sobota, 24 listopada 2007

...jakoś już we mnie tego nie ma, chyba...


Borko jak wiesz utrzymywanie poziomu zadowolenia jest w naszych czasach bardzo trudnym zajęciem. Może nawet skazanym na beznadzieję i ciągłą porażkę. Prawdopodobnie jest to stan, który dotyka jednych w większym stopniu, innych w mniejszym.
Czy ciągłość niepoukładania życiowego jest czarną dziurą rozpaczy, czy może rodzajem łaski aby życie przeżyć z nerwem dynamicznym, z tym rodzajem namiętności, których inni się boją, albo zamykają w ciemnych szafach po to by tylko w sekrecie się nimi cieszyć - od czasu do czasu.
Nie wiem. W zasadzie, wbrew wyszczekaniu, rzadko kiedy mam przeświadczenie posiadania racji w stu procentach. Co zaskakujące, nawet w takich tematach jak polityka ;)
Wczoraj, rozpuszczając się w mgiełce piątkowego szaleństwa z Małą Blogerką dotarło do mnie, że oto kolejny koniec roku przede mną/nami. Jak zwykle nieplanowany, nie mogący nadejść, zupełnie nie-chciany. Taki koniec roku, który zupełnie zapowiada inne rzeczy dla każdego z nas. A ja chcę stąd wyjechać. Daleko. Dopadła mnie chyba dzisiaj choroba zasiedzenia. A entuzjazm i radość? ...jakoś już we mnie tego nie ma, chyba.

Brak komentarzy: