środa, 19 listopada 2008

Lepiej oddałby to komix


Borko najlepiej opisałabym swoje przygody (ostatnie) w formie komiksowej, a nie pisząc bloga. Jednak nie rysuję już od dawna i chyba rączka nie "ta" z czasem się zrobiła. Podobny los spotkał mój charakter pisma, który obecnie najlepiej byłoby nazwać ha ha: styl verdana;-)
A więc życie jesienne sobie jakoś płynie. Agenturalnie na razie staramy się walczyć z kryzysowym demonem, co niezauważalnym wałkiem jest, ale skutecznie powoduje w naszej pracy jakiś chaos i napięcia. Ale, ale chyba nie z takich tarapatów "się wychodziło" więc może jeszcze nie czas na pogrzeb ani na stypę. Raz lepiej, raz gorzej - takie to uroki bycia nie-"budżetówką", o której czasem to sobie człowiek marzy, ale jak tylko to widmo zyskuje namacalne kształty w postaci kontaktów z stało-etatowcami i ich przygód to od razu jakoś na sercu lżej się robi i cicha norka w Feniksiaku zyskuje na atrakcyjności niebywale. Co prawda jedno "kruczysko" wieszczące zazwyczaj powodzenie nam spierdoliło z gałęzi jabłonkowej, ale po cichu liczymy, że kartka dla samego prezydenta będzie jakimś ogarkiem zwiastującym nowy lepszy rok. Obaczymy, a jak nie - to zawsze można spakować manatki i pojechać gdzieś daleko hen, hen, ta gdzie to zawsze Włóczykije się udają jak im obmierznie stały świat. Eh. W sumie, wszak ten rynkowy chaos nie tylko nas dotyczy...
Tak czy siak - o szczególnie wybitnych plotkach pisać nie ma co. Praca się powoli toczy, ja muszę pokonać lenia aby napisać artykuł o manipulacji pakietem CS3, oraz dobijam sobie główkę wieczorami traktatami o Heinem i Miltonie. Następna lektura będzie bardziej lajtowa he he.
Tak czy inaczej, Heine to mi wszedł w głowę, choć miewałam do niego przez lata stosunek o różnym zabarwieniu emocjonalnym. Ato szaleńczo mnie się podobał, a to potem wcisnęłam go w zakurzoną szkatułkę pamięci o klasykach i pogrzebałam - co tu dużo mówić, a to w ogóle o drogim Heine nie myślałam. A ostatnio wrócił w wielkim stylu. Co tu dużo mówić, jakoś chyba do siebie pasujemy skoro tak pięknie objawiło mi się wczoraj w nocy ot dla przykładu to:
Życie jest chorobą, cały świat szpitalem, a śmierć - lekarzem.

Cudowne he he.
Albo:
Tam, gdzie książki palą, niebawem także ludzi palić będą.

Lub:
Powinno się wybaczać swoim wrogom, ale nie wcześniej, niż zostaną powieszeni.

ha ha - ten rodzaj humanitaryzmu zawsze mnie frapował;-)

No dobrze, to tyle Heinrich Heine co oprócz tych zgrabnych aforyzmów stworzył ulubioną przeze mnie nostalgiczną i pełną "ochów" i "achów" poezje liryczną.

A Milton? No Milton jest świetny - nawet w tłumaczeniu. Mnie odpowiada poezja buntu, a jeśli jeszcze jest okraszona zajefajnym słownictwem i metaforą, to po prostu powala jak setka dobrego absyntu;-)

Ogromne skrzydła rozpostarłszy swoje
Jak gołąb siadłeś na ujściu otchłani,
By ją uczynić brzemienną: co mroczne
We mnie, rozjaśnij, co niskie, wznieś w górę...


Odpadam przy tym, świetne.
A mnie to po ostatnich doświadczeniach chciałoby się poaforyzować tak:
...wybaczam tym co nie czytają, ale wówczas gdy ich oczy w misach już spoczywają

Oczywista, żart taki lekko okrutny, z tropami wiadomymi, ale co tam, jesień to kanibalka ludzkich uczuć, więc wybaczcie afkorsik :-)

Brak komentarzy: