piątek, 4 czerwca 2010

Cum am devenit huligan*

Dziś będzie o Rumunach :-) Bo dawno nie było. Zdaje się ostatni raz pisałam o moich Drogich zza Karpat przeszło rok temu. Miałam coś napisać o Noice i jego kulturo-centrycznej-miłości, ale w sumie o Noice ostatnio w Polsce pisze się (Rita Baum i Arcana) więc trochę czuję się zwolniona z obowiązku niesienia rumuńskiego kaganka przygody. Zatem dziś o Mihailu Sebastianie i Normanie Manei. Czyli rzecz o chuliganach. Ale tu uwaga - to chuligaństwo należy rozumieć dokładnie ta, jak zostało to ujęte w książce Sebastiana z 1935 roku oraz w tych fragmentach definicji Eliadego, które znajdują się w jego prozie pt. "Huliganii" (również 1935 r.)
Zatem to chuligaństwo dla mnie ściśle się wiąże z moim stosunkiem do Rumunii. To rodzaj przekory i eksperymentu, na który pozwala tylko i wyłącznie młodość. Taka próba - determinująca wszystko, co nastąpi później. Próba labiryntu - jakby to zapewne ujął Mircea E. :-). Im bardziej w realiach polskiego języka i zbiorowej wyobraźni lat 90. słowo Rumun nabierało negatywnego, pełnego protekcjonalnego dystansu zabarwienia, tym bardziej odkrywałam nie tylko uroki rumuńskości, ale wręcz niebywałą intelektualną historię tego kraju i jego Twórców. Do dzisiaj zastanawiam się, kiedy ta moja miłość do Rumunii zaczęła się. W bibliotece pedagogicznej przy lekturze pierwszych stron Eliadego? Czy przy tekście o dramatach Ionescu w starym Dialogu? A może od jakiegoś irytująco gorzko-nadętego cytatu Ciorana? Nie wiem. Pewnie wtedy dopiero kiełkował afekt. Strzygnięcie okiem i gest dłonią - czyli zapwiedź równonocy (jakby to poraz kolejny nazwał Mircea:-). Ta dziwna chwila, ułamek sekundy "dziania się", kiedy to coś w nas zmienia się, przestawia, uderza mocno w głowę - tak, że bez racjonalnych wniosków musimy przyznać się do tego, że chyba się zadurzyliśmy i właściwie, to cholera jasna, nie wiadomo czemu i po co? Nevermind. Tak było wtedy. Ale dopiero jakiś wieczór w Bukareszcie, dziwne uczucie, że ja już wiem o co w tym wszystkim chodzi, które dopadło mnie na głównym placu w Konstancy, sprawiło, że Rumunia stała się przestrzenią drugiego wyboru. Pierwsza jest tu gdzie jestem, we Wrocławiu, druga tam właśnie. I nic się nie zmieniło.
Do rzeczy. Weźmy się za Normana Manee. Jego książka - "Powrót chuligana" - to świetna próba inaczej ubranej autobiografii oraz zamiar zmierzenia się z kawalem XX-wiecznej historii i polityki. To książka łącząca w sobie niebywałą intymność z dośwadczeniem współczesnej emigracji, obserwacjami dotyczącymi przemian ustrojowych i geopolitycznych oraz (w szczególności jest to smakowity kąsek) próbą zmierzenia się z wpływami ideologicznymi pokolenia rumuńskich intelektualistów pierwszej połoy XX wieku. Mamy więc i awangardę, żelaznogwardzistów, mistycyzm śmierci, wojowników, poetów, Żydów i antysemitów. Wielu zdziwi, jak Manea - bez patosu, jęczenia i gromienia - jedynie słusznych poglądów - pokazuje - środowisko, które w zasadzie znało się, lubiło, ceniło, a jednocześnie potrafiło walczyć ze sobą, odcinać się i które - niezależnie od wybranych traktów życia - wpłynęło nie tylko na kolejne pokolenia Rumunów, ale też i wielu innych, którzy w jakiś sposób natrafili na teksty, tezy, myśli tych autorów. Ale Manea pokazuje jeszcze coś - jak tekst zaczyna przeżywać życie po życiu autora - i to nie zawsze zgodnie z pierowtnymi intencjami - jeśli w ogóle mamy czelność twierdzić, że te intencje istnieją;-). Tak czy inaczej - to książka świetna, choć akuratnie będzie nieco trudna w lekturze dla tych, którzy Rumunów nie powąchali i nie czytali. Bo to w sumie powieść z meta-kluczem.
Dlaczego mnie się tak "Powrót Chuligana" (rodzaj przekornego hołdu dla Mihaila Sebastiana) Manei spodobał? Bo wkurza mnie nader często to jękotliwe widzenie tylko czubka własnego nosa w polskiej tożsamości i historii (również tej z ostatnich dekad). I chyba też to, że nadal ch..ja wiemy tutaj w Polsce o Rumunii. A byli to nasi sąsiedzi do 1939 roku. Zresztą, jak ostatnio sobie uświadomiłam, ze świecą znaleźć tego, kto dla przykładu porównałby doświadczenie gospodarcze i legislacyjne Czech z ostatnich lat 20. z naszym. Więc co tu się dziwić, że Rumun to obcy-obcy. Ale zachęcam do przyjaźni. Bo ten cudowny moment, kiedy pewnego dnia przyznajemy się przed sobą, że oto nasze doświadczenia i my sami nie jesteśmy wcale takim wspaniałym połączeniem wyjątkowości i cech unikatowych, staje się pierwszym krokiem ku człowieczeństwu. Czyli ku myśleniu nie tylko kurwa o sobie :-)
Miłego i słonecznego weekendu - bez deszczów i kataklizmów.



* "Jak zosta łem chuliganem" - to tytuł powieści Mihaila Sebastiana.

Brak komentarzy: