czwartek, 25 lutego 2010

Heaven can wait


Nie powinnam narzekać. To był dobry miesiąc. Zima sobie poszła. Pokończyłam sporo tekstów pod poduszkę. Wyspałam się na najwygodniejszym łóżku świata. Na chwilę "włożyłam cudze życie na siebie" (całkiem miłe jak się okazało), a na koniec wystawiło się parę faktur. Zawsze coś. Marzec pewnie tak genialny nie będzie, choć przecie wiosna idzie, więc może, może... Na razie trzeba się obronić przed doroczną inwazją przeziębienia, które do znudzenia atakuje mnie zawsze w tych samych miesiącach co do sekundy.
Najgorsze jest to, że niebezpiecznie dochodzę do wniosku, że coś takiego jak życie zawodowe nie ma nic wspólnego z tym co chcemy w sobie pielęgnować wartościowego - o łoł, jak mnie to ładnie wyszło;-). Rzecz w tym, że w sumie mogłabym zarabiać laniem kawy, prasowaniem, albo mieszaniem w garze, bo to co robię wcale mnie jakoś nie wzbogaca i tak "właściwe pole gry" leży zupełnie gdzie indziej. Chociaż nie, "dzieci" lubię uczyć, ale to w sumie można podciągnąć częściowo pod działalność charytatywną :-).
Jak poszłam dziś wieczorem do apteki to przede mną w kolejce stała taka śliczna ciemnowłosa dziewczyna. Taka ładniutka w nieczęsty sposób. Niska, z wielkimi oczami, gładkimi ciemnymi włosami, ostro przyciętymi nad karkiem. W cudownym czarnym płaszczyku, lakierowanych botkach i przepasana paseczkiem od CK. Cudeńko - pomyślałam i zaciągnęłam na oczy czapkę, bo dzisiaj czuję się jak androgyn, zresztą przeważnie tak się czuję, więc nie ma czym gadać, wróćmy do ślicznej brunetki. Ja więc - po środki na przeziębienie - a to cudo? Myślę sobie. Kiedy nadeszła jej kolej, pięknota poprosiła o trzy listki nicorette (czy jak to się nazywa), aspirynę w tabletkach i dwa opakowania deprimu. Well, nawet istoty doskonałe miewają słabości i gorsze dni. Zatem wybaczcie, dzisiaj mam ten smutny dzień.

Brak komentarzy: