czwartek, 30 lipca 2009

Na lekki koniec - dobry (zawsze) osiołek


Wdzięczne zwierzątko - tu w obiektywie redaktor Sylv - rodem z Maroka.


Osiołki zawsze muszą ciężko pracować, i to podwójnie:-( za liche wynagrodzenie. I zawsze ktoś powie, że i tak są złe oraz uparte:-(


Po pracy, życie osiołka nie wygląda różowo... I nawet napić się nie może...


A tu autorka mini reportażu fotograficznego - redaktor Sylwia - której dziękuję za fajne zdjęcia i zgrabny "fotoportret":-)

wtorek, 28 lipca 2009

Kot i sztuka

Zaloguj się na moim profilu i zrób proszę aktualizację oraz zaakceptuj znajomych

Borko, nadzorowanie cudzych profili jest jak głaskanie obcego kota na stadionie:-) vide załączona fotografia. Niby dotyk futerka jest jak zwykle rewelacyjny, zwierz przybiega (bo wiadomo, że do kotownic przybiega). Ale...
Zacznijmy od początku. Wszystko rozpętało się w ubiegły piątek. Z redaktor Sylv i redaktor Jacko poszłyśmy na "Harrego Plotera". Zanim weszłyśmy do kina, musiałyśmy oczywiście zaliczyć ileś miejsc, w których rozdają za mamonę straszliwe węglowodany powodując głębokie fazy uzależnienia:-) jak to bywa podczas tych upokarzających sesji obżarstwa rozmowy bywają miałkie. W skrócie ujmując mentalny biały kozaczek rządził. Jednak na koniec redaktor Jacko poruszyła nader ważną kwestią jaką są "społecznościowe spadki". Otóż, jeśli masz taką potrzebę możesz pozostawić na pewnych portalach testamentowych wszystkie swoje hasła do stron, które kreujesz, a jakiś odpowiedzialny "spadkobierca" podejmie trud (w sensie odziedziczy po tobie) kontynuowania dzieła. W pierwszej chwili pomyslałam: extra. W drugiej: kurwa, no bez jaj. Po kij, ktoś ma grzebać się w moich zasobach, nadrabiać styl i kiepski humor. A jak nikt się nie znajdzie? Wstyd i sromota będą jeszcze bardziej piekące. Wprawdzie nie sądzę abym z tego sobie zdawała sprawę, ale nigdy nie wiadomo. Nie mniej - temat ten zajmował mnie dłuższy czas (również z innego powodu, ale o tym kiedy indziej). Będąc na tej fali dostałam wczoraj info: "zaloguj się na mój profil. Zrób aktualizacje, dodaj znajomych, poodpisuj na maile. Żeby wiesz aktywność nie padła". Eureka! Nikt nie ma czasu żeby zarządzać wszystkimi swoimi wirtualnymi wcieleniami. Mit spędzania urlopów, czy wyjazdów z notebookiem na kolanach i bezprzewodowym nadaje się do edukacyjnych filmów o współczesnych patologiach, a nie do realnego zastosowania. Stąd - bardzo przydatną usługą będą "zarządzający profilami" - czyli, "podmioty", które są w stanie poprowadzić pozornie zindywidualizowane, społecznościowe profile/miejsca/aktywności w imię ojca/matki założyciela. Idąc tym tropem dalej - można wysilić się nieco - nie każdy ma zdolność kreacji, pisania, ubierania w ładne fatałaszki czegoś tam kuwa o sobie, ale w wewnętrznym przeświadczeniu wie o co "go" wie czego chce (zakładam), wie do czego jego osobie dalej, a do czego bliżej - i może chcieć skorzystać z tego rodzaju usług - wykreuj moją wirtualną obecność (po wypełnieniu ankiety), zarządzaj moimi profilami (kiedy pracuję, urlopuję, mam w dupie świat, depresję...), a do tego zadbaj o to abym była/był zawsze trendy. Abstrakcyjne? Bynajmniej. Dziwne było to, że wcześniej robiłam to for money, a teraz for fun. Ale dziwne to. I na razie muszę się z tym przespać:-) jak mawia Mała Blogerka.

Ps. a dzisiaj laur dobrego smaku należy się Łukaszowi Medekszy - może to i gamoniowate i wredne stworzenie jest (tu uwaga ważna, jeśli ktoś odebrał to nie w kategoriach żartu - ten trąba, tak gwoli wyjaśnienia użytych przymiotników odnośnie zacnego Lou), ale niestety, poczucie "life meaning" mamy niezmienne. No i w końcu oficjalnie życzę wszystkiego najlepszego z okazji zostania w przyszłym roku tatą!

niedziela, 26 lipca 2009

Kluski wokół Bibi

Borko, w związku z tym, że za parę godzin będę wspinać się z rowerem po stromych schodach prowadzących do Twej lisiej norki, nie mam nic do przekazania tutaj, czego nie mogłabym opowiedzieć za chwilę w realu. Więc będzie temat najzupełniej Ciebie nie interesujący.
Nie, no fantastycznie obudzić się z pretensjami do świata - correct - ludzi. Świat, to akuratnie w niczym nie zawinił. Pandemonium mizantropolis rozpętało się podczas porannego picia kawy. Najpierw rozmowa nadmorska z Najlepszym z Braci, który po krótkich oględzinach i opiniach związanych z patałachami i chwastami przyjeżdżającymi nad Bałtyk w celach zakłócenia jego odpoczynku, co przejawia się chlaniem piwa całą noc, jedzeniem smażonej na starym oleju ryby (śmierdzi - bo Najznamienitszy Degustator używa tylko jednej dostępnej na polskim rynku oliwy, która jego zdaniem nie jest chrzczona), łażeniem w powyciąganych gaciach po plaży oraz ogólnym krzykiem, dziadostwem, kiepską estetycznie muzyką puszczaną z radioodbiorników w autach (pewnie hitem letnim jest numer Będę brał cię w aucie:-), zakończył pierwszą część wywodu takim wnioskiem: wiesz, dochodzę do wniosku, o czym już ci mówiłem, że mężczyźni w pewnym wieku absolutnie nie powinni chodzić w spodniach powyżej kolan oraz wyciętych pod ręką koszulkach. Jest to po prostu nieestetyczne i uważam, że umniejsza godność. To takie fircykowate. Finito. Może należy rozważyć wprowadzenie męskiej wersji czadoru i burki? A pozytywy: ano są, krajobraz w Rowach jak zwykle przepiękny, a Starodawnix (życiowa towarzyszka niedoli Darsego) ślicznie się opaliła na kolor bursztynowy, no i Mała Księżniczka powdycha w tym roku sporo jodu. Łoł. Dobrze, że źli ludzie słońca nie zabierają i na jodzie nie oszukują ;-)
Tak czy inaczej, nie było rady. Zło świata ludzkiego przybiegło do mnie światłowodem szybko i oplotło moje myśli skutecznie. W związku z tym, że jutro rozpoczyna się tydzień roboczy, musiałam zapoznać się nieco z prasą drukowaną, w której o branży netowej i blogerskiej sporo się urodziło.
Niczego nowego z mediów nie dowiedziałam się - z tego rodzaju mediów - zresztą, tak jakby kiedykolwiek byłoby inaczej. Zniesmaczył mnie "Przekrój" stylistyką i formą języka jaka rozszalała się na jego łamach. Nie chce mi się nawet tego analizować. Dość, porównam to do analogii z pradawnych czasów subkulturowych. Najbardziej pogardzanym gatunkiem byli tzw. sezonowcy, albo ci co przytakiwali każdemu kto reprezentował wolę mocy. Nigdy nie rozumieli dlaczego każda ze stron konfliktu chce ich bić po ryju. Przecież przytakiwali i mówili dokładnie to co trzeba było mówić. Przecież mieli najlepsze fatałaszki w teamie i "najmodniejsze" nazwy kapel na kurteczkach i wiedzieli, że nad kuflem piwa trzeba bluzgać. No właśnie :-). Potem zagłębiłam się w "Dziennik", którego redakcja chce się poczuć protekcjonalnie lepsza wytłuszczając opinie Andrzeja Nowaka o małości współczesnych mediów obsługujących lenistwo i niecierpliwość, a następnie radośnie każe tłumaczyć się Michałowi Kamińskiemu z przygody z kop w NOP, a wspominając Stachurę (nie lubiłam nigdy) porównuje jego postać do gwiazd pop (inaczej czytelnik zapewne nie zainteresuje się). Nawet Leszkowi Kołakowskiemu "dostało się". W tytule artykułu na jego temat, gazeta zapewnia, że na wykłady Kołakowskiego chodziły nawet modelki. Buha haha haha. Rzeczywiście, wielka to zasługa edukacyjna. Złością wieję - wiem. Ale kuwa jeszcze przede mną lektura "Wprost" i cholera muszę się jakoś nastroić dobrze :-)
Po prawdzie, kwaśno jeszcze myślę o jednym koledze, który jak tylko jest źle i świat kąsa po łydkach to boleje jak Werter nad panoramą życia, a kiedy hej wiatr lekko słodki muśnie po żaglu, to tyle go widzieli i słyszeli. Ale zdaje się to wszędzie taki "królik z kapelusza" jest, bo i Mała Blogerka też mnie opowiadała o takich przypadkach. Więc chyba rację ma matka Tobs, kiedy mówi: trudna to ty jesteś, ale głupia to na pewno nie. Ano.
Nic to, wiem że tak nie powinnam:-), ale po to mam poduszkę z blogiem aby zawsze się w nią wypłakać :-). Poza tym nikt z nas nie jest doskonały o czym świadczy fota kluseczkowatej Pat z podobizną subtelnej Bibi Anderson. Też chciałam pogrzać się w słoneczku doskonalszej estetyki niż własna:-)

FOT. Mo:-)

piątek, 24 lipca 2009

Non, Je Ne Regrette Rien:-)


Borko, wczorajsza zabawa w "Literatce" przedłużyła się przez nawałnicę atakującą Wrocław. Gdyby nie deszcz, zawierucha, a rzekłabym nawet tornado, wszyscy rozeszlibyśmy się o 20.00 do domków, syci, zadowoleni i bezpieczni od ewentualnych następstw kaca moralnego. Ale...
Ale strzyknęło mnie wczoraj w powypadkowym kolanie, że tak łatwo nie będzie. Po pierwsze - bo za dużo wariactwa stężyło się w powietrzu (o czym pisałam wcześniej), po drugie - ja po privie musiałam sobie pewną sprawę przedumać, a wszak nie da się tego bez dobrego, inteligentnego i wartościowego towarzystwa:-), po trzecie - (jak już wspomniałam) siodło baryczne i gwałtowna zmiana pogody uniemożliwiły nam wyjście z lokalu gastronomicznego.
Zacznijmy od początku. "Literatka" to taka miła spelunka (nie, no lokal jest ok), do której sentyment jest wielki - nigdy nie zdarzyło mi się tam bawić w kiepskiej kompanii, a co najważniejsze to właśnie pod tym szyldem (ale jeszcze w starej siedzibie) doszło do wiekopomnego założenia naszej agenturalnej "Jabłonki". Zawsze obiecywałyśmy sobie, że zrobimy tam rocznicową imprezę, ale jak to bywa z obietnicami rozmyły się. Pierwsza "Literatka" powstała w siedzibie dawnej księgarni. Złośliwi mawiali, że to dlatego aby ukoić hipokryzję inteligentów, którzy już tak naprawdę książek nie czytają, ale chcą się nachlać patrząc na biblioteczne regały. Jest coś na rzeczy. Nie mniej, ja też lubię "Literatkę" i zresztą mogłabym zamieszkać w bibliotece, więc dlaczego miałabym nie cenić sobie zabawy w towarzystwie książek? :-) Zresztą, w dawnych czasach, kiedy jeszcze żyła Sylwia i prowadziła bibliotekę oraz oczywista malowała, przyjeżdżałam do niej na małe burzliwe blitzkriegi i często zamykając drzwi od "budy z książkami" siadałyśmy sobie między regałami i hyc... a ile list fajnych książek do księgozbioru ułożyłyśmy. Eh. Nevermind(e). Tak więc, kiedy "pierwszą" literatkę zamknięto, ponieważ kamienica poszła do remontu, wszyscy poczuliśmy się nieco sierotami. Oczywista pozostawało jeszcze zawsze podwórko pod "żydowskim kasztanem" i konglomerat tamtejszych karczm, ale nie wiem, jakoś tam to różnie bywa, a w Lit. jest zawsze cool. Po przerwie, wczesną wiosną tego roku z radością zauważyłam, że Lit. znów działa - w innym miejscu, ale w zasadzie w tej samej części Rynku i widok na Ratusz jest dalej - co jest istotnie ważne, zwłaszcza jak rozmowy chodzą wokół kwestii "zarządzania" naszym grodem:-). Nie to, że jakoś tam tak często się siedzi, bynajmniej, ale jak już się trafia to na jakiś fajny event. Poza tym, kiedy nastąpi jakiś opad deszczu, bez problemu mogę hycnąć z rowerem do środka - za co paniom zza baru jestem szalenie wdzięczna. Najgorszą rzeczą w Lit. jest niestety muzyka, która snuje się z internetowego radia, stacja nie najgorsza, ale nie zawsze pasuje no i jak się wczoraj okazało nie można zakładów robić kto wymusi dany utwór i wykonawcę dla paniach obsługujących konsolę. No, tak już jest, że nie ma w życiu samej słodyczy. Niestety wracając po nawałnicy z wczorajszego spotkania "literackiego" zaatakowały mnie konary zwalonych drzew i nie dość że ulubione spodnie pójdą chyba na szrot to jeszcze łokieć zdarty, tyłek zbity, ale pysk i zęby całe. W skali eventów porównywalnej do skali Beauforta - przydzielamy punktów 11, czyli silny sztorm:-)

Aha, wczoraj wysłuchałam mnóstwo ciekawych dialogów - od polityki do życia obyczajowego i refleksji na temat przemijania oraz handlowania, ale złoty medal należy się zdecydowanie zasłyszanej rozmowie ze stolika obok (ale nie będę pisać kto gaworzył):
- Nie, no całe to CIA okazało się być pomysłem nietrafionym. Nie nauczyli się niczego po Wietnamie. W ogóle są przereklamowani.
- Tak, to zastanawiające jak można zmanipulować wizerunek nawet takich jednostek. Czy w ogóle są w takim razie jakieś sprawne wywiady?
- Moim zdaniem jedynie GRU dobrze działało. Na pewno byli skuteczniejsi od CIA.
- Dlaczego tak sądzisz?
- Bo o GRU nikt filmów w kinie nie robił, a o CIA jest od zasrania.
- No, masz rację.


:-) jak dla mnie hit.

ps. na focie Ags pozdrawia ze Szwecji :-)

czwartek, 23 lipca 2009

Całe życie z wariatami

Borko, dobrze że wróciłaś, będziesz mogła mi wytłumaczyć na sposób racjonalny dlaczego całe życie upływa mi z wariatami. Wszak są inni, normalni, dobrzy, mili, spokojni, racjonalni, mieszczańscy, poukładani ludzie. A tu kuwa, nie dość że wariaci, to jeszcze jak to dzisiaj Mo zauważyła mistrzowie od topienia koni w połowie przeprawy:-). W tym wypadku lepiej być rzeką niż jeźdźcem. Why, honey, why?

Ps. dowodem na wariactwo jest to, że właśnie przyszedł do nas przedstawiciel jednej kanapkarskiej partii i przyniósł nam odkurzacz w prezencie. Super. Z życia kuwa wzięte.

środa, 22 lipca 2009

Subtelne listy z wakacji

Borko, szczęśliwa urlopowiczko i "dezerterze" (czasowy) od szponów korpo-mafii, jakże zazdroszczę Tobie tej chwili wyłączenia się z obiegu:-) Nic to, u nas gorąco, wilgotno, roboczo i wiatrak na okrągło chodzi, prawie jak w filmie Harry Angel he he, tylko nie przyszło nam jeszcze do głowy jakiegoś kuraka ubić;-)
Lud pozostający nad morzami donosi, że jest całkiem fajnie. Szczęśliwcy powracający z Marakeszu lśnią piękną skórą:-). Niektórzy czerpali ochłodę z pozostawania na bagnach - jak się okazuje, a kolejni na północy bawią się w bycie "Szwedami", reszta snuje się. Do czasu zamiany. Kwestia turnusów pozostaje niezmiennym cywilnym rytuałem. Jest też taki margines ludu, co podróżuje bo pracuje. Tako jak i my. Choć szczęśliwie dowiaduję się, że w tym tygodniu ominie nas jazda do miasta Łódź (nota bene tego, którego odwiedzać nie zamierzałam w najbliższym czasie:-(. Niestety, co się odwlecze to nie uciecze.
Ale ja tu o innych chciałam dzisiaj sprawach napisać. Na wakacjach lubię dostawać listy, może nawet bardziej niż w pozostałej części roku. Zresztą, sztuka korespondencji i pisania listów to jest miodzik akacjowy i naprawdę rzecz wielka w czasach porozumiewania się monosylabami w stylu: no, yhy, aha, ok, eh, ten tego ;-)
Tak więc przyszłam ja ci rano do biura, odpaliłam "różową dziewczynę", patrzę, patrzę w skrzyneczkę (listonosz realny już był, ale poza wyciągami z kart i fakturami nic nie przyniósł), a tu czeka na mnie wiadomość z daleka od jednego przesubtelnego, przemądrego, przewykształconego, przeempatycznego kolegi, więc myślę sobie: łoł taki miły akcent na rozpoczęcie dnia. Gwoli wyjaśnienia, punktem wyjścia była kwestia depresji i głasków, ale treść szybko zmutowała na tematy antropologii kultury: "...zostanę już we Wro - mieście grzechu i rozpusty a'propos słyszałem od Araba jak powstało Morze Martwe i depresja, no więc była sobie Sodoma i Gomora w okolicy, Bóg się wkurwił, jebnął pięścią w blat swojego biurka i wysłał Anioła żeby z pedalstwem zrobił porządek. Anioł wystraszony i też w sumie wkurwiony, że musi gdzieś lecieć, jebnął z buta w ziemię łopatą, w dołek, który powstał po prostu się odlał i tak wszystko do góry dnem zostawił. Sodoma i Gomora mają od tamtego czasu spoczywać na dnie Morza Martwego.......niezłe, nie?:)".
Tia... i to ja niby jestem wulgarnym chamem? :-)

poniedziałek, 20 lipca 2009

Mała Blogerka przeżyła już lat 24:-)

Mała Blogerko, a więc jak to mnie dzisiaj napisałaś: stara dupa z Ciebie:-)Prezent materialny dostaniesz jak się zobaczymy, gifta wirtualnego - zgodnie z obietnicą - przesyłam wpisem teraz.
Być może wybierzesz zupełnie alternatywną drogę, albo zostaniesz na tej co teraz, ale pobiegniesz innym tempem do przodu. Ważne jest to co nas łączy, a nie to co nas dzieli:-). Przede wszystkim to z okazji urodzin mówię Ci: ucz się dalej, bo kto nie chciał nosić teczki, ten musi nosić woreczki - a doktorat jednak zając i może uciec:-)
Z innych rad w kwestiach, które żywotnie Ciebie zajmują to posłuchaj:
1. po dwóch dniach obżarstwa rób siedem diety, a wszystko jakoś się ułoży:-)
2. dobieraj grubość obcasa do tęgości łydki, a noga nie będzie puchnąć:-)
3. nie ubieraj jaskrawych pończoch - bo w nich wyglądają dobrze tylko 10-letnie dziewczynki:-)
4. na randce zawsze udawaj, że piszesz mniej niż jest to w rzeczywistości:-)
5. nigdy nie płać za swojego faceta - jak nie ma na rachunek, niech pomyje kufle w knajpie:-)
6. jak spotkasz aspirującego do Twej białej rączki, a zauważysz, że do łóżka zabiera pisma, czy książki o polityce lub filozofii - wyrzuć z domu, wystaw buty za drzwi i wyłącz telefon:-)
7. kiedy trafi się następny, od razu pytaj czy woli spędzać czas w garażu czy w bibliotece - jeśli postawi na to drugie, rozważ eksterminację:-)
8. jeśli już tak się zdarzy, że założysz stadło z "myślicielem czynu", a Twój Inwentarz będzie Cię nazywał najlepszym intelektualnym wsparciem - ponownie rozważ ucieczkę, albo wyrzucenie z domu (nie zapominaj o zmianie albo blokadzie numeru komórki) :-)
9. nigdy, ale to nigdy niech Ci powieka nie drgnie nawet na hasło współczynnik humanistyczny, konwergencja, mem, ekonomia behawioralna, re-dekonstrukcja systemów politycznych albo inne tego rodzaju strasznie szkodliwe kocopały:-)
10. rozważ na chłodno czy credo współczesnego humanizmu głoszące prymat być więcej nad mieć więcej - jest aby na pewno zasadne:-)

I pamiętaj, że świat jest dokładnie taki jak w naszym ulubionym sezonie przygód Czarnej Żmii, szczególnie w odcinku Wielka rzepa i wielka polityka:
- To kogo oni wybierają w tych wyborach?
– Jak zwykle tych samych: grubi torysi zostają członkami parlamentu, jak osiągną pewną wagę; zwyrodniali rewolucjoniści, co myślą, że jak trochę popracują, to im się należą pieniądze. Jak zwykle ten sam bajzel. Bubki na górze, plebs na dole, a ja między nimi ciągnę ze wszystkich, ile się da kasy.

...no i pamiętaj, że Baldrick zawsze przetrwał ze swym debilizmem czystej krwi;-)

Naturalnie, po tym wskazaniu dziesięciu zasad mądrego postępowania, wiem że... zrobisz wszystko na odwrót, ale o konsekwencjach to kochanie za lat dziesięć - z całą pewnością będę miała gębę pełną frazesów, a ty mnóstwo "kejsów" ze swego życia do opowiadania :-)
Sto lat w każdym bądź razie, a przynajmniej 80. w dobrym zdrowiu, bo jak wiesz już dobrze, od czasów Kochanowskiego nie-wiele zmieniło się w tych sprawach.
No i rzecz jasna wypiję z radością winko co mnie na biurku zostawiłaś ;-)

niedziela, 19 lipca 2009

Ogonek Koty Lisy

Borko, sweet heart co pozostajesz poza zasięgiem sieci komórkowej, zdarza się, niektóre książki kupujemy z lenistwa albo przekory skojarzenia ich autora/treści z krytyczną uwagą jaką słyszymy od przyjaciół. Jeśli chodzi o Ciebie droga Borko, to moją traumą jest przyniesienie Tobie w prezencie na nową chatkę lat temu kilka powieści Lampedusy Lampart. Nie wiem dlaczego ale są takie wieczory, kiedy zastanawiam się jakim prawem wrzuciłam do Twego świata dylematy i bezkompromisowość osobowości księcia Saliny. Zapewne XIX wieczna Sycylia znudziła Cię po dziesięciu stronach lektury i uśmiecham się na myśl, że cisnęłaś książką o ścianę, być może zastanawiając się co mi strzeliło do głowy z tym prezentem:-). Autorem, którego książki zdarza mi się czytać z powodów negatywnych opinii czy połączenia z takimi sytuacjami jest Michael Ondaatje. Właśnie kwadrans temu skończyłam Divisadero. Po lekturze szybciutko wrzuciłam w sieć hasło, aby obaczyć recenzje innych. Trafiłam na druzgoczące i z rozbawieniem sobie przypomniałam historię sprzed lat i zmarszczek z Angielskim pacjentem w roli głównej. Byłam wówczas na kulturoznawstwie i moja bliska koleżanka miała ksywę Ruda - ta właśnie Ruda przyjechała na studia z "wschodniego południa", a jej cały anturaż stanowił kopię i wariację krakowskiej secesji. Trąciła cholernie myszką we Wro, ale miała piękny, niski wibrujący głos i grała na wiolonczeli. Po roku, ściągnęła do siebie swojego "chłopaka" - dyrygenta, organistę i śpiewaka w jednej osobie. Piszę "chłopaka" bo ta para związana ze sobą czymś w rodzaju sojuszu spisku tak naprawdę miała bardzo złożone preferencje i czasem szukali sobie "ofiar" osobno, a czasem po prostu preferowali wspólne "posiłki". Lubiłam przychodzić do ich wynajmowanego poddasza, które naturalnie obili welurem w kolorze intensywnego wina, obłożyli małymi lampionami, a na ścianach pozawieszali portrety cenionych kompozytorów i kopie z fragmentami ukochanych partytur. Poza muzyką jak to się mawia klasyczną słuchaliśmy sobie Glena Goulda (ja wiem, że tu może pojawić się zarzut, że nie włączam interpretacji Goulda do zbioru "klasyczna", ale nie robię tego i basta) oraz Toma Waitsa. Nie słyszałam nigdy, żeby w ich domu była obecna inna muzyka. Prasując starym żelazkiem swoje żabociaste koszule i sukienki, Ruda opowiadała o ich romansach, kłótniach i interpretacjach. Patrzyłam się wtedy przez okno na fajny widok małego cmentarzyka, który w dziwny sposób przetrwał w tej okolicy. Myślę, że Ruda sporo ściemniała i dodawała całkiem zwykłym relacjom i normalnym ludziom obowiązkowego rysu demoniczności. Czasem przyjeżdżali do mnie - zawsze niezapowiedziani - i zostawali na noc. Nie używałam wówczas do spania łóżka i chcąc ulokować ich u siebie rozkładałam swój materac i posłanie na szerokość całego pokoju. Zostawialiśmy włączone małe światełko, zapodawaliśmy jakąś dziwaczną muzykę do snu i zawijaliśmy się obok siebie jak koty, które czasem można podglądać kiedy sobie odpoczywają w stadzie. Dziwne, nie toleruję w nocy obecności drugiego człowieka, a ci obcy mi ludzie nigdy nie przeszkadzali. Potem Ruda "rzuciła" swojego "partnera" dla jakiegoś "nadczłowieka", który był w stanie kupić dla niej ziemię i dom w Bieszczadach, a następnie zaczęli prowadzić zdaje się handlową firmę. Zupełna abstrakcja:-) To właśnie z Rudą i matką Tobs poszłyśmy do kina na Angielskiego pacjenta. Po seansie, matka chrząknęła i oznajmiła, że podobała się jej kolorystyka tego obrazu (nigdy matki nie zapytałam się co miała wówczas na myśli), Ruda zaś w sposób jak zwykle brawurowy i błyskotliwy zjechała całą fabułę, obśmiała narrację, a ckliwe jej zdaniem zakończenie odebrała z zażenowaniem. One obie radośnie sobie paliły (matka zawsze poważniej traktowała moje koleżanki niż mnie:-), a ja szłam za nimi nieco z tyłu jak młodsza siostra zabrana na doczepkę na seans. W końcu zapytały mnie, co sądzę o tym filmie, a ja powiedziałam bezczelnie, że lubię melodramatyczne historie szarpiące nam nerwy i wyciskające łzy, a poza tym takie sytuacje zdarzają się jak ta przedstawiona w Angielskim pacjencie. Zniszczyły mnie jednym spojrzeniem:-). Po filmie przeczytałam książkę, wcale nie nie zniesmaczyła mnie szczególnie he he. O tym wszystkim przypomniałam sobie czytając Divisadero, może jeszcze o jednym przyjacielu, który mówił, że chciał żyć w świecie Faulknera, gdzie mężczyźni siedzą na werandzie paląc tytoń i spoglądając na pola uprawne, a kobiety przygotowują jedzenie w kuchni. Zaśmiewałam się z jego wizji i marzenia o "Kalifornii" mówiąc, że jesteśmy w nieco innym świecie. Na co ten odpowiadał, że właśnie dlatego ten świat tak bardzo się spierdolił:-). Byłam więc krytycznym recenzentem naiwnej historii, która spodobała się mojemu rozmówcy - tak jak niegdyś Ruda dla mnie.
Nie znalazłam w Divisadero wymuszonej pseudo-intelektualności jaką zarzucały Ondaatje różne recenzje, ani silenia się na "coś". Jak zwykle mogę powiedzieć, że i tym razem podobała mi się tkliwość i melodramatyzm tej (tych) historii oraz konkluzja, że takie przygody się zdarzają, a ja sama znam ich mnóstwo.
No i to byłoby na tyle w kwestii wspominania. Wpis nieco dłuższy, ale z racji wakacyjnych prac i planów nie ma tego "puszenia" się na najbliższe tygodnie za wiele,

piątek, 10 lipca 2009

Called to be saints

Borko zapewne już wyszykowana na mazurskie wojaże z kajakiem oraz zgrają rodzinnych watach, które potem skwapliwie będziemy "obmawiać" przez całą jesień i zimę ha ha, zajmując się mniej więcej dekonstrukcją w takim stylu jak to opisał John Updike w Parach;-) Ale ja dziś nie o tym, bo o "tym" to będzie jak nasz zbiór przypowieści życiowych na powrót się napełni, a ja znów dojdę do wniosku, że "naprawdę, no niemożliwe to wszystko!" oraz "no co Ty mi opowiadasz!" - tak to zazwyczaj wygląda w kuchni na Traugutta, czyli w 'rezydencji' missis Borko. Po prawdzie w życiu nie ma rzeczy niemożliwych, ani my z Borko takie nie święte, ale od czasu do czau dobrze jest wejść w rolę nieświadomej niczego mieszczki - bo wiele razy ta "rola" uratowała nam dobre samopoczucie - nieprawdaż?;-) Nevermind(e).
Parę dni temu zarzekałam sobie, że na czas wakacji odpocznę od kwestii horrorów i tym podobnych dla dobra obopólnego. Jak się okazało. Nic z tego. Jakiś czas temu popijając poranną kawkę przeczytałam w jakimś z dupy wyciągniętym magazynie, że wyszła taka "stara" powieść Joanne Harris Nasienie zła. Ja tam lubię angielski pop literacki i będąc wczoraj w księgarni łypnęłam okiem na znajomą, aczkolwiek zalatującą lekko tandetą, okładkę i hyc uszarpałam znalezisko. Gwoli wytłumaczenia kupowałam sobie książkę Yukio Mishimy, żeby nie było he he. Tak czy siak, szalony Japoniec poszedł do poczekalni, bo niestety otworzyłam sobie knigę Harris, przeczytałam pierwsze zdanie... no i tak nocka zleciała:-)
Ale nie o postmodernistycznej wariacji gotyckiej powieści w wersji Joanne Harris chcę tu pisać tylko rodzeństwie Rossetti. Od lat nie zajmował mnie już ani Dante Gabriel ani Christina. Odeszli w mrok przeszłości razem z wieloma innymi egzaltowanymi upodobaniami. Aż tu nagle wrócili z wielkim stylu (takie rzeczy to potrafi tylko pecik robić;-). Najpierw, parę tygodni temu, "wróciła" Christina, a to za sprawą Goblin Market, który czytałam ponownie przy okazji "badania" do poduszki topografii piekła. I ze zdziwieniem zauważyłam jak fantastyczne są przygody Laury i jej siostry Lizzy oraz, że mimo lat całych, nadal całkiem porywającą są lekturą. A teraz buszując w historii Harris, której książka jest rodzajem młodzieńczego "hołdu" dla malarstwa Rossettiego, przekopałam się na powrót po albumie z prerafaelickimi tripami. Strasznie fajne jest czytanie inter- i nad- interpretacji obrazów, zamiarów malarza, kodów, dopisywanie do tego całych opowieści. Podobnie - czasem - jest tylko z niektórymi zdjęciami, które potrafią się oderwać od rzeczywistego przedstawienia i rzucić w wir "przygody". Tak więc podglądając sobie wczoraj nocą Prozerpinę Rossetiego myślałam sobie o tej obcej estetyce, niemożliwie mnie wkurzającej teraz, a jednocześnie żadnej innej tak pięknej i wciągającej (no i odrobinę absyntowej afkors:-).
No i jeszcze taki smaczny kąsek na koniec: matka rodzeństwa Rossetti była z domu Polidori, a jej bratem był John W. Polidori, kumpel Byrona i autor Wampira. Tak więc, gdzie się nie ruszyć, wampir zawsze gdzieś mnie z nory wylezie i basta;-)
Powiedziała, że lubi cmentarze. A ja byłem zachwycony, bo nie wiedziałem jak wiele młodych osób zwykło je lubić, gdyż nie kojarzyło ich jeszcze ani z prawdziwą śmiercią, ani z cierpieniem, ani ze stratą.

Nieprawdaż?

środa, 1 lipca 2009

Abażur






















Borko mnie ostatnio nauczyła słowa "abażur" w sensie wprawiania niezamierzonego chaosu, reorganizacji rzeczywistości aż do nowego (nieprzewidywalnego) efektu, który jest następstwem takiego działania. Jednym słowem a to "abażur". Bardzo mnie się to słowo spodobało, bo jest tak absurdalne jak niektóre sytuacje w życiu:-)
Więc konkludując: u mnie ostatnio rządzi abażur.
:-)