wtorek, 30 października 2007

Relatywizm bardziej obnaża?


Borko bardzo się cieszę, że jutro przyjdziesz mi gotować i przyrządzać. Na wątróbkę jestem zawsze chętna jak kotka na rozgrzany blaszany dach :) I w ogóle to czekam na nasz wyjazd mały (oby się udało), bo szczerze to mam chwilowo już troszeczkę dość siedzenia na tyłku tu w tym mieście, tu z tymi, a nie innymi ludźmi. Nie obraźcie się - ale od czasu do czasu trzeba urwać się na trochę, żeby Was potem lepiej lubić :)
Tak czy inaczej - zastanawiam się ostatnio nad jedną niepokojącą mnie wizją rzeczywistości: czy relatywiści mają rację? Oczywiście, relatywizm został obrzucony błotem, zdeptany, osądzony od czci i innych takich, przypisany zwyrodnialcom bez etyki, albo zawłaszczony przez najbardziej prymitywnych hedonistów. A czy to aby dobry punkt widzenia? Czy relatywizm naprawdę tak bezwzględnie usprawiedliwia wszystkie subiektywne racje i pozwala na dowolność interpretacji?
A może relatywizm w niepokojący sposób definiuje naszą "naturę" (tfu! co za słowo). Może my tacy jesteśmy, sami dokonując wyboru punktu oceny. Czyż namiętnie nie szukamy usprawiedliwienia dla siebie? Czyż nie czujemy się centrum - prawdziwym axis mundi? Czy aby kontekst sytuacji nie jawi się nam przez szkiełko naszej sytuacji, naszego interesu?
Tokarska-Bakir pisze, że gdzieś mniej więcej po 20 latach od dojrzewania znudziła ją centralizacja siebie: ja, ja, ja. Z mojej perspektywy, w moim interesie. Coś jest na rzeczy. Nie chce mi się liczyć lat od mojego dojrzewania (ha ha), ale to bardzo prawdopodobne, że gdzieś się ta zmiana pojawia, otwierają się nowe możliwości i nowe perspektywy czegoś fajniejszego niż pozycja horyzontalna mojego ego (nie piszę tego szczególnie o sobie tu akurat, może to dotyczy wszystkich, a może część po prostu przesypia ten moment). Kiedyś napisałam "felieton" o pojęciu intru pojawiającej się w filozofii, którą zaproponował Constantin Noica. To intru jest trochę nieprzetłumaczalne, ale z tego co pamiętam "opowiada" o tym, że aby otworzyć się na nowy punkt widzenia, dostrzec coś niedostrzegalnego z zajmowanej tu i teraz pozycji, trzeba się zamknąć w czymś. A więc: zamknięty aby się otworzyć. Teraz na szybko sobie rekonstruuje to pojęcie - szukając odpowiedzi na problem relatywizmu.
Bo po trochę wszyscy jesteśmy relatywistami - zwłaszcza jeśli chodzi o karmienie własnego egoizmu. Nie wiem czy kiedyś obudzę się i stwierdzę: oh, dziś przestałam być egoistką, egotyczką, egocentryczką. Nie wiem. Wiem, że wielu budzi się każdego dnia z nieświadomością swego egoizmu i tej perspektywy poznawczej - i to chyba jest na swój sposób straszniejsze, niż czkanie na wyjście z świadomego egoizmu. I jak zauważyliście na koniec popłynęłam "relatywizmem" bo podświadomie szukam lepszej pozycji dla siebie niż dla innych:)))))

ps. A podobizna tego "Idola" dlatego, że tak sobie dzisiaj myślę: płynę w rzece pełnej bytów, ale płynę sama, samiutka :)

2 komentarze:

Belladia pisze...

A zdaniem niektórych, Derrida vel "papież postmodernizmu" to jedynie intelektualny kuglarz, dla którego żaden sens nie ma sensu, każda myśl jest bezmyślna, a każde ustalenie fałszywe... Więc po cóż kurważ żyć w takim świecie... Bleee

Patrycja Blaum pisze...

No jak to po cóż żyć? Dla złudzeń ha ha i prawd, które sami tworzymy przy zbiorowym udziale :)
A poważnie - osobiście nie odczuwam "Wielkiego Programowego Sensu" życia.