wtorek, 7 października 2008

October Rust


Borko ostatnio mawia, że i tak jeszcze więcej przed nami niż za nami :-) Jakie to miłe z Twej strony królowo! Prawie tak miłe jak palenie pecika na Twoim balkonie zawieszonym pod niebem na Traugutta, choć jak wiesz ja mam zaraz lęk wysokości i kurczowo trzymam się progu. Więc może to jest i tak z tą "przyszłością", że a i owszem cieszę się na nieznane, ale też cholera trochę zawsze trzymam się "progu". Eh. Ale jest fajnie. Grunt, że udało mi się uciec nieco od choroby co postanowiła mnie zaatakować i miłe (napisałam: miłe;) thanx koledze Dantemu za wsparcie i pocieszanie. Ale też przyznać muszę się bez bicia, że sama sobie jestem winna - bo umówmy się daleko mi ostatnio od zdrowego trybu życia w sensie jakoś cholera masakrycznie wiele okazji do imprezowania się porobiło i aż w końcu ciałko nie wytrzymało. Ale będzie dobrze, od przyszłego weekendu trzeba poświęcić się nauce i nieść kaganek oświaty - więc chyba też i będzie mniej pretekstów do hulanki i swawoli. Szkoda tylko, że Pani Choroba rozwaliła Małą Blogerkę, którą trzeba było teraz odesłać pod skrzydło mamy żeby wygrzali nam kurczątko;-)
Konstatując jeszcze weekend - to powiem tylko, że już dawno tak pięknej pogody jesiennej nie uraczyłam - to co działo się w sobotę i w niedzielę to było czyste szaleństwo jesiennego kanibalizmu:-) Złoto, brąz, czerwień, melanż brązów i czerni, a to wszystko sklepione zimnym błękitem czystego nieba. Fajnie. To jest cool doznanie estetyczne, a raczej jak u Romana Ingardena - przeżycie estetyczne.
Więc kiedy Pan Ciemności vel Najlepszy z Braci - odwoził mnie w niedzielny ranek ku mej lisiej norce widok jaki nas przywitał na wybrzeżu Odry od wjazdu przez Most pokoju z widokiem na Muzeum Narodowe - zamordował z miejsca. I polecam to fantastyczne widowisko, choć cholera takich dni (poranków) będzie już coraz mniej chyba. Wracając do weekendu - to a i owszem udany, zważywszy na to jak droga Sylv załatwiła nam pierwszy rząd na VIP premierze A Chorus Line - he he he, zwłaszcza mój strój tam pasował as fuck, bo Sylv przynajmniej ładnie się wylaszczyła. Była więc konsumpcja, coś dla ducha, coś dla "weekendowych alkoholików", plotki o napotkanych przez Małą Blogerkę widmach z przeszłości (niech ziemia im ciężka będzie - a co, nie muszę być miłosierna akurat w tym temacie;), wino z Panem Ciemności (o którym przymierzam się odwalić raz poważny wpis) i na koniec sobotniej nocy słuchanie October Rust - płyty, która jesienią smakuje jak najlepsze wino o lekkiej nucie czekolady i posmaku goryczy rozkładającej się na końcu podniebienia. Ehhhhh.

In her place one hundred candles burning
As salty sweat drips from
Her breast her hips move and I can feel what they're saying, swaying
They say the beast inside of me's gonna get ya, get ya,get...

Black lipstick stains her class of red wine
I am your servant, may I light your cigarette?
Those lips smooth, yeah I can feel what you're saying, praying
They say the beast inside of me's gonna get ya, get ya, get...

I beg to serve, your wish is my law
Now close those eyes and let me love you to death
Shall I prove I mean what i'm saying, begging
I say the beast inside of me's gonna get ya, get ya, get..

Let me love you too
Let me love you to death

Hey am I good enough for you?
Hey am i good enough for you?
Am I?
Am I?
Am I good enough
For you?



Ps. Fota Monique - przyłapany wilk w Rzymie ;)

Brak komentarzy: