piątek, 18 lipca 2008

Zaraz kolejna przesiadka


Borko nie widziana od tylu tygodni, że normalnie powinnyśmy się chyba zapłakać księżniczko za sobą :). Tak więc ja tu właśnie kończę sobie pobyt swój wojszycki i opiekę nad strasznym Karusiem co dzisiaj postanowił normalnie wjebać sobie po prostu mojego klapka z Baty, a teraz leży pod biurkiem w sypialni i ściemnia jakim to jest fajnym psem oraz jak bardzo mnie lubi. He he ... nie z nami te numery Karuś:)
Niestety - kolejny raz stwierdzam, że jestem zadeklarowaną kociarą i cholera psy fajne są, ale nie dla mnie ta rozrywka i gonitwa spacerowa.
Więc wczoraj urwałam się na operę filmową węgierskiego kompozytora i reżysera, który postanowił zrobić obraz o wędrowcy z kraju węgierskiego co poszedł do Tybetu, a w drodze spotkał mnóstwo kluczowych dla siebie i świata postaci. Właściwie poszedł tam po historię i tajemnicę swoich przodków oraz po to aby znaleźć odpowiedź co jest stałym sensem naszego życia. Przodkowie i historia okazali się być kwestią wyobraźni i naszej interpretacji, rozmytym horyzontem na który spoglądamy do tyłu, a nie do przodu. Nie znalazł jednoznacznej odpowiedzi na temat "stałości", bo to tylko realny jest wiatr, który czujemy w dłoniach pędząc w bitwie na czele oddziału oraz czas, którego zagadki i stanu nie jesteśmy w stanie pojąć od tysiącleci. Wszak cały czas się z nim zmagamy:)
I jeszcze ten weekend i Barcelona, oby tak soczyście piękna jak ją zapamiętałam.

Brak komentarzy: