środa, 12 listopada 2008

Spalić to wszystko


Borko, a więc kolejny raz przeprowadziłam się i mam oczywiście po-przeprowadzkową depresję. Wczoraj, kiedy opadły mi już zupełnie ręce, pomyślałam, że najchętniej zrobiłabym jakiś event w stylu Hasior i zebrałabym te wszystkie swoje rzeczy i podpaliła, np. na wielkiej (no średniej;) barce puszczonej po Odrze. Ogień pochłonąłby książki, ciuchy, bibeloty, analogowe fotografie, dokumenty gromadzone, płyty, listy i co tam jeszcze. Ciężko jest żyć tak, kiedy ma się nieodłączną potrzebę gromadzenia rzeczy niepotrzebnych. Taszczę ze sobą widma światów, których już nie ma. Listy od Sylwii, która nie żyje - więc co komu po nich, co tam kiedyś nam w duszach grało, listy z czasów przed-internetowych, kiedy chcąc pogadać z subkulturowymi pobratymcami zapoznanymi na koncertach i festiwalach trzeba było zapełnić całą kartkę i czekać na odpowiedź z tydzień albo i więcej - żeby dowiedzieć się, że ot akurat tej płyty to ta osoba nie ma. Albo klucze od starych domów zupełnie nie-pasujące już do żadnego zamka, kartki z życzeniami w pierwsze wspólnie spędzone święta, bilety z Bardzo Ważnych Koncertów, muzeów i mapy ukochanych miast...
Wczoraj, wiele z tych rzeczy-światów wyrzuciłam. Nie chcę już na nie spoglądać ani grzać się w ich starczym cieple. Ale też już nie chcę niczego nowego. To tak w dialogu z Inwazji Barbarzyńców: nie brakuje ci życia tego, tęsknisz za tym co było - a to już umarło dawno. Wczoraj obiecałam sobie, że nie uczynię już więcej żadnej kolekcji wspomnień. Wcześniej czy później nadchodzi taki czas, że nowa kolekcja musi zastąpić starą, a mnie zawsze żal tego starego i przeszłego materiału. Więc lepiej nie zbierać.
Jakie to wszystko ulotne i pozorne. W zasadzie w tych stertach rzeczy nie ma nic wartościowego, a jednak ciągniemy je za sobą, choć każda wspólna "podróż" nadwyręża zdrowie naszych ukochanych przedmiotów. W pewnym sensie starzeją się one - jako i my starzejemy się pod wpływem czasu, przeżyć, nałogów i innych tego typu spraw. Wczoraj miałam sobie taką wizję, jak te stłoczone ze sobą tomy mogą toczyć między sobą dyskusję: jak za dawnych lat Sartre i Simone razem, a może już nie chcą ze sobą gadać? Eliade, na bakier materialistami, a baronowa Blixen wtłoczona z eleganckimi bezeceństwami "O" i natchnionym wulgaryzmem Sade. A duchowy i daleki Hegel z gorzko popapranym, ale również duchowym Pielewinem. A klasycy? Przyzwyczajeni do szacunku i ciepełka nobilitacji historycznej? Tak zupełnie arogancko potraktowani - w workach ciasnych - jak w wagonach do obozu koncentracyjnego. Może tylko podróżnicy i reportażyści znieśli ten dyskomfort w jakiś bardziej lajtowy sposób, zdobywając się na ciepłą wyrozumiałość - wszak życie (również książek) to nieustanna podróż. A gdzie jest cel? Kiedy można będzie wreszcie usiąść i jak Dziewanowski stwierdzić: Właśnie wróciłem?

Brak komentarzy: