sobota, 1 sierpnia 2009

Pozostając zawsze w opcji zwątpienia


Borko, bloguję sobie właśnie z ogrodu w Obornikach Śląskich, siedząc w poniemieckim fotelu za całkiem zdaje się stalinowskim biurkiem i zapodając Edith Piaf z YoyuTube:-) Zawsze wierzyłam w konwergencję mediów i światów, gorzej było z całą resztą.
Nie mniej, pociągając kolejny łyk chłodnego browara, dochodzę do wniosku, że czasem dobrze tak się zresetować w zupełnie innej zakładce i przemyśleć to i owo. A tak, a i owszem jest i co. Do Obornik wcale nie lubię już przyjeżdżać. Zbrukanie dawanych rozwiązań urbanistycznych miasteczka jakie następuje powoli acz nieubłaganie od 89. roku doprowadza mnie do posępnego przeświadczenia, że oto mój świat przemija. Jak ostatnio zastanawiałam się jak zdefiniować - jeśli chodzi o osobowość - wampirzy spleen albo weltschmerz, to na myśl przyszły mi takie życiowe egzemplifikacje, że to jest takie ukłucie w sercu jak wówczas kiedy kadr z dzieciństwa zakorzeniony w perfekcyjnie zapamiętanych okolicznościach nijak ma się do obrazu, który właśnie tworzy nam się przed oczami, że to jest taki atak "dusiołka" jak siedzenie w sierpniowym słońcu nad grave dawnej przyjaciółki, że to jest ta zadra, która daje się odczuć w chwilach kiedy świadomość nieodwracalności czasu jest obezwładniająca aż tak bardzo, że chce się przyśpieszyć jego działanie, aby skrócić całą absurdalną sytuację.
Na szczęście są to tylko przecinki. Zdaje się.

Brak komentarzy: