana z poniedziałkiem.
W zasadzie weekend miał być podporządkowany reklamie, bo i właśnie z Subtelną EM oraz z Rudą EM wybrałyśmy się na noc reklamożerców. Cóż, za podsumowanie powinno wystarczyć to: trzeba było oddać bilety i spadać :)
Niestety, w dobie aktywnego korzystania z portali marketingowych i blogów - nie ma sensu chadzać na takie imprezy. Trochę mija się to z celem, a i wsadu kreatywnego żadnego nie dostałam. Jasne, fajnie było zobaczyć na wielkim ekranie reklamę BMW z Madonną oraz cykl dla CC z Nicole Kidmann (kocham blondynkę;) - zwłaszcza od czasu Dogville;), ale zastanawiam się czy 25 zeta (po zniżce) to nie nazbyt wygórowana cena za tą przyjemność. Nieustannie brakuje mi dobrych reklam piwa skierowanych do kobiet. Jeśli kiedyś z Monique złapiemy taki budżet - to zobaczycie owoc naszej pracy ha ha.
Kończąc temat reklam - ja wiem, że to nienormalne, płacić za oglądanie reklam he he, ale czasem warto - zwłaszcza w kontekście tego, że nie warto już wybierać się na takie imprezy następnym razem;)

środa, 14 listopada 2007

Niskie ciśnienie


Borko, królowo serwowanych kolacji:) - otóż pozory mylą, a nasze wyobrażenia są rodzajem narkotyku ułatwiającego przetrwanie i przystosowanie się. Gdyby przestać "karmić się" życiowymi mrzonko-projekcjami nagle zostalibyśmy obdarci z kolejnych warstw chitynowego pancerzyka, co byłoby skutkiem fatalnym. Bo jak wiadomo, nagość wygląda dobrze tylko dzięki filtrom, oświetleniu i zaletom PhotoShopa. Reszta to tylko pobożne życzenia i kwestia PR. A gdzie jest prawda? Nie wiem. Myślę, że zawsze jest duga;)

wtorek, 13 listopada 2007

Na razie tylko kropla, a nie całe morze:)


Borko, a jutro moja droga to dostaniemy z Monique zajoba w stanie czystym. Jednak, jeśli wszystko pójdzie tak jak trzeba, będziemy mogły sobie napisać w opisie na gadu gadu Jak Rusin i Wende, wiele by tłumaczyć co to znaczy, ale ci co mają zrozumieć, na pewno zakumają o co chodzi i dobrze....
Życie nie składa się ani z samych sukcesów, ani z samych porażek. Podobnie jest w naszym przypadku. Choć jedno i drugie zalewamy zazwyczaj czerwonym winem :) - więc tyle w tym wszystkim podobieństwa.
A oprócz tego zawsze należy pamiętać aby w morzu rozpaczy potrafić dostrzec kroplę radości, cokolwiek to znaczy.

poniedziałek, 12 listopada 2007

Mała Strzyga mieszkała w Zębowicach Dolnych...


Borko uwielbia liczne potomstwo swoich braci i siostry:) Ja w swoim stadzie mam tylko jedną sztukę, na którą wołamy Fasola. Z racji tego, że zawsze należy robić coś dobrego dla dzieciaków - nawet nie swoich, piszę bajkę dla mojej bratanicy.
Niestety (albo stety) najbardziej w życiu to mi wychodzą horrory czy inaczej zwąc opowiadania z dreszczykiem.
Opowieść dla Oli-Fasoli będzie więc horrorem dla dzieci o małej Strzydze, która mieszka w opuszczonej wiosce Zębowicach Dolnych. Strzyga marzy o tym, żeby być dokładnie taką jak inne dzieci, ale tych ostatnich we wsi ani w pobliskiej okolicy nie ma. Jedynymi towarzyszami Strzygi są: jej brat co mieszka w wyschniętej studni (wilczy strzygoń), pajęcza wiedźma (utkana ze starych pajęczyn), Pajęczucha-Wiedźmucha - zazwyczaj ukrywająca się pod starym drewnianym łóżkiem w spalonej chałupie, Chruściaki - śmieszno złośliwe stwory, które wylęgły się pod korzeniami wyschniętego bukowego lasu oraz nietoperz Ślepak - utrzymujący, że jest wcieleniem albo przynajmniej krewnym transylwańskiego Drakuli.
Mała Strzyga całymi nocami wyobraża sobie jak fantastyczne jest życie zwykłych dzieciaków. Nie mając zaś porównania - uważa, że są one piękne, dobre z natury i wszystkie marzą o tym, żeby bawić się z Małą Strzygą.
Leniwe życie Zębowic Dolnych zostanie przerwane przez dwa wydarzenia. Po pierwsze we wsi pojawią się ludzie, którzy zdecydują się kupić mały opuszczony domek w pobliżu starej kapliczki i cmentarzyka. Po drugie - z na razie bliżej nieokreślonych powodów - przebudzi się z letargu i wypełznie z lochu, w którym znika strumień płynący przez wioskę - zmora Dusiołek, tak straszna i silna, że nawet nie bojąca się słońca:)
No dobrze, na razie tyle. Muszę zastanowić się nad rozwojem akcji i tekstami piosenek dla Małej Strzygi:)

ps. a na zdjęciu adresatka opowieści - fota z początku maja, więc Olsik odpowiednio mniejszy:)

niedziela, 11 listopada 2007

In Praise of Bacchus:)


Borko tak jakoś się zawsze składa, że lubię sobie porównywać niekiedy co ja takiego robiłam równo rok temu o tej samej porze. Refleksje bywają zadziwiające, ale pozwól, że tym razem zachowam je dla siebie. Teraz chcę mówić zupełnie o czymś innym. Z biegiem lat zawsze coś się zmienia, czasem tak zupełnie niezauważalnie. Ludzie odchodzą, okazuje się, że nie ma osób nie-zastąpionych (aczkolwiek są nie-odżałowane:), niektóre książki przechodzą na dalsze pozycje, inne natomiast okazują się być nagle bardzo ważne, muzyka powszednieje albo zaczyna drażnić swoją młodzieńczą beztroską...Bywa.
Jednak od czasu do czasu zostaje jakaś "myszka", która nadal działa i nadal przynosi przyjemność i nadal pasuje do naszego ogólnego samopoczucia. I dzisiaj będzie o takiej "myszce".
Moja "myszka" nazywa się Type O Negative i wbrew upływającym dniom i godzinom, he he nawet dekadom już powoli, nadal ciepło siada mi na kolanach i chce być głaskana.
Tak się uroczo stało, że nieznośny brat w końcu podarował mi całą ich dyskografię wraz z filmami, zdjęciami, coverami koszulek i innymi pop kulturowymi duperelami. Więc weekend spędziłam z Peterem Steele'm i dobrze mi było jak cholera.
Bo w ogóle to TON to kojarzy mi się zawsze dobrze i z fajnymi ludźmi, wydarzeniami. W zasadzie mogłabym powiedzieć: najfajniejszymi. Ba, wystarczy nawet wspomnieć wieczór z początku października w mojej kuchni z Małą Blogerką:). Ale nie tylko.
Type ON to był zawsze taki zespół dla niegrzecznych dziewczynek. Przerasowany, przerysowany, bezczelny, estetyczny, wulgarny, postmodernistycznie gotycki i ciekawy. W zasadzie trudno powiedzieć czy był/jest to zespół wybitny. Co tam, Bacha i Mozarta uwielbiam za wybitność, albo takiego Zorna, a TON mogę uwielbiać za estetykę :). No i przede wszystkim za Black No. 1 - eh:).

Ma buty ze skóry małego wilka
i goździkowe papierosy
Na erotyczny pogrzeb
przebrała się za wiedźmę
Jej perfumy pachną jak
palone liście
Każdy dzień to dla niej Halloween

Kochać cię, było jak kochać martwego


ha ha, czyż to nie zabawne na tyle, aby polubić kogoś kto to napisał?

wtorek, 6 listopada 2007

Wszystkie ulubione bohaterki w jednym ujęciu


Borko nigdy nie zapytałam się, kto jest Twoją ulubioną bohaterką. A może jest ich więcej, bo czasem jedna figura nie wystarcza do tego aby nakreślić zarys pełni.
Można powiedzieć, że to dokładnie tak samo jak z miłością. Rzadko się zdarza aby w kimś/czymś znaleźć pełnię wartości, której poszukujemy. Czasem się to zdarza - fakt, ale mi się nie przytrafiło, więc mogę tylko mówić o "puzzlach". Tak więc miałam to szczęście/nieszczęście znaleźć to wszystko tylko porozrzucane w kawałkach. Zupełnie jak w micie o Ozyrysie. Niestety jakoś wszystkie rozczłonkowane kawałki "ciała" nie chciały połączyć się w jeden boski organizm :) Tak chyba jakoś pechowo wyszło, że jak znalazłam ten drugi kawałek to ten pierwszy zaczynał już gnić. A oprócz tego jakby było mało, wszystkie te cholerne kawałki nie chciały za nic być jednym współgrającym "ciałem" tylko upierały się przy swojej indywidualności:)
To taki żart. Cóż, jeśli czegoś nie można mieć, to lepiej z tego zrezygnować. Ileż rozczarowań mniej na świecie, gdyby czasem (od czasu do czasu) trzymać się tej zasady.
Wracajmy do bohaterek, ulubionych bohaterek. Z tymi pójdzie łatwiej niż z miłością. Bo one sobie żyją "równomiernie, samodzielnie, swobodnie".
Najbardziej ulubioną bohaterką wszech-moich-historii jest baronowa Blixen.
Na Karen Blixen długo patrzyłam sie poprzez pryzmat filmu "Pożegnanie z Afryką". Dopiero później przeczytałam jej książki. Ale lepiej później, niż później ha ha.
Tak więc Blixen to prawdziwy TOP. W zasadzie mogłabym sobie powiedzieć: normalnie nic bym nie zmieniła. Jest doskonała!
Każdego wieczora kładę się do łóżka i cytuję sobie: Miałam w Afryce farmę u stóp gór Ngong.
Czasem to tak mi się wydaje, że ja też już po etapie "spalenia farmy, porzucenia męża i śmiertelnej stracie właściwego kochanka". Cóż, taki lajf, a przenośnia jest dobra na wszystko. To teraz czas na podróż "na północ" i pisanie książek. Można i tak, czemu nie?
Oprócz wywołującej wszystkie te nostalgiczne wspomnienia Karen, przychodzi kolej na Leni Riefenstahl. Zostawiając wszelkie kontrowersje na boku, przyglądam się zawsze bacznie jak można mieć coś, co jest ważniejsze niż jakiekolwiek błędy i wtopy, które popełniliśmy/popełnimy - talent :).
Następna? Misia Godebska-Sert! Dlaczego? Bo Misia! Proste, choć nie dla każdego jasne. Ale zazdroszczę Misi, bardzo zazdroszczę.
I jeszcze: Sylwia Plath. Za zrozumienie depresji w stanie czystym.
Nie chce mi się teraz pisać o wszystkich ulubionych bohaterkach żyjących w świecie literatury, filmy czy szeroko pojętej pop kultury. Lista musiałaby być o wiele dłuższa. Tłumaczenia bardziej obszerne, a pewnie i wszystko razem nudniejsze. Choć na pewno temat fajny. Napisać książkę o wszystkich swoich pop kulturowych idolkach, chronologicznie i z umiejętnym wskazaniem na ich ewolucję wraz z trwaniem życia autorki ha ha.
Zostańmy przy tych realnych. Myślę, że wirtualności, nierealności, surrealności i innych mamy zbyt dużo w życiu na co dzień.

poniedziałek, 5 listopada 2007

"Puszczając się" czy "Piłam z..."


Borko jest fanką różnych najdziwniejszych seriali. Zawsze zaskakuje mnie swoją wytrwałością w tej "materii". Dla przykładu, zdarzyło jej się oglądać po 12 godzin swoje ulubione serie longiem bez wychodzenia z łóżka:) Ale było to też za czasów, kiedy Borko jeszcze paliła tytoń, więc nie wiem czy teraz w nowych okolicznościach wytrwa w swojej postawie.
Ja nie mam takiej "ręki ani oka do seriali". Dla produkcji polskich nie mam natomiast cierpliwości. Jednak było/jest kilka takich, które lubię, albo czekam wręcz.
Tak jest choćby z filmem "Gotowe na wszystko" ha ha. Myślę sobie z rosnącym zaskoczeniem, jak bardzo ten film dobrze i celnie opowiada o świecie, o kobietach. Choć co trzeba zaznaczyć - dobrze nie oznacza wcale pochlebnie.
W ogóle chyba tak naprawdę z "pochlebnym ujęciem danego wizerunku" to mamy zazwyczaj do czynienia tylko w sytuacjach teoretycznych, no może jeszcze "na papierze" bo wszak papier zniesie wszystko, albo prawie wszystko:)
Serialowość wchodzi ludziom często w nawyk. To tak jak z modnymi felietonami - kiedy czeka się na kolejny kawałek wyskrobany przez ulubionego "pismaka". Jak ostatnio dowiedziałam się z "Wysokich obcasów" te seriale felietonowe (szczególnie dla kobiet) sięgają bo kontrowersyjne tematy. I tak jednym z bardziej czytanych felietonów na tzw. "Zachodzie" jest rubryka "Puszczając się" ha ha ha. Jestem ciekawa takiego odpowiednika w polskiej prasie kobiecej. Choć może inaczej. Nie jestem ciekawa. Zważywszy na to, że u nas najbardziej atrakcyjne dla masowego odbiorcy jest to co przypomina "coś co jest podobne do czegoś z czym mamy do czynienia na rynkach zachodnich" to efekt może być żenujący. Tak jak w przypadku wszystkich naszych gwiazdek i innych produktów, które powstają w odpowiedzi na to "Coś" z wielkiego świata. Nawet gdybym bardzo chciała mojego blożka przerobić na felietony plotkarskie, to niestety rozczaruję Was - nie miałabym co pisać ciekawego w takim kontekście jak "puszczając się", ale już o rubryce "piłam z..." mogłabym pomyśleć (przy czym to picie to ja moi drodzy nie traktuję w sensie negatywnego upadku buraczanego - tylko bardziej w kontekście "biesiadnym". Dobra, tłumaczę się trochę;).

środa, 31 października 2007

Czym nas mamy zaskakują...


Borko bardzo ceni sobie życie i relacje ze swoją rodziną. Bo rodzina/ka to taki dziwny twór. Albo czasem przesłodzony, albo kompletnie niestrawny, albo pogmatwany w swej strukturze nakładek świadomego na nieświadome. Jakie są nasze rodziny - tego do końca my sami nie wiemy :)
Czasem nas te nasze rodziny zaskakują, a czasem bardzo rozczarowują. Nie powiem, że jestem zachwycona z każdej swojej rodzinnej relacji, bo ja z jakiegoś zimnego chowu jestem i nigdy nie zauważyłam ani nie odczułam konkretnych profitów z posiadania rodziny (ba, wręcz muszę jeszcze alimenty na własną kotkę płacić - ale to zupełnie inna story i nie czas na to żeby się teraz tłumaczyć. Ale, ale z drugiej strony jakoś nie wyobrażam sobie tego życia bez "mojej drogiej rodzinki", nie wyobrażam na tyle, że tak naprawdę przyznaję się bez bicia - to jedyny konkretny powód dla którego nie wyprowadziłam się z Wrocławia. Choć z drugiej strony ta "miłość rodzinna" to czasem tak mi dowali w plecy, że po dwóch godzinach spędzonych w gnieździe familijnym włącza mi się klasyka gatunku pt. "run Forest, run" - ale w sumie, to "run" to mi się niezasadnie często włącza przy wszystkich okazjach relacji międzyludzkich, więc nie ma co się tłumaczyć (to druga rzecz po kocie ha ha).
Ale wracając do zaskakujących sytuacji. Wczoraj - tak by the way zbliżającego się święta - odwiedziłam matkę, i tak my sobie gadu, gadu o festiwalu horroru, o naszych drogich zmarłych i innych takich, aż w ramach żartu sprzedałam jej stronę "Zegar śmierci" (wybaczcie linkować nie będę). Jak się okazało - nie mogłam zafundować lepszej zabawy mojej matce niż ta rozrywka. Niestety - musiałam wyczekać aż sprawdzi datę swojej śmierci, swoich dzieci (czyli mnie i mojego kapryśnego brata - podobno umrzemy w tym samym czasie). Największe rozczarowanie czekało zaś mamę przy sprawdzaniu daty śmierci ojca. Okazało się, że powinien on nie żyć już od 13 lat :) i za cholerę nie wiadomo dlaczego nadal życie. Cóż, życie zaskakuje. Nawet najbliższych:)
To tak gwoli rozpamiętywania o śmierci na dni najbliższe i intrygującej wigilii dnia Wszystkich Świętych.

wtorek, 30 października 2007

Relatywizm bardziej obnaża?


Borko bardzo się cieszę, że jutro przyjdziesz mi gotować i przyrządzać. Na wątróbkę jestem zawsze chętna jak kotka na rozgrzany blaszany dach :) I w ogóle to czekam na nasz wyjazd mały (oby się udało), bo szczerze to mam chwilowo już troszeczkę dość siedzenia na tyłku tu w tym mieście, tu z tymi, a nie innymi ludźmi. Nie obraźcie się - ale od czasu do czasu trzeba urwać się na trochę, żeby Was potem lepiej lubić :)
Tak czy inaczej - zastanawiam się ostatnio nad jedną niepokojącą mnie wizją rzeczywistości: czy relatywiści mają rację? Oczywiście, relatywizm został obrzucony błotem, zdeptany, osądzony od czci i innych takich, przypisany zwyrodnialcom bez etyki, albo zawłaszczony przez najbardziej prymitywnych hedonistów. A czy to aby dobry punkt widzenia? Czy relatywizm naprawdę tak bezwzględnie usprawiedliwia wszystkie subiektywne racje i pozwala na dowolność interpretacji?
A może relatywizm w niepokojący sposób definiuje naszą "naturę" (tfu! co za słowo). Może my tacy jesteśmy, sami dokonując wyboru punktu oceny. Czyż namiętnie nie szukamy usprawiedliwienia dla siebie? Czyż nie czujemy się centrum - prawdziwym axis mundi? Czy aby kontekst sytuacji nie jawi się nam przez szkiełko naszej sytuacji, naszego interesu?
Tokarska-Bakir pisze, że gdzieś mniej więcej po 20 latach od dojrzewania znudziła ją centralizacja siebie: ja, ja, ja. Z mojej perspektywy, w moim interesie. Coś jest na rzeczy. Nie chce mi się liczyć lat od mojego dojrzewania (ha ha), ale to bardzo prawdopodobne, że gdzieś się ta zmiana pojawia, otwierają się nowe możliwości i nowe perspektywy czegoś fajniejszego niż pozycja horyzontalna mojego ego (nie piszę tego szczególnie o sobie tu akurat, może to dotyczy wszystkich, a może część po prostu przesypia ten moment). Kiedyś napisałam "felieton" o pojęciu intru pojawiającej się w filozofii, którą zaproponował Constantin Noica. To intru jest trochę nieprzetłumaczalne, ale z tego co pamiętam "opowiada" o tym, że aby otworzyć się na nowy punkt widzenia, dostrzec coś niedostrzegalnego z zajmowanej tu i teraz pozycji, trzeba się zamknąć w czymś. A więc: zamknięty aby się otworzyć. Teraz na szybko sobie rekonstruuje to pojęcie - szukając odpowiedzi na problem relatywizmu.
Bo po trochę wszyscy jesteśmy relatywistami - zwłaszcza jeśli chodzi o karmienie własnego egoizmu. Nie wiem czy kiedyś obudzę się i stwierdzę: oh, dziś przestałam być egoistką, egotyczką, egocentryczką. Nie wiem. Wiem, że wielu budzi się każdego dnia z nieświadomością swego egoizmu i tej perspektywy poznawczej - i to chyba jest na swój sposób straszniejsze, niż czkanie na wyjście z świadomego egoizmu. I jak zauważyliście na koniec popłynęłam "relatywizmem" bo podświadomie szukam lepszej pozycji dla siebie niż dla innych:)))))

ps. A podobizna tego "Idola" dlatego, że tak sobie dzisiaj myślę: płynę w rzece pełnej bytów, ale płynę sama, samiutka :)

poniedziałek, 29 października 2007

Horror party na finiszu


Borko sweet dear, a więc pierwszy w Polsce festiwal horrorów zakończył się. Było warto, było strasznie, było fajnie...
W zasadzie oprócz wyjątków (a nawet wyjątku) wszystkie filmy reprezentowały dobry poziom i naprawdę trzymały w napięciu. Każdy opowiadał o innej stronie tej gorszej części naszej "natury" i robił to w sposób dobry.
Oczywiście ciosem były produkcje zasłużonych reżyserów takich jak choćby Romero czy Argento, którzy w wyjątkowo trafny sposób potrafią się babrać w wnętrznościach grozy. Bardzo fajnym akcentem na zakończenie festiwalu był norweski horror z górami i śniegiem w tle. Trzymał w napięciu nie gorzej niż Blair Witch Project. Choć na pewno po tym festiwalu moją ulubioną bohaterką będzie niejaka Sadie Blake:)* Eh.
A tak w ogóle to my tu w naszym wesołym grajdole właśnie w tygodniu "Halloween" jesteśmy, więc zajmujemy się przeważnie rzucaniem klątw i innymi takimi necro-man-tycznymi rozrywkami wspomagając się typowym dla subkultury voo-doo anturażem w stylu gorzka żołądkowa z miętą (bardzo dobre połączenie) i odpowiednią ilością dymu z cygar. Cóż, życie - cokolwiek to znaczy - nie jest łatwe ani lekkie, a tu jeszcze przede mną trochę wydarzeń.

* Sadie jest właśnie na zdjęciu:)

piątek, 26 października 2007

Maraton Horroru


Borko najdroższa długonoga contesso:) Jako się planowało, tako się stało. Redaktor zorganizował nam maraton horroru - dzięki czemu bierzemy właśnie udział w pierwszym w Polsce festiwalu filmów grozy. Pomysł super, atmosfera rewelacyjna, doznania - niezastąpione:)
Machnę parę recenzji jak dojdę do siebie, bo na razie chciałabym móc wyspać się trochę bo dzisiaj lekko zawieruszona jestem:)
Nie dość, że tydzień napięty to jeszcze od wczoraj maraton kinowy.
Na pierwszy rzut poszedł "Topór" - bardzo zgrabna i rozrywkowa igraszka z wszystkimi znanymi smaczkami amerykańskich horrorów! Warto. Wprawdzie nie jest to obraz dla zbyt delikatnych. Mamy w "Toporze" więc skuteczną bestię o wdzięcznym imieniu i nazwisku Victor Crowley (sic!), najdokładniejsze ujęcie wyprutych jelit oraz jedną z najdłuższych scen odrąbywania barku. A do tego rzecz się dzieje na bagniskach pod Nowym Orleanem z świętem Marii Grass w tle. EXTRA.
Potem poszedł na tapetę "Tunel". I ja powiem tak. Ja już mam dość japońskich traum. Alienacji, pochmurnego nieba. Zmór kurwa wyłażących z szafy czy tunelu metra oraz kolejnych wariacji na temat dzieci, ciąż, matek samobójczyń. Japończykom więc na razie dziękuję, ale "tym razem zjem kolację z kimś innym" :)
Po powrocie do domu - wstyd się przyznać, ale Redaktor musiał odprowadzać mnie do drzwi i jeszcze sprawdzić czy w przedpokoju ni czeka na mnie jaka zmora przyczajona he he - na szczęście i telewizja kablowa postanowiła przyłączyć się do festiwalu grozy i zaoferowała mi neo-gotycką rozrywkę w postaci "Królowej Potępionych". Do 2 nad ranem sen miałam z głowy. Co jeśli połączyć z nadwyrężoną kondycją z dnia poprzedniego nie daje najlepszych skutków dzisiaj:)
Ale warto było. Bo ten rodzaj kiczu wampirycznego z jakim mamy do czynienia w "Królowej..." całkiem, całkiem miło mnie nastraja do życia. Nawet na tyle lepiej, że rzeczy "czarne" przy bliższym poznaniu nabierają jakiś ciekawych konturów.

czwartek, 25 października 2007

Borko odnowicielka :)


Borko - idolka moja - nie dość, że zrobiła prawo jazdy to jeszcze rzuciła palenie. Jeśli ta pierwsza sprawa jest dla mnie zwykłą dobrą wiadomością, to ta druga urasta do cudu autentycznego. Bo Borko i papierosy to była jedność i mandala w pełni. Bo akt rzucenia przez Borko nałogu oraz zakomunikowanie mi tego właśnie dzisiaj w ten, a nie inny dzień potraktowałam bardzo, ale to bardzo symbolicznie :)
I solennie obiecuję poprawę i odnowę moralną w tym układzie. Normalnie, stara zła Pat z jej wszystkimi nałogami i "zwichnięciami", została przez mnie zatłuczona jak świnia w wiejskiej ubojni.
:) Cholera, czuję się prawie jak na zebraniu inaugurującym powstanie IV RP ha ha.
Ale coś trzeba w końcu zrobić z tym wszystkim.

wtorek, 23 października 2007

Les liaisons dangereuses....


Borko księżniczko z Trójkąta Bermudzkiego, ...czyż nie ma na świecie kobiety, która nie nadużywała władzy, jaką zdobędzie? *. Nie wiem :). Ale chyba wiem coś innego, więc inaczej można to pytanie zadać:
Czyż nie ma na świecie partii, która by nie nadużywała władzy, jaką zdobędzie?

Co tu pisać, co tu pisać skoro nam na "zieloną krainę szczęśliwości" trzeba czekać. No to poczekamy. Dlatego krytyki nie będzie i basta :)

Co do cytatów i romansów - bo mam nadzieję, że zanim przypis na dole znajdziecie to domyślicie się z jakiej książki jest to cytat. Polityka to jest trochę kwestia miłosnego odurzenia, więc mi tak od wczoraj zaczęły sie przypominać ulubione "romance".
Oczywiście ta książka, z której cytat jest to najlepsze opracowanie meandrów uwodzenia i jego konsekwencji jakie kiedykolwiek powstało. I lepsze pewnie nie powstanie. Bo cóż tu dodać w tym temacie. Podobnie jest w polityce. Cóż więcej po tych wszystkich wielkich napisać, co byłoby odkrywcze?
A wracając do romansów, i jeszcze trochę politykując, to myślę sobie, że to tak jak z moimi ulubionymi lekturami. Obok "Les liaisons dangereuses" zawsze chętnie wspominam "Pamiętnki" Duca de Lauzun'e (kochanka Izabelli Czartoryskiej) czy też fantastyczne wynurzenia Casanovy. Ale, ale. Różnica między tymi trzema książkami jest zasadnicza. Mimo, że "Les liaisons..." to fikcja w porównaniu do tamtych dwóch (przynajmniej tak zakładając), to mnie zdecydowanie bardziej przekonuje. Przekonuje brakiem romantyzmu i chłodnym efektem poniesienia konsekwencji. Nie ma bata. Cuda i ohy i ahy, księżniczki wykute z dziwek, przemiany bohaterów dokonujące się w cudowny i szybki sposób to raczej temat na taśmowe scenariusze z TV kablowej, a nie życie. Dlatego też pewnie tak lubimy TV oglądać - bo mało ma wspólnego z tym prawdziwym życiem.
Ale już na dobranoc nie będę tu pleść pajęczyny skojarzeń bo mnie tu wyjdzie jeszcze jedna zaskakująca teoria społeczno-polityczna, a na razie mam tego dość.
Na koniec, taki mały kawałek tekściku zespołu z Kanady o fantastycznej nazwie No Means No o zwycięstwie i wygranej :))))

Victory

When I set out on this journey
I thought it would never end
When I started down that road
I could not see the end
And when I took that first step
I fell in so deep
And all those things that were so hard won
I thought I would always keep

Now what do you think I see
Standing like a wall in front of me
Defat, Not Victory
Defat, Not Victory
Defat, Not Victory

So what are you going to do? Die?
No.
You going to lay down and die?
No.
I will not admit defeat
I will not admit defeat
I will see Victory



* "Niebezpieczne Związki" - Pierre Choderlos de Laclos.

niedziela, 21 października 2007

A może konserwatywni libertyni?


Borko najdroższa, która idąc na wybory zawsze kierujesz się rachunkiem ekonomicznym i stosunkiem jaki mają ugrupowania partyjne do podatków...Chcę Ci powiedzieć, że należysz chyba do tej zdecydowanej mniejszości, która po pierwsze jest wierna swojej orientacji, a po drugie bardziej zwraca uwagę na przysłowiowy "bilans" niż na piękne oczęta czy cudaczne zwroty danego lidera.
Różnych ludzi miałam za znajomych (czasem bliskich), byli lewacy, skrajni liberałowie, monarchiści, trockiści, konserwatywni chrześcijanie z rewolucyjnym zacięciem oraz wyjątkowo politycznie poprawni wielbiciele demokracji i liberalnego podejścia do spraw społecznych...o i zapomniałam jeszcze o anarchistach :) - bo jak wiadomo anarchia jest matką porządku i basta. Neverminde. Wracajmy do sedna sprawy. Otóż właśnie każdy z tych ludzi reprezentował jakąś emocjonalną więź z wyznawanym światopoglądem. Oczywiście sielanki nie było. Były kłótnie, koalicje towarzyskie i te kontr, oraz bitwy na argumenty. Jednym słowem grajdoł masakra. Ale był w tym sens, a nie pierdolenie kotka za pomocą młotka. Bo jednego czego nie jestem w stanie organicznie zaaprobować to brak postawy, prymitywny pseudo-hedonizm pogoni za karierą, stanowiskami i władzą bez względu na własne możliwości, wiedzę itp itd. Byle być, byle wyszarpnąć, byle nauczyć się socjotechnicznej sztuczki wciskania ludziom kitu.
Tokarska-Bakir (etnolożka) pisze fantastycznie w "Rzeczach mglistych", że na Polskę trzeba patrzyć się czasem z dystansu zagranicy. Ta "cenzura odległości" pozwala zobaczyć nas w zupełnie innym kontekście i czasem powściągnąć własną megalomanię, albo uchronić się od głupoty. Nie wiem dlaczego od ponad dekady "ludzie u nas" wierzą, że można mieć naszą Japonię, Tygrysa Azjatyckiego" czy teraz "Irlandię". Nie wiem czemu tak bezgranicznie czekają na psychologiczne głaski w stylu "jesteśmy narodem uczciwym i mądrym". Człowiek jaki jest każdy widzi:) I odnosi się to również do nas.
Nie napiszę na kogo głosuje, bo do 20 mamy ciszę wyborczą he he. Na pewno nie będzie to nikt kto mówi tanie i gładkie slogany w takim stylu w jakim zazwyczaj "lowelasi" mówią kobietom, kiedy za wszelką cenę chcą je zaciągnąć do łóżka:)
A co do poglądu czy postawy życiowej napiszę wam kiedyś o konserwatywnym libertynizmie - ale muszę jeszcze przemyśleć to i owo - żeby było lekko, złośliwie i zabawnie.

czwartek, 18 października 2007

Piękna Asia przeklina w cudowny sposób...


Borko moja droga, patrzę sobie właśnie na "kobietę mojego życia" - Asię Argento w TV i myślę, że człowiek rodzi się bardziej pokręcony niż na to mogłyby wskazywać wszystkie układy astrologiczne na niebie:) Cholera, żaden facet mi się tak nie podoba jak panna Argento, a przecież nie lecę na babki (choć one czasem na mnie tak:).
To tyle z obscenicznych wynurzeń na dobranoc, żeby potem koszmary wam się nie śniły.
Myślę zresztą, że nadmierna wylewność albo zbyt niefrasobliwa szczerość nie jest wcale cennym darem. Trzeba czasem posiadać odrobinę umiejętności, żeby wiedzieć co komu i jak powiedzieć. Czasem tak jest, że nie widzimy się z kimś całymi latami, a kiedy następuje w końcu ten kontakt nie mamy żadnego problemu aby mówić, opowiadać, słuchać bez osłonek, konwenansów udawanych tematów zastępczych. Z drugiej strony można mieć kogoś tuż obok siebie, bardzo blisko. Czasem nawet bez otwierania oczu czuć zapach czyjeś skóry i nie móc zupełnie nic sensownego, szczerego choć odrobinę powiedzieć. Można też mieć wszystko z wszystkiego co wchodzi w skład człowieka, rozmawiać bez słów, łapać sens zdań w połowie, a potem nagle już tego nie mieć, już kompletnie nie potrafiąc znaleźć niczego wspólnego. I co wtedy? Nic. Nie ma rzeczy, które nie podlegają idei przepływu. Więc wszystko płynie i nie mamy umiejętności złapania tej samej kropli wody co wtedy.
Inna rzecz: jest też coś takiego jak umiejętność oddalania. To trochę trudna sztuczka i wymaga dobrej praktyki i ostrzegam, że na początku boli. Ale, ale jak się już troszeczkę w tym obeznamy to bywa nam w życiu łatwiej. No właśnie bohater filmu z panną Argento, mówi o niej: "im bardziej się do kogoś zbliżamy, tym mniej o nim wiemy". :) - by the way, Asia gra tu szelmę wyjątkową, ale za to jak wyglądającą...
Czy warto się więc zbliżać? Może tak jest, że zgodnie z zasadą: w chwili szczęścia doszukuj się zapowiedzi smutku, a w tragedii możliwości odrodzenia - po to żeby jedni mogli bliskość realizować, inni muszą jej się wyzbywać.
No dobrze, ale czasem sobie myślę, że jak już się wszystkiego i wszystkich pozbędę to trochę mi smutno będzie.

środa, 17 października 2007

Wejść na drzewo od czasu do czasu


Borko, musiałabym dzisiaj pisać o różnych dziwnych zakrzywionych teoriach. O mijającej się czasem komunikacji, albo zmęczeniu, które ogarnia nas wbrew woli. Ciągle czegoś odmawiam, albo nie chce mi się czegoś tłumaczyć. Czasem tak jest, że "trzeba wejść na drzewo, żeby pobyć samemu przez jakiś czas" :)
Redaktor Pinio organizuje nam wyjście na festiwal horror filmów w tym paru niezłych niszowych kawałków. Może jak się "najem" tym i owym "horrorowym" to napisze coś znów dla fanatyków "mrocznych sprawek" ;)

ps. i pamiętajcie, że nawet oślikom trzeba czasem odrobinę czułości okazać.

wtorek, 16 października 2007

W poszukiwaniu utraconego wampira


Borko droga moja duszko..."wyskoczyłam" ja dzisiaj sobie podczas kawki popołudniowej na mały spacer sieciowy. Ot, tak bez powodu poodwiedzać trochę starych haseł, kilka miejsc i nostalgicznych wspomnień. Poszłam więc na - wampiry. A zaczęło się tak, że od dni kilku za Mongolię całą i stadninę osłów, nie mogłam przypomnieć sobie jak nazywał się jeden węgierski malarz co to był autorem takiego intrygującego obrazu, co ja go sobie trzymałam w starym "podręcznym" (czyt.: laptopie). Pamiętałam tylko imię: Istvan. Obraz, ba mogłabym sama z pamięci odrysować ha ha. Tak więc, rzuciłam się na poszukiwania. Oczywiście znalazłam, tutaj.
Artysta to Istvan Csok, a obraz pt. "Wampiry" z 1907 roku znajduje się w rękach prywatnych. O, poznałabym te ręce bardzo chętnie. Nic to. Wracajmy do głównego nurtu wydarzeń.
Przy okazji, żeglując po wirtualnych falach wampirycznego oceanu, zawinęłam do kilku portów na wampiryczne barbecue, wampiryczne party, wampiryczne mody, ciuchy, piosenki, kodeksy, akcesoria, randkownie i tylko cholera wampirycznego domu spokojnej starości nie znalazłam. Jednak myślę sobie, że on gdzieś pewnie w Mongolii Wewnętrznej leży, a tam jeszcze z pozycjonowaniem stron mają problemy:)
Z wampiryzmem jest tak, że obok niepokojących aspektów psychologicznych (nikomu nie życzę załapać takiego ludzkiego ssacza na kark, co to wyssie z nas soki życia, pomysły i nie tylko) jest w nim sporo dobrze znanego dekadenckiego uroku: egzystencja istnienia, powtarzalność cykli, urok dla uroku. Jest też mnóstwo kiczu. Bo już czasem od tych mało kreatywnych przetworzeń farbowanych długich włosów, lic bladych i peleryn to normalnie rzygać się chce i to nie krwią bynajmniej. Podobnie od patrzenia się na prze-monstrualne cycate Vampirelle, co to w realu to chyba musiałyby pod tym czymś pchać mostek rehabilitacyjny - tak to nie proporcjonalne jest:) A na cycate aspekty to ja mam ostatnio zęba i cynizm. I jak mi to znajomy opowiadał raz dowcip o facecie co miał do wyboru trzy kobity: mądrą, świetnie ubraną, dobrze gotującą. I którą to wybrał? Tą, która miała największe cycki!
Rewelacja. Eureka. Toż mi się ostatnio przypomniało, jak przy jakiejś wódce znajomy redaktor tak mi klarował wspomnienie po jednej pięknej stażystce co to ją nie zdążył (nie miał odwagi) poderwać: ...i jak przypomnę sobie jej maleńką główkę, mleńkie rączki i maleńkie cycuszki pod bluzką...to jeszcze nie mogę. Tak mówił, dokładnie tak.
Więc myślę sobie, że to wszystko jakoś mi z tym wampiryzmem sie poukładało. Uzależnienie od ssania, zatracanie zmysłów i rozumu. Wszak wampir otumania, na tym polega jego siła :)

ps. przeszukałam ze 40 stron żeby jakiś Wam fajny obrazek (niebanalny) z wampirami znaleźć, ale wszystko ograne, albo cycate cholera. Zapodam więc ten. Nic nowego, ale dziewczę jakoś podobne do mojej byłej pięknej bratowej. To tak sentymentem wampirycznym pojadę:)

poniedziałek, 15 października 2007

Mostek czarownic czy pokutnic?


Borko, czasem nawet zwykły czas zaskakuje nas swoją niezwykłością:) Zwłaszcza w środku dnia roboczego, zwłaszcza kiedy jest to poniedziałek. Prawie jak
Blue Monday
:)
Nie będzie wpisu. Za wpis niech wystarczy zdjęcie. Podobnie, niech czytający wybiorą nazwę właściwą dla siebie patrząc na to miejsce.
Miłej nocy...
...bez snów o debatach i wyborach (sic!)

ps. a mówiąc językiem Ireny Obermanovej: moi koledzy łajdaccy z łajdaków są:))))

niedziela, 14 października 2007

Zmutowane uszko i moje łóżko


Borko, jak się okazuje na świecie dzieją się bardziej zaskakujące rzeczy niż kampania wyborcza w Polce:). Otóż znany performer Stelarc wyhodował ucho na swoim przedramieniu.
Może ktoś pamięta, że Stelarc, gwiazda body art'u, która na skalę światową rozbłysła w latach 90. (wystąpił w teledysku zespołu Queen - tańcząc ze swoją "wirtualną ręką" - że tak opowiem w skrócie) był równo 10 lat temu we Wrocławiu.
Stało się tak przy okazji festiwalu WRO w maju 97 roku. A pisząca te słowa miała wówczas okazję "ochraniać" jego występ w Ośrodku Jerzego Grotowskiego - traktując zresztą swoje obowiązki wolontariuszki zdecydowanie zbyt poważnie he he.
Stelarc to postać niesamowita, jak z surrealistycznego snu. Z jednej strony mogą Was odrzucić jego dokonania: podwieszanie się na hakach w galeriach sztuki, eksperymenty z łączeniem ciała z komputerem itd itp. Jednak Stelarc, to też szalenie fajny i przystępny Australijczyk, którego zapamiętam z eventu w BWA, kiedy stał uśmiechnięty w zamszowym kapeluszu i skórzanej kurtce oglądając wyczyny polskich performerów.
Stekarc to nurt podobny do tego, który reprezentuje inna artystka - Orland. Ta przez całe lata poddawała sie operacjom plastycznym, które miały na celu upodobnić Orland do wszystkich klasycznych "elementów" znanych i uznanych piękności sztuki (z tego co pamiętam czoło Orland miało być wzorowane na Mona Lisie). Obok tej dwójki lubię sobie też podglądać Tracey Emin. O Emin pisałam obszernie na MySpace właśnie, a tytuł jej wystawy posłużył mi wówczas za motto opisujące bloga. Nie będę raz jeszcze rozwodzić się o tym dlaczego lubię Emin i takich freaków sztuki - wystarczy zobaczyć jej pracę pt. Moje łóżko. Dla mnie to zadziwiająca "sekcja zwłok" samotności, inności i wszystkich grzeszków współczesnych kobietek.
Odgrzebując w pamięci, niektóre wyczyny "moich" artystów, spojrzałam przez pryzmat performerskich sztuczek na kampanię wyborczą. Może czasem warto wyłączyć chłodny racjonalizm i w zupełnie odjechany sposób spróbować pooglądać debaty, konferencje prasowe, nie mówiąc już o wisience na torcie jaką są spoty reklamowe przeróżnych partii. Ho, ho - czego tam nie ma! Kogo tam nie ma! Można powiedzieć, że gdyby szarpnąć się i zgromadzić w jednej sali jakiejś dowolnie wybranej galerii sztuki współczesnej wszystkie wyborcze filmy, puścić je w tym samym czasie na zawieszonych telebimach, a do tego kazać liderom partyjnym wygłaszać na żywo swoje "najlepsze" kawałki. Mielibyśmy niezłe piekiełko he he. Tylko ilu z nas wytrwałoby na takim evencie?:)

sobota, 13 października 2007

Don't play with me


Borko, zasadniczo to ani dziesięć lat temu, ani nawet rok temu (tym bardziej) nie wyobrażałam sobie, że noc z 12 na 13 października 2007 roku będę spędzać "śledząc" nocne życie zajezdni tramwajowych. Czy jest coś zaskakującego w tym? Nic. Wszak nigdy nie wiemy co nasz czeka:)
Moja przyjaciółka Agnes, ma marzenie żeby móc uczyć się przez całe życie. Myślę sobie: ta noc na zajezdniach też była bezcenną lekcją, choć może żadnego dyplomu za nią nikt z nas nie dostanie, to będziemy ją wspominać przynajmniej przez dwie kolejne dekady:).
I tak jak sobie nie wyobrażamy często przyszłości, tak bardzo zabawnym zderzeniem jest zapoznanie się z artefaktami z przeszłości, w których to "przewidujemy" przyszłość, bądź kierunki jej rozwoju.
Dziś udało mi się "posprzątać" jedną ze skrzynek pocztowych - ponad rok korespondencji i dyskusji. Zamiast szybkiego "usuń" zaczęłam oczywiście grzebać się w listach. Zaskakujące jak po czasie nasze prognozy wydają się być albo skrajnie nieprzytomne, albo cholernie celne. Może warto czasem sobie "odkopać" taki grobek bo w nim można znaleźć sporo wskazań na przyszłość. Choć oczywiście jest to podobna bzdura jak solenne obiecywanie sobie: "już nigdy więcej tego nie zrobię...".
Zrobię. Zrobisz. Zrobimy. Przez połowę życia popełniamy błędy, aby przez następną połowę przestrzegać innych przed ich popełnianiem. Ha, nawet jest to urocze na swój sposób. Jak to szło? Gdyby młodość wiedziała, a starość mogła:) Cudowne przysłowie!

piątek, 12 października 2007

"Działamy po omacku..."


Borko,

Działamy po omacku... robimy, co możemy... dajemy to, co mamy. Nasze zwątpienie jest także naszą pasją, a pasja jest naszym zadaniem. Reszta to już obłęd sztuki.

Henry James - amerykański pisarz, który wybrał bycie "Anglikiem" - napisał te słowa w "Wieku średnim". Zaś David Lodge, pisarz brytyjski wybrał ten właśnie cytat jako motto do swojej książki o Jamesie pt. "Autor, Autor". Lubię Jamesa za to, że był lepszy od sobie "równych". Za wszystkie te "sztuczki" psychologiczne w powieściach, o których jemu współcześni mogli pomarzyć. Natomiast Lodge'a cenię za inteligenty, lekko ironiczny opis środowisk na pozór zamkniętych, na pozór tak poważnych i dalekich od żartów (vide: "Mały światek"). Jednak pozory mylą. Za fasadą, którą budujemy przez całe życie, zazwyczaj tętni zupełnie inny świat. Bynajmniej nie tak czarowny jak ten znany choćby z "Zaczarowanego ogrodu". W pewnym sensie taka jest też istota blogowania. Czy blog, jego forma, sposób narracji jaki wybieramy w tym danym momencie dla określonych odbiorców jest krystalicznym odbiciem naszego szczerego tu i teraz, czyli mnie i mojego "małego osobistego"? Chyba nie. Piszę to kursywą, bo wszak sama do końca nie jestem przekonana czy aby rzeczywistość jest w stanie na tyle się zawiesić tu i teraz, żebym na sto procent mogła powiedzieć: o, to piszę szczerze. :)
Myślę, że szczerość bywa "wartością idealną" - do której a i owszem dążymy, ale nie musi oznaczać to wcale, że ją osiągamy. Czasem celowo nawet zawieszamy się w tym dążeniu aby nie pozbawić się pancerza ochronnego, pod którym to już tylko wystarczy mały kopniak, aby rozłożyć nas na łopatki.
Bardzo to będzie wulgarne w porównaniu do Henry Jamesa, ale czy oczekujemy od polityków szczerości? Czy warto zasiąść przed TV oglądając kolejną debatę? Czy warto wrzucać do urny kolejny raz zakreślone nazwisko, na kolejnej liście:))) Nie odpowiem na to pytanie, bo ani to nie czas (jesteśmy przed wyborami), ani nie miejsce.
Czy na bloggerze czuję ten sam luz na co na My Space - jeszcze nie. Na pewno daleko mi do tej swobody myśli, opinii, ilości skojarzeń wulgarnych, zabawnych czy prowokacji do jakiej przyzwyczaiłam się tam. Pewnie się rozkręcę. Ale ma to też swoją zaletę. Może ta sytuacja dowodzi, że sieć nie jest wcale poszatkowaną, wszędzie tak samo wyglądającą przestrzenią. Przynajmniej ja się dzisiaj tak czuję:)
Blogowanie nie ma nic wspólnego (przynajmniej dla mnie) z fazą "...a więc mój drogi pamiętniku, dzisiaj to...". Ha ha, prowadziłam niegdyś pamiętnik, ale cierpliwości zabrakło mi dniach trzech, kiedy kolejny wpis zaczynał się mniej więcej w stylu "...dzisiaj po lekcjach poszliśmy na wino. Tym razem "Pokusa" dała radę" :). Podobno - tak po "sartrowsku" mówiąc, nawet takie małe wybory wpływają zasadniczo na całe nasze późniejsze życie. Czy pijąc wino po lekcjach zamiast biegnąć wkuwać matmę zmarnowałam sobie życie zostając humanistką? :) Czy może jednak "cudowne" olśnienia związane z dekonstrukcją Kanta nad winem marki "Pokusa" okazały się być zbawienne?. A bo to wiadomo? - że tak zacytuję magister inżynier Borko:).
Wracając do istoty blogowania. Żeby nie Łukasz, to by nie było blogowania. Żeby nie wyprowadzka z Biskupina, to by nie było tematów na posty. A potem, potem to już jakoś idzie, coraz dalej rozrasta się i wrzuca nas zupełnie w inne fałdy czasu i życia.
Poza tym, jak napisałam dwa miechy temu na MS - jesień to czas włóczykijów, a ja jestem takim włóczykijem co lubi się szwędać tu i ówdzie. Stąd przeprowadzka i stąd blogowanie - jedyne stałe axis mundi jakie mam na teraz. Całkiem zresztą miłe.
A kończąc wulgarnie i po swojemu, dobrze, że się kończy powoli ta polityczna młócka. Jadę dzisiaj w nocy z Monique "pilnować" oklejania tramwai, co po raz kolejny dowodzi, że praca w agenturze, to normalnie ciężka fabryczna praca i czego my to nie przeżyjemy w tej robocie (he he to byłby dopiero temat na bloga;). A dobrze, że się kończy, ponieważ jutro z redaktor Sylv mamy zamiar wypić zasoby winne i inne. Bo wszak po robocie człowiek napić się musi:)
nie zapominając, że pasja jest naszym zadaniem.
Czego też wszystkim życzę;)

środa, 10 października 2007

Witam, witam


Borko droga - tego nagłówka zmieniać nie będę. A więc stało się. Zmykam z MySpace w podskokach. Roczny eksperyment zakończony. Było miło i ciekawie, ale bynajmniej brakowało w tym wszystkim - treści. MySpace to profile, a nie blogowanie. Można pooglądać zdjęcia, można dostawać maile od ludzi mniej lub bardziej znajomych, ale nie można robić wielu rzeczy. Można kolekcjonować, podrywać, lansować się. Pisać nie-prawdę, albo kłamstwa zupełne. Tymczasem (słowo zakazane) zapragnęłam czegoś więcej. Oczywiście blogspot nie wziął się ot tak z powietrza. Przecież tuż za rogiem jest 5 Władza :)
Tyle gwoli zaproszenia - na resztę atrakcji zapraszam niebawem.