piątek, 28 listopada 2008

Oślikowa łączka


Borko - a Twe zniknięcie księżniczko należy do totalnych skandali na miarę międzynarodową :-). Ale o tym sobie pogadamy w cztery oczy, a nie tak na forum publicznym. Zresztą - trudno dziś wybrać mi temat na dzień dobry. O zamachach w Bombaju nie będę pisać - wszak byłoby to dość niesmaczne, aby o ludzkich tragediach pisać na blogu, gdzie zazwyczaj o mniej lub bardziej większych bzdurach się pisze (oprócz może choroby Mamy Tobs - ale to też moja rzecz osobista i nie namawiam do wspólnego udziału w jej przeżywaniu, a może nawet i odwrotnie, nie zniosłabym zbiorowej traumy z tym wydarzeniem związanej. Ot, wypiszę się raz na jakiś czas i zostawmy to w sferze niedomówień). Ok, end z zapleczem teoretycznym.
Ostatnio sobie tak jadąc spóźniona do fryzjerki myślałam o prymitywizmie ogólności. Zanim przejdę do sedna, zatrzymajmy się na chwilę nad fryzjerem. Otóż, żyjemy w czasach, gdzie znalezienie setki stażystów do firmy jest dość proste w porównaniu do przygruchania sobie dobrego fryzjera. To ważne as fuck - bo jeśli przypomnę sobie te wszystkie poranione estetycznie panie i panów - co chcieli uczynić z mej głowy coś fajnego (kuwa...), to naprawdę ostatni wybór, którego trzymam się wiernie od roku (cholera, prawie już recydywa:) należy do tych o które trzeba dbać. Więc wierzcie mi, że wpadłam do zakładziku na Więziennej z opóźnieniem i z olbrzymimi wyrzutami sumienia, że nie dbam o komfort pracy mojej fryzjerki:-) Ta, oczywista ofukała mnie lekko, ale potem było już dobrze, bo nie musimy się przecież zaraz kochać, żeby zrobiła moim włosom dobrze, nieprawdaż? No, a to trzeba przyznać panny z Więziennej robić potrafią bezbłędnie :-) Więc, wróćmy do ogólności - a to telepiąc się wczoraj z rana i walcząc z opóźnieniem myślałam sobie jak to w głupich powiedzonkach w stylu "kłamstwo ma zawsze krótkie nogi", "lepszy stary wróg niż nowy przyjaciel" lub he he "że najlepsze imprezy są te niezapowiedziane" - zawiera się brutalna istota naszej egzystencji. I gdyby tak potraktować czasem poważniej te stare głupie prawdy, to nasze życie byłoby cholera prostsze i fajniejsze :-) Ale tak czy siak nie jest źle - wszak nasz padół do suma śmiesznych historii poprzeplatanych łzawym melodramatem :-)
Co do ostatniej prawy o imprezach, to muszę z miłym zaskoczeniem przyznać, że mimo upływu lat lokal Intro (choć może nie za często;-) ciągle daje radę, a Jack Daniels smakuje nadal wybornie. Łoł, a jaka szampańska zabawa była. Jedyna moja uwaga - to tylko kwestia powiększenia płytoteki w Intro, bo nieposłuchanie Danziga z powodów zrycia CD to skandal nie-dopuszczalny, ale była, była lista hitów :-)
To tyle w kwestiach imprez, bo przez weekend mam zamiar prowadzić się jak dobrze garażowane Ferrari i oprócz winka z Sylv i Panem Ciemności - nie zamierzam spożywać nic więcej. Poza tym wstyd się przyznać, ale zaległy artykuł naukowy czeka i co tu dużo mówić, powinnam brać dupę i mózg w twarde tryby roboty.
A na zakończenie to szybko napiszę jeszcze, że wczoraj to mi się sen taki przyśnił, co jeszcze nad nim dumam, ale nie mam odwagi napisać. Ale była jazda z piekła rodem :-) Znak pewnie to taki, że za kolejne opowiadanie trzeba się brać.

Brak komentarzy: